Wirusy na usługach wywiadów

Wirusy na usługach wywiadów

Wirus zainfekował komputery służące armii amerykańskiej do sterowania samolotami bezzałogowymi W ubiegłym roku użytkowniczki notebooków pewnego producenta, w którego komputerach podobno nie ma wirusów, zobaczyły na monitorach komunikat, że maszyna się przegrzewa i żeby przy najbliższej okazji zabrały ją ze sobą w wilgotne miejsce, bo to pomoże naprawić urządzenie. Komputery tego producenta znane są z łatwości obsługi, panie przyjęły więc, że to prawdziwy komunikat i zabierały notebooki w jedyne miejsce w każdym domu, gdzie można liczyć na wilgoć. Do łazienki. Nie każdy musi być MacGyverem, wiadomo jednak, że czego jak czego, ale wilgoci komputery nie lubią. Nie szkodzi. To nie miało być działanie serwisowe. Pod prysznicem włączała się wbudowana w obudowę monitora kamerka internetowa i przesyłała obraz do pracownika serwisu owego producenta. Pomysł genialny w swej prostocie i błyskotliwie zrealizowany. Pryszczaci złośliwcy chcący się zemścić na świecie za życiowe niepowodzenia to tylko mit. Pisanie wirusów profesjonalizuje się. Są tworzone na zamówienie, dopasowywane do potrzeb klienta i okoliczności, w jakich będą wykorzystywane. Do opinii publicznej prześlizgują się nieliczne informacje na ten temat, bo żadna firma nie przyzna się, że szpieguje, używając wirusów, i żadna nie potwierdzi, że została w ten sposób potraktowana. Skuteczność takiego działania doceniły rządy i wywiady. Inwigilacja Rząd bawarski został w ostatnich dniach zmuszony do przyznania, że zatwierdzał użycie złośliwego oprogramowania do celów inwigilacyjnych. W sumie nie ma w tym nic kontrowersyjnego – dlaczego z takiego udogodnienia mieliby korzystać przestępcy, a nie władze? Problem polega na tym, że wirus został zaprojektowany z uwzględnieniem możliwości daleko przekraczających zgodę sądu federalnego na użycie tego typu metody. Sąd pozwolił władzom na stworzenie wirusa, który będzie w stanie podsłuchiwać rozmowy przez Skype’a na telefonach komórkowych. Władze natomiast sprawiły sobie robaka, który oprócz tego potrafi przechwytywać wstukane na klawiaturze komendy, podglądać korespondencję mejlową, a także uruchamiać na żądanie kamerę internetową i głośnik. Do tego projektant pozostawił furtkę pozwalającą na ładowanie późniejszych aktualizacji oprogramowania, aby rozszerzyć możliwości wirusa o nowe funkcje. Wirusa rozpracowała organizacja zrzeszająca europejskich hakerów, CCC. Opublikowali oni na swojej stronie analizę działania wirusa wraz z komentarzem. Okazało się, że wirus nie wysyłał informacji w sposób zaszyfrowany. Każdy mógłby więc je przechwycić, a także przejąć kontrolę nad samym wirusem, potem zaś wykorzystać go do własnych celów. Nie najlepsza to rekomendacja dla tajnej broni. Rządy trzech innych landów przyznały się do wykorzystywania wirusa. Niemieckie Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło wszczęcie śledztwa w sprawie przekroczenia mandatu sądu federalnego. Szpiegostwo Inna sensacyjna wiadomość z ostatnich kilku dni: wirus zainfekował komputery służące armii amerykańskiej do sterowania samolotami bezzałogowymi. Ponieważ nie są one podłączone do internetu, możliwa była tylko jedna droga zarażenia – przez pendrive. Musi to dziwić, zważywszy że po ostatniej inwazji złośliwego oprogramowania na Pentagon władze wojskowe zakazały używania tego typu nośników na swoich komputerach. Wirus należał do grupy keyloggerów, rejestrujących każde uderzenie w klawiaturę. Walka z nim okazała się na tyle uciążliwa, że zdecydowano się wyczyścić twarde dyski. Najpotężniejsza armia świata nie jest w stanie określić, czy złośliwe oprogramowanie trafiło do niej celowo, czy może jest to pospolity robak zawleczony przez głupotę jakiegoś żołnierza. Prawdopodobnie prawdziwe szpiegostwo nigdy nie zostałoby ujawnione. Wstyd przyznać, że najpotężniejsze mocarstwo świata, traktujące w dodatku wojnę elektroniczną niezwykle poważne (w ramach struktur dowodzenia utworzono specjalną jednostkę zajmującą się wyłącznie takimi sprawami, czyli U.S. Cyber Command), nie jest w stanie przestrzegać tak prostej reguły bezpieczeństwa, jak „panowie, nie przynosimy pendrive’ów do pracy”. Jeśli chodzi o szpiegostwo, największą rewelacją ostatnich lat jest bez wątpienia Stuxnet, wirus stworzony po to, by sabotować irański program nuklearny. Autorzy do dzisiaj pozostają nieznani, ale podobno wiele wskazuje na wywiad izraelski. W Tel Awiwie nikt nigdy nie odniósł się do tej sprawy. Wirusa wykryto, gdy rozprzestrzenił się na 100 tys. komputerów na świecie. Nie został zaprojektowany po to, aby rozpierzchać się po sieci, miał czekać na rozkazy, skryty w komputerach irańskiego ośrodka wzbogacania uranu, przenoszony z jednego na drugi za pomocą pendrive’a lub odciętych od świata sieci lokalnych. Zdziwienie wzbudziło to, że na zainfekowanych komputerach nie robił nic, i był tak skomplikowany, że musiał wyjść spod ręki geniusza.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 42/2011

Kategorie: Media