Ile warte są sojusze?

Ile warte są sojusze?

Jak alianci wykorzystywali polskie władze we Francji i Londynie

Polska przestała być podmiotem, a stała się przedmiotem polityki międzynarodowej już na początku września 1939 r. Przez cały okres wojny o tym, kto będzie stał na czele polskiego rządu i jak będzie on funkcjonował, decydowały mocarstwa – najpierw Francja i Wielka Brytania, a na końcu Związek Radziecki.

Prezydent Długoszowski

Konstytucja kwietniowa, przyjęta w 1935 r., gwarantowała ciągłość władzy nawet w warunkach wojny. W czasie konfliktu zbrojnego art. 24 wydłużał okres urzędowania prezydenta do trzech miesięcy od zawarcia pokoju. Co więcej, w wypadku niemożności sprawowania urzędu głowa państwa mogła wyznaczyć swojego następcę. Tak też się stało 25 września 1939 r., kiedy internowany wraz z całym niemal rządem prezydent Ignacy Mościcki powierzył swoje obowiązki Bolesławowi Wieniawie-Długoszowskiemu, bliskiemu współpracownikowi Józefa Piłsudskiego i dotychczasowemu ambasadorowi RP w Rzymie.

Dlaczego więc nikt nie słyszał o prezydencie Długoszowskim? Zgodnie z obowiązującym polskim prawem przejął on obowiązki głowy państwa w momencie otrzymania decyzji Mościckiego. Tę zaś, bez najmniejszych problemów, kurier dostarczył do Paryża, gdzie przebywał Wieniawa. W obecności ambasadora RP we Francji Juliusza Łukasiewicza Długoszowski złożył przysięgę. „Rodzina Koneckich w porządku” – telegram takiej treści trafił do internowanego w Rumunii Mościckiego, potwierdzając tym samym zaprzysiężenie nowego prezydenta.

W tym momencie jednak do gry przystąpił rząd Édouarda Daladiera. Związana z Polską od 1921 r. traktatem o przyjaźni i pomocy wojskowej Francja przyznała sobie szczególne prawo decydowania o składzie najwyższych władz naszego państwa. Nazajutrz po przekazaniu Wieniawie dekretu, w którym Mościcki wyznaczył go na swojego następcę, ambasador Łukasiewicz otrzymał notę od francuskiego wiceministra spraw zagranicznych. Dowiedział się z niej, że Francuzi uznali wybór Długoszowskiego za „wielce nieszczęśliwy, bo nie będzie pozytywnie przyjęty przez Polaków na emigracji”.

W sprawie nowego prezydenta RP otwarcie zabrał głos nawet premier Daladier. Takie zachowanie stanowiło pogwałcenie nie tylko traktatu z Polską, ale przede wszystkim dobrych obyczajów w świecie dyplomacji.

„Następcą prezydenta RP ma zostać jakiś generał o nieznanym nazwisku, nałogowy alkoholik, który przyjechał do Paryża w stanie nietrzeźwym”, grzmiał Daladier na posiedzeniu rady ministrów. Wtórowali mu pozostali członkowie rządu, którzy od dawna nie ukrywali niechęci do sanacyjnych polityków. Szybko zorientowali się, że chaos wywołany atakiem Niemiec i ZSRR na Polskę można wykorzystać do zmiany dotychczasowej ekipy rządzącej na bardziej gotową do ustępstw.

Wkrótce Francuzi przeszli od słów do czynów. Działająca na potrzeby polskich władz paryska drukarnia została otoczona przez francuską policję, która bezceremonialnie skonfiskowała cały nakład „Monitora Polskiego”, zawierającego dekret Mościckiego. W tym samym czasie do ambasadora Łukasiewicza zatelefonował Roger Raczyński, jego odpowiednik w Bukareszcie, z informacją, że zgodnie z tym, co przekazał mu francuski ambasador przy ewakuowanych polskich władzach, „Francja nie uzna rządu, który powołałby Wieniawa jako prezydent”.

Satelita Francji

„Jest to oczywiste pogwałcenie suwerennych praw sojuszniczej Polski, nawet bez próby zachowania pozorów. (…) Doszło do tego, że wewnętrzne sprawy polskie poddane zostały obcej akceptacji”, podsumowywał Leszek Moczulski w pracy „Wojna polska 1939”. Jeszcze dosadniej pisał Władysław Pobóg-Malinowski. Zdaniem tego emigracyjnego historyka był to spisek „politycznych i wojskowych sfer francuskich, które zawsze chciały uważać Polskę, jak i inne państwa Europy centralnej, tylko za narzędzie polityki francuskiej, tylko za satelitę na terenie międzynarodowym”. Jak miało się okazać, był to dopiero początek ingerencji sojuszników w skład personalny polskich władz, a przede wszystkim w podejmowane przez nie decyzje.

W wyniku francuskich nacisków prezydentem został ostatecznie Władysław Raczkiewicz, a premierem Władysław Sikorski. Władzę objęli zatem ludzie – by ponownie przywołać Pobóg-Malinowskiego – „posłuszni i ulegli, w swym kompleksie niższości i ślepym zaufaniu niezdolni do samodzielnego działania i stawiania żądań, lecz gotowi do spełnienia wszelkich wskazań i poleceń”. Być może historyk sympatyzujący z sanacją zbyt radykalnie ocenił nowe władze. Nie zmienia to jednak faktu, że za ich wyborem stał zamach stanu, one same zaś szybko zaakceptowały narzucone przez Francuzów ograniczenia.

Wraz z powstaniem rządu Sikorskiego Polska przestała być traktowana podmiotowo. Dla Francji i Anglii stała się zaledwie petentem, który choć nie miał nic do zaoferowania, wciąż o coś się upominał. Na własnej skórze odczuł to Sikorski. Wpierw naciskany przez Francuzów, a po ich klęsce w czerwcu 1940 r., przez Anglików, musiał nieustannie lawirować między spełnianiem żądań zachodnich sojuszników a realizowaniem polskiego interesu.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 24/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

 

Wydanie: 24/2018

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy