Wirtuoz z wiertarką

Wirtuoz z wiertarką

Tylko dziecko albo dureń może twierdzić, że kultura utrzyma się sama

Konstanty Andrzej Kulka (ur. w 1947 r.), światowej sławy polski skrzypek, uczeń S. Hermana w liceum muzycznym, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Gdańsku. W 1964 r. wyróżniony na Międzynarodowym Konkursie im. N. Paganiniego w Genui, w 1966 r. zdobył I nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Radiowym w Monachium, co zapoczątkowało jego międzynarodową karierę. Od tej pory grał w najważniejszych salach koncertowych świata, z najlepszymi orkiestrami.

– Grał pan we wszystkich liczących się salach koncertowych, z najlepszymi światowymi orkiestrami. Jest pan z siebie dumny?
– Odczuwam satysfakcję, ale bez przesady. Nie uważam grania za posłannictwo, za jedyny cel, poza którym niczego na świecie nie widzę. Grać można różnie: świetnie, bardzo dobrze, czasami średnio. To zależy od wielu rzeczy – od stanu zdrowia, od akustyki sali, od publiczności, od pogody itd. Najważniejszą rzeczą jest utrzymanie tej dolnej linii, za którą nigdy się nie schodzi. Dopiero wtedy można powiedzieć, że ktoś jest dobry. Ja staram się zawsze pilnować tej dolnej linii, czyli po prostu dobrze wykonywać swój zawód, grać, jak potrafię najlepiej. A poza tym jestem normalnym człowiekiem. Artystą jestem na scenie, nie w życiu.
– Jak to rozumieć?
– Dbam o ręce, ale nie przesadnie, nie z nabożeństwem. Lubię majsterkować. Czasem mam w ręku piłę, czasem wiertarkę. Wiertarki mam zresztą dwie, to mój sprzęt podręczny. Sam zakładałem w domu elektrykę. Kiedy wyjeżdżam z rodziną do domu na wsi, ciągle przy czymś majsterkuję. To mnie relaksuje; jestem szczęśliwy, gdy nie muszę robić nic innego.
– Wieść niesie, że jest pan także hazardzistą, bywalcem kasyn.
– Teraz już nie mam na to czasu. Dawniej, owszem, grałem namiętnie, głównie w ruletkę i w pokera. Jeżdżąc po świecie z koncertami, chętnie odwiedzałem kasyna, także te osławione, np. w Monte Carlo czy w Baden-Baden.
– Czy zdarzyło się panu, tak jak Wieniawskiemu, zastawić skrzypce?
– Nie odważyłbym się na to. Nigdy nie przekroczyłem granicy rozsądku. Wiedziałem, za ile mogę poszaleć, zresztą miałem dość skromne środki.
– Jak pan sądzi, dlaczego tylu artystów pociąga hazard? Co łączy muzyka z hazardzistą?
– Można powiedzieć, że dzisiaj bycie muzykiem jest w pewnym sensie hazardem. Jest to zawód niepewny, ryzykowny, oprócz umiejętności trzeba mieć szczęście.
– Czy od początku miał pan szczęśliwą rękę do skrzypiec? Pochodzi pan z rodziny o muzycznych tradycjach: mama grała na fortepianie, ojciec był śpiewakiem, więc pewnie zaczął pan grać bardzo wcześnie.
– Otóż nie. Jako dziecko omijałem fortepian, nie lubiłem jego dźwięku. Natomiast bardzo podobał mi się dźwięk skrzypiec i chętnie słuchałem muzyki skrzypcowej w radiu, dlatego kiedy zdawałem do szkoły muzycznej, wybrałem skrzypce.
– Pokochał je pan „od pierwszego usłyszenia”?
– Nikt nie kocha „od pierwszego usłyszenia” własnego grania na skrzypcach. Właściwie trudno to nazwać graniem. Najpierw się trochę skrzypi, trochę zgrzyta, trochę drapie, jednym słowem – wychodzi paskudnie. Początki na skrzypcach czy w ogóle na instrumentach smyczkowych są trudne, znacznie trudniejsze niż np. na fortepianie, gdzie puknie się w klawiaturę i już jest jakiś dźwięk. Pamiętam, że na początku byłem bardzo rozczarowany.
– Nie był pan cudownym dzieckiem?
– Nie. W dodatku zacząłem uczyć się muzyki dość późno – miałem osiem i pół roku, kiedy pierwszy raz w ogóle dotknąłem skrzypiec. Do tego, że zostałem skrzypkiem, w dużej mierze przyczynił się ojciec, bo w dzieciństwie pilnował mnie i rozliczał z ćwiczenia, z nauki repertuaru. Byłem dość leniwy i gdyby nie on, nie wiem, co by ze mną było. Bardzo wiele mu zawdzięczam.
– W książeczce z pana jubileuszowej płyty wydanej przez Polskie Radio przeczytałam ze zdumieniem, że na początku nie zapowiadał się pan jako przyszłość polskiej wiolinistyki. W 1958 r. na ogólnopolskim przeglądzie uczniów szkół muzycznych we Wrocławiu uplasował się pan w III grupie, a cztery lata później, podczas podobnej imprezy w Bydgoszczy, zajął pan dopiero 19. miejsce.
– Widocznie nie byłem wtedy orłem. Powolutku się rozwijałem: coraz pewniejsze, coraz lepsze granie przyszło z upływem lat. A może początkowo byłem niedoceniany? W mojej gdańskiej szkole uchodziłem wprawdzie za duży talent, ale w skali ogólnopolskiej było wielu lepszych, przynajmniej na początku.
– Gdzie dziś są ci lepsi?
– Nie wiem. Może grają gdzieś w orkiestrach, może są rozrzuceni po świecie. Szczerze mówiąc, nawet nie kojarzę nazwisk, kto to był. Środowisko gdańskie było dość małe, nie miało takiego znaczenia jak warszawskie czy krakowskie. Natomiast miałem świetnego pedagoga, prof. Hermana. Był „hobbystą” prawej ręki: wieszał mi ołowiane ciężarki na końcu smyczka, z dołu i z góry, żeby wyćwiczyć przegub. Myślę, że to było bardzo dobre, chociaż dzisiaj już takich metod się nie stosuje.
– – W 1966 r. wygrał pan konkurs skrzypcowy w Monachium, od którego pana kariera potoczyła się już lawinowo.
– Miałem wtedy 19 lat, więc było to dość późno.
– Czy – pana zdaniem – teraz gra pan lepiej niż 20, 30 lat temu?
– Wątpię. Pewnych rzeczy nie zagram już tak jak 30 lat temu. Są utwory wirtuozowskie, bardzo skomplikowane technicznie, wymagające świetnej kondycji fizycznej, której już nie mam – np. wiele utworów Paganiniego. Owszem, zagrałbym je, ale musiałbym włożyć w to ogromnie dużo wysiłku.
– A już tak się nie chce?
– Już nie mam tak wielkiej ochoty do grania jak kiedyś. Także mniej chętnie jeżdżę na koncerty. Najeździłem się po świecie, teraz wolę posiedzieć w domu, poleżeć do góry brzuchem. I tylko od czasu do czasu coś pięknego zagrać.
– Czy zdarza się panu brać udział w chałturach? Imprezach organizowanych wyłącznie dla pieniędzy?
– Grać dla pieniędzy to nie jest żaden wstyd, bo dlaczego mam nie grać dla pieniędzy? Jednak zawsze stosuję zasadę, że staram się grać dobrze. Nie lekceważę żadnej publiczności, nawet takiej, która w życiu nie słyszała jeszcze żadnego koncertu, bo nigdy nie wiadomo, czy tacy ludzie po wysłuchaniu kilku koncertów w dobrym wykonaniu nie zaczną słuchać muzyki. Natomiast faktem jest, że muzycy uświetniają różnego rodzaju uroczystości lekką muzą, powiedziałbym nawet – czasami podkasaną. Muzyki wartościowej jest zdecydowanie mniej.
– Jaką publiczność najbardziej pan lubi?
– Taką, która słucha muzyki dla przyjemności, a nie z przymusu. Nie przeceniam tzw. znawców. Publiczność, która przychodzi, bo musi, nie jest publicznością ani lepszą, ani gorszą. Choć nie potępiałbym całkowicie snobów, ponieważ czasami stają się oni prawdziwymi melomanami i regularnymi bywalcami sal koncertowych.
– Czy – pana zdaniem – zdolnemu muzykowi jest dzisiaj łatwiej zrobić karierę niż kiedyś?
– O wiele trudniej. Różne złe rzeczy można mówić o czasach PRL-u, ale kultura była wtedy traktowana jako wizytówka kraju. Była w większym stopniu sponsorowana. Ludzie zdolni mieli komfortową sytuację, mogli grać, ile chcieli, i to nie chałtury. Wtedy każda filharmonia miała dwa koncerty tygodniowo, a w tej chwili jedynie warszawska i krakowska. Wydawałoby się, że to proste: dyrygent jest prawie cały czas na miejscu, orkiestra próbuje i zna program, a mimo to koncert jest tylko w piątek albo nawet w co drugi piątek. W najlepszym wypadku można zagrać z orkiestrą cztery razy w miesiącu. Moim marzeniem jest zmienić tę tradycję piątkową, przywrócić sobotnie powtórki koncertów.
– Może problemem jest skompletowanie publiczności dwa razy w tygodniu?
– Myślę, że problemem jest wyłącznie brak pieniędzy. W Polsce zaczyna być tak jak wszędzie – potrzebny jest zdrowy mecenat, przyzwoite dotacje. Żadna orkiestra, nawet najlepsza na świecie, nie utrzymuje się tylko z biletów wstępu, mimo że na Zachodzie są one bardzo drogie. To jest niemożliwe. Wszędzie, gdzie kultura jest na wysokim poziomie, dopłaca się do niej, traktuje jako cel nadrzędny, a nie biznes. Tylko dziecko albo dureń może twierdzić, że kultura utrzyma się sama. Jednak u nas dominuje myślenie, że kultura to nie chleb i kiełbasa, że można bez niej się obejść.
– Czy dzisiaj wystarczy mieć talent, żeby się przebić?
– Sam talent to za mało, utalentowanych artystów jest na świecie wielu. W optymalnej sytuacji jest ktoś, kto dobrze gra, a przy tym dobrze organizuje sobie pracę, ma talent menedżerski albo sprytnego impresaria. W ostatnich latach namnożyło się konkursów tyle, co nigdy. Często nawet zwycięzca liczącego się konkursu nie dostaje żadnej propozycji koncertu, a co dopiero laureaci podrzędnych konkursów. Wielu dobrych muzyków nie ma gdzie grać. Organizatorzy, impresariowie szukają sensacji, np. ostatnio modne stały się grające dzieci, „starzy” nieco zeszli na drugi plan.
– Wielu impresariów myśli kategoriami handlowymi, traktując artystów jak towar, który można lepiej lub gorzej sprzedać.
– To znak czasów. Kiedyś impresariami byli ludzie, którzy znali się na muzyce albo kochali muzykę. A dzisiaj są to niemal wyłącznie biznesmeni, którym jest całkowicie obojętny poziom artystyczny, bo liczy się tylko zysk. Na to, niestety, nic nie możemy poradzić.
– Sponsorzy także rzadko są bezinteresownymi miłośnikami sztuki.
– Irytuje mnie, że w Polsce co jakiś czas ktoś nagle „wypala” ogromną ilość pieniędzy na coś, co w ogóle nie jest tego warte. Robi to, żeby się pokazać, popisać artystą – często zresztą kończącym już swoją karierę – który jest traktowany jak fajerwerk, sensacja. Boleję nad tym, że różne bogate firmy stać na to, aby przepłacać zagranicznych artystów, kiedy można to taniej i tak samo dobrze zrobić z naszymi. Fajerwerk jest nam od czasu do czasu potrzebny, ale nie zawsze i nie za wszelką cenę. Przez cały okres mojego koncertowania, czyli przez 40 lat, zagraniczni wykonawcy otrzymywali znacznie wyższe honoraria, nie zawsze reprezentując najwyższy poziom wykonawczy. Natomiast wynagrodzenia polskich artystów były mniej więcej równe. Na zasadzie: więcej nie można, a mniej już nie wypada. I, niestety, powolutku zaczynamy do tego wracać: filharmonie nie mają pieniędzy, w związku z tym nie mogą płacić wyższych honorariów solistom, a innym, gorszym, nie mogą płacić mniej, bo nie wypada. I tak to się kręci.
– To jak radzą sobie muzycy z niezłej, ale nie pierwszoligowej orkiestry?
– Z samej gry w orkiestrze żaden muzyk nie wyżyje. Musi mieć zajęcia dodatkowe – uczyć w szkole, dawać prywatne lekcje, a najlepiej mieć dochód z jakichś innych, pozamuzycznych źródeł.
– Pan wciąż jest rozchwytywany, sporo koncertuje za granicą, a jeszcze znajduje pan czas na nauczanie w warszawskiej akademii muzycznej. Ma pan żyłkę pedagogiczną?
– Nauczanie to ciągle jeszcze druga sfera mojej działalności, choć uczę od prawie 10 lat. Niewątpliwie w miarę upływu czasu będę więcej uczył i mniej grał. Taka jest kolej rzeczy. Kiedyś w końcu zupełnie przestanę grać, mam tylko nadzieję, że będę wiedział, kiedy przestać.
– Może zacznie pan dyrygować, jak wielu solistów, np. Menuhin, Perahia, Barenboim, Cura i in. Zastanawia mnie, dlaczego tak wielu solistów ciągnie do dyrygowania.
– Na ogół jest tak, że muzycy, którzy stwierdzają, że nie radzą sobie na scenie jako soliści, biorą się do dyrygowania. Oczywiście, niektórzy są dobrymi dyrygentami, ale to wyjątki. Być dobrym dyrygentem jest bardzo trudno, niemal tak samo trudno jak być dobrym solistą.
– Próbował pan kiedyś stanąć za pulpitem?
– Uważam, że nie mam odpowiednich predyspozycji, dlatego nigdy do tego się nie zabierałem.
– A pana dzieci? Kontynuują rodzinne tradycje muzyczne?
– Nie. Obie córki skończyły muzyczną szkołę podstawową, po czym jedna oświadczyła, że nie będzie więcej grać, a ja nie chciałem jej zmuszać. Druga córka w przeddzień rozpoczęcia nauki w liceum muzycznym miała wypadek, spadła z konia i uszkodziła sobie rękę. Potem wprawdzie jej ręka wróciła do formy, ale na kontynuację edukacji muzycznej było zbyt późno. W rezultacie jedna córka skończyła prawo, a druga architekturę wnętrz w akademii sztuk pięknych. Obie kochają muzykę i nieobce im są występy na estradzie. Młodsza, Gabriela, doskonale śpiewa, akompaniując sobie na fortepianie (wielokrotnie występowała w Warszawie, również w Filharmonii Narodowej), a starsza, Agata, występuje czasem ze mną w duecie, grając na skrzypcach. Moja żona Julita także jest skrzypaczką, grała ponad 20 lat w Filharmonii Narodowej.
– Nie ubolewał pan nad tym, że córki nie zostały zawodowymi muzykami?
– Ani trochę. W tej chwili sytuacja na rynku muzycznym jest bardzo trudna. Miejsc do grania nie przybywa, orkiestr też nie, za to przybywa muzyków. Dziś trzeba być naprawdę wybitnym, żeby dać sobie radę. No i mieć szczęście, jak w hazardzie.

Wydanie: 12/2004

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy