Jak zarobić na „Kodzie Leonarda da Vinci”?

Jak zarobić na „Kodzie Leonarda da Vinci”?

Minęły dwa lata od publikacji powieści, a wszystko, co ma z nią jakikolwiek związek, sprzedaje się w ciemno

„Kod Leonarda da Vinci” to najważniejsze – jak dotąd – wydarzenie z zakresu popkultury w XXI w. Nawet więcej – „Kod” wywołał najsilniejszą od dziesięcioleci koniunkturę na rynku dóbr kultury masowej. Minęły dwa lata z hakiem od publikacji powieści, a wszystko, co ma z nią jakikolwiek związek, sprzedaje się w ciemno. Wszystko, czyli ekranizacja filmowa, programy telewizyjne, gry komputerowe, trasy wycieczkowe, wirtualne wersje rękopisów Leonarda. Zobaczmy wycinek tej lawiny – tylko książki związane z „Kodem” i tylko w Polsce. Takiej koniunktury ciągniętej przez jedną książkę nasz rynek nie oglądał – od kiedy istnieje.
„Kod” osiągnął na świecie nakład bajeczny – co najmniej 50 mln sprzedanych egzemplarzy w 40 językach. Co przyniosło autorowi nie mniej niż 250 mln funtów. W Polsce rozeszło się co najmniej pół miliona egzemplarzy. Dla zarobku książkę sprzedają nawet księgarnie katolickie. Wydawcy zresztą największą ofensywę przypuścili w Rzymie podczas zeszłorocznego konklawe. Pielgrzymi, którzy przybyli do Rzymu, o „Kodzie” dyskutowali częściej niż o szansach poszczególnych kandydatów na Stolicę Piotrową. Jednocześnie rozkręcała się sprzedaż literatury „wokółkodowej”.

Brown kłamie?

Przede wszystkim dalsze zyski z „Kodu” zamierza ciągnąć sam Dan Brown. Początkowo zapowiadał, że kontynuacja powieści trafi na rynek na gwiazdkę tego roku, ale kilka miesięcy temu oświadczył, że nie upora się z robotą do przyszłego roku. Czytelnicy spodziewają się rewelacji typu: to Judasz, a nie Jezus jest właściwym twórcą chrześcijaństwa. I mamy na to mocne dowody. O kontynuacji wiadomo na razie jednak tylko tyle, że dużo w niej będzie tajemnic masońskich.
Do kontrataku ruszyli teologowie i pisarze chrześcijańscy. Rynek został zasypany książkami polemicznymi. Wydawnictwa katolickie nie zostawiły na książce suchej nitki. Przykładowo Alfred J. Palla w rozprawie „Kod Leonarda da Vinci: fakt czy fikcja?” nie tylko przejechał się po linii historycznej i dogmatycznej. Dla zdyskredytowania autora, wypomniał mu nawet drobne nieścisłości: „Dan Brown napisał na przykład, że szklana piramida za Luwrem składa się dokładnie z 666 kawałków szkła. Tymczasem dokładnie jest ich 673”. Wszystko po to, by postawić pytanie fundamentalne: „Czy można polegać na nim w kwestiach historycznych i teologicznych dużej wagi, skoro w rzeczach łatwych do sprawdzenia popełnił gafy, na jakie nie pozwoliłby sobie nawet historyk amator?”. Polemikę wydała niewielka oficyna Betezda z Rybnika, bo książeczki na temat „Kodu” to dla takich firemek gratka. Nie muszą pakować pieniędzy w reklamę – towar sprzeda się sam. Na tej samej zasadzie z książką wymierzoną w „Kod” wystąpiło np. Wydawnictwo Diecezjalne w Sandomierzu. Umieściło na rynku „Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci” – z okładką, która do złudzenia przypomina okładkę samego „Kodu”. Za nim biegnie co najmniej tuzin podobnych tytułów, wydanych na podobnej zasadzie przez podobnie niepokaźne oficyny przykościelne. Tytuły mówią wszystko: „Największe tajemnice Kodu Leonarda da Vinci”, „Kod Ewangelii”, „Prawda o kodzie Leonarda da Vinci”, „Prawdziwa historia w Kodzie Leonarda da Vinci” itd.

Naukowcy zabawią

Wśród polemizujących z Danem Brownem znaleźli się jednak i naukowcy, którzy zwalczają go nie tyle z pobudek religijnych, ile naukowych. Tłumaczą krok po kroku, gdzie Brown rozmija się z prawdą. Tak postępuje Cox Simon w „Złamanym kodzie Leonarda da Vinci”. Josh McDowell podszedł do sprawy jeszcze inaczej. Grzebie w historii, idąc po śladach Dana Browna, ale tak, by nie zmęczyć czytelnika mało oczytanego w dziejach. Jego „W poszukiwaniu odpowiedzi – Kod Leonarda da Vinci” to rozdzialiki krótkie jak zapiski Bidget Jones, w dodatku zredagowane jak rozmowa przyjaciół przy kawie. Nie męczą, za to uczą.
Przy tej okazji szanse na zdobycie czytelnika znajdą wszelkie tajemnice z dziejów chrześcijaństwa. Świeżo spod drukarskiej prasy wyszedł – dla przykładu – „Kod Judasza” Seweryna Mosza. A w utworzonej specjalnie przez Wydawnictwo Lux „Bibliotece Klubu da Vinci” ma się ukazać jeszcze 20 pozycji w ciągu najbliższych czterech lat. Następna w kolejce – „Papież Joanna. Prawdziwa historia kobiety, która została papieżem”. Więcej niż oczywiste jest także to, że „Kod” pobudził zainteresowanie organizacją Opus Dei, przedstawioną przez Dana Browna jako środowisko wpływowych kryminalistów. Tylko na polskim rynku ukazało się kilka popularnych monografii rozprawiających się z tą organizacją. Stosunkowo rzeczowa i wolna od ideologicznego zacietrzewienia jest rozprawa Johna L. Allena „Opus Dei”. Ale i tu autor koncentruje się na odpowiedzi na pytania inspirowane wprost książką Dana Browna: czy Opus Dei stosuje pranie mózgów, czy jest watykańską „sektą od brudnej roboty”, czy stosuje tajemne praktyki i obrzędy?

Atak thrillera religijnego

No ale wszystko to są książki bezpośrednio związane z „Kodem”. Tymczasem moda, którą wykreowała powieść Dana Browna, ma znacznie szerszy zasięg. Jej zasługą jest niebywała kariera podgatunku sensacyjnego zwanego „thrillerem religijnym”. Na świecie od dwóch lat, a w Polsce od roku półki księgarń uginają się od powieści, które mają w podtytule: „To lepsze niż „Kod Leonarda da Vinci”, „Kod Leonarda da Vinci nowej generacji” albo „Hiszpańska odpowiedź na Kod Leonarda da Vinci”. Schemat jest najczęściej przejęty żywcem z „Kodu”. Oto znawca sztuki – najczęściej tropiony przez tajną organizację powiązaną z Kościołem odkrywa mroczne tajemnice chrześcijaństwa zakodowane w arcydziełach dawnych epok. Najnowszy przykład – „Spadek Leonarda da Vinci” Lewisa Perdue, który wydawca na okładce reklamuje: „Znika Kodeks Leonarda da Vinci…”. W domyśle: nastaje „Spadek”. Dlaczego? Ponieważ autor „Spadku” oskarża Dana Browna o plagiat. A czytelnik ma rozsądzić, czy podobieństwa między wcześniejszym „Spadkiem” a późniejszym „Kodem” to przypadek czy kradzież intelektualna. A są i autorzy, którzy uważają, że Brown nie wyeksploatował jeszcze Leonarda do gruntu. I taki Javier Sierra wydał właśnie thriller historyczny, w którym tajemnice chrześcijaństwa kodowane są raz jeszcze na słynnym fresku „Ostatnia wieczerza”. A Javier Sierra na pewno nie jest w tym względzie – nomen omen – ostatni.
Trafiają się również tradycyjnie napisane powieści historyczne z tajemnicą religijną jako osią intrygi. Jak w przypadku powieści „Ostatni templariusz” Raymonda Khoury’ego i „Cień templariusza” Núrii Masot. W obu chodzi o tajemnicze a niebezpieczne dla Kościoła przekazy chronione przez templariuszy. Historii tu niewiele, więcej awantur w typie sienkiewiczowskim. Z kolei „Bractwo świętego Całunu” Julii Navarro eksploatuje nieśmiertelny wątek całunu turyńskiego. Autorka stawia tezę, że templariusze nadal funkcjonują – są teraz bogatą i wpływową mafią, broniącą całunu przed tajemniczymi ludźmi potworami (bez linii papilarnych), którzy dybią na święte płótno. Natomiast w „Ostatniej tajemnicy Leonarda da Vinci” Davida Zurda i Ángela Gutiérreza spotykamy się z hipotezą, że to Leonardo jest twórcą słynnego całunu – przypominam, że do jego sporządzenia trzeba było mieć wiedzę z zakresu fotografii.
Zdarza się, że wydawca odkurza historię bardzo podobną do dziełka Browna, tyle że zapomnianą, bo w chwili wejścia na rynek nie miała tyle szczęścia co „Kod”. To przypadek „Spisku sykstyńskiego” Philippa Vanderberga jeszcze z 1988 r. Tu wiadomość o wykradzeniu ciała Chrystusa z grobu – wbrew relacjom ewangelistów o zmartwychwstaniu – miała być zakodowana we freskach Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Przy okazji przypomniano powieść słynnego Roberta Ludluma jeszcze z 1976 r., kiedy ta chodząca maszyna do pisania wpadła na pomysł, by w „Przesyłce z Salonik” dać historię zakulisowych zmagań o dokument z pierwszych wieków chrześcijaństwa zdradzający, że Jezus miał sobowtóra, który zastąpił go po śmierci na krzyżu.

Leonardo na doczepkę

Na tej księgarskiej awanturze zyskał nawet mistrz Leonardo – pośredni sprawca całego zamieszania. I to w wielu rolach jednocześnie. Jako malarza o niezrównanych horyzontach przypomina go „Traktat o malarstwie”, wydany z przedmową historyka sztuki Marii Rzepińskiej, która zapewnia publiczność: „Leonardo uważał malarstwo nie tylko za sprawę intelektu, ale i charakteru”. Talentu mogła nam Bozia poskąpić, ale może nadrobię charakterem – pomyśli czytelnik, wgłębiając się w dywagacje geniusza. Podobnie postępuje Nicholl Charles w przewodniku „Leonardo da Vinci. Lot wyobraźni”. Tu Leonardo został pokazany jak osobowość wzorcowa z punktu widzenia popularnych podręczników rozwoju osobistego. Artysta i myśliciel, który ciągle przekracza granice: w sztuce i w życiu. Tylko się wzorować. A tuż obok stoją na półce poważne monografie. Jak ta: „Leonardo da Vinci. Artysta i dzieło”, która wyszła spod piór aż czterech autorów. Oferuje całokształt pomysłów wynalazczych mistrza z takich dziedzin jak hydrologia, machiny wojenne, architektura, astronomia i anatomia. Napisane solennie, starannie zdokumentowane, miło książkę wziąć do ręki. Posłuży na dwa pokolenia wprzód. Kiedy o „Kodzie” nikt już nie będzie pamiętał.

 

Wydanie: 43/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy