Wiara w doktora

80% Polaków ufa lekarzom, ale jednocześnie co trzeci uważa, że jemu lub komuś bliskiemu postawiono złą diagnozę

– Rodzina złożyła na mnie skargę, gdy zmarł pacjent chory na raka przełyku – z goryczą mówi prof. Krzysztof Bielecki, lider w swojej specjalności, szef chirurgii w warszawskim szpitalu im. Orłowskiego. Rozumie ból rodziny, ale jest mu przykro, że nie chciała z nim rozmawiać, tylko wysłała oskarżenie. Zapewnia, że nawet lekarz starający się jak najlepiej wywiązywać z przysięgi Hipokratesa może się znaleźć w takiej sytuacji.
Większość moich rozmówców, lekarzy, uważa, że sytuacja sprzyja atakom na nich, „szkalowaniu i wycieraniu sobie o nich piór”. Sformułowanie to jest powtarzającym się zarzutem wobec dziennikarzy, którzy „upubliczniają wszystkie niepowodzenia”. Apogeum to afera w łódzkim pogotowiu. – Jeśli ktokolwiek zniszczył zaufanie do lekarzy, zrobili to nie oni sami, lecz właśnie media – zapewnia jeden z profesorów.
Kwestia zaufania jest tym bardziej na czasie, że Stowarzyszenie Primum non Nocere organizuje kolejną pikietę „ofiar błędów lekarskich”. Co jakiś czas w stolicy pojawiają się plakaty – wymowne nekrologi nawołujące do udziału w „marszu ofiar”. Znowu pod Sejmem stoją o własnych siłach lub przyjeżdżają na wózkach ci, którzy uważają, że to lekarze zniszczyli im zdrowie. Są wdowy i matki przekonane, że do śmierci ich najbliższych przyczynił się ten, komu go powierzyli.
Zaufanie do lekarzy – miesza się w nim wiele emocji. 80% Polaków używa określenia „duże zaufanie”, ale jednocześnie aż 35%, odpowiadając na różnie sformułowane pytania tej samej ankiety, twierdzi, że w leczeniu ich lub najbliższych zdarzały się pomyłki podważające to uczucie. Do tego w rankingu najbardziej skorumpowanych zawodów lekarze są w czołówce.
Nadmierne zaufanie bywa balastem. Pacjent uzależnia się od lekarza, boi się od niego oderwać. – Dziecko wyszło już z choroby, a ja nie – wspomina Elżbieta Pomaska-Skrzypczak. – Szukałam pretekstów do wizyt, wydawało mi się, że bez wciąż przeprowadzanych badań choroba znowu zaatakuje.
W końcu pani Elżbieta założyła fundację pomagającą dzieciom chorym na raka i ich najbliższym. Własny lęk zamieniła na konkretne rady.

Oddajcie mi zdrowie

Zaufanie pacjenta rośnie proporcjonalnie do stopnia naukowego lekarza. – Słusznie i niesłusznie – komentuje prof. Bielecki. – Pańskie oko konia tuczy, sam wiem, że moi asystenci lepiej pracują, gdy jestem na oddziale, chorzy też czują się pewniej. Ale przecież jestem lekarzem od 40 lat. Pamiętam, kiedy byłem asystentem, uratowałem człowieka, który już miał plamy opadowe. Wyżył.
Czy tamten pacjent miał zaufanie do młodego człowieka, który pochylał się nad nim? Profesor Bielecki wątpi. – A jednak przywróciłem go do życia – mówi z dumą.
Z moich rozmów wynika, że gdzieś tak w okolicach ordynatora nasze zaufanie osiąga apogeum. Jednocześnie ordynator jest osobą uważaną za najchętniej przyjmującą „dowody wdzięczności”. Jednocześnie prasa donosi o wielkich osiągnięciach polskiej medycyny i o „lekarzach gangsterów”. Nie ma świętości. Znakomity profesor oskarżony jest o chronienie bandytów. Dziesiątki operacji, uratowani ludzie i tytuły prasowe krzyczące o zaszytych w brzuchu nożyczkach czy źle podanej narkozie, która zabiła dziecko operowane w dość banalnym schorzeniu.
Lekarze przeżywają trudne chwile? – Ich pacjenci jeszcze większe – zapewnia Adam Sandauer, przewodniczący Primum non Nocere.
Adam Sandauer, choć nie został senatorem, dla chorych jest wiarygodny, bo „swój”. Historia jego własnego leczenia nie jest pasmem sukcesów. Sandauer uznał, że winni są lekarze, i założył stowarzyszenie, które z roku na rok staje się coraz silniejsze, pomaga napisać pismo procesowe, przeciera drogę do sprawiedliwości. Zgłaszający się są przeważnie bezradni i zastraszeni. Twierdzą, że lekarze nie chcieli poprawiać swoich błędów, o odszkodowaniach też nie ma mowy.
Historie chorób, dramatów, pomyłek. Najczęstszy scenariusz to błędna diagnoza, leczenie na oślep, wreszcie wiadomo, na co pacjent choruje, w tym czasie jest jakaś łapówka, a na koniec nieudana operacja. Nie ma winnych. Kolega odsyła do kolegi. Kolejna operacja, jest jeszcze gorzej. Renta, rozpacz, w szpitalu nikt nie chce rozmawiać. Próba złożenia skargi wywołuje pogardliwe uśmiechy – a kto uwierzy? Tacy właśnie ludzie, z podobnymi życiorysami przychodzą do stowarzyszenia.
– Niezależnie od ciężaru winy lekarza, bardzo trudno go pozbawić prawa wykonywania zawodu – komentuje Adam Sandauer. – Nie zależy nam na odsuwaniu lekarzy od pracy, ale na chronieniu pacjentów przed ich błędami.

Rodzice patrzą ci na ręce

Jak budują zaufanie sami lekarze? Prof. Bielecki uważa, że zaufanie dobrze rośnie na codzienności. – O siódmej rano jestem w klinice – wylicza – witam się z każdym chorym, pytam, czego potrzebuje. Zaglądam kilka razy dziennie. W klinice jestem także w sobotę i w niedzielę.
– Praca w warunkach utraty zaufania byłaby niemożliwa – mówi doc. Bohdan Maruszewski, znakomity kardiochirurg z Centrum Zdrowia Dziecka. – Żebym mógł pomóc dziecku, muszę mieć zaufanie matki.
Oto oni – rodzice dzieci dotkniętych najpoważniejszymi chorobami. Zjeżeni, balansujący między płaczem a agresją, przekonani, że jeśli tylko spuszczą dziecko z oka, na pewno stanie się mu coś złego. Elżbieta Pomaska-Skrzypczak z Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobą Nowotworową przeszła przez walkę o życie własnego syna. – Powinna mieć pani drugie dziecko – powiedziała pielęgniarka, ale już lekarz okazał się bardziej ludzki. – Jeśli rodzice nie mają zaufania, pójdą do znachora, będą dziecku dawać nie wiadomo co i oczywiście zatają to przed lekarzem. Konsekwencje mogą być tragiczne – tłumaczy Elżbieta Skrzypczak. Jej zdaniem, miarą zaufania jest także to, czy lekarz zgodzi się na konsultacje innego specjalisty. Rodzice dzieci chorych na raka mają skłonności do obsesyjnych weryfikacji diagnozy. Trzeba to uszanować.
Ale zaufanie potrzebne jest nie tylko przy najcięższych próbach. Także tam, gdzie zabieg może być tylko prywatny i płatny. Dr Andrzej Ignaciuk specjalizujący się w medycynie estetycznej uważa, że chęć wzbudzenia zaufania może obrócić się przeciwko lekarzowi, uderzy go po kieszeni. – Moja dziedzina jest specyficzna, najłatwiej w niej obiecywać – tłumaczy – ale staram się tego nie robić. Nie opowiadam na dzień dobry, że zaskakująco i błyskawicznie poprawię komuś urodę. No i u niektórych zyskuję zaufanie, inni odchodzą do kolegów, którzy zapewniają, że dokonają cudu.
Pierwszą próbą zaufania jest dziś kontakt z lekarzem rodzinnym. – Dobry lekarz to nie taki, który wypisuje skierowania do wszystkich możliwych specjalistów, ale człowiek, którego traktuje się niemal jak członka rodziny – to idealistyczna opinia ideału, czyli dr. Szczepana Szczepańskiego, odznaczonego Orderem Doktora Ojboli, czyli najlepszego lekarza rodzinnego w Polsce.

Medycyna to nie nabożeństwo

Zaufanie jest potrzebne, gdy pada diagnoza. Zaufanie jest potrzebne, gdy nie ma ratunku. – To nieprawda, że rodzice nie chcą znać realnych szans lub kresu – mówi Elżbieta Skrzypczak – ale słowa nie mogą zabijać. Strach i niewiedza są najgorsze, jednak lekarze nie powinni odbierać nadziei. Nie ma ludzi umierających – są albo żywi, albo martwi. Nie mam zaufania do lekarza, który mówi „umierający”.
Jaki jest patent na zaufanie? Dr Ignaciuk uważa, że trzeba być cierpliwym i wyjaśniać najbłahsze wątpliwości. Poza tym należy pamiętać, że dziś pacjent ma dużą wiedzę na temat swojego problemu. Przychodzi do lekarza przygotowany, nie można zbyć go byle czym.
Nad uniwersalną receptą zastanawia się prof. Krzysztof Bielecki: – Nie robić z medycyny nabożeństwa i pracować przy otwartych drzwiach – stwierdza.

 

Wydanie: 20/2002

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy