Władze kościelne milczą

Władze kościelne milczą

Mamy tysiące akt z sądów rejonowych, w których opisane są najohydniejsze zbrodnie przeciw dzieciom


Dr hab. Błażej Kmieciak – przewodniczący Państwowej Komisji ds. Pedofilii


Ma pan już za sobą doświadczenie kilkunastu miesięcy pracy – mówię o szefowaniu Komisji ds. Pedofilii. Czy pan wierzy, nie bez powodu używam tego słowa, że biskupi autentycznie chcą pokazać prawdę i rozliczyć się ze skali nadużyć seksualnych w polskim Kościele?
– Powiem tak: nie tracę nadziei. I nie tracę wiary, że nastąpi refleksja. I że korporacja czy grupa ludzi, w tym przypadku mowa o organizacji kościelnej, rozliczy się ze swojej niechlubnej w pewnych obszarach przeszłości.

Łaska buduje na naturze. Pańska wiara też musi mieć oparcie w rzeczywistości. Tymczasem wciąż czytamy, że biskupi i kurie nie chcą z komisją współpracować. Jak by pan określił dzisiejsze relacje komisji z organizacjami kościelnymi: jest współpraca, włoski strajk w przekazywaniu dokumentów czy niechęć?
– Pierwszy wymieniony przez pana element możemy wykluczyć. Nie ma stałej współpracy. Jest kontakt, ale potem następuje milczenie ze strony władz kościelnych.

Czym jest to tłumaczone?
– Tym, że sprawa będzie konsultowana. I wyjaśniana przez bliżej nieokreślone gremia, krajowe lub watykańskie. Pozytywnym elementem jest to, że dobrze nasze działania oceniają duchowni zaangażowani od lat w proces odsłaniania prawdy – księża, którzy molestowanie seksualne nazywają przestępstwem, a nie tylko grzechem, zaburzeniem moralnym lub złym postępowaniem. Dobrze oceniam także kontakt z delegatami zakonnymi, którzy zajmują się ochroną dzieci i młodzieży – szybko odpowiadają na pytania, które do nich wysyłamy, informują o etapach prowadzonych spraw. Ale z perspektywy doświadczeń tych kilkunastu miesięcy muszę powiedzieć, że mam poczucie istnienia dwóch światów. My, jako państwowa komisja, jesteśmy powołani m.in. do wyjaśnienia przeszłości. Można jednak dojść do wniosku, że Kościół – choć nie tylko on – ma tendencję do mówienia odwrotnie: przeszłość zostawmy przeszłości, nie wracajmy do niej. Mamy w tym kontekście przedziwną sytuację: Watykan np. nałożył na konkretnego hierarchę sankcje, ale nie wiemy, co jest ich przyczyną, za co de facto ten człowiek został ukarany. Z jednej strony, mamy zatem deklarację dobrej woli, a z drugiej – transparentność o ograniczonym charakterze.

Dla mnie, obserwatora z zewnątrz i zarazem katolika, to, co dziś się rozgrywa między państwa komisją a kuriami, przypomina zabawę w kotka i myszkę. Pokazuje to choćby pana spór z ks. Piotrem Studnickim, który mówi, że kurie nie mają podstaw prawnych, by przekazywać komisji dokumenty, o które prosicie. Więc jak to jest?
– Nie ma żadnych podstaw prawnych, żeby Kościół nam tych dokumentów nie przekazał.

Zostaje dobra lub zła wola?
– Mamy takie przypadki jak sądu archidiecezjalnego z Częstochowy, który przekazał nam dokumenty jednej z zakończonych spraw. Kilka sądów biskupich odpowiedziało wprost, że spraw, którymi się interesujemy, nie prowadziły. Opinie, które publicznie wygłasza ks. Studnicki, opierają się na bardzo specyficznym, zawężającym rozumieniu prawa. Zadaniem komisji – co wynika z preambuły naszej ustawy oraz jej treści – jest wyjaśnienie spraw z przeszłości.

Poprosiliśmy stronę kościelną o dostęp do dokumentów spraw prowadzonych w przeszłości przez sądy biskupie i samych biskupów. Tylko zbadanie dokumentów pozwoli nam dostrzec, w jakiej sytuacji procesowej były z perspektywy praktyki kanonicznej osoby skrzywdzone. Nasze działanie ma charakter badawczy, podobnie jak w przypadku analiz akt przesłanych przez sądy powszechne. Naszym zadaniem jest w tym obszarze monitorowanie spraw, gdy dana organizacja ma wpisaną w statut ochronę dzieci i młodzieży. A Kościół przecież takie działania podejmuje. Jesteśmy instytucją państwową zobowiązaną do zachowania tajemnicy oraz bezpieczeństwa danych osób, których sprawami się zajmujemy. Każdy z tych obszarów jest wpisany w ustawę, która reguluje nasze postępowanie. Mówiąc językiem prawa, naszą normą zadaniową jest analizowanie spraw, które miały miejsce w przeszłości. Dlatego uważamy, że Kościół nie ma dziś żadnych podstaw, aby nie przekazywać nam dokumentów, o które prosi komisja. Z podobnymi wnioskami wystąpiliśmy np. do sądów lekarskich oraz związków sportowych.

By jednak rozwiać wszelkie wątpliwości i zamknąć tę furtkę, z której teraz próbuje korzystać Kościół, ustawa o komisji powinna zostać znowelizowana, a zapisy doprecyzowane?
– Mamy tego świadomość i – jak informowaliśmy wielokrotnie opinię publiczną – intensywnie działamy w tym obszarze, współpracując z Kancelarią Prezydenta. Chcę zaznaczyć, że szanujemy prywatność i intymność osób poszkodowanych. Dlatego, analizując też uwagi Kościoła, wystąpiliśmy z propozycją stworzenia interdyscyplinarnej grupy badawczej, która, mając dostęp do archiwów kościelnych, szanując prywatność osób poszkodowanych, doprowadziłaby do napisania raportu i opracowania pokazującego, jakie są błędy i luki proceduralne w postępowaniu kanonicznym. Dopiero raport francuskiej komisji, który odbił się echem także u nas, pokazuje to, co mówią osoby pokrzywdzone również w Polsce: postępowanie kanoniczne nie spełnia standardów choćby Europejskiej konwencji ochrony praw człowieka i podstawowych wolności.

Wiem, że komisja prowadzi ożywioną korespondencję ze Stolicą Apostolską. Czy relacje z Watykanem są łatwiejsze niż z rodzimymi kuriami?
– Trudno to jednoznacznie ocenić. Wysłaliśmy pismo do Kongregacji Nauki Wiary. Ale ta odpisała, że mamy się zwrócić do Sekretariatu Stanu. Z kolei Sekretariat Stanu odpisał, że powinniśmy wystąpić o dokumenty na drodze dyplomatycznej. Jako komisja oczywiście skierowaliśmy też sprawę do nuncjatury w Polsce, informując o działaniach nuncjusza abp. Salvatore Pennacchia. Dostaliśmy odpowiedź, że działania będą podjęte, jeśli wybierzemy wspomnianą drogę dyplomatyczną.

A zdecydujecie się?
– Tak. Jesteśmy już na to gotowi i przygotowujemy korespondencję. Co jednak rzuca się w oczy: ze strony i polskich kurii, i Watykanu zaskakuje formalizm przy jednoczesnym głoszeniu wszem wobec, że Kościół ma dobrą wolę, by wszystko do końca wyjaśnić. I to mnie dziwi. Mamy tysiące akt z sądów rejonowych, w których opisane są najohydniejsze zbrodnie przeciw dzieciom. Nie da się zbadać przeszłości bez zbadania dokumentów. Nie ma innej rzetelnej drogi. Badania statystyczne są ważne, ale nie przedstawiają realiów danej bolesnej sprawy. Dojść można niestety do wniosku, że żadna z głośnych spraw w Kościele rzymskokatolickim, o których mówimy, nie została do tej pory w pełni wyjaśniona. Mam na myśli nie opisanie przez media, pokazanie w reportażach filmowych, ale wyjaśnienie do spodu. Przykład: wiemy, jakie są konkluzje komisji historycznej badającej sprawę ks. prałata Henryka Jankowskiego? Być może pan redaktor wie. Ja nie wiem.

Oczywiście, że nie. I ten margines niejasności czy niedopowiedzeń jest, jak mi się zdaje, na rękę Kościołowi.
– Ale tu nie może być tego świata półcieni. Dlatego my jako komisja – mówię to jako socjolog prawa – musimy mieć nieskrępowaną możliwość badania dokumentów. Wszystkich. Może w tym procesie brać udział także kanonista. Jesteśmy na to otwarci.

Mogę zadać osobiste pytanie?
– Proszę.

Jest pan katolikiem?
– Jak niemal 90% ludzi w Polsce.

Ale jest pan też praktykującym katolikiem. Mówi pan otwarcie, że Kościół jest dla pana ważną instytucją. Co pan sądzi o tym, że przez długie lata żyliśmy w przekonaniu, że wykorzystywanie seksualne nieletnich mogło się wydarzyć w zachodnich Kościołach, ale nigdy nie w polskim? Teraz ten mit „nieskalaności” pryska.
– Dla mnie jako wiernego Kościół jest przede wszystkim wspólnotą ludzi, którzy wierzą w Boga. To ważna dla mnie przestrzeń dająca mi siłę, także w trudnej na co dzień pracy. Nie mieszam jednak sacrumprofanum. Jako przewodniczący komisji patrzę na wskazany przez pana problem przede wszystkim przez pryzmat kryminologii. Mamy do czynienia z jedną z wielu korporacji, która ma bardzo specyficzny sposób zarządzania. Dlatego w kwestii molestowania seksualnego, gdy patrzymy na to, co się dzieje w Kościołach zarówno na Zachodzie, jak i w Polsce, myślę raczej o specyfice tej instytucji, która (jak widzimy w głośnych przypadkach) stworzyła mechanizmy krycia i tuszowania pedofilii. Te mechanizmy zła doskonale pokazał oscarowy film „Spotlight” w reżyserii Toma McCarthy’ego, opowiadający historię dziennikarzy z „Boston Globe”, którzy jako pierwsi opisali skandale pedofilskie w Bostonie. W Polsce mieliśmy reportaże braci Sekielskich czy teraz materiał Marcina Gutowskiego „Bielmo”. We wszystkich tych obrazach pokazane są mechanizmy, które chronią sprawców, a na milczenie skazują pokrzywdzonych. I my jako państwowa komisja, badając dokumenty, wysłuchując pokrzywdzonych, chcemy owe mechanizmy ujawnić, pokazać i opisać, by doprowadzić do zmiany. A pamiętajmy, że zgodnie z przepisami Kodeksu prawa kanonicznego tajne dokumenty są niszczone po 10 latach. Musimy też wiedzieć, że mówimy o dwóch rodzajach przestępstw: przestępstwie seksualnym i przestępstwie niezawiadamiania o nim organów ścigania. To jest szalenie ważne rozróżnienie.

Art. 240 Kodeksu karnego.

Dlaczego to jest takie istotne?
– Ponieważ mówimy z jednej strony o konkretnym przestępstwie polegającym na wykorzystaniu seksualnym dziecka, a z drugiej także o przestępstwie – krycia takiego działania. Od 13 lipca 2017 r. każdy z nas ma pod rygorem odpowiedzialności karnej obowiązek zawiadomić organy ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa pedofilii, gdy ma wiarygodne informacje, że do niego doszło.

Trochę pan ucieka od zajęcia stanowiska jako człowiek Kościoła. Ale dopytam mimo wszystko: czy tak długo nie widzieliśmy, lub nie chcieliśmy widzieć, jako ludzie Kościoła skandali pedofilskich, bo zadziałała logika pedagogiki milczenia? Wedle zasady: Kościół jest jak matka, a matki się nie krytykuje? Jeśli widzimy zło, to milczymy?
– Rozumiem ten mechanizm, ale jest on mi obcy. Być może dlatego, że jestem absolwentem resocjalizacji. Na przestępstwo patrzę przez pryzmat zjawiska, a nie tylko interesów grup, które popełniają przestępstwo. Kwestia mojej wiary nie ma tutaj większego znaczenia. Powtórzę: oceniamy działania urzędników instytucji kurialnych zobowiązanych prawem państwowym do danego działania, a nie szafarzy sakramentów. Nie zmienia to faktu, że dla wielu wierzących obecna sytuacja w Kościele jest źródłem poważnych kryzysów. Dlatego wyjaśnienie każdej sprawy, nazwanie przestępstwa przestępstwem i – powiem więcej – ukaranie sprawców jest tak ważne i dla Kościoła, i dla opinii publicznej. Jest istotne z punktu widzenia szacunku dla ludzi oraz ich wiary. I nie ma znaczenia, czy sprawa dotyczy wikarego, prałata czy biskupa.

To dziś, po doświadczeniu związanym z pokazywaniem rozmiarów przestępstw seksualnych w Kościele, oczywiste. Pan jednak nie unika, jak mi się zdaje, stosowania również języka teologicznego, by nazywać kościelne przestępstwa.
– Zgadza się i na forum prywatnym czy w rozmowie z bliskimi język wiary jest mi bliski i ważny dla mnie. Pozwala mi on zrozumieć wiele kwestii, w tym tych dotyczących ludzkiego cierpienia! Ale jako komisja operujemy w innym rejestrze językowym. My mówimy językiem psychologii, medycyny i prawa. To bardzo ważne, by zrozumieć choć trochę ból osób skrzywdzonych. Mówimy w tym kontekście o zbrodni, traumie, przestępstwie czy sprawiedliwości. Przypominam sobie opisywaną wielokrotnie sprawę pana Janusza Szymika, który był molestowany seksualnie przez księdza W. Jak pamiętam, przy tej sprawie wskazywano, w sposób totalnie błędny i nieadekwatny, że inni duchowni nie podejrzewali księdza o przestępstwo pedofilii, ale mówiło się, że ksiądz W. „lubił chłopców”. Świadomość, jak niepojętą zbrodnią jest wykorzystywanie seksualne dzieci, wciąż w pewnych strukturach kościelnych się nie przebiła. Jest bagatelizowana. Skutki tego przestępstwa trwają całe życie, w kolejnych latach objawiając się w bólu osoby, która bardzo często jest w nim całkowicie sama. Jako szef komisji zastanawiam się dziś, jakie w naszym prawie i mentalności są bariery, które sprawiają, że przestępca noszący strój duchowny przez lata unikał odpowiedzialności karnej. I dochodzę do przekonania, że jedną z takich barier jest właśnie ten kościelny język, który zbrodnie molestowania zastępuje terminem „nieuporządkowanie wewnętrzne kapłana”.

Może podać pan inny przykład?
– Będąc kiedyś w jednej z rozgłośni radiowych razem z pewnym zakonnikiem, byłem zszokowany, gdy on, zamiast mówić osoby homoseksualne, nazywał tych ludzi „pederastami”. To coś niepojętego. Notoryczne jest zrównywanie w części kręgów kościelnych homoseksualizmu z pedofilią. Co jest błędem, że się delikatnie wyrażę, merytorycznym. Nadal konieczna jest ustawiczna edukacja o charakterze seksuologicznym i dotyczy to nie tylko np. nauczycieli w szkołach masowych, spotykających się w swojej pracy z problemami młodych osób doświadczających kryzysu, ale także przełożonych wspólnot religijnych, którzy mają obowiązek wyjaśniania spraw dotyczących np. przestępstw seksualnych dokonanych przez podwładnego.

Przez ostatnie lata w tej swoistej kościelnej korporacji – co mówi też jezuita, o. Adam Żak – nie było świadomości tego, jak cierpi skrzywdzone dziecko. Przestępstwo duchownego postrzegano jedynie jako grzech lub zbłądzenie moralne, a w konsekwencji cała uwaga skierowana była na to, by zatuszować „chwilowe zbłądzenie i słabość” oraz ewentualnie skłonić „grzesznika” do jakiejś formy pokuty. Osoby skrzywdzone w ogóle w tych procedurach nie istniały. Nie brano również pod uwagę uniknięcia kolejnych krzywd. Mam nadzieję, że dalsza reforma prawa kanonicznego będzie szła w kierunku zmiany karno-kanonicznej, a nie karno-teologicznej. Czyli jest to nie przestępstwo przeciwko szóstemu przykazaniu „Nie cudzołóż”, ale przestępstwo przeciwko godności człowieka.

Dlatego na koniec chciałbym zapytać, czego od pana jako szefa tej komisji oczekują ofiary.
– Jeśli pan pozwoli, będę używał zwrotu osoby skrzywdzone. Przyznam się, że rozmowy z osobami skrzywdzonymi dają mi, jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, siłę i odwagę do dalszej pracy. To dla mnie bardzo ważne. Osoby pokrzywdzone oczekują, po pierwsze, wysłuchania i mają do tego pełne prawo. Chcą, by ich dramat nie popadł w zapomnienie. I my, jako komisja, jesteśmy dla tych osób. Po drugie, oczekują wyjaśnienia spraw, które naznaczyły ich dzieciństwo. I towarzyszenia. Jako komisja wielokrotnie już uczestniczyliśmy w postępowaniach sądowych na prawach oskarżyciela posiłkowego. Oczekują też zadośćuczynienia ze strony państwa i sprawiedliwości. Przywołam zeznanie jednej z osób pokrzywdzonych przed wielu laty. Nie przez księdza akurat, ale ojca. Ta osoba powiedziała jasno: „Nie oczekuję, że on pójdzie do więzienia. Ale oczekuję, że rzeczy będą osądzone i zostaną nazwane tak, jak powinny być nazwane. To minimum sprawiedliwości i odpowiedzialności. Tego oczekuję”.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 49/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy