Totalna inwigilacja

Totalna inwigilacja

Rozwój cywilnej kontroli nad służbami zatrzymał się u nas 20 lat temu


Wojciech Klicki – prawnik związany z Fundacją Panoptykon, współautor raportu „Jak osiodłać Pegaza? Przestrzeganie praw obywatelskich w działalności służb specjalnych – założenia reformy”.


Co musiało pójść nie tak, że polski rząd w nieprzejrzysty sposób kupił cyfrową broń – Pegasusa – a następnie używał jej, na co wszystko wskazuje, do podsłuchiwania liczących się postaci życia publicznego?
– Użył pan słowa podsłuchiwać. Ale tak banalne rzeczy jak podsłuchiwanie rozmów już dawno mamy za sobą. Pegasus jest narzędziem totalnej inwigilacji. I z premedytacją używam tych słów, to inwigilacja totalna. Nie tylko właściciela zaatakowanego telefonu, ale i osób wokół niego. Pegasus daje możliwość głębokiego, inwazyjnego śledzenia całego życia danej osoby: na jakie strony internetowe wchodzi, jakie robi przelewy i jaki ma stan konta, co pisze na Facebooku lub dowolnej innej platformie społecznościowej. Atakujący zyskują dostęp do haseł ofiary ataku i w ten sposób mogą właściwie przejąć kontrolę nad jej życiem.

A możliwości zrealizowania prowokacji wobec takiej osoby są w zasadzie nieograniczone.
– Podsłuch to poziom zero. Poziom wyżej jest kradzież cyfrowej tożsamości. Co gorsza, z perspektywy samej technologii nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za pomocą takich narzędzi nie tylko monitorować obywateli, ale także podrzucić komuś kompromitujące materiały. To nie jest science fiction. Nie mamy przesłanek, żeby stwierdzić, że do tego celu Pegasus był już w Polsce wykorzystywany, ale na świecie opisano takie przypadki. Za pomocą Pegasusa podrzucano „dowody” na telefony osób niewygodnych dla władzy. Komuś, kto został tak zaatakowany, bardzo trudno się bronić, może to trwać latami.

Winna zła władza czy zły system?
– Zawsze system! Owszem, jeśli chodzi o inwigilację i służby, nikt wcześniej nie robił tego, co obecna władza. Mówimy nie o jednorazowym wybryku, ale o pewnym kontinuum. Rozwój cywilnej kontroli nad służbami zatrzymał się u nas 20 lat temu. A ich uprawnienia i możliwości technologiczne – także te, jakie daje Pegasus – ciągle się rozwijają. Rozjazd możliwości inwigilacji i kontroli nad jej prowadzeniem z każdym miesiącem, a nawet z każdym dniem, staje się coraz większy. Dzisiaj widzimy tego efekty.

Władza PiS ma oczywiście bardzo wiele na sumieniu. Widzimy, że nadużywano uprawnień. Ale wszystkie poprzednie rządy też są winne zaniedbania: nie wprowadzono mechanizmów, które powstrzymują podobne nadużycia.

Co sądzić o politykach opozycji i autorytetach życia publicznego, których sprawa inwigilacji zaczęła oburzać, dopiero gdy sami oberwali Pegasusem? Nie reagowali wcześniej, gdy jako Fundacja Panoptykon nagłaśnialiście od lat problemy i skandale związane z brakiem kontroli nad inwigilacją. To hipokryzja?
– Może tak. A może – i w to staram się wierzyć – trwała ewolucja poglądów.

A porównania z autorytaryzmem, PRL, Służbą Bezpieczeństwa są na miejscu czy nie?
– Porównanie do SB jest o tyle nietrafione, że po prostu jest niewystarczające. Służba Bezpieczeństwa, niezależnie od tego, jak wielu współpracowników i funkcjonariuszy postawiłaby w gotowości, nie byłaby w stanie zebrać o kimś tyle informacji.

Tyle co dziś jeden operator Pegasusa?
– Tak. Jeden agent uzbrojony w taką technologię dowie się więcej i bardziej intymnych rzeczy o człowieku niż stu współpracowników i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa z ich metodami działania 40 lat temu. A zmiany technologiczne tylko przyśpieszają. Jeśli chodzi o narrację wokół służb, to moim zdaniem wiele osób wciąż postrzega ten problem błędnie. Jako sprawę personalną, związaną z osobami, które stoją na czele tych służb: Kamińskim, Wąsikiem itd. Gdyby tylko wymienić tych ludzi na przyzwoitych, byłoby po kłopocie – myślą niektórzy. Ale to naiwne. Po pierwsze, dla kogo uczciwi są minister Kamiński i Wąsik, a dla kogo ich następcy, to jest sprawa uznaniowa. Po drugie, choć niektórym wyda się to nudne, ja jako prawnik bardziej niż ludziom ufam procedurom.

Co to znaczy?
– W przypadku np. procesu karnego umówiliśmy się jako społeczeństwo, że można się od wyroku odwołać, są dwie instancje, kontrola konstytucyjności prawa, a także inne sposoby ochrony praw jednostki. A w przypadku służb? Mamy im tak po prostu zaufać? Uwierzyć, że będzie dobrze, bo na ich czele postawimy krystalicznie czyste osoby? Ten błąd wlecze się za nami już kolejną dekadę. Społeczeństwo i klasa polityczna dopiero teraz zaczynają zauważać, jak błędne było to rozumowanie.

W jednym z tekstów zwrócił pan uwagę na to, że w Polsce sędzia może się zgodzić na podsłuchiwanie samego siebie, nawet o tym nie wiedząc. Jak to możliwe?
– Sądy i sędziowie mają bardzo ograniczone możliwości kontroli nad służbami. Gdy służba specjalna przychodzi do sądu z wnioskiem o wydanie zgody na jakieś działania, sąd widzi nie wszystkie materiały, tylko te, które zostaną mu przedstawione. Jeśli więc służba zna tożsamość osoby, której dotyczy wniosek, ale nie przekaże tej informacji, to sąd może się zgodzić na podsłuch wyłącznie na podstawie numeru telefonu lub numeru identyfikacyjnego IMEI urządzenia. Własny numer telefonu każdy zna, ale nikt nie zna na pamięć 13-cyfrowego IMEI. I sędzia, akceptując taki wniosek, może nieświadomie zgodzić się na inwigilację Jarosława Kaczyńskiego, Donalda Tuska albo i samego siebie. Tak powstaje mechanizm, w którym sąd, a za nim wszyscy obywatele muszą po prostu służbom, nierzadko w ciemno, zaufać. Moim zdaniem ten mechanizm kontroli jest, mówiąc delikatnie, niewystarczający. Powinny istnieć instytucje, które by to kontrolowały.

A tak nie jest.
– Tylekroć powtarzany frazes, że skoro sądy coś nadzorują, to musi być w porządku, w ogóle nie przystaje do rzeczywistości. Po pierwsze, jeśli na coś zgodę wydał sąd, wcale nie oznacza to z automatu, że takie działanie jest dobre i właściwe. Po drugie, olbrzymie obszary działań służb w rodzaju ABW i CBA wcale nie są kontrolowane przez sąd. Jeśli służba postanowi kogoś prześwietlić, może sprawdzić lokalizację tej osoby z ostatnich 12 miesięcy, wszystkie kontakty, może pozyskać informacje z rozmaitych baz danych – od ZUS i Urzędu Skarbowego aż po kamery monitoringu na osiedlu. I cała ta obszerna „teczka” znajduje się poza kontrolą jakichkolwiek organów na zewnątrz. Nikt nie nadzoruje i nie kontroluje tego, co i po co zostało zebrane. To nie furtka, ale szeroko otwarta brama do nadużyć.

A mamy powody sądzić, że materiały zebrane przez prokuratury, służby i policję trafiają do mediów i polityków.
– Sprawa senatora Krzysztofa Brejzy jest dobrym przykładem czegoś, co prof. Adam Bodnar nazwał ciągiem technologicznym. To mechanizm zaprzęgnięcia służb do realizowania zadań politycznych, do których nie zostały powołane. Bo co się stało w sprawie Brejzy? W trakcie kampanii wyborczej informacje pochodzące z telefonu senatora mogliśmy sobie oglądać w Telewizji Polskiej, gdzie służyły do manipulacji i oczerniania polityka. Przy czym nie ma znaczenia, czy jestem wyborcą lub sympatykiem Brejzy, bo na jego miejscu mógłby się znaleźć dowolny inny polityk każdej partii opozycyjnej: Lewicy, Konfederacji, PSL, Polski 2050…

Badacze nastrojów społecznych – można w tym kontekście przywołać Marcina Dumę z IBRiS, ale nie tylko jego – mówią jednak wprost: to ludzi „nie grzeje”. I co teraz?
– Zdaję sobie sprawę, że twarze tej afery – senator Brejza, prokurator Ewa Wrzosek, a szczególnie mecenas Roman Giertych – to osoby, z którymi milionom obywateli trudno się utożsamić. Nie ma jednoznacznej obawy, że skoro dziś byli inwigilowani państwo Brejzowie, to jutro mogę być ja i moja rodzina. Ale w sprawie Pegasusa kluczowe jest nie naruszenie prywatności i praw pojedynczych osób, tylko potencjał wykorzystania tego systemu do manipulacji wyborczej. Bo my głosujemy na jedną partię, a druga wykorzystuje narzędzia szpiegowskie, żeby być w kampanii zawsze krok do przodu. To podważa sens wyborów, sens demokracji.

Powtórzę, badania podpowiadają, że ta wiedza nie wstrząsa społeczeństwem.
– W Fundacji Panoptykon zdajemy sobie sprawę z tego, że problem inwigilacji i nadużyć służb kojarzy się wciąż z osobami z pierwszych stron gazet. Ale spójrzmy na to tak. Wykorzystanie Pegasusa przeciwko osobie aktywnej społecznie lokalnie, zwykłemu człowiekowi, obywatelowi czy przedsiębiorcy jest mało prawdopodobne. Liczba licencji na Pegasusa jest mimo wszystko ograniczona. Ale klasyczna kontrola operacyjna prowadzona przez policję czy służby już tak – bo rokrocznie występuje się o 10 tys. zgód na tego rodzaju działania. Powiedzmy, że lokalny komendant albo naczelnik jakiejś służby chce podsłuchać przedsiębiorcę, którego firma konkuruje ze szwagrem tego naczelnika. Z dużym prawdopodobieństwem będzie mógł bezkarnie to zrobić. To jest konkretne zagrożenie i nie dotyczy ono wyłącznie znanych osób, które zaatakowano przy użyciu Pegasusa. Powinniśmy myśleć o nadzorze nad służbami jako elemencie szeroko rozumianego kryzysu praworządności…

No to jest dopiero hasło, którego Polacy szczerze mają dość! (śmiech)
– Powiedzmy sobie otwarcie: jeśli może zajść jakaś sensowna zmiana w dziedzinie kontroli inwigilacji i nadzoru nad służbami, to w ciągu pierwszych stu dni od zmiany władzy. Gdy kolejna ekipa będzie robiła porządki. Bo jeśli rządzący nie zajmą się tym na początku, szybko się zorientują, jak fajnie mieć takie wyjęte spod nadzoru służby we własnych rękach.

A skoro przy tym jesteśmy, czytelnicy i czytelniczki pytają, czy ktoś poniesie karę za te nadużycia. Czy ktoś zostanie pociągnięty do odpowiedzialności?
– Sprawa karna dzisiejszych ministrów Kamińskiego i Wąsika dotycząca nadużyć z czasów koalicji PiS-Samoobrona-LPR pokazała, że możliwość pociągnięcia winnych nadużyć do odpowiedzialności istnieje. Gdyby nie kontrowersyjne ułaskawienie przez prezydenta Andrzeja Dudę, mogli oni trafić do zakładu karnego. Oczywiście nie wzywam do tego, żeby po zmianie władzy masowo wysyłać ludzi do więzień, to z wielu powodów zły pomysł. Ale rażące nadużycia – a sprawy senatora Brejzy czy prokurator Wrzosek takimi się wydają – dają podstawy, żeby myśleć o jakiejś odpowiedzialności w przyszłości. Ale żeby do tego doszło, potrzeba co najmniej kilku istotnych zmian.

Jakich?
– Począwszy rzecz jasna od politycznej, przez zmianę w prokuraturze, a na sądach i Pałacu Prezydenckim skończywszy. Bo stamtąd może przyjść jakiś kolejny niecodzienny akt łaski, prawda?

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 9/2022

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy