Walka o wodę w Chile

Walka o wodę w Chile

Wody wszystkich rzek w kraju mają swoich właścicieli

Marcela Alejandra Mella Ortiz – chilijska ekolożka i działaczka praw człowieka

Opowiedz coś o sobie. Twoja rodzina ma korzenie lewicowe?
– Oboje rodzice działali w chilijskiej Partii Socjalistycznej i zajmowali stanowiska w rządzie Salvadora Allende. Po puczu Augusta Pinocheta w 1973 r. stali się ofiarami represji junty. Ojca przez kilka miesięcy przetrzymywano na Stadionie Narodowym w Santiago wśród 40 tys. innych więźniów – to była chyba największa izba tortur na świecie! Matkę osadzono w więzieniu wojskowym w Atacamie. Oboje byli bici i torturowani. Dzięki pomocy ambasady Meksyku ojcu udało się wyemigrować do tego kraju, skąd wrócił dopiero w 1989 r. Matkę zaś, z zawodu nauczycielkę historii, zesłano jako niebezpieczną do odległej prowincji z zakazem jej opuszczania oraz nauczania.

Wychowywałaś się bez rodziców?
– Tak. Przez siedem lat mieszkałyśmy z siostrą u babci, a matkę widywałyśmy tylko w weekendy. Nie mogła nawet wychodzić z domu. Przyjeżdżałyśmy do niej z siostrą w każdy piątek i odjeżdżałyśmy w niedzielę. To były bardzo szczęśliwe piątki i bardzo smutne niedziele.

Działałaś politycznie?
– Od liceum działałam w nielegalnej Partii Socjalistycznej, a w latach 1984-1998 byłam nawet wiceprzewodniczącą jej młodzieżówki.

Byłaś represjonowana?
– Od dziecka żyłam z piętnem córki wrogów państwa. Ale nigdy się nie załamałam, bo matka dała mi siłę i wpoiła mi, że trzeba walczyć o to, w co się wierzy.

W 1989 r. Pinochet przegrał referendum i zaczął się powolny proces demokratyzacji kraju. Jak to odbierałaś?
– Z wielką nadzieją. Ufaliśmy naszym opozycyjnym przywódcom, że po tylu latach dyktatury nareszcie wprowadzą demokrację.

Zawiodłaś się?
– Tak. Ruch społeczny, który przez dekady walczył z Pinochetem, przekazał po 1989 r. odpowiedzialność za zmiany w Chile liderom politycznym, a ci bardzo nas rozczarowali.

Co tak was rozczarowało?
– Demokratyczni liderzy, w tym socjaliści, szybko przywykli do swojego nowego statusu – polityków, posłów, ministrów, dyplomatów – i przestali wykazywać jakąkolwiek chęć zmiany pinochetowskiego ustawodawstwa. Bardzo szybko przystosowali się do neoliberalnego modelu zaaplikowanego Chile w latach dyktatury i nie zrobili nic, aby go zmienić. Dość powiedzieć, że w Chile nadal obowiązuje konstytucja z czasów Pinocheta.

Chcesz powiedzieć, że dawni towarzysze prezydenta Allende zdradzili jego idee i podpisali się pod neoliberalnym, pinochetowskim kursem?
– W rzeczy samej. Zdradzili i zapomnieli o tysiącach ofiar reżimu, które oddały życie i zdrowie za idee równości. Przyłączyli się ideowo do neoliberalnego kursu, na który Chile zostało skierowane przez juntę, USA i tzw. Chicago boys.

Co robisz teraz?
– Jestem aktywistką społeczno-ekologiczną, rzeczniczką organizacji obywatelskiej No Alto Maipo, która broni rzeki Maipo zaopatrującej w wodę Santiago, stolicę kraju. Jesteśmy grupą działaczy i działaczek, która walczy z neoliberalnym modelem zawłaszczania ziemi i wody w Chile. Konflikt rozpoczął się w 2007 r. w przełomie rzeki Maipo, w regionie San José de Maipo, w którym mieszkam. Region ten jest częścią regionu stołecznego i leży między łańcuchem andyjskim a wybrzeżem oceanu. Maipo to najważniejsza chilijska rzeka, bo nie tylko stanowi źródło wody dla Santiago, gdzie mieszka 40% populacji Chile, lecz także nawadnia rozległe obszary rolnicze, produkujące żywność dla całego kraju. To zielone płuca Chile, odwiedzane corocznie przez 3 mln turystów.

Kto chce je zniszczyć?
– AES Corporation – północnoamerykańska firma budująca system tuneli długości 70 km, który ma zbierać wodę z trzech najważniejszych dopływów rzeki Maipo i przekierowywać ją do budowanej hydroelektrowni, mającej wytwarzać energię na potrzeby największej chilijskiej kopalni miedzi Los Pelambres.

W jakim stadium znajduje się budowa?
– Firma twierdzi, że zbudowała już 50 km, ale według naszych szacunków dopiero 30 km. Projekt miał się skończyć w 2017 r. i kosztować 600 mln dol. Obecnie koszt całości szacuje się na 3 mld dol.

Twoja organizacja walczy o całkowite zarzucenie projektu, ale jeśli wam się nie uda, to jakie skutki dla Santiago i całego Chile będzie miała jego realizacja?
– Nie dość, że Santiago może nie mieć wystarczającej ilości wody pitnej, a jej jakość – z powodu zatrucia metalami ciężkimi i arszenikiem – pogorszy się dramatycznie, to jeszcze całemu regionowi grozi pustynnienie. Chile, a szczególnie rejon rzeki Maipo, jest jednym z najbardziej widocznych i dramatycznych przykładów efektów zmiany klimatu. Realizacja projektu Alto Maipo doprowadzi do tego, że w regionie zabraknie wody, upadną rolnictwo i turystyka…

Chile to jedyny kraj na świecie, w którym sprywatyzowano całą wodę. Czy Maipo i jej dorzecza też są prywatne?
– Wody wszystkich rzek w Chile mają właścicieli. To korporacje górnicze, energetyczne i rolno-przemysłowe albo wielcy posiadacze ziemscy. Właściciele wody mają bezwzględne pierwszeństwo w jej wykorzystaniu i są zobowiązani oddawać (czyli sprzedawać) jedynie 10% zwykłym obywatelom.

Kto sprywatyzował wodę w Chile?
– Zaczęto za Pinocheta, a zakończono w czasach demokracji.

Czyli wasza działalność jest nielegalna, bo występujecie przeciwko własności prywatnej.
– Nie jest nielegalna, ale oskarża się nas, że zagrażamy własności prywatnej, jesteśmy wrogami korporacji i przeciwstawiamy się modernizacji kraju, czyli jesteśmy wrogami państwa. Co więcej, mówimy głośno, że projekt Alto Maipo to przykład korupcji politycznej. Sama Partia Socjalistyczna ulokowała swoje fundusze w akcjach amerykańskiej spółki zaangażowanej w projekt. Jeśli nam się uda i go zablokujemy, kurs akcji tej firmy spadnie i chilijscy politycy stracą pieniądze. Proste. Trzeba również dodać, że kampanie wyborcze są finansowane przez wielkie koncerny. Możemy się domyślać, że nie jest to działalność filantropijna.

Jaki jest cel twojego pobytu w Europie?
– Jednym z celów jest uświadomienie Europejczykom i Europejkom, że to ich firmy i banki wspierają dewastację środowiska naturalnego w moim kraju. Tunele w projekcie Alto Maipo buduje austriacka firma Strabag (od 30 lat działająca również w Polsce), a sam projekt współfinansują trzy europejskie banki – dwa niemieckie (w tym państwowy Deutsche Bank) i jeden norweski (państwowy). W cyklu wykładów i prezentacji, które miałam ostatnio w Belgii, a teraz w Polsce, pokazuję, że np. Strabag, chwalący się innowacyjnością i troską o prawa pracownicze oraz ekologię, nie mógłby realizować podobnej inwestycji w Europie, gdyż to, co robi w Chile, jest niezgodne z przepisami europejskimi. Środowisko naturalne to jedno, a dwa – działalność Strabagu w Chile sprzyja powstawaniu konfliktów społecznych. Pijaństwo, narkotyki i molestowanie dziewcząt – praktycznie nieistniejące wcześniej w moim regionie – są teraz na porządku dziennym. W miejscach dawniej bezpiecznych: w parkach, na boiskach i placach zabaw, przesiadują teraz europejscy mężczyźni (głównie Austriacy), pracujący na kierowniczych stanowiskach i zarabiający dobre pieniądze, którzy czują się praktycznie bezkarni.

Działalność ekologiczna w Ameryce Łacińskiej diametralnie różni się od tej w Europie. Szantaż, zastraszanie, a także zabójstwa aktywistów sprzeciwiających się niszczeniu środowiska przez koncerny i lekceważeniu przez nie praw lokalnych społeczności są na porządku dziennym. A jak to wygląda w Chile?
– W ostatnich pięciu latach ryzyko związane z prowadzeniem działalności ekologicznej w Chile znacznie wzrosło. Ponieważ nasza aktywność stanowi duże zagrożenie dla międzynarodowych koncernów wydobywczych i energetycznych, jesteśmy poddawani inwigilacji i presji również ze strony organów państwowych. W ostatnich latach w Chile zginęło troje działaczy ekologicznych – za przyczynę ich śmierci oficjalnie uznano samobójstwo, ale ja w to nie wierzę, bo my kochamy życie, w obronie którego występujemy. Rodziny tych działaczy prowadzą własne śledztwa, w wyniku których w dwóch przypadkach samobójstwo już wykluczono.

A skąd macie fundusze na działalność?
– Od 12 lat sami je zdobywamy. Nie zwracaliśmy się nigdy o pomoc do państwa, bo kontestujemy jego działalność w tym zakresie. Organizujemy zbiórki pieniędzy, koncerty (czasem międzynarodowych gwiazd, np. Manu Chao), sprzedajemy obrazy, płyty. Artyści w Chile są bardzo zaangażowani w naszą walkę i chętnie nam przekazują swoje dzieła, które sprzedajemy lub licytujemy. W tym roku prowadzimy akcję wśród naszych sympatyków na portalach społecznościowych, apelując, aby każdy wpłacił symboliczne 1 peso na naszą działalność.

W Polsce można przeznaczyć na podobny cel 1% swoich podatków. Czy w Chile to możliwe?
– Nie, w Chile odliczenia i ulgi podatkowe są tylko dla korporacji.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 15/2019

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy