Widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”

Widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”

18.09.2019 Gdynia 44 Festiwal Polskich Filmow Fabularnych Nz Krystyna Janda Fot Anna Rezulak/KFP/Reporter

Sama jestem jak spadochroniarz, zawsze do dyspozycji, ląduję tam i wtedy, gdzie i kiedy inni nie mogą Krystyna Janda – aktorka, reżyserka, prezes Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury, założycielka Teatru Polonia i Och-Teatru Silna pozycja rynkowa Polonii i Och-Teatru to świadectwo, że można prowadzić ambitny teatr niepubliczny i nie splajtować (na razie pomijam negatywny wpływ pandemii). Jak to się robi? Jest na to jakiś przepis? – Jest chyba wiele elementów, które należy uwzględniać, ale nie wydaje mi się, żebym myślała inaczej od strony artystycznej niż dwaj dyrektorzy, pod których opieką pracowałam i w których zespołach byłam, panowie Janusz Warmiński i Zygmunt Hübner. To znaczy przede wszystkim teatr za wszelką cenę dobry i grający nieprzerwanie. Dobry, dobrze grany, różnorodny, szanujący widza, swoich aktorów i sam siebie, dbający o powtarzalność jakościową wieczorów, o światło, efekty, zatrudniający wybitnych scenografów, kostiumologów, wszelkich współpracowników. Ale tak było i w tamtych teatrach, Ateneum i Teatrze Powszechnym moich czasów. Dziś nasza fundacja działa odmiennie, nasz rachunek ekonomiczny jest zasadniczo różny od tamtego sprzed lat, musimy działać i utrzymać się w zasadzie z biletów, a także wyprodukować większość naszych spektakli za te pieniądze, no a potem grać, grać… żeby zarobić, ale za to angażujemy więcej „gwiazd”, bo nie mając stałego zespołu, możemy sobie na to pozwolić. Gramy bardzo dużo, także dzięki temu, że nie obowiązują nas, restrykcyjne wtedy i dziś w teatrach państwowych, regulaminy pracy. Nie stać nas na przestoje, „pomyłki”, mamy minimalny margines bezpieczeństwa finansowego, ale zasada dwa tytuły lżejsze zarabiają na jeden trudniejszy, jest wciąż ta sama. Przede wszystkim teatr dobry, dobrze grany, z interesującymi tematami czy spojrzeniem na ludzi i świat, teatr aktualny, niezależnie od tego, co kto rozumie pod tym określeniem; dobry! I nie nudny! – to najważniejsze. Do jakiego widza adresują swoje spektakle Polonia i Och-Teatr? Bo niemożliwe, że tylko do profesorów medycyny, menedżerów wielkich korporacji i sławnych mecenasów. Skoro co druga premiera przekracza 100 przedstawień, nie wspominając o takich fenomenach jak pani monodram „Shirley Valentine” grany prawie 400 razy czy „Boska” (244 spektakle) albo „32 omdlenia” Czechowa (238), widownia musi być bardziej zróżnicowana niż tradycyjna i nowa inteligencja? – Nasze produkcje kierujemy do jak najszerszej publiczności, nie ryzykujemy niezrozumiałą awangardą i pomysłami zbyt szokującymi dla naszych widzów, choć takie teksty jak „Koza, albo kim jest Sylwia?” Edwarda Albeego też miały odbiorców, czy spektakle na tematy stricte polityczne i społeczne. Wyznajemy jedną zasadę: widzowie muszą od nas wyjść z „czymś”, z uśmiechem, wzruszeniem, uspokojeniem, poruszeni, zaskoczeni, uświadomieni w jakiejś sprawie itd. Nie może być wieczorów obojętnych. Pani teatry stały się marką, na grane w nich sztuki się chodzi. Zapewne to powiązany efekt pani nazwiska działającego jak magnes i doboru repertuaru. Czym pani się kieruje w wyborze tytułów? – Jeśli powiem, że intuicją, to pewnie będzie prawda, ale zapewne także doświadczeniem i zrozumieniem publiczności, z którą sama jako aktorka spotykam się prawie co wieczór i wydaje mi się, że ją znam i rozumiem, co więcej, lubię. Łączą mnie z nią te same problemy, gusta i wrażliwość na aktualności. Tak mi się wydaje. Jakoś traktuję widzów jak bliskich i to się sprawdza. Nie wydaje mi się, żebym była mądrzejsza, bardziej wrażliwa czy bardziej wyrobiona teatralnie niż oni. Brzmi to pewnie jak kokieteria po tylu latach spędzonych w teatrze i w sztuce w ogóle, ale w jakimś sensie jest to prawdziwe przekonanie. Fundacja Krystyny Jandy na rzecz Kultury prowadzi dwa teatry, ale cztery sceny, czasem nawet sześć, wliczając w to spektakle plenerowe. Jaka jest specyfika tych scen? – Duża scena Teatru Polonia pozostaje naszą sceną poruszającą tematy trudniejsze, często bulwersujące. To tu powstały wszystkie nasze klasyczne teksty, ale też „Żeby nie było śladów” – historia Grzegorza Przemyka, „Danuta W.”, „Zapiski z wygnania”, „Krzesła” Ionesco, „Szczęśliwe dni” Becketta, nasze Czechowy czy Fredro. Tu także staramy się uczyć tolerancji i zajmować polskimi przekleństwami, takimi jak nietolerancja, homofobia, AIDS, starość, wykluczenie. Mała scena, scena Fioletowe pończochy, to jak nazwa wskazuje scena początkowo stworzona dla kobiet, ruchów

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2020, 25/2020

Kategorie: Kultura