Upiór straszy i zachwyca

Upiór straszy i zachwyca

W Romie udało się zainscenizować widowisko, gdzie są i wielkie schody paryskiej opery, i podziemia wypełnione wodą, i niesamowita katastrofa, kiedy ogromny żyrandol urywa się z sufitu

Historia oszpeconego mężczyzny, który nieszczęśliwie zakochuje się w uroczej młodej chórzystce, może się wydawać ckliwym melodramatem. Jeśli jednak ktoś obejrzał którąś z filmowych wersji „Upiora w operze”, z pewnością chętnie zobaczy, jak to zostało przełożone na musical przez słynnego autora Andrew Lloyda Webbera.
W warszawskim teatrze muzycznym Roma 16 marca odbyła się polska prapremiera „Upiora w operze”. Reżyserowi Wojciechowi Kępczyńskiemu udało się zdobyć zgodę na non replica production, czyli na własną wersję inscenizacyjną jednego z najsłynniejszych musicali na świecie, a to oznacza uznanie dla profesjonalizmu kierowanej przez niego placówki.
Musical powstał na podstawie powieści Gastona Leroux. Autorem libretta jest Charles Hart. Światowa premiera miała miejsce w 1986 r. w Londynie. Dwa lata później spektakl pojawił się na Broadwayu i zdobył ogromną sławę. Fama o „Upiorze” dotarła i nad Wisłę, więc nie ma się co dziwić, że polska produkcja też cieszy się ogromną popularnością. Na spektakle do czerwca zostały już tylko pojedyncze miejsca. „Upiór” grany będzie codziennie, oprócz poniedziałku, a w soboty po dwa razy – do końca czerwca, a potem od września do końca grudnia.

Coś z „Metra”

W obsadzie widzimy całkiem młodych wykonawców, choć niektórzy stawiali już pierwsze kroki na innych scenach muzycznych. Dotyczy to np. Barbary Melzer, która swoją karierę rozpoczynała w „Metrze” Józefowicza i Stokłosy. A swoją drogą właśnie owo „Metro” okazało się niespotykanie płodną kuźnią muzyczno-wokalnych talentów ostatnich dziesięcioleci, bo tutaj debiutowała niemal połowa obecnej polskiej estrady – przypomnijmy choćby tylko Edytę Górniak, Katarzynę Groniec, Dodę i Nataszę Urbańską. Są też zupełni debiutanci, jak choćby 17-letnia odtwórczyni roli Christine, Paulina Janczak, i jej 18-letnia zmienniczka Kaja Mianowana. W rolę nieszczęsnego upiora, który swoją szpetotę ukrywa pod maską, wczuł się bez reszty Damian Aleksander. To właśnie ten wykonawca zwierzył się po galowej premierze, że chce mu się płakać. Historia bohatera, którą wykreował na scenie, najwyraźniej podziałała na jego emocje. – Nie chcę być upiorem, który nosi swoją maskę na co dzień – wyznał dziennikarce „Życia Warszawy”.
Sporą rolę w spektaklu odgrywają efekty techniczne. Mimo braków i niedoskonałości wiekowej już Romy udało się zainscenizować widowisko na miarę naszych czasów, gdzie są i wielkie schody paryskiej opery, i podziemia wypełnione wodą, i niesamowita katastrofa, kiedy ogromny żyrandol urywa się z sufitu. Do mniej udanych „efektów” należy zaliczyć przesterowane nagłośnienie śpiewaków, a ten musical wymaga głosów rzeczywiście dużych i dobrze radzących sobie w górnych rejestrach.

Łyżka dziegciu

Opinie widzów po spektaklu były w większości entuzjastyczne. Podkreślano zwłaszcza ogromną precyzję całości wykonania. Ciekawiło nas, co sądzi o spektaklu Bogusław Kaczyński. Były dyrektor Teatru Roma, ten, który przywrócił Operetce Warszawskiej jej dawną historyczną nazwę, nie oglądał najnowszej premiery.
– Mój stan zdrowia nie pozwala mi na chodzenie do teatru. Jeszcze przez kilka miesięcy będę tego pozbawiony – mówi. – Ale „Upiora w operze” widziałem w Londynie. Muzycznie przedstawienie mnie nie zachwyciło, bo nie ma w nim żadnej wpadającej w ucho melodii, żadnej arii, która niezależnie od samego spektaklu robi karierę jako przebój.
W istocie największymi walorami przedstawienia są efekty widowiskowe i melodramatyczna fabuła, ale nikt też nie ma wątpliwości, że w ciągu ostatnich 10 lat udało się dyrektorowi Teatru Roma Wojciechowi Kępczyńskiemu stworzyć w Warszawie prawdziwą scenę musicalową. – Żaden spektakl w Teatrze Roma i chyba żaden w polskim teatrze nie kosztował aż tyle – ocenił niedawno reżyser.
Oczywiście można się zżymać, że polska odmiana musicalu powstała „na gruzach” Operetki Warszawskiej, ale wielkie zainteresowanie, jakim cieszą się obecnie przedstawienia w Romie, powinno przekonać wszystkich krytyków, że było warto. Tym bardziej że warszawska Opera Narodowa w Teatrze Wielkim przez ostatnie miesiące nie zachwyciła żadnym przedstawieniem. Tymczasem „ubogiej” Romie ta sztuka regularnie się udaje.

Andrew Lloyd Webber „Upiór w operze”, reżyseria Wojciech Kępczyński, scenografia Paweł Dobrzycki, kostiumy Małgorzata Tesławska i Paweł Grabarczyk, kierownictwo muzyczne Maciej Pawłowski, Teatr Roma, Warszawa

 

Wydanie: 13/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy