Wirus w małym mieście

Wirus w małym mieście

Wielkie tąpnięcia w świecie wolniej docierają do miasteczek rozmiaru Łabiszyna

Przed wejściem do Bee House, łabiszyńskiego sklepu z różnościami, klient nie ma szans zapomnieć o pandemii. Z kartek na drzwiach witają go zalecenia: „Do sklepu wchodzimy w maseczkach!!! Dziękujemy!!!”, „W sklepie mogą przebywać tylko trzy osoby!”, do tego dwie grafiki ściągnięte z internetu przypominające o maseczkach i właściwych odległościach oraz prośba o „zdecydowane zakupy”.

– Był taki czas, że nie podchodziłyśmy do klientów, sami się obsługiwali – wspomina pani Ola, zatrudniona w Bee House od trzech lat. Słabo ją słychać zza maseczki i wiszącego nad ladą ekranu z grubej folii, który wygląda na skonstruowany domowym sposobem. – Z początku nie wszyscy wierzyli w pandemię, ale to już się zmieniło – dodaje. – Dziś każdy ma w rodzinie albo wśród znajomych kogoś, kto zachorował.

Szybkie zakupy? Z tym różnie bywa. Łabiszyn to małe miasto, rynek jest miejscem codziennych spotkań. Tu się przychodzi pobyć z drugim człowiekiem.

Era paczkomatów

W sklepiku Vega u pani Ewy drzwi się nie zamykają. Na przełomie miesiąca, w okresie wypłat, zazwyczaj jest większy ruch. – U mnie klientki mogą przymierzyć towar. Przychodzą panie w średnim wieku i starsze. Młodzież zaopatruje się w sieciówkach – wyjaśnia właścicielka. Można ubrać się u niej od stóp do głów, łącznie z biżuterią i ewentualnym prezentem imieninowym, np. ładnym wazonem czy paterą na stół. Sklep odzieżowo-jubilerski istnieje od 2003 r. Sytuacja pandemiczna znacznie wpłynęła na obroty. Część klientek pracuje zdalnie, same przyznają, że nie muszą dbać o siebie tak jak kiedyś. Pani Ewa wspomina, jak szybko trzeba było się przestawić na nowe zasady. Zdobycie ekranu z pleksi graniczyło z cudem. No i – mimo strachu – musiała wytrwać na posterunku. Teraz ludzie oswoili się z pandemią, może nawet za bardzo. Wchodzą czasem bez masek, bo „są zdrowi”. Zwracanie im uwagi niewiele daje. Przydałaby się do pomocy straż miejska. Co z tego, że obowiązują obostrzenia, skoro nikt ich nie egzekwuje? Największym zmartwieniem pani Ewy jest jednak przetrwanie sklepu. Ze smutkiem wskazuje zakątek rynku, gdzie mieści się paczkomat. Tam przed świętami kolejka stała zawinięta aż do ulicy.

Łabiszyński paczkomat InPostu był jednym z pierwszych gminnych paczkomatów w regionie. Za jego instalację miasto otrzymało w prezencie laptopa, a państwo Wojtynkowie z Sabotu, inicjatorzy przedsięwzięcia, do dziś błogosławią, że jest. Nie mogli się zamknąć na początku pandemii, chociaż może by i chcieli. Oprócz asortymentu papierniczo-zabawkowego oferują odbiór paczek. Kurierzy zostawiają u nich to, co nie mieści się w szafkach punktu odbiorczego (i tak za małego na potrzeby miasta) na bocznej ścianie budynku.

Innym powodem, by się nie zamknąć, były faktury, opłaty za gaz, światło. Pani Danuta bardzo się przestraszyła pandemii. Mówiła sobie: „Damy radę przez miesiąc, potem zobaczymy”. Nie kupowała towaru, na wypadek gdyby mieli jednak się zamknąć. Na duchu podtrzymywali ją i męża mieszkańcy, zaglądający z pozdrowieniami, życzeniami zdrowia. Na początku towar był noszony do drzwi. Teraz przed ladą stoi szeroki stół, wymusza dodatkowy odstęp. Siedzi na nim wielki miś.

Gdy zaczęła się zdalna szkoła, rodzice przychodzili w strachu, czy uda się kupić chociaż zeszyt dla dziecka. Był nawet bum na skakanki do ćwiczeń przed ekranami laptopów. Sprzedawały się maseczki, rękawiczki. Ale to branża papiernicza uratowała sklep. Zabawki nie schodzą, mimo że dzieci spędzają więcej czasu w domach. Z dewocjonaliów nie sprzedał się w tym roku ani jeden zestaw kolędowy. Generalnie obroty zmalały o ponad połowę.

– Dzięki punktowi odbioru paczek nie siedzimy i nie patrzymy w sufit – wzdycha pani Danuta. – Przemeblowaliśmy sklep, na środku umieściliśmy stojaki. Wymuszają ruch dookoła lokalu, ludzie się nie grupują. Dostaliśmy jednorazową zapomogę dla małych firm. Pospłacaliśmy, co trzeba. Ale w styczniu puściły mi nerwy, przez miesiąc nie mogłam przychodzić do pracy. Zanim doszłam do siebie, zastępował mnie mąż.

Państwo Wojtynkowie od 45 lat prowadzą działalność handlową, Sabot otworzyli w 1990 r. – To ciężki czas – mówią. – Przeszliśmy już wojnę, kiedy powstawała Solidarność. Jeden drugiego się bał, nie było wiadomo, gdzie wróg. W tym roku było podobnie.

Niedaleko paczkomatu, w sklepie z modą damską Aleksandra pani Ola sortuje świeży towar. – Sytuacja jest mało komfortowa przede wszystkim ze względów psychicznych. Każdy z nas ma w tyle głowy ten jeden wątek: pandemię – tłumaczy. – Odbija się to na kontaktach międzyludzkich.

W sklepie nie ma zabezpieczeń, właścicielka chce, żeby klientki czuły się u niej w miarę swobodnie. Nie sprzedają się sukienki koktajlowe, moda zmienia się w kierunku dresowej i koszulkowo-leggingsowej. Podobnie jest w obuwniczym po drugiej stronie rynku – nie ma chętnych na obuwie eleganckie. Pani Wioletta miała wiosną trochę wolnego, potem szefowa zredukowała pracownicom godziny, bo sklep był otwarty krócej. Próbowała ratować sytuację sprzedażą internetową. Styczeń i luty są w tej branży najcięższe, ale w innych miesiącach nie było lepiej. Wszystko siadło.

Na rynku jak w rodzinie

U pani Ani w salonie kosmetycznym niby po staremu, czysto, jasno i sympatycznie. Zamknęła się na prawie dwa miesiące, zwolniła pracowniczkę. Teraz bałaby się przyjąć nową. Kto wie, co będzie dalej. Klientki z początku się bały, ale wróciły. W czerwcu było znów normalnie. Prawie, bo bez ślubów, komunii, sylwestra, karnawału jednak mniejszy ruch. Kiedyś siedziała w salonie od rana do wieczora, teraz już nie. Zdecydowanie mniej klientek decyduje się na zabiegi kosmetyczne twarzy. Przychodzą zrobić paznokcie, brwi. To im trochę poprawia nastrój, bo jak wszyscy – mają dość, są zmęczone, pragną zmiany otoczenia.

Pani Danuta z drogerii uściśla, że klientki zaczęły dbać o siebie w innym kontekście – oko, paznokcie tak, pomadki raczej nie. Farby do włosów też nie, szczególnie na początku pandemii. – Trzeba było wyłapać zmiany, żeby zacząć zamawiać odpowiedni towar – opowiada. – Staraliśmy się i staramy nadal dopasować do klienta, ale to nie jest ten handel, który był – przyznaje. Szef nie zamknął drogerii, nie skorzystał z pomocy. W sprawie nowych zasad funkcjonowania handlu dzwonili do urzędu miasta, ale tam też nie od razu wiedziano, co i jak. „Róbcie tak, żeby było dobrze”, doradzali urzędnicy. Najgorsze zdaniem pani Danuty były godziny seniora. Należało to zrobić inaczej – zamiast blokować kobiety z małymi dziećmi, które przychodzą na zakupy w tych samych godzinach co osoby starsze, wystarczyło poprosić, żeby poczekały na zewnątrz, dając pierwszeństwo seniorom. A tak obroty dodatkowo spadły.

Ludzie przychodzą czasem z maską na brodzie. Trudno sobie z tym poradzić. Inni wchodzą do sklepu i ściągają maseczkę, bo „muszą pooddychać”. Pani Danuta sama pracuje ostatni dzień w przyłbicy. Obawia się maseczek chirurgicznych, też musi czasem „pooddychać”. Praca wśród chemikaliów i kosmetyków do najlżejszych nie należy. – Nie jestem z natury pesymistką, ale za wesoły to ten rok nie był – żartuje. – Tylko że ja zawsze mówię, że bywało gorzej.

Zimą przez długi czas nie widziała wielu klientów, bo to albo mrozy, albo kogoś złapał wirus. Ludzie są dla niej ważni. Na rynku w ogóle wszyscy są jak jedna rodzina. – Pomagamy sobie, polecamy się wzajemnie. Jakie to ma znaczenie, czy ja zarobię, czy ktoś inny – deklaruje.

W zakładzie fotograficznym mieszane nastroje. Pani Małgorzata, właścicielka, nie narzeka na rozciągnięte w czasie komunie, mogła dzięki temu przyjąć więcej zleceń. Ale takiego bumu jak wcześniej już nie ma. Prowadzi łabiszyński zakład od czterech lat – obecnie jedyny w mieście, bo konkurencja padła, prawdopodobnie z powodu pandemii. Ona z początku zamknęła się na miesiąc, wykorzystała czas, by skończyć remont zakładu. Potem zaczęło się powolne wychodzenie na prostą. Odeszły imprezy okolicznościowe, towar w hurtowni podrożał. – Ja cen nie mogłam podnieść, to małe miasto, nie wszyscy mają pracę – oświadcza. Niektórzy klienci, zanim przyjdą na sesję, dzwonią z pytaniem, czy pani fotograf jest zdrowa. Ona też się boi. Na szczęście zakład jest przestronny, nie ma problemu z zachowaniem dystansu.

W kiosku, zwanym nieoficjalnie tabakierką, na kilkunastu metrach kwadratowych dużo się dzieje. Toczą się spory o wszystko – o kawałek podłogi, o służbę zdrowia, o maseczki, o szczepionki, o przyszłość. – W ludziach było na początku dużo strachu – opowiada pani Ilona, właścicielka. – Tych przerażonych wyśmiewali inni, którzy się nie bali.

Pani Ilona nie lubi ingerować, nie chce tracić klientów. Sklep jest mały, ledwo mieści dwie osoby. Jak jedna przyjdzie dobrze zabezpieczona, wolałaby, żeby nie wchodził ktoś inny. Ale wtedy ten inny odchodzi, bo nie chce mu się czekać na zewnątrz. Seniorom zdarzało się wykorzystywać swoje przywileje – długo oglądali towar, nadużywając cierpliwości młodszych klientów.

Stałym klientom pani Ilona rysuje na gazetach słoneczka. Ma mnóstwo dobrych chęci i talent – potrafi poprawić nastrój. Przychodzą do niej starsi i młodsi, w sprawach ważnych i błahych. Jeden pan radził się, czy powinien się zaszczepić. Teraz jest po drugiej dawce.

Ci, którzy zachorowali na początku pandemii na koronawirusa, ukrywali to. Znikali, wracali jakby nigdy nic. Dziś mówią otwarcie, jak jest. Nikomu nie chce się o tym rozmawiać, no ale trzeba. – Kocham ludzi. Ładujemy sobie co dzień akumulatory, ja im, oni mnie. Zaczynam pracę o godz. 6, z radością, że znów zobaczę moich klientów – mówi pani Ilona. Bała się tak jak wszyscy, ale nie mogła się zamknąć, nawet przez chwilę o tym nie pomyślała. Szyba z pleksi dawała poczucie bezpieczeństwa. Ludzie przychodzili jak zawsze, nie kupowali mniej. Muszą poczytać gazetę, zapalić papierosa. Generalnie niewiele trzeba, żeby mieć trochę radości. – Damy radę! Niech pani to koniecznie napisze! – śmieje się właścicielka tabakierki.

Każdemu wolno marzyć

Pasjonata to na łabiszyńskim rynku jedyny lokal gastronomiczny z prawdziwego zdarzenia. Pan Daniel, właściciel, opiera działalność na trzech filarach – obok ratusza prowadzi bistro-café i sklep spożywczo-monopolowy z małym stoiskiem cukierniczym, a w innej części miasta lodziarnię. – Na początku spanikowałem, wszystko zamknąłem. Z racji tego, że zajmuję się produkcją lodów rzemieślniczych, mam kontakty we Włoszech. Znajomy z Bergamo przysyłał mi zdjęcia, na których było widać, co tam się działo – wspomina. – Ale po 10 dniach się otworzyliśmy.

Klienci rzucili się na towar. Z magazynu zniknęły papier toaletowy, cukier, konserwy. Ruszyła sprzedaż własnego chleba na zakwasie, bułek i ciastek. Właściciel Pasjonaty jako pierwszy w województwie wprowadził sprzedaż lodów na wynos w specjalnych termoizolacyjnych opakowaniach z Włoch. Bistro wróciło do normalności, otworzyło się razem z letnim ogródkiem na rynku. Teraz znów sytuacja jest fatalna. Każdy kolejny dzień zamknięcia wydaje się tragiczny. – Nie mam w zwyczaju prosić o pomoc – mówi pan Daniel – ale pod koniec tego miesiąca może to zrobię. Zależy mi, żeby nie zwalniać ludzi.

Wolałby przyjmować gości wewnątrz lokalu, podawać im autorską pizzę na deskach, a nie dowozić ją letnią w kartonach. Ale co zrobić. Koledzy z Warszawy namawiali, żeby w solidarności z nimi otworzyć się wbrew obostrzeniom. – To nie Zakopane czy Mazury, tu nie ma turystów. Pierwszy przyjdzie do mnie sanepid. Inspektor z Bydgoszczy już kręcił się po sklepie, wypytywał, czy w bistro można zjeść na miejscu – wzdycha restaurator. Na razie dobrze się sprzedają słodkości. Dla uczczenia swoich wypieków, których sława szybko rozchodzi się po regionie, pan Daniel chciałby przebudować sklep na cukiernię z prawdziwego zdarzenia. Marzy, planuje. I na razie nie ogląda wiadomości, bo lekarz zabronił mu się denerwować.

Pod skrzydłami ratusza

Burmistrz Łabiszyna, Jacek Idzi Kaczmarek, nie ocenia roku z koronawirusem wyłącznie negatywnie. Owszem, brakowało informacji o kierunkach rozwoju ze strony władz centralnych, wszystko odbywało się w aurze niejasności. Odpadły coroczne imprezy historyczne i muzyczne, zaoszczędzone środki poszły na zabezpieczenia. Za 15 tys. zł kupiono maseczki, rozdawane osobom starszym i tym o niższych dochodach. Dla przedszkolaków trzeba było przygotować 150 materaców po likwidacji dywanów. Dla uczniów z rodzin wielodzietnych i mniej zamożnych zakupiono 61 laptopów i ok. 30 tabletów. Działał program pomocy seniorom, dołączyła do niego łabiszyńska Aktywna Młodzież. Wielkie tąpnięcia w świecie wolniej docierają do miasteczek rozmiaru Łabiszyna. Działalność gminy opiera się na gospodarce drobnej, rodzinnej. Poza gastronomią i hotelarstwem w innych branżach wszystko jakoś szło do przodu. Nie było dotychczas fali podań o umorzenia. – A to, czy ktoś nosi maseczkę, dba o reżim – mówi burmistrz – wynika ze świadomości, że zabezpieczamy siebie i osobę obok. Nie uleczy tego państwo policyjne. Straż miejska nie pomoże w przestrzeganiu zasad reżimu sanitarnego, a jest kosztowną inwestycją dla małych miejscowości. Żnin, Barcin – nasi więksi sąsiedzi – odchodzą od tej idei. Zresztą ludzie przeważnie noszą u nas maseczki.

Z okien ratusza widok na bijące serce miasta tak samo miły jak zawsze. Biznesy rodzinne mają mniejsze koszty, dają radę. Od kilku lat, odkąd rynek został zrewitalizowany, sytuacja jest bardzo stabilna. Wbrew najnowszym trendom powstało tu aż 200 miejsc parkingowych. Ludzie przyjeżdżają pozałatwiać sprawy w urzędzie czy do banku, zostają na zakupach. Wszyscy – i handlowcy, i klienci – są z tych wygód zadowoleni. W ostatnich latach gminie przybyło 1 tys. mieszkańców, ich liczba przekroczyła 10 tys. W okolicy oprócz grzybów daje się zauważyć urodzaj na nowe domy. Po pandemii Łabiszyn może się stać całkiem dużym małym miastem.

Fot. Zuzanna Muszyńska

Wydanie: 13/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy