Wietnam wciąż umiera

Wietnam wciąż umiera

25 lat po zakończeniu wojny wnuki mieszkańców dżungli odczuwają skutki amerykańskich ataków chemicznych

Dzieci Dang Van Mingha nigdy się nie śmieją. Nigdy też nie wypowiedziały ani słowa, chociaż urodziły się prawie 20 lat temu. Ich potwornie zniekształcone głowy bez oczu, z groteskowo nabrzmiałymi wargami, nie pozwalają na nawiązanie kontaktu ze światem.
Dang jest weteranem “wojny amerykańskiej”. Walczył w dżungli na południe od 17 równoleżnika. Pewnego dnia, latem 1965 roku, nad tropikalnym lasem pojawiły się śmigłowce wroga. Tym razem z nieba nie posypały się jednak bomby. Helikoptery US Army rozpylały za to cuchnącą mgłę. Wkrótce potem drzewa zaczęły tracić liście, a ryż na polach zmarniał. “Kiedy z nieba spadała trucizna, czułam się tak, jakby wbijano we mnie tysiące szpilek. Byliśmy śmiertelnie przerażeni” – opowiada wieśniaczka Ba Hoang Thi Ly. Dziś jej córka nieustannie cierpi. Na rękach i nogach dziewczynki skórę rozdzierają brunatne wrzody wielkości pięści. 28-letnia Truong Thi Thuy, pochodząca z tej samej osady, zna wojnę tylko z opowiadań. “Miałam zaledwie trzy lata, gdy zaczęło się wyzwolenie” – opowiada dziennikarzom. Młoda kobieta rozpaczliwie tuli do siebie sześcioletnią córeczkę o bladej twarzy i skórze koloru wosku. Mała z całej siły zaciska powieki. “Nie, Mheo się nie boi. Ona przyszła na świat bez źrenic” – wyjaśnia matka.
Krwawy konflikt w Wietnamie zakończył się 25 lat temu. W wojnie straciło życie 58 tysięcy żołnierzy Stanów Zjednoczonych i ponad 3 miliony Wietnamczyków i ich sprzymierzeńców. Historycy do dziś spierają się, czy była to wojna sprawiedliwa, czy Waszyngton miał powody, by w indochińskiej dżungli powstrzymywać komunizm siłą, czy też rozpętał całkowicie niepotrzebną masakrę, bowiem, jak się później okazało, “czerwony” Wietnam nie zagroził amerykańskim interesom? Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wietnamska lekcja całkowicie zmieniła natomiast nastawienie Amerykanów do wojny. Jeśli teraz Waszyngton decyduje się na działania zbrojne, to tylko w warunkach całkowitej przewagi technicznej, gwarantującej, że straty wśród “amerykańskich chłopców” będą minimalne.
Ale wojna wietnamska tak naprawdę trwa nadal. W ćwierć wieku po zakończeniu konfliktu koszmar przeżywa kolejna generacja – pokolenie wnuków.
Armia USA masowo rozpylała bowiem w czasie wojny

środki chemiczne,

pragnąc unicestwić dżunglę tak, aby bojownicy z Północy nie mogli przedzierać się na Południe pod osłoną gęstego dachu z liści. Stratedzy Pentagonu zamierzali też zniszczyć zasiewy, by wygłodzić “czerwonych” partyzantów. Rozkaz masowego zastosowania preparatów chwastobójczych na południe od 17 równoleżnika wydał prezydent John F. Kennedy w 1962 r. Ta ściśle tajna operacja miała kryptonim “Ranch Hand”. Ze śmigłowców i samolotów rozpylono do 1971 r. ponad 72 miliony litrów różnego rodzaju herbicydów zwanych Agent White, Agent Pink czy Agent Green (Agent Biały, Agent Różowy czy Agent Zielony) od koloru pasów, jakie malowano na metalowych pojemnikach z chemikaliami. Najgroźniejszą z tych substancji był Agent Orange, nazwany przez Wietnamczyków Mau-da-cam, czyli Trucizna Koloru Pomarańczowego. Lotnictwo USA rozpyliło nad Południowym Wietnamem ponad 44 miliony litrów tego niezwykle toksycznego środka zawierającego dioksynę, jedną z najbardziej toksycznych substancji świata. Na Wietnam spadło około 170 kg dioksyny. Dla porównania w lipcu 1976 roku z włoskiej fabryki chemicznej pod Seveso na skutek wadliwego funkcjonowania zaworu bezpieczeństwa wydostało się zaledwie 250 gramów dioksyny, a i tak doszło do jednej z największych katastrof ekologicznych w Europie. W skażonym środowisku masowo ginęły ptaki i zwierzęta, okoliczni mieszkańcy skarżyli się na piekącą wysypkę, bóle głowy, biegunkę i wymioty.
Ale Seveso to nic w porównaniu z nieszczęściem, jakie spotkało Wietnam. Agent Orange poraził 18 procent terytorium Południa, wypalił jedną piątą powierzchni upraw i 2,2 miliona hektarów dżungli. Według danych rządu w Hanoi, z dioksyną zetknęło się 17 milionów ludzi, z których ponad milion zapadło na poważną chorobę. Później co najmniej 100 tysięcy dzieci urodziło się z poważnymi deformacjami, wiele spośród nich przeżyło zaledwie kilka lat. “To była największa wojna na wyniszczenie przeciwko człowiekowi i naturze w historii ludzkości” – mówi przewodniczący Wietnamskiego Czerwonego Krzyża, profesor Nguyen Trong Nhan. Rząd USA długo utrzymywał, że “dioksyna nie jest bardziej szkodliwa od aspiryny”. Także dziś koncerny Monsanto i Dow Chemical, które produkowały specyfik Agent Orange, twierdzą, iż nie ma dowodów, że jest on szkodliwy dla ludzi. Obie firmy wypłaciły wprawdzie amerykańskim organizacjom weteranów 240 miliony dolarów, ale w zamian zażądały zaświadczenia, że Agent Orange nie spowodował chorób byłych żołnierzy USA. Tymczasem zadziwiająco wielu amerykańskich kombatantów z Wietnamu po powrocie do domu zapadło na cukrzycę lub na raka. Ich dzieci rodzą się z uszkodzonym kręgosłupem, ze zdeformowanymi stopami lub upośledzone umysłowo. Federalny Urząd ds. Weteranów niechętnie wypłacił odszkodowania zaledwie 7600 byłym żołnierzom armii USA, natomiast o rekompensatach dla dawnych przeciwników nie chce słyszeć. Prawnicy Waszyngtonu zdają sobie sprawę, że ewentualne odszkodowania dla Wietnamu wyniosłyby miliardy dolarów. Stany Zjednoczone oficjalnie reprezentują więc stanowisko: “Nie ma wystarczających dowodów, że to herbicydy są odpowiedzialne za choroby, zdeformowane dzieci i wyjątkowo liczne bliźnięta syjamskie w Wietnamie”.
W marcu br. William Cohen jako pierwszy od zakończenia wojny sekretarz obrony USA złożył wizytę w Hanoi. Cohen oświadczył, że “problematykę dioksyny i Agenta Orange Wietnam i Stany Zjednoczone powinny wspólnie rozpatrywać na płaszczyźnie naukowej”. Uznano to za duży postęp, gdyż uprzednio Amerykanie nie chcieli w ogóle dyskutować na ten temat. W praktyce takie postawienie sprawy oznacza jednak

niekończące się dyskusje

fachowców i odroczenie kwestii odszkodowań na wiele lat. Komunistyczne władze w Hanoi nie naciskały na Cohena. Politycy wietnamscy obawiają się, że jeśli zdecydowanie postawią kwestię dioksyny i odszkodowań, Stany Zjednoczone w odwecie zrezygnują z inwestycji w Wietnamie. Ten azjatycki kraj bardzo potrzebuje zaś dolarów, by uzdrowić kulejącą gospodarkę, a zagraniczne inwestycje i tak drastycznie maleją (z 8,6 mld dolarów w 1996 roku do 1,4 mld w roku ub.).
Władze w Hanoi przyznały dotąd państwową rentę za szkody spowodowane przez amerykańską broń chemiczną jedynie byłym żołnierzom armii północnowietnamskiej i partyzantki Vietcongu. Renta w przeliczeniu wynosi od 3 do 6 dolarów miesięcznie. Cywile oraz byli żołnierze zwyciężonej armii Południa nie dostają nawet i tego.
Tymczasem w regionach skażonych herbicydami szerzą się straszliwe choroby. Badał je doktor Nguyen Viet Nhum z miasta Hue, o które w czasie wojny toczyły się zacięte walki. “Młodzi wieśniacy, transportujący podziemnymi tunelami zaopatrzenie i amunicję dla partyzantów, masowo zapadali na białaczkę, nowotwory płuc i wątroby. Codziennie rodziły się zdeformowane dzieci z wodogłowiem, stopami wyrastającymi bezpośrednio z tułowia, potworki bez oczu i ust, głuche, upośledzone umysłowo, niemowlęta z czterema rękami i jednookie dzieci-cyklopy” – twierdzi wietnamski lekarz. W 1996 roku doktor Nhum odbył podróż po płaskowyżu wokół miasta Phoung, gdzie Agent Orange dokonał szczególnych spustoszeń. Nhum widział zdeformowane dzieci, krzyczące z bólu dzień i noc, widział miotane przez drgawki i ataki szału kilkuletnie kaleki, trzymane przez bezradnych rodziców

w bambusowych klatkach.

Liczba noworodków z ciężkimi schorzeniami lub wadami wrodzonymi nie zmniejszała się aż do połowy lat osiemdziesiątych. “Także obecnie w regionach porażonych bronią chemiczną przychodzi na świat 9,5 razy więcej kalekich dzieci niż na terenach, w których nie było herbicydowego terroru” – twierdzi doktor Nhum.
Zdaniem dyplomatów amerykańskich, w takich oskarżeniach jest wiele propagandy umiejętnie prowadzonej przez Hanoi. Trudno jednak za propagandę uznać wyniki badań kanadyjskich ekologów w dolinie A-Loui na granicy z Laosem. Wznosząca się nad doliną góra Ap zyskała sobie w maju 1969 r. smutną sławę jako “Hamburger Hill”. Wojska amerykańskie, wspierane przez lotnictwo zrzucające herbicydy i napalm, szturmowało górę przez dziesięć dni. Od 1993 r. kanadyjscy eksperci, kierowani przez Davida Levy’ego, specjalistę od dioksyny, pobierali tu próbki gleby, mleka karmiących matek i tkanek zwierzęcych. Rezultaty tych analiz, opublikowane w końcu kwietnia, okazały się prawdziwym szokiem. Wioska A So, nad którą samoloty USA rozpylały środki chwastobójcze, powinna właściwie zostać ogłoszona regionem katastrofy. 2,9 procent dzieci przychodzi tu na świat z wadami wrodzonymi. Poziom dioksyny przekracza obowiązujące w Kanadzie normy o 9 tysięcy procent! “W krajach Zachodu w takim przypadku zostałaby usunięta i spalona cała górna warstwa ziemi. Także dla Wietnamu musimy zalecić takie rozwiązanie” – głosi David Levy. Tylko że koszty powyższego przedsięwzięcia są oceniane na kilka miliardów dolarów. Hanoi nie dysponuje podobnymi środkami, zresztą dolina A-Loui jest przypuszczalnie tylko jednym z kilkuset tak silnie skażonych miejsc w Wietnamie.
Uczestnicy “wojny wyzwoleńczej”, którzy stali się rodzicami ciężko chorych dzieci, nie kryją rozgoryczenia. “My chętnie narażaliśmy się na śmierć. Uważaliśmy, że poświęcamy się dla następnego pokolenia. Ale te dzieci są całkowicie niewinne. Nie mają z wojną nic wspólnego, a jednak stały się kolejnymi jej ofiarami” – powiedział 45-letni Nguyen Van Hien, który codziennie przychodzi do szpitala w Ho Szi Min, dawnym Sajgonie, by kołysać swego kalekiego syna do snu.

Wydanie: 19/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy