Wiosenne dymanko szpaków u Wielkiego Brata

Wiosenne dymanko szpaków u Wielkiego Brata

Okoliczności przyrody – rzeżucha leniwie rosnąca na parapecie, zapach koperku, świerk za oknem – uśpiły naszą czujność. Jedno dziecko drzemało, drugie robiło właśnie 2675. dziurkę w kolorowym papierze (dziurkaczem w kształcie króliczka). Dorośli otworzyli butelkę i zaczynali rozmawiać o polityce i nieruchomościach. Jeszcze bez emocji – jakby krzątając się w rozmowie, rozsiadając się w niej bez pośpiechu. Gospodarze donosili kawę i podawali sałatę z pokrojonym w łódki selerem naciowym i słonecznikiem. W tle głupią melodyjkę zagrał tukan ze świecącym pomarańczowo okiem. Telewizor mruknął zakolorowany – dziecko włączyło „Psi Patrol” (on rozwiąże każdą przykrą sytuację). Przez szyby wychodzące na mały ogród wpadało ciepło, ziewnęłam. Ktoś zajął kanapę przede mną i chrapnął smacznie, przytuliwszy poduszkę z jednorożcem.

Wstałam, żeby podkręcić ciśnienie, zanim odlecę jak to maleństwo, które kimało na górze. Podeszłam do okna; w ogrodzie rosła jabłoń i kilka tulipanów rozsianych bez ładu i składu pod schodami. Pod jedną z gałęzi wisiała huśtawka. Nad nią zaś znajdowała się drewniana konstrukcja: dwa szczelnie zbite prostokątne kubiki, jeden przylegający do drugiego. Z tyłu sterczały kable, jakby w grę wchodziła technologia, elektryczność. Na dachu kubika leżała poziomo najeżona twardymi pędami gałąź.

Mieszkańcy miast chyba nie są zbyt zaskoczeni, kiedy zobaczą przedmiot z innego porządku zawieszony na drzewie: trampki, majtki, plastikowe butelki, rękawiczki kołysane podmuchami wiatru to już niemal nasza codzienność. Szybko straciłam zainteresowanie budką. Moją uwagę odciągnął cienki głos, który wielokrotnie powtarzał: „Zaraz wam pokażę majtki, zaraz wam pokażę majtki”. To pewnie jakieś ekstragacie – pomyślałam – może z „Psim Patrolem”, pyskiem kota albo chociaż rybką zwaną Wandą. Spojrzałam na kilkuletnią dziewczynkę, która stała przy mnie w kurtce, butach i czapce włożonej tył na przód. Mała położyła otwarte dłonie na szybie i drzwi do ogrodu rozsunęły się. Wyszłyśmy na słońce, potem po schodkach w dół – z tarasu na trawnik. Tam przez chwilę mocowała się z rajtuzami i wreszcie pokazała majtki – białe zwyklaki – a potem pobiegła do piasku. – Nie wolno jej wchodzić do piaskownicy bez majtek – wyjaśnił tata, który, owszem, zagadywał gości, ale to nie znaczy, że nie miał na oku małej.

– Był tu pająk i ja się go boiłam! – zawołała. U mnie też wczoraj był pająk i też się go boiłam. Co to za pomysł, żeby komuś z głowy wyrastały nogi. Gdybym spotkała małe, czarne biodro, z którego wyrasta osiem rąk – czułabym się równie nie na miejscu w łańcuchu pokarmowym. Strach przed pająkami to żaden atawizm, tylko przejaw zdrowego rozsądku. My z małą patrzyłyśmy w dół, szukałyśmy pająków. Jej tata patrzył w górę.

– Całe okablowanie schowałem w tej mniejszej budce – zaczął. – Żeby nie zrobić krzywdy ptakom. We właściwej budce jest kamerka, przyrząd do mierzenia smogu i oczywiście termometr. Było trochę roboty ze spawaniem – zakończył z dumą i zerknął, czy ja patrzę. Rozdziawiłam gębę. – Więc mamy non stop transmisję online. Domek ma już mieszkańców. A ja wiele szpaczogodzin zarejestrowanych na filmach. Jak wrócimy do pokoju, to coś ci pokażę.

W salonie panowała atmosfera lekkiego rauszu, goście rozsiedli się na pobocznych krzesełkach, drugie dziecko obudziło się i trochę płakało, słusznie obrażone na zimny, nieprzyjazny świat. Wreszcie dziewczynkom wręczono owsiane ciastka: przeskalowane, wielkości talerzy! I obie natychmiast zamilkły. Ich tata odpalił palmtopa. Na ekranie zobaczyłam maleńki, prostokątny pokoik oświetlony na różowo. Czysty jak wnętrze klocka. Po prawej stronie była idealnie okrągła dziurka, przez którą wleciał szpak. Przez chwilę jego grzbiet wyglądał jak grzbiet ryby – lśniący czarno i delikatnie nakrapiany. Potem wleciał samczyk i natychmiast spadł na samiczkę – rozpostarł skrzydła i wgniótł ją w podłogę, długo szamotał się na niej: kamera pokazywała go z góry – grzbiet, skrzydła i tył głowy. Samiczka niemal znikła pod spodem. Po kilku minutach kotłowaniny ptaki zastygły w absurdalnej, manierystycznej pozie: samiczka do góry nogami, z głową krzywo opartą o podłogę. Samiec – bokiem, z dziobem, na którym zakleszczyła się jej „kurza stópka”. Oba ciałka podrygiwały i wyglądały, jakby trzeba je było po tym wszystkim wyrzucić.

Odsunęłam talerzyk z ciastem. I znów przypomniało mi się, jak Białoszewski opisywał straszliwą płodność chomików. A potem ten wiersz, który wstyd cytować, ale który – rok za rokiem, zawsze w pierwszym tygodniu kwietnia, wyświechtany, nadęty i niezdarty – okazuje się po prostu trafny: „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi / Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza / Pamięć i pożądanie, podnieca / Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz”. Chociaż jako komentarz do przygód w ptasiej budce równie dobrze mógłby posłużyć wiersz Tadeusza Pióry „Le Pauvre Con”: „Więc nic się nie liczy tylko jakość uczucia? / A miało być jak w baśniowym burdelu: / miękkie lądowanie wśród wonnych poduszek / lubieżny śpiew podchwytliwych ptaków. / Światło księżyca jest jak strzęp kieliszka. / Siedzimy cicho w kątach pokoju. / Muzyka czyha na niedyskrecje / pyszne jak wachlarz pawich piór (…)”.

Tagi: dzieci, ptaki, Wiosna

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy