Wielki przegrany

Wielki przegrany

Widzowie, zwabieni legendą Markiza de Sade, mogą wyjść z kin rozczarowani

Potępiony za niemoralność, której był wrogiem, nazywany zboczeńcem i prowokatorem, Markiz de Sade jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych i zarazem fascynujących postaci w historii kultury europejskiej.
Niestety, najnowszy film Benoita Jacquota “Sade”, który właśnie wchodzi na ekrany, pokazuje tytułowego bohatera jako postać jednoznaczną i trywialną. Widzowie, zwabieni do kin legendą słynnego Markiza, mogą wyjść rozczarowani. Okazuje się bowiem, że znakomicie wprawdzie zagrany przez Daniela Auteuila Sade to w gruncie rzeczy poczciwy, starzejący się mężczyzna, który bardzo lubi niekonwencjonalne konwersacje i w tajemnicy pisuje gorszące książki. W dodatku reżyser – i zarazem autor scenariusza – skupia uwagę na jednym okresie z jego życia, o którym milczą źródła historyczne: na jego pobycie w zamkniętym zakładzie Picpus. Dzięki temu może wprowadzić postaci fikcyjne, jak np. młodą arystokratkę, jedną z głównych bohaterek filmu, rozwijać wymyślone wątki – na malowniczym tle epoki krwawej dyktatury Robespierre’a.
Nie pierwszy to przypadek, że reżyser bierze autentyczną postać historyczną i dobudowuje jej biografię według własnego kaprysu. Po co to robi? Aby posłużyć się magią słynnego nazwiska i przyciągnąć tłumy do kin?
A przecież życie Markiza de Sade było tak barwne i burzliwe, zaś sam Markiz tak niejednoznaczny, wielowymiarowy… Interesujące byłoby prześledzenie jego drogi życiowej, dociekanie, jak to się stało, że arystokrata pochodzący ze starożytnego rodu, wychowanek jezuitów, uczeń Richardsona i Prevosta, następnie oficer i przykładny ojciec rodziny, stał się w końcu hulaką, libertynem, ateistą i antyklerykałem. Za liczne prowokacje obyczajowe, skandale i “perwersyjne zachowanie” spędził w więzieniach 27 lat ze swego 74-letniego życia. Mimo to nigdy nie wyparł się swoich poglądów, w każdych warunkach był ostentacyjnym nonkonformistą. Choć żył w epoce racjonalizmu i dużej swobody obyczajowej, jedno i drugie nieustannie poddawał próbom. Prowadził retoryczne spory z Kościołem, ostentacyjnie łamał normy obyczajowe i prawne, wciąż prowokował otoczenie, jakby chciał sprawdzić sam na sobie, jak daleko jeszcze można przesunąć granice manifestacji ludzkiej wolności.
Stworzył bohaterów, którzy dopiero w XX w. zdobędą w literaturze poczesne miejsce i zdominują masową wyobraźnię: dewiantów, psychopatów, morderców, co będzie reakcją na kompromitację idei humanizmu. Choć w swoich książkach opisywał pełne okrucieństwa praktyki seksualne, które potem od jego nazwiska nazwano sadyzmem, nie był, jak zaświadczają źródła historyczne, człowiekiem agresywnym czy krwiożerczym. Cieszył się sympatią służby, uznaniem znacznej części otoczenia.
“Tylko w ekscesach można odnaleźć wolność” – uważał Markiz, który wyprzedził późniejszą o dwa stulecia tezę kulturoznawców, że perwersja jest wyrazem buntu jednostki przeciw regułom i represji społeczeństwa, manifestacją wolności, a więc wartością kultury i to wartością pozytywną.
Do Markiza de Sade na dziesięciolecia przylgnęła etykietka “zboczeńca”. Nie na wiele zdały się późniejsze zabiegi Guillaume’a Apolinaire’a, który próbował przywrócić mu dobre imię, podkreślając jego znaczenie dla literatury, ani to, że surrealiści uznali go za swego patrona. Także wysiłki krytyków literackich, którzy widzieli w nim zwiastuna “czarnego romansu” epoki romantyzmu oraz prekursora psychoanalizy, nie zmieniły powszechnego wyobrażenia o tym kontrowersyjnym człowieku i twórcy. Prawdopodobnie mógłby to zrobić adresowany do masowego odbiorcy film i być może kiedyś tak się stanie. Ale z pewnością nie sprosta temu zadaniu ładny, skądinąd, choć pozbawiony intelektualnej głębi film Jacquota.

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy