Żywot wydawcy niepospolitego

Żywot wydawcy niepospolitego

Nie czekam, aż przyjdą i przyniosą


Wiesław Uchański – rocznik 1947. Ukończył technikum mechaniczno-elektryczne, prawo i filozofię, doktor nauk politycznych. Od roku 1981 pracownik KC PZPR, jako sekretarz osobisty najpierw Mariana Orzechowskiego, a następnie Tadeusza Porębskiego. Od 1987 r. w Wydawnictwie Iskry.


Rozmawiamy w Iskrach, w pięknym otoczeniu. Zabytkowe meble, rzeźby, gabloty z eksponatami, na ścianach obrazy, jeden przy drugim. Skąd się wzięły?
– Gdy moi goście pytają mnie o dzieła sztuki, odpowiadam z największą szczerością, że ja nie gromadzę dzieł sztuki, ja gromadzę pamięć. Każda z tych rzeczy jest związana z moją działalnością jako wydawcy lub z moim życiem. Nie ma tu dzieł, które są zupełnie obojętne.

Kisielewski… widzę.
– To są z kolei portrety bliskich mi ludzi. Stefan Kisielewski, Tadeusz Konwicki – z tyłu jego kot Iwan, Marek Nowakowski, a tutaj obok Janusz Głowacki. Janusz Głowacki, który przypatrywał się, jak je wieszałem, i wiedział, że mam jego portret, powiedział: „Słuchaj, nie wieszaj mnie koło tych umrzyków”. Powiesiłem go trochę obok. Jest też wśród odeszłych. Te wszystkie portrety malowała Biruta Markuza. Jest Litwinką, skończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie i była scenografką w filmach Tadeusza Konwickiego. I przez Tadeusza do mnie trafiła.

To autorzy, których pan drukował.
– To są moi autorzy. Ale nie tylko moi. Z kolei tam, na drugiej ścianie, są portrety, które namalował dla mnie Szymon Kobyliński. Na przełomie wieku jeździłem do niego na daczę, wiozłem mu papier, on rysował. Te pięć portretów. To były najważniejsze dla mnie postacie w owym czasie – Tadeusz Boy-Żeleński, Franc Fiszer, Jerzy Waldorff, Marian Brandys i Stefan Kisielewski.

Książki mają swoje losy

Erudyci, birbanci, wielkie osobowości i wielkie pióra. Franc Fiszer – czyli wszystkich znasz, Brandys i Waldorff – czyli wszystko wiesz, Boy i Kisielewski – potrafisz celnie i błyskotliwie napisać. Marzenie wydawcy?
– Są dwie szkoły wydawania książek. Jedna mówi: czekaj, aż przyjdą i przyniosą. Co wymaga mniej fatygi, jak każde czekanie, i wcale nie musi oznaczać, że nie będziesz miał szczęścia i nie trafisz. Ale jest także pewien rodzaj aktywizmu wydawniczego, który polega na tym, że wymyślasz sobie książki i szukasz dla nich autorów. Tak było z wieloma książkami Iskier. Na przykład przez kilka lat chodziłem i szukałem kogoś, kto napisze nieobecną w polskiej literaturze biografię Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Jednego z najbardziej czytanych polskich pisarzy, i przed wojną, i po wojnie, postaci legendarnej. Długo szukałem autora, rozmawiałem z wieloma ludźmi. Wreszcie znalazłem i z sukcesem tę biografię wydałem. I tak jest z wieloma książkami, przychodzi mi do głowy pomysł i zaczynam szukać do niego wykonawców. Ale czasem jest tak jak z „Dziennikami” Mieczysława Rakowskiego. Znaliśmy się i to on przyszedł do mnie. To był chyba rok 1996. Już było po wydaniu przez nas dzienników Stefana Kisielewskiego i ich wielkim powodzeniu. Przyszedł do mnie Rakowski i powiedział: „Całe życie pisałem, mam rozmaite zapiski, czy robimy coś z tego, czy nie robimy?”. Szybko to podchwyciłem.

Wyszło dziesięć tomów „Dzienników”.
– Co mi napisał w dedykacji: „Wiesławowi Uchańskiemu, wydawcy, dobremu duchowi mojej jako-takiej twórczości, osobnikowi, który wie, co to jest radość życia, towarzyszowi wędrówki po tym świecie, z którym chciałbym się spotkać w zaświatach”. I to ma pewne! To mu obiecuję! Habent sua fata libelli – łacińska sentencja. Książki mają swoje losy. I bardzo rzadko jest tak, że ktoś przychodzi, przynosi gotowca, kładzie na biurku i mówi: masz. A jeżeli zdarza się, to niestety często nie jest to książka, która może budzić większe zainteresowanie. Rynek może jej nie chcieć.

Rynek, rynek… Przecież to się zmienia! Dziś kilka tysięcy sprzedaży to dobra sprzedaż, a pamiętam nakłady po 100 tys.
– 100? Mój największy nakład to było 400 tys.! Tę książkę dziś mało kto by przeczytał. Nazywało się to „Dzieci Arbatu”. I były po nią wielkie kolejki! To było jeszcze u schyłku ancien régime’u, rok 1988. Myśmy wydali tego 200 tys. A potem, z braku papieru, natychmiast weszliśmy w koedycję z wydawnictwem w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Bo oni mieli papier! Wydaliśmy drugie 200 tys. i też się sprzedało błyskawicznie. A ciekawostką jest to, że były cztery tomy. Drugiego tomu sprzedało się 100 tys. egzemplarzy, trzeciego – 30 tys. A czwartego – ledwo – 10 tys. Ten sam bohater tak tracił zainteresowanie publiczności.

A jak wygląda sprzedaż teraz?
– Nakłady rzędu 3 tys. uchodzą, z mojego punktu widzenia, za satysfakcjonujące. Dla wielkich firm nakład 3 tys. byłby trudno satysfakcjonujący albo musiałby mieć ogromną cenę. Nam wystarcza, bo koszty funkcjonowania Iskier są niskie. Dzisiaj z cenami jest katastrofa – nie jesteś w stanie przewidzieć ceny książki, bo nie jesteś w stanie przewidzieć ceny papieru i usług. Możesz być pewien tylko jednego – że ani jedno, ani drugie nie potanieje.

Świat wielu pokus

Co się zmieniło w społeczeństwie, że kiedyś sprzedawało się książek tak dużo, a teraz tak mało?
– To jest rewolucja cywilizacyjna. Po pierwsze, zmienił się nasz styl życia. W latach 80. czy wcześniejszych nakłady 400 tys. egzemplarzy nie dziwiły. Ale jakie to były czasy! Nie było komputerów, telefonów komórkowych, internetu. Były dwa programy telewizyjne. Doba ciągle miała 24 godziny, tak jak teraz. Ale panował inny styl pracy, który nie był nadmiernie wyczerpujący. A nawet, można powiedzieć, było tak nudno, że nie było co robić, więc czytało się książki. Prasa? Jak mieliśmy do czynienia z „Trybuną Ludu” i z „Życiem Warszawy”, i – mówię ogólnie – paroma tygodnikami, to co robić? Było radio, już wtedy z trzema programami, dobrymi, ale nie każdy był radiowy. A teraz ma się ciągle coś innego do wyboru. Pojawiają się różne atrakcyjne formy uczestnictwa w kulturze.

Nadmiar nie wyszedł nam na dobre?
– Jest inaczej. Za tamtych czasów rozmowy o książkach były stałym elementem konwersacji towarzyskiej. Na spotkaniach koleżeńskich, nawet bibkach studenckich, rozmawiało się o książkach. Teraz rozmawia się głównie o serialach telewizyjnych. A dyskusja o książkach? Nie bardzo. Mam zresztą wrażenie, że badania czytelnictwa w Polsce, z których wynika, że 40% Polaków czyta książki, są zbyt optymistyczne. Z moich rozmów, z przyjaciółmi, ze znajomymi, nawet z tymi, którzy uchodzą za czytających bardzo dużo, wynika…

Co wynika?
– One wyglądają coraz częściej tak: wiesz, nie czytałem i w ogóle… Bardzo niewielu wielkich pisarzy przyznaje się do czytania konkurencji. Niektóry wręcz o tym mówili. Tadeusz Konwicki mówił: „Nie czytam prozy i w ogóle nie czytam”. Paweł Hertz z natury nie czytał literatury współczesnej. Nie wiem nawet, czy mogę to powiedzieć – parę dni temu Wiesław Myśliwski mi powiedział: „Nie czytam nowej prozy polskiej”. Jak zauważam, rodzi się moda na nieczytanie.

Jak wobec tego swoje miejsce w takim świecie znajduje wydawca książek?
– Jako człowiek powyżej 75 lat czuję się jak formacja schyłkowa. Ja to robię, bo nic innego nie potrafię. Myślę, że książka jako przedmiot papierowy w nieodległej przyszłości będzie przejawem postawy konserwatywnej. Że czytelnictwo przesunie się w stronę e-booków. To się wiąże z procesem edukacji. Jeżeli ten proces już od podstawówki jest komputerowy, to później trudno będzie namówić kogoś do czytania w wersji papierowej.

A Iskry co na to?
– To, czym się zajmuję, to obszar polski. Nie wydaję prozy literackiej. Z wyjątkiem Marka Hłaski. Mam prawa do spuścizny piśmienniczej Hłaski i to jest pewien wyjątek. A tak od wielu lat wydajemy wyłącznie literaturę non-fiction, czyli dzienniki, monografie historyczne, biografie.

Naturalny namysł nad życiem i nad Polską.
– To jest to, co mnie najbardziej interesuje. Być może dlatego, że sam najlepiej w tym się czuję. Że innych obszarów tak dobrze nie znam.

Goście wychodzili o czwartej rano

Mamy w Polsce brutalny rozłam. Jest jedna i druga grupa, dwa plemiona, bezwzględnie się traktujące. A pan próbuje wyjść poza ten podział.
– Zawsze w Iskrach wychodziłem. O tym nawet napisał w jednym z felietonów Smecz, czyli Tomasz Jastrun. Bo zaprosiłem go na spotkanie, które odbywało się w Iskrach, ludzi z różnych stron barykady. I zobaczył… Józek Oleksy, mój kolega ze studiów Roman Szeremietiew, Stefan Bratkowski, Mietek Rakowski, Marek Goliszewski, szef Business Centre Club, Jerzy Kisielewski, Olek Hall… Ludzie przychodzą, piją ze sobą wódkę lub wino i rozmawiają. I Olek Hall mówi do Józka Oleksego: „Niestety, wygracie”. To było przed wyborami. Takich spotkań było kilka, potem ich poniechałem. Nie dlatego, żebym uważał, że były bezsensowne czy niemożliwe. Choć potem na pewno byłyby trudniejsze.

Bo agresja zaczęła przekraczać dopuszczalny poziom.
– Pamiętam taką historię, dotyczy nieżyjącego Tomka Wołka. Mieliśmy dobre relacje, coś dla mnie pisał, uzupełniał „Abecadło Kisiela”, które wydawaliśmy. Tomek Wołek w pewnym momencie zaangażował się w walkę z Aleksandrem Kwaśniewskim. Moi koledzy ze strony partyjnej pytali mnie: jak ty możesz podawać mu rękę? Potem Tomek przeszedł zmianę itd. To były tego typu relacje. Ale główną przyczyną, dla której przestałem te spotkania organizować, było to, że stały się zbyt męczące. Moi goście wychodzili częstokroć o czwartej rano, zostawałem z tym bałaganem, butelkami, kieliszkami, i była to męka pańska. Ale te spotkania miały znaczenie. To był sygnał, że można do mnie przychodzić. I do bólu próbowałem rozmawiać w każdej sprawie.

To znaczy?
– Czasami trzeba było powiedzieć: przepraszam, nie wydam tej książki. Inna rzecz, że niekiedy przy tym opowiadałem, że Iskry właśnie upadają. I jak mówiłem, że to w zaufaniu – proszę tego innym nie mówić, to następnego dnia dzwoniło do mnie iluś spłoszonych autorów, wołając: niech pan odda mi pieniądze, bo pan już upada!

Stefanowi Kisielewskiemu pan nie odmawiał, drukował pan jego „Dzienniki”, przyjaźniliście się. Od 1988 r.
– Mam wrażenie, że Kisielewski przyjaźń ze mną traktował jako przejaw swojego ekscentryzmu. A myśmy naprawdę spędzali ze sobą wiele godzin, w sposób wyłącznie towarzyski, obchodząc wszystkie możliwe knajpy. On mnie przedstawiał, uchodziłem za jego bliskiego przyjaciela. Traktował to jako przejaw własnej niezależności.

Zaprzyjaźniam się z autorami

A skąd się wzięli inni autorzy? Karol Modzelewski?
– Karol chyba pojawił się w Iskrach z rekomendacji Basi Petrozolin-Skowrońskiej. To mama Krzysztofa Skowrońskiego, pracownica PWN, która była z nami zaprzyjaźniona i której wydałem książkę, biografię Tytusa Chałubińskiego. Kiedy Karol zastanawiał się nad wydaniem „Barbarzyńskiej Europy”, a to była książka mediewistyczna, Basia podpowiedziała. A ja wydawałem różne dziwne rzeczy, więc czemu nie to? Wtedy rozpoznałem Małgosię Goetz, jego żonę, którą pamiętałem z czasów wrocławskich. A kiedy zaczęliśmy pracować nad pierwszą książką, byliśmy już w takich relacjach, że było naturalne, że wszystkie następne pojawią się w Iskrach.

Czemu mnie to nie dziwi?
– Tak to już jest, że zaprzyjaźniam się ze swoimi autorami, z Aleksandrem Krawczukiem, Wiktorem Osiatyńskim, Ludwikiem Stommą, Januszem Tazbirem, Mariuszem Urbankiem i ze wspaniałym Józefem Henem. Że tylko tych wspomnę.

W latach 80. inteligent był przeciwko władzy. A teraz?
– Teraz polityczność zdominowała życie. Ale dla mnie jest bez znaczenia. Gdybym miał wyliczyć krąg swoich znajomych, to są oni zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Także gdybym miał wymieniać tych, z którymi wiążę nadzieje książkowe. Mówiąc wprost, którym wydałbym książkę. Na przykład bardzo chętnie wydałbym dzienniki Jarosława Kaczyńskiego. Gdyby istniały. Akurat znałem mamę obu braci, znałem Lecha Kaczyńskiego i z ciekawością bym przeczytał takie dzienniki. Myślę, że dobrze by się sprzedały.

Skąd pan znał mamę Kaczyńskich?
– Mama pracowała w Instytucie Badań Literackich. A ja wydawałem iluś ludzi z IBL, Barbarę Winklową, która pisała o Boyu, Romana Lotha, Ewę Głębicką, Tomka Burka… A ona przychodziła na promocje tych książek. Kiedyś zapytała: „Panie Wiesławie, który pan jest rocznik?”. Ja mówię: „1947”. A ona: „Mój Boże, to pan jest starszy od moich synków, a oni tak poważniej od pana wyglądają”.

Moich synków…
– Tak mówiła. Ich związek był rzeczywiście bardzo silny.

Czyli nie ma barier przed wydaniem książki?
– A myśli pan, że są? Proszę wskazać autora, który uchodzi za człowieka prawicy. W literaturze pięknej, tej liczącej się, tego nie ma. Wildstein pisze powieści, to odłóżmy na bok, ale gdyby napisał jakąś rzecz typu wspomnienia, dzienniki… i gdyby z tym do mnie przyszedł, najprawdopodobniej bym to wydał. I nie miałbym żadnych skrupułów, nie widziałbym powodów, żeby je mieć!

Piękny kraj, a ludzie…

Odnoszę wrażenie, że autorów Iskier traktuje pan też jako element kultury polskiej.
– Nie tylko kultury, ale także historii. Może nawet bardziej historii niż kultury. Proszę spojrzeć, to są oryginalne dzienniki Stefana Kisielewskiego. Jakimi kulfonami pisał! A dlaczego? Bo Stefan bardzo często pisał na bani. Wracał z knajp i wylewał żale. A to jest rękopis Karola Modzelewskiego. To jest „Barbarzyńska Europa”. Karol pisał ją ręcznie.

Rękopis ma w sobie coś intymnego. Jakby zaglądało się autorowi przez ramię.
– Wydałem mnóstwo biografii, od Kaliny Jędrusik do Tadeusza Dołęgi-Mostowicza… I żadna z nich, jak sądzę, nie przekroczyła bariery przyzwoitości. Bo oczywiście można się nurzać w obscenach itd. Ale to nie jest konieczne, żeby napisać prawdę o człowieku i o epoce. Bardzo mnie również obchodzą pytania egzystencjalne. Lubiłem np. wydawać książki Tadeusza Gadacza. To ciekawa rzecz, jak wchodzisz w zażyłość z autorami, w bliską zażyłość. Na fotelu, na którym pan siedzi, siadał często Karol Modzelewski. Myśmy rozmawiali o wszystkim. Karol wbrew pozorom wcale nie był wojującym ateistą. Poglądy autorów – to mnie bardzo obchodzi! Byłbym nawet gotów na ten temat wydać książkę – jak oni widzą sens życia. Ja wiem, że szkolnie to brzmi. Ale te pytania są prawdziwe. Taką rozmowę, długą, miałem też z Wojciechem Jaruzelskim. Także z innymi ważnymi osobami. Mógłbym powiedzieć tak: u wielu z nich niewiara była słaba.

Z jednej strony, są ludzie lewicy, z drugiej – ludzie prawicy, obserwuje pan, jak walczą między sobą. I…
– Myślę, że często nie walczą o idee, tylko o własną pozycję. Ponieważ to jest trochę skrót myślowy – przekonanie, że ludźmi kierują wyłącznie pobudki ideowe. Na wszystko nakłada się kilka rzeczy: pewna ideowość, osobiste losy, oczekiwania, gotowość na kompromisy, kultura osobista. Oto moje pytanie: co mógłby robić dzisiaj i co będzie robił polityk, jak wypadnie z polityki?

Myśli, że pójdzie do biznesu.
– Sądzę, że jest inaczej. On wie, że gdy wypadnie z polityki, może nie dać sobie rady, nie będzie wiedział, co robić. W związku z tym walka dla niego jest, z jednej strony, ideowa, bo zakładam, że wierzy w to, co robi, a z drugiej – osobista. To są te dwie motywacje.

Mówi pan to na podstawie własnych obserwacji?
– Przecież pracowałem w tym KC i przyglądałem się, ilu tam było tzw. szczerych komunistów! Strach było tego słowa używać! Mówiono co najwyżej: umiarkowany socjalista. A ilu było takich, co tylko dla kariery? Zresztą karierowicze są w każdej partii, i w PZPR, i w PiS, i w PO. Najsłabiej z nimi jest w małych partiach, bo mają tam małe nadzieje, że się nachapią. Za to w dużych partiach myślą, że coś dostaną. Spójrzmy na tych ludzi z PO. Zakładam, że mają czyste intencje, ale są wygłodzeni, bez posad. Dla nich zwycięstwo wyborcze to nie tylko odsunięcie PiS, ale i sprawa ich osobistego życia. Bo trzeba mieć na dzieci, na wnuki, życie jest drogie. A on pracuje za psie pieniądze, mimo że mógłby pracować za lepsze, jako prezes którejś ze spółek albo członek zarządu. W tym sensie losy osobiste są tak samo ważne dla tych ludzi jak każde inne. Z kolei ci z PiS boją się, że wszystko stracą.

Jaka Polska wyłania się z tych książek, które przez tyle lat pan wydał?
– Najbanalniejsze słowo, jakie mi przychodzi do głowy: jest piękna. Podziałów, o których wciąż mówimy, bym nie dramatyzował. Bo nie można bardzo szybko nauczyć się życia w demokracji. To wymaga czasu. Oczywiście trzeba pilnować, żeby się nie pojawiły w tym wszystkim silne nurty antydemokratyczne, ale… Ścieranie się poglądów, złożonych interesów to rzecz naturalna. I mnie to, prawdę powiedziawszy, nie niepokoi.

Sporo w panu optymizmu.
– Polska jest dynamiczna i zdolna do wielkich czynów. Ale także – co pokazują ostatnie lata – zdolna do pracy. Przecież gospodarki i siły Polski nie tworzy PiS samo z siebie, to zasługa tych ciężko pracujących od rana do wieczora. I dawno to już nie jest geszefciarskie, to jest poważne budowanie siły ekonomicznej. Potrafimy to robić! To, co kiedyś było postulatem pozytywistów popowstaniowych – teraz się materializuje. Ludzie już wiedzą. Martwię się tylko, czy przetrzymają kolejne kryzysy. I nie umiem odpowiedzieć na pytanie, na ile te kryzysy są zawinione przez partię rządzącą, a na ile przez sytuację ogólną. Ale to jest piękny kraj. I piękni ludzie! Naprawdę tak uważam.


W następnym numerze druga część rozmowy z Wiesławem Uchańskim:

KC PZPR od środka • 13 grudnia 1981 r. w Białym Domu • Jak komuch zaprzyjaźnił się z pisarzami z opozycji • Alkohol pomaga • O co pytał Stefan Kisielewski?


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 52/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy