Ver.di, patron usługodawców

Ver.di, patron usługodawców

Firma, która w Polsce zwolniła 4 śmiałków związkowych, w RFN nie pozwoliłaby sobie na podobny wyczyn

Niemiecki koncern OBI zwolnił w Polsce czterech pracowników, którzy podjęli próbę założenia związku zawodowego w firmie. Wraz z tą wiadomością nadeszła inna, optymistyczna: powstał ogólnokrajowy związek zawodowy pracowników szeroko pojmowanego sektora usług. Niestety, zbieżności czasu nie towarzyszy zbieżność miejsca: zwolnienia nastąpiły w Polsce, a związek powołano do życia w Niemczech. Otrzymał nazwę Ver.di.
Słówko z kropką w środku niesie zamierzone skojarzenia z Włochem, który w Niemczech ma sławę jednego z najwybitniejszych twórców operowych, ale i bojownika o wolność. Ver.di to skrót od słów “Vereinigte Dienstleistungsgewerkschaft”, czyli Zjednoczony Związek Zawodowy Sektora Usług. Pierwszy człon nazwy jest wskazówką natury historycznej: Ver.di skupia pięć tradycyjnych, stale kurczących się organizacji związkowych branży handlowej, bankowej, pocztowej, także medialnej oraz transportowej i urzędniczej, do której zaliczają się na przykład śmieciarze i kierowcy przedsiębiorstw komunalnych.
W dziedzinie usług następuje gwałtowna atomizacja; wielkie skupiska miejsc pracy stają się coraz rzadsze. Nie do wyobrażenia byłoby, aby ta sama firma, która w Polsce zwolniła czterech śmiałków związkowych, pozwoliła sobie na podobny wyczyn w Niemczech. I właśnie w tym kraju powstał potężny związek, który ma reprezentować interesy rozproszonych pracobiorców i być partnerem silnych organizacji gospodarczych. – Musimy wydostać się z tradycyjnego getta związkowego i skoczyć w nurt rzeczywistości dzisiejszego świata pracy – twierdzi wybrany na niedawnym zjeździe założycielskim w Berlinie szef Ver.diego, członek partii Zielonych, 49-letni Frank Bsirske.
Elementy nowej rzeczywistości to m.in. zróżnicowany czas pracy, krótkoterminowe umowy o pracę, rewolucyjne skutki istnienia Internetu. Do tego kierunku przylgnęła w Niemczech elegancka nazwa “New Economy”. Ver.di pragnie pozyskać przedstawicieli nowoczesnej branży usługowej, informatyków, coraz większą rzeszę osób, które prowadzą samodzielną działalność gospodarczą, a przede wszystkim młodych ludzi.
– Tradycyjne patenty związkowe należą do przeszłości – mówił na berlińskim kongresie Bsirske. – U nas główny teren działania związku zawodowego to wciąż huta, kopalnia, stocznia. Tam najłatwiej stawiać żądania, organizować protesty, zdobyć popularność. Liczy się masa. Ale do czasu. Górników albo hutników wciąż mniej i mniej. A ci, których wciąż więcej i więcej, w usługach właśnie, często pozostawieni są samym sobie.
Ver.di to odpowiedź na wyzwania nowych czasów. Silny związek w szeroko pojmowanej dziedzinie usług ma być rękojmią układów zbiorowych gwarantujących m.in. minimalne standardy płacowe. Pomysł narodził się przed trzema laty i od tego czasu trwały dyskusje. Bossowie pięciu dotychczasowych związków musieli rozstać się z wygodnymi fotelami. Trzy inne związki, które początkowo uczestniczyły w debatach i pracach przygotowawczych, zrejterowały. Niemniej i tak Ver.di stał się największym związkiem zawodowym świata zachodniego. Niektórzy mówią, że to wciąż eksperyment, bo reprezentacja interesów tak odmiennych grup zawodowych, jak śmieciarze i informatycy albo ekspedientki i dziennikarze to sprawa nader skomplikowana. Obok klasycznych, jak walka o korzystne układy zbiorowe, organizacja szkoleń zawodowych, udział w podpisanym z rządem i pracodawcami “sojuszu na rzecz pracy”, usługowy Ver.di zamierza zająć się doradztwem fachowym (w języku oryginału “consulting”) lub gospodarowaniem ich zasobami finansowymi. Zarząd Ver.diego zapowiada, że będzie zabiegać o lepsze warunki zakupów dla swych ludzi. Chodzi np. o rabaty w przypadku zakupu samochodu albo wycieczki zagranicznej.
Ale zdecydowanie ważniejszym celem jest zrównanie płac w nowych i starych landach. Sytuacja jest bowiem taka, że kierowca autobusu z Berlina wschodniego zarabia o kilkanaście procent mniej niż kolega z zachodniej części miasta.
Szef tego wielkiego interesu związkowego Frank Bsirske jest wynalazcą “urzędu obywatelskiego”, a więc takiego, który obywatelowi umożliwia załatwienie w jednym miejscu spraw od “a” do “z”. Teraz jako szef Ver.diego Bsirske zapowiada głęboką reformę swego związku.
Przykład jest mocno dyskutowany we Francji i Holandii. Niewykluczone, że do francuskich związków będą musieli zwracać się o pomoc Polacy zatrudnieni w przedsiębiorstwie E. Leclerc, albo w taki czy inny sposób z nim związani. Oto w Radomiu doszło do konfliktu z kupcami, którzy w hipermarkecie tej firmy wynajmują pomieszczenia. W polskim sklepie firmy E. Leclerc obowiązuje francuskie prawo. Sprawa jest zbyt trudna, by wystarczyła pomoc samego tylko Ver.diego. Szczególne komplikacje wynikają z faktu, że hipermarkety okazują się być placówkami eksterytorialnymi.

Wydanie: 15/2001

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy