Trza celu i perspektywy

Trza celu i perspektywy

Podziały, których politycy nie podsycają – obumierają

Tak jest po każdych wyborach – jedni świętują, drudzy są w szoku, świat im się wali. Słychać też lament, że Polska jest podzielona, że taki podział jej nie służy, że to ją paraliżuje itd. Tym razem też tak się dzieje, tylko dużo bardziej niż poprzednio. Dlaczego dużo bardziej?

Dlatego, że te podziały sięgają głębiej, nakładają się jeden na drugi. Wystarczy spojrzeć na mapę wyborczych preferencji albo na pogłębione sondaże. Widać wtedy wyraźnie, że sympatie polityczne Polaków pokrywają się z podziałem klasowym, z podziałem terytorialnym, z miejscem zamieszkania, wykształceniem, poziomem zarobków, religijnością, wiekiem.

Wielkie dzieło Jarosława

Na wsi i w miastach do 20 tys. Andrzej Duda dostaje 65% poparcia, Rafał Trzaskowski – 31%. W miastach powyżej 20 tys. mieszkańców jest odwrotnie – Trzaskowski ma 62% popierających, Duda – 35% (wyniki nie sumują się do 100%, trzecia odpowiedź to trudno powiedzieć).

Wśród osób z wykształceniem podstawowym Duda ma 75% poparcia. A w grupie osób z wykształceniem średnim i wyższym – już tylko 35%. Na Trzaskowskiego głosują przedsiębiorcy i przedstawiciele wolnych zawodów, na Dudę – emeryci i robotnicy niewykwalifikowani.

Jeżeli prześledzimy badania z ostatnich kilku lat, zauważymy, że te podziały z wyborów na wybory są coraz bardziej wyraziste. Że kraj coraz bardziej się rozchodzi. Dlaczego tak się dzieje?

Teoretycznie powinno być odwrotnie, przecież Polska jest coraz zasobniejsza, coraz lepiej skomunikowana. A może to dlatego, że Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zaszczepić w różnych środowiskach własną wizję Polski? O tym zresztą mówią publicyści i naukowcy – że PiS potrafiło dotrzeć do ludzi, którzy byli do tej pory z boku wielkich przemian albo byli ich ofiarami. I, po pierwsze, skutecznie im wytłumaczyło, że winę za ten stan rzeczy ponoszą przeciwnicy Kaczyńskiego. A po drugie – dokonało tzw. redystrybucji godności. Ci ludzie, w III RP poniewierani i zapomniani, często wyśmiewani, poczuli swoją sprawczość, poczuli, że państwo jest ich i dla nich.

PiS nie osiągnęło tego w miesiąc ani w rok. Ta praca trwała wiele lat. Ilustruje ją świetnie pewna sonda, z czasów gdy premierem był Donald Tusk. Dziennikarze pytali w niej posłów PO i PiS, jak spędzili ostatni weekend. Ci z PO mówili, że z rodziną, bo to jedyna szansa, żeby pobyć z bliskimi. Ci z PiS recytowali: w sobotę byłem na festynie, potem na spotkaniu w gminie, w niedzielę na mszy, potem na spotkaniu z parafianami itd.

Po zdobyciu władzy w roku 2015 PiS nie spoczęło na laurach. Transfery pieniędzy do ochotniczych straży pożarnych, do kół gospodyń wiejskich, do bliskich prawicy organizacji pozarządowych – to wszystko procentuje.

Do tego dorzućmy wpływy telewizji publicznej, która dominuje w małych miejscowościach, prezentując prosty przekaz, kto jest dobry, a kto zły, i będziemy mieli obraz wpływów PiS.

Chociaż niepełny! Bo najważniejszym jego elementem jest polityczny obraz świata.

Wielką trampoliną dla PiS okazała się katastrofa smoleńska, mit zamachu, prezydenta „zdradzonego o świcie”. Ten mit pozwolił zbudować wielką partię, zjednoczyć różne środowiska. A potem było już łatwiej. Wystarczyło umiejętnie naciskać te wszystkie guziki w polskiej duszy. Kaczyński to potrafił. Najpierw więc był Smoleńsk i wielki spisek. Potem Kaczyński grał na nastrojach nacjonalistycznych, klerykalnych, egalitarnych, napuszczał na mniejszości, na tych, którym lepiej się powodzi. I tłumaczył, że zbili majątki, bo pewnie kradli. Albo sprzedali się obcym.

Tak jest do dziś. Prezes woła, że jesteśmy dumnym i silnym narodem, i oskarża Niemcy o ingerowanie w polskie wybory. Przekonuje, że tylko Kościół jest depozytariuszem wartości i narodowej świadomości. Straszy LGBT, uchodźcami, sąsiadami. Przeciwstawia zepsute elity zdrowym siłom. Warszawka, krakówek, sędziowie, lekarze… Każdy, kto sprzeciwia się PiS, jest atakowany. Najpierw przez Kaczyńskiego, potem przez telewizję publiczną.

W tej wizji lud otrzymuje władzę oceniania, sądzenia, bycia suwerenem. Iluzoryczną, ale ta iluzja odzyskanej godności, własnej wartości, uczestniczenia w polityce, czyli własnej sprawczości, rewanżu, okazała się skuteczna.

Dziel i rządź

Pisząc o Kaczyńskim, który podzielił Polaków, miejmy świadomość, że nie on pierwszy. Pomysł uprawiania polityki poprzez wskazywanie dobrych i złych jest stary jak sama polityka. Przecież jeszcze zanim powstała II RP, dzielił Polskę konflikt między PPS a endecją, strzelano do siebie, Dmowski (poseł do carskiej Dumy!) oskarżał PPS, że reprezentuje interesy niemieckiej SPD. Strzelali też do siebie w niepodległej Polsce, ginęli partyjni działacze, w tej atmosferze zamordowany został prezydent Gabriel Narutowicz. A jeszcze długo po II wojnie światowej Jerzy Giedroyc mówił, że Polską rządzą dwie trumny – Piłsudskiego i Dmowskiego.

W Polsce Ludowej władza wielokrotnie kreowała różnych wrogów i kampanie walki z nimi, wierząc, że w ten sposób zyska na popularności, ewentualnie odwróci uwagę od własnych kłopotów. Był więc wróg klasowy, był kułak, była stonka zrzucana przez Amerykanów… Byli rewizjoniści niemieccy, których przebierano w krzyżackie zbroje, była bananowa młodzież, „syjoniści”, których wyrzucano z kraju, był KOR, były elementy antysocjalistyczne, był Wałęsa…

Choć tak naprawdę, jeżeli popatrzymy na te wszystkie kampanie z czasów PRL, to daleko im do skuteczności obecnych poczynań PiS. Mogły działać przez chwilę, być dokuczliwe, ale Polaków nie dzieliły.

Również w czasach III RP, gdy twardo walczono o władzę, tak dramatycznych podziałów nie było. Pierwszy podział, ten po roku 1989, nazywany podziałem postkomunistycznym, na post-Solidarność i postkomunę, okazał się niezbyt głęboki i sztuczny. Dziś już chyba zanikł, mimo że gdy PiS staje naprzeciw PO, jedni drugim wykrzykują w twarz to samo: precz z komuną!

Gdy w roku 1993 SLD razem z PSL zdobył władzę, a dwa lata później Aleksander Kwaśniewski wygrał wybory prezydenckie, zszokowane i obrażone na „niewdzięcznych Polaków” elity postsolidarnościowe długo nie chciały tego wyniku uznać. Sąd Najwyższy zalały protesty wyborcze, a gdy sędziowie orzekali, czy wybory były ważne, Warszawę blokowały tysiące demonstrantów, ogłaszano koniec Polski. Przy tej okazji ks. Józef Tischner ukuł termin homo sovieticus. Miał on egzemplifikować tych rodaków, którzy przesiąknięci „sowietyzmem” woleli SLD od Unii Demokratycznej i Porozumienia Centrum.

Było to o tyle nietrafione, że lewica wygrywała na zachodzie kraju, a post-Solidarność na Podkarpaciu i wśród górali – czyli na terenach, na których dziś wygrywa PiS. Podział postkomunistyczny był więc raczej podziałem kulturowym, związanym z siłą religijności, i historycznym – partie postsolidarnościowe były szczególnie mocne w dawnych kolebkach Solidarności, np. w Gdańsku. Poza tym dość skutecznie rozbrajał go prezydent Aleksander Kwaśniewski – stając na czele sił dążących do zjednoczenia z Unią Europejską, do zakorzenienia Polski na Zachodzie.

To ważne – przez lata swojego istnienia PZPR miała dwie twarze. Tę pierwszą – otwartą, przychylną modernizacji kraju, jego liberalizacji. I tę drugą – autorytarną, chętnie odwołującą się do „ludu”, piętnującą zepsuty Zachód, zepsute elity. To była twarz marcowych podżegaczy, potem widzieliśmy ją w czasach Solidarności. Kwaśniewski, budując SLD, postawił na tych z pierwszej grupy. A ci drudzy? Wygląda, jakby znaleźli swoje miejsce w dzisiejszym PiS.

Kolejnym epizodem sygnalizującym, że Polska się dzieli, była kariera Andrzeja Leppera. Jego popularność, deklaracja złożona w Sejmie, że koniec z Wersalem – to wszystko mogło zwiastować tworzenie się warunków do nowego podziału Polaków. Ale Lepper tego manewru nie przeprowadził. Nie chciał? Nie potrafił? Zabrakło mu czasu? Wydaje się, że najbliższa prawdzie jest odpowiedź pierwsza. Lepper nie chciał podziałów, symbolem tego jest piosenka wyborcza Samoobrony z refrenem: „Ten kraj jest nasz i wasz”. Nie chciał napuszczać ludzi skrzywdzonych przez III RP na elity, na beneficjentów zmian. Raczej chodziło mu o to, by ci, którym się udało, posunęli się. By dojrzeli tych, których nie chcieli zobaczyć.

A później? Później mieliśmy sytuację niecodzienną. Dwaj sojusznicy polityczni – szef PO Donald Tusk i szef PiS Jarosław Kaczyński – najpierw szli ramię w ramię do wyborów, zapowiadając wspólną koalicję po zdobyciu władzy, a potem się poróżnili. I dopiero ta ich czysto osobista wojna podzieliła Polaków. Od roku 2005 konflikt PO-PiS determinuje polską politykę.

Miał on zresztą kolejne etapy. Początkowo był to pojedynek o prezydenturę między Tuskiem a Lechem Kaczyńskim. Tusk go przegrał, pogrążył go brudny chwyt Jacka Kurskiego, czyli „dziadek z Wehrmachtu”, pogrążyło hasło PiS – Polska solidarna kontra Polska liberalna. Tusk wyciągnął z tej porażki wnioski i zbudował sprawną machinę, skutecznie walczącą z Kaczyńskimi. Ich walka przyciągała uwagę – bo z jednej strony była furia Jarosława Kaczyńskiego, którą Tusk prowokował, z drugiej – jego zimna ironia i złośliwe uwagi.

I to w wyniku tych kolejnych wojen, a także słabości lewicy, PiS zaczęło się przesuwać w stronę ludzi pokrzywdzonych przez III RP, z mniejszych miejscowości, oczekujących wsparcia państwa. Platforma stała się zaś partią establishmentu, beneficjentów przemian, otwartą na Europę. PiS wybrało drogę przeciwną. I tak już zostało.

Cel! Pal!

Dlaczego akurat Tuskowi i Kaczyńskiemu udało się zdominować scenę polityczną, dlaczego ich bitwa przyciąga uwagę? Odpowiedzi można pewnie podać wiele, ale najważniejsza jest chyba taka, że udało im się dobrze opisać cele, które mogli przedstawić społeczeństwu, i zdefiniować wroga.

W polskiej historii było bowiem tak, że rządzący, oprócz tego, że legitymizowała ich albo siła, albo kartka wyborcza, starali się przedstawiać inne dowody, że władza im się należy.

W II RP sanacja swoją legitymację budowała poprzez kult legionów Piłsudskiego, pierwszej kadrowej, wymarszu z krakowskich Oleandrów, czyli tych, którzy jako pierwsi rozpoczęli walkę o niepodległość Polski. Potem, po śmierci Piłsudskiego, budowany był kult marszałka – sypano jego kopiec, 11 listopada ogłoszono świętem państwowym.

PZPR z kolei legitymację do rządzenia miała różną w różnych okresach. Zaraz po wojnie legitymizowała się tym, że odbudowuje zniszczony kraj i zagospodarowuje Ziemie Zachodnie. Potem uzasadnieniem rządzenia była budowa socjalizmu. Władysław Gomułka z kolei legitymację czerpał z kilku źródeł – to była polska droga do socjalizmu. Z jednej strony, stawiał na to, że dokonuje się lewicowa przemiana, z drugiej – nie unikał wątków narodowych. Czyli pokazywania wroga, którym były Niemcy.

W ten sposób partia chciała wykorzystać polski nacjonalizm, na tej fali zyskiwać poparcie. Było to tym wygodniejsze, że budowało element zagrożenia: rewizjoniści niemieccy chcą nam odebrać Ziemie Zachodnie. Poza tym budowało pozycję PZPR jako gwaranta tych ziem. A także, pośrednio, pozycję ZSRR. Bo tłumaczyło, że w imię ich zachowania, ich obrony, Polska musi być w sojuszu z Moskwą.

Edward Gierek organizował społeczeństwo inaczej – hasłem, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. To była legitymacja jego rządów – otwarcie na Zachód, wzrost poziomu życia, unowocześnienie kraju. Wróg nie był mu więc potrzebny.

Polska Wojciecha Jaruzelskiego to już był okres schyłkowy, ona budowała swoją legitymację na opowieści o uniknięciu wojny domowej i interwencji wojsk Układu Warszawskiego.

Z kolei III RP miała jeden wielki cel. Przebudowę Polski na wzór państwa zachodniego. Z dobrze działającą gospodarką rynkową oraz uczestnictwem w NATO i w Unii Europejskiej. NATO i Unia – te dwa cele jednoczyły i Polaków, i zdecydowaną większość polskich polityków. To było wielkie marzenie, wielki mit. Gdy zatem w roku 2002, po grudniowych negocjacjach w Kopenhadze, premier Leszek Miller wkraczał na salę plenarną Sejmu, towarzyszyła mu burza oklasków, gratulował mu przed kamerami m.in.
Jarosław Kaczyński.

1 maja 2004 r. Polska stała się członkiem Unii. I straciła swój cel. Cóż bowiem później mogło uwieść wyobraźnię Polaków? Pierwszy na to pytanie odpowiedział Donald Tusk. To była kapitulacja, bo oświadczył, że Polacy chcą spokoju, nie chcą żadnych poświęceń, nie chcą już o nic walczyć, że chcą ciepłej wody w kranie.

Ta idea długo nie przetrwała, bo przetrwać nie mogła. Zdystansowała ją ideologia PiS, dość podobna, ale przecież inna – że nadszedł czas, by z owoców przemian skorzystali też mniej zamożni Polacy. Ci, których to wszystko dotychczas omijało. I to okazało się strzałem w dziesiątkę. Tylko na ile tego paliwa wystarczy?

Pokaż złego

Na razie starcza. Mieszanina straszenia i pochlebstw, kija i marchewki, pozwala dość skutecznie rządzić. W sojuszu z Kościołem, w którym zwyciężyło skrzydło najbardziej obskuranckie, klerykalne, w sojuszu z organizacjami typu Ordo Iuris i różnymi koteriami, które wysysają miliony na podejrzane inicjatywy.

Przede wszystkim jednak to rządzenie polega na ciągłym wywoływaniu awantur, na atakowaniu kolejnych wrogów, na napuszczaniu na nich tłumu. W kampanii takim wrogiem stała się społeczność LGBT. Duda jak nakręcony opowiadał, że nie pozwoli na adopcję dzieci przez pary homoseksualne, że broni rodziny, dzieci itd. Potem wrogiem stały się Niemcy. Bo „Fakt” wypuścił okładkę informującą, że Duda ułaskawił pedofila.

Jarosław Kaczyński krzyczał o „bezprzykładnej agresji”, wiceprezes PiS Joachim Brudziński nazwał dziennik „niemieckim szmatławcem”. Andrzej Duda oskarżał, że „Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta”. Tak oto wróciliśmy do czasów Władysława Gomułki i plakatów z Krzyżakami. I do stawianego przez wszystkie reżimy świata pytania: jesteś z władzą, ze swoim państwem, które obcy atakują, czy z tymi obcymi, z wrogami ojczyzny?

Reżimy autorytarne bowiem inaczej nie potrafią. I zdaje się, że do tego etapu doszliśmy. Pozostaje więc zadać pytanie: czy Polacy są podzieleni na lata, czy da się to wszystko posklejać?

Myślę, że się da, i to łatwiej, niż nam się wydaje. Owszem, Polacy są dziś bardzo podzieleni, ale w podobnej sytuacji Polska była w historii wielokrotnie. Tak było po zabójstwie prezydenta Narutowicza, tak było po zamachu majowym, tak było po roku 1945, a także po roku 1989 czy po 10 kwietnia 2010 r. Te podziały po jakimś czasie stawały się mniej ostre, emocje stygły. Spójrzmy na Smoleńsk – jeszcze pięć lat temu było to niemal najważniejsze wydarzenie w historii Polski, główna oś podziału. Czy tak jest teraz?

Podziały, których politycy nie podsycają – obumierają. Oczywiście dzisiejszy podział PiS kontra PO jest o tyle niebezpieczny, że pokrywa się z podziałami klasowymi, kulturowymi, ma autonomiczne źródła. Ale, po pierwsze, ten podział nie jest wieczny. Po drugie, chodzi nie o to, że Polacy są różni, ale o to, by potrafili w ramach demokratycznych procedur współpracować. Szanować się nawzajem. A tego w III RP nie było. I to jest zresztą konkretny zarzut wobec Tuska i jego Platformy – zamiast rozwiązywać konflikty, wolał je zamiatać pod dywan. I się doczekał.

Po trzecie wreszcie, do podpalania Polski trzeba mieć talent. I trzeba mieć możliwości. Jarosław Kaczyński niewątpliwie ma jedno i drugie, on zresztą inaczej nie potrafi prowadzić polityki, niż dzieląc, skłócając. Ale jego potencjalni następcy w podobnego typu działaniach są raczej nieporadni, nieautentyczni. A co do środków… Telewizja publiczna, która skutecznie podsyca nienawiść, to przecież element władzy. Gdy PiS straci władzę – straci i media publiczne, więc i możliwości podkręcania atmosfery.

Po czwarte – i chyba najważniejsze – podziały tracą ostrość, gdy przed społeczeństwem pojawiają się atrakcyjne perspektywy. Gdy jest cel. Tak przecież w historii Polski wielokrotnie bywało – to jest właśnie tajemnica wielkiej popularności np. Edwarda Gierka po grudniu 1970 r. A w czasach nam bliskich – Tadeusza Mazowieckiego w pierwszych miesiącach przemian.

Trzeba więc celu i twardego polityka, potrafiącego przekreślić etap partii postsolidarnościowych, który zresztą na naszych oczach się kończy.

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 29/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy