Widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”

Widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”

Sama jestem jak spadochroniarz, zawsze do dyspozycji, ląduję tam i wtedy, gdzie i kiedy inni nie mogą

Krystyna Janda – aktorka, reżyserka, prezes Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury, założycielka Teatru Polonia i Och-Teatru

Silna pozycja rynkowa Polonii i Och-Teatru to świadectwo, że można prowadzić ambitny teatr niepubliczny i nie splajtować (na razie pomijam negatywny wpływ pandemii). Jak to się robi? Jest na to jakiś przepis?
– Jest chyba wiele elementów, które należy uwzględniać, ale nie wydaje mi się, żebym myślała inaczej od strony artystycznej niż dwaj dyrektorzy, pod których opieką pracowałam i w których zespołach byłam, panowie Janusz Warmiński i Zygmunt Hübner. To znaczy przede wszystkim teatr za wszelką cenę dobry i grający nieprzerwanie. Dobry, dobrze grany, różnorodny, szanujący widza, swoich aktorów i sam siebie, dbający o powtarzalność jakościową wieczorów, o światło, efekty, zatrudniający wybitnych scenografów, kostiumologów, wszelkich współpracowników. Ale tak było i w tamtych teatrach, Ateneum i Teatrze Powszechnym moich czasów.

Dziś nasza fundacja działa odmiennie, nasz rachunek ekonomiczny jest zasadniczo różny od tamtego sprzed lat, musimy działać i utrzymać się w zasadzie z biletów, a także wyprodukować większość naszych spektakli za te pieniądze, no a potem grać, grać… żeby zarobić, ale za to angażujemy więcej „gwiazd”, bo nie mając stałego zespołu, możemy sobie na to pozwolić. Gramy bardzo dużo, także dzięki temu, że nie obowiązują nas, restrykcyjne wtedy i dziś w teatrach państwowych, regulaminy pracy. Nie stać nas na przestoje, „pomyłki”, mamy minimalny margines bezpieczeństwa finansowego, ale zasada dwa tytuły lżejsze zarabiają na jeden trudniejszy, jest wciąż ta sama. Przede wszystkim teatr dobry, dobrze grany, z interesującymi tematami czy spojrzeniem na ludzi i świat, teatr aktualny, niezależnie od tego, co kto rozumie pod tym określeniem; dobry! I nie nudny! – to najważniejsze.

Do jakiego widza adresują swoje spektakle Polonia i Och-Teatr? Bo niemożliwe, że tylko do profesorów medycyny, menedżerów wielkich korporacji i sławnych mecenasów. Skoro co druga premiera przekracza 100 przedstawień, nie wspominając o takich fenomenach jak pani monodram „Shirley Valentine” grany prawie 400 razy czy „Boska” (244 spektakle) albo „32 omdlenia” Czechowa (238), widownia musi być bardziej zróżnicowana niż tradycyjna i nowa inteligencja?
– Nasze produkcje kierujemy do jak najszerszej publiczności, nie ryzykujemy niezrozumiałą awangardą i pomysłami zbyt szokującymi dla naszych widzów, choć takie teksty jak „Koza, albo kim jest Sylwia?” Edwarda Albeego też miały odbiorców, czy spektakle na tematy stricte polityczne i społeczne. Wyznajemy jedną zasadę: widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”, z uśmiechem, wzruszeniem, uspokojeniem, poruszeni, zaskoczeni, uświadomieni w jakiejś sprawie itd. Nie może być wieczorów obojętnych.

Pani teatry stały się marką, na grane w nich sztuki się chodzi. Zapewne to powiązany efekt pani nazwiska działającego jak magnes i doboru repertuaru. Czym pani się kieruje w wyborze tytułów?
– Jeśli powiem, że intuicją, to pewnie będzie prawda, ale zapewne także doświadczeniem i zrozumieniem publiczności, z którą sama jako aktorka spotykam się prawie co wieczór i wydaje mi się, że ją znam i rozumiem, co więcej, lubię. Łączą mnie z nią te same problemy, gusta i wrażliwość na aktualności. Tak mi się wydaje. Jakoś traktuję widzów jak bliskich i to się sprawdza. Nie wydaje mi się, żebym była mądrzejsza, bardziej wrażliwa czy bardziej wyrobiona teatralnie niż oni. Brzmi to pewnie jak kokieteria po tylu latach spędzonych w teatrze i w sztuce w ogóle, ale w jakimś sensie jest to prawdziwe przekonanie.

Fundacja Krystyny Jandy na rzecz Kultury prowadzi dwa teatry, ale cztery sceny, czasem nawet sześć, wliczając w to spektakle plenerowe. Jaka jest specyfika tych scen?
– Duża scena Teatru Polonia pozostaje naszą sceną poruszającą tematy trudniejsze, często bulwersujące. To tu powstały wszystkie nasze klasyczne teksty, ale też „Żeby nie było śladów” – historia Grzegorza Przemyka, „Danuta W.”, „Zapiski z wygnania”, „Krzesła” Ionesco, „Szczęśliwe dni” Becketta, nasze Czechowy czy Fredro. Tu także staramy się uczyć tolerancji i zajmować polskimi przekleństwami, takimi jak nietolerancja, homofobia, AIDS, starość, wykluczenie. Mała scena, scena Fioletowe pończochy, to jak nazwa wskazuje scena początkowo stworzona dla kobiet, ruchów kobiecych, o kobietach i „według kobiet”, teraz zmienia charakter i opowiada współczesne historie rodzinne, korporacyjne, ludzkie, coraz częściej są tam samotni, zagubieni mężczyźni i dużo nieszczęśliwej miłości. Duża scena Och-Teatru to komedie i farsy, zawsze też wystawiane z jakiegoś dodatkowego powodu lub z „bonusowym” elementem, jak choćby „Maydaye”, jeden utrzymany w stylistyce lat 70., drugi 80.: dekoracje, kostiumy, sposoby zachowań i noszenia się mężczyzn i kobiet oraz muzyka. Ale również na tej scenie i „Biała bluzka”, „Callas”, i teksty niekoniecznie komediowe, takie jak „Stowarzyszenie umarłych poetów”, dlatego że układ sceny wyjątkowo im służy. Mała scena, Och-Cafe-Teatr, to scena trudna, trzeba tam grać na stojąco (układ krzeseł i brak jakiegokolwiek zaplecza, niska sala), ale znalazły tam swoje wymarzone miejsce monologi aktorów i formy teatralne z interakcją z publicznością. No i jeszcze nasze spektakle dla dzieci, to znaczy mój konik, marzenie, żeby mieć całego Brzechwę. I to realizujemy.

Och-Teatr dysponuje szczególną sceną, usytuowaną w środku sali, na podium między dwiema częściami amfiteatralnie zabudowanej widowni. To wywiera wpływ na grę aktorów, ale i na reżyserię. Czy wszyscy w tych warunkach się sprawdzali?
– W zasadzie tak. I reżyserzy, i aktorzy bardzo lubią tę scenę, a ja wolę grać na niej niż na pudełkowej, jest dużo bardziej wymagająca. Świetnie przyjmuje farsy, choć konieczne są na niej ruch, tempo; sztuki „statyczne” zupełnie się na tej scenie nie sprawdzają. Jest także świetna do koncertów.

W spektaklach Polonii i Och-Teatru często występują nestorzy, co spotyka się z dużym aplauzem publiczności. Czy zapewnienie ich obecności w obsadzie wymaga szczególnych zabiegów?
– Och, kochamy ich, choć to nasza „udręka i ekstaza”. Uważam, że nie ma teatru bez „starych” aktorów, to oni dają prawdziwą paletę barw i odcieni. Coraz ich mniej, coraz trudniej ich zdobyć i cieszyć się ich wiedzą, techniką i doświadczeniem. Staramy się.

Teatry niepubliczne, które muszą się utrzymać przede wszystkim z biletów, raczej unikają misji. Tymczasem na scenach pani teatrów niemało jest spektakli misyjnych – mam na myśli nie tylko bardzo ceniony pani monodram „Zapiski z wygnania”, ale także takie tytuły jak „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza czy „Matki i synowie” Terrence’a McNally’ego. Sporo pani ryzykuje.
– Niekoniecznie. Widzowie przychodzą na te spektakle, może nie tak tłumnie, ale są i doceniają, że traktujemy ich jak przyjaciół na wesela i smutki.

Na afiszu Polonii pojawia się sporo monodramów, a na afiszu Och-Cafe także one man show. Czy to wynika z pani osobistej pasji jako artystki mającej za sobą wiele głośnych monodramów, czy z kalkulacji biznesowej?
– Z obu tych powodów, ale także dlatego, że ułożenie repertuaru w naszych teatrach jest nie lada wyczynem. Około 350 aktorów z całej Polski z ich angażami stałymi w innych teatrach, także poza Warszawą, ich filmami, serialami, spektaklami wyjazdowymi, wakacjami i feriami spędzanymi z dziećmi to gąszcz, slalom z gigantycznymi przeszkodami. Monodramy, spektakle małoobsadowe to lek na „dziury”, kiedy te większe obsady nie mogą się zebrać. Ja sama jestem jak spadochroniarz, zawsze do dyspozycji, ląduję tam i wtedy, gdzie i kiedy inni nie mogą.

Polonia i Och-Teatr grają bez przerwy wakacyjnej. To nie jest tak jak w PRL, wtedy teatr zarabiał, kiedy nie grał. Teraz jednak trwa spowodowany pandemią przestój. Czy ten czas kwarantanny wymusi na teatrze niepublicznym, a więc na Polonii i Och-Teatrze, również jakieś poważne zmiany?
– Mamy nadzieję przetrwać. Wydajemy nasze oszczędności i wzięliśmy właśnie półtoramilionową pożyczkę na pensje dla pracowników i konieczne koszty stałe i… czekamy z aż trzema gotowymi premierami na możliwość grania. Do zobaczenia w teatrze już wkrótce. „Oszuści” i „Wspólnota mieszkaniowa” będą niespodziankami w Och-Teatrze, „Cwaniary” i „Portret artysty z czasów starości” w Teatrze Polonia, ja zrobię nową rolę na grudzień w tekście Jarosława Mikołajewskiego „Aleja zasłużonych”. W wakacje przymierzamy się do przeniesienia do internetu „Na czworakach” Różewicza i „Pana Jowialskiego” Fredry. Do zobaczenia!

Fot. Anna Rezulak/KFP/REPORTER

Wydanie: 25/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy