Z wizyty w konstelacji głupców (1)

Zapiski polityczne
31 sierpnia 2003 r.

Będę czasem odwiedzał tę konstelację i notował doznane wrażenia. Zacznę od dzisiejszych spotkań, bo odpoczywałem w domu i kilka razy patrzyłem w ekran telewizora. Wpierw poraziła mnie polityczna debata w TV Niepokalanów-Puls. Kiedyś to była Telewizja Puls. Lubiłem czasem jej filmy, łagodne, bez nadmiaru przemocy. Reszta była bez znaczenia. Rodowód tej telewizji był ponoć jawnie przestępczy. Działała za pieniądze wyłudzone przez cwaniaków z grosza publicznego i w całości je zmarnowała. Teraz nie wiem, skąd czerpią dochody. Organizują debaty polityczne – nieodbiegające w intencjach od innych wytworów niepublicznych, czyli komercyjnych stacji TV – będące polowaniem na lewicę u władzy. Bóg z nimi. Oglądalność znikoma, poziom intelektualny ubogi. Zaskoczył mnie jednak R., ongiś jeden z politycznych asów panny „S”, uczestnik Okrągłego Stołu, czołowy polityk niepokomunistycznej lewicy. Mądry, uczciwy, wspaniały, ale politycznie źle wymodelowany. Wierzył tylko w swoje racje. Lekceważył oczekiwania elektoratu, toteż przepadł z kretesem.
Nagle zaczynam go widywać w TV Niepokalanów. Zdumiewające. Zawsze był na bakier z klerem, a teraz dał się wynająć jako naganiacz w polowaniu na Millera. Był i jest nadal, jak mi się wydawało, kimś bardzo ważnym, wybitnym i nagle taka nędzna rola. W nagonce? Żeby choć jako myśliwy, ale nie naganiacz. Zgroza. On naganiaczem na służbie u prawicy. Przerażające!
W ogóle to z takim zapałem prowadzone polowanie na Millera jest kolejnym przejawem naszej narodowej głupoty. W tak trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po wielu latach niefortunnej transformacji ustrojowej i gospodarczej, walka z wybitnym przywódcą ma wtedy tylko sens dla opozycji, gdy ma ona kogoś na miejsce zwalczanego wroga. Niestety, nikogo takiego nie mamy na horyzoncie. Niektórzy mówią o Janie Marii R., ale to – jak pokazały transmisje z posiedzeń komisji specjalnej i cała reszta dotychczasowego życiorysu – typowy efekciarz nieudacznik. Zdumiewająco nieudolny prawnik, choć niewątpliwie wspaniale inteligentny. Polityk bez osiągnięć, mimo iż długo się o nie starał. Zawsze jednak przegrywał, a jedyne, co mu się udało, to akt renegacji z Unii Wolności i zdobycie miejsca w Sejmie pod nowym szyldem. Każda renegacja jest rentowna, czy jednak chwalebna?
Kto poza tym? Nikt! Jeśli się nie chce ponawiać eksperymentu z jakimś Krzaklewskim, ale chyba już dość gnojenia Polski przez prawicowych nieudaczników.
Miller nie musi być kochany, lecz w polityce liczy się przede wszystkim odporność na niepowodzenia. Premier Miller jest zbudowany ze stali. Nie ugina się pod ciosami, czego daje nieustannie dowody. Arcygłupotą byłoby więc zepchnięcie Millera na boczny tor, bo nikt – jak na razie – nie potrafi go zastąpić, a już na pewno nikt z prawicy, choć i na lewicy nie widać takiego drugiego orła ze stali.
Komercyjne media, w olbrzymiej części tylko polskojęzyczne, nie udają życzliwości dla Polski. Podobnie Zachód, który był pełen zatroskania o los narodu polskiego, póki zwalczał komunizm. Gdy tenże naród sam pokonał komunizm i ogromna rzesza jego obywateli doznała trudnego bądź nawet tragicznego losu, ten mityczny, uwielbiany dawniej Zachód patrzy głównie na zyski, jakie może wyciągnąć z Polski, na wzór dawnych zysków z murzyńskich kolonii, a los wielu milionów upokorzonych degradacją materialną i życiową Polaków wcale go nie interesuje.
Podobnie zresztą do własnego społeczeństwa odnosi się spora część jego elit politycznych. Mają się one na ogół dość dobrze pod względem materialnym, pozbyły się ciężkiej łapy, jaką je gniótł ustrój totalitarny, zdobyły wolność podróży i żadnej cenzury publikacji.
Co reprezentuje polityczna prawica? Jak na razie nic. Zaledwie wczoraj jej ludzie udowodnili, że ani nie potrafią kierować państwem, ani też nie odznaczają się nadmierną uczciwością, w czym również spora część polityków lewicy nie celuje, jak się niestety okazało. Surowa władza byłaby zdolna oczyścić lewicę z niewłaściwych ludzi. Natomiast na prawicy ludzi właściwych do kierowania losami kraju – jak pokazało wczorajsze zaledwie doświadczenie – jakoś nie widać. Patrzę na elity prawicowe po kilka dni w tygodniu na sali sejmowej i zastanawiam się nieraz, od której z tych osób z naprzeciwka kupiłbym bez obaw używany samochód. Znajduję może cztery, może pięć postaci budzących moje zaufanie i z tych kilku większość to renegaci z przegranej Unii Wolności, gdzie mimo jej klęski znalazłbym więcej okazji do kupna samochodu używanego.
Przez długie lata tkwienia w Układzie Warszawskim wielu z nas wydawało się, że już Polaków nie spotka nic gorszego nigdy jak rząd komuny u władzy. Naiwni. Gdy doznaliśmy sutków przemian, to gorsze pojawiło się nieoczekiwanie, lecz skutecznie: była to wprawdzie nie dla wszystkich, ale dla wielu milionów Polaków dokonana pod ochronnym płaszczem „Solidarności” transformacja ustrojowa. W setkach tysięcy rodzin zaczęła się skrajna bieda porównywalna z tą, jakiej większość z nas doświadczała zaraz po wojennych zniszczeniach. Gdybyż to była sama tylko bieda materialna. Niestety, obok niej pojawiło się niczym niezasłużone upokorzenie, jakie przeżywa starszy przeważnie człowiek pozbawiony nie tylko samej pracy, lecz i wszelkiej nadziei na jej uzyskanie. Tego doznania większość ludzi zaliczanych do elity politycznej czy intelektualnej w ogóle nie czuje i nie rozumie, a przecież to właśnie pcha spore gromady wyborców w łapy LPR czy Samoobrony lub Przemocy i Strachu, które to partie cynicznie obiecują skrzywdzonym masom ludzi szybką poprawę losu, jeśli tylko otrzymają poparcie od skrzywdzonych i poniżonych. To zresztą mógłby być dobry pomysł: założyć taką partię o nazwie SiP, Skrzywdzeni i Poniżeni. Rezerwuję sobie prawo do tej nazwy.
Na razie jednak trwa festyn potępień PRL, odbywany przez część środowisk intelektualnych wbrew odczuciom tak zwanych mas, które znowu pod sztandarami panny „S” maszerują ulicami polskich miast, w obronie miejsc pracy zabranych tym obrońcom przez ludzi, którzy doszli do władzy jako przywódcy wolnego związku zawodowego o pamiętnej nazwie NSZZ „Solidarność. Ot, psikus historii, wydarzający się dokładnie w kolejną rocznicę „zwycięstwa” „Solidarności”. Chciałoby się wrzasnąć na cały świat: och historio! Jakaś ty wredna!

 

Wydanie: 37/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy