Wojna?

Wojna?

Krwawy konflikt w Iraku jest prawie nieunikniony i zagraża stabilności świata

Pół miliona zabitych i rannych, 900 tys. uchodźców, rzesze głodujących i chorych, katastrofa humanitarna nad Tygrysem. Płonące szyby naftowe, ropa po 100 dol. za baryłkę (dziś ok. 30 dol.), w następstwie światowa recesja. Eskalacja konfliktu izraelsko-palestyńskiego, krwawa łaźnia w Iranie, niszczycielskie ataki terrorystów w różnych częściach świata. A może nawet dziesiątki tysięcy amerykańskich czy europejskich cywilów, którzy zginą w wyniku zmasowanego, podstępnego uderzenia broni masowej zagłady.
Takie, według czarnego scenariusza, mogą być skutki wojny Stanów Zjednoczonych z dyktatorem Iraku, Saddamem Husajnem. Świat wstrzymuje oddech, gdyż konflikt zbrojny, którego zasięg, przebieg i następstwa niezwykle trudno przewidzieć, jest niemal nieuchronny. Trwa wielki marsz armii jedynego supermocarstwa nad Zatokę Perską. Amerykanie mają już wokół Iraku prawie 100 tys. żołnierzy. W połowie lutego będzie ich 150 tys. i już wtedy może rozpocząć się atak. Kolejnych 100 tys. żołnierzy USA czeka w gotowości w Europie na rozkaz, by wziąć udział w wojnie. Brytyjczycy, najwierniejsi sprzymierzeńcy Waszyngtonu, wysłali pod irackie granice 30 tys. żołnierzy – jedną czwartą swoich sił zbrojnych.

Mobilizacja oznacza wojnę

Poważni komentatorzy są zgodni – tak gigantyczna koncentracja sił musi skończyć się ofensywą na Bagdad. Prezydent Bush nie po to kosztem miliardów dolarów ściągał z różnych części świata okręty, samoloty i doborowe dywizje, aby odesłać je do domu. Jeśli tak uczyni, może zapomnieć o następnej kadencji. Amerykański przywódca posunął się zbyt daleko, aby się wycofać bez utraty twarzy. „Nie ma już odwrotu”, wzywa prezydenta Busha do działania dziennik „Washington Post”. Amerykańscy przywódcy wiedzą, że muszą się spieszyć. W marcu temperatury w Iraku wzrastają do powyżej 35 stopni, co poważnie utrudni funkcjonowanie nowoczesnego sprzętu wojskowego. Publicyści twierdzą, że powróciła przerażająca, militarna logika z 1914 r. – mobilizacja musi oznaczać wojnę. Saudyjski dziennik „Arab News” przypomina niemiecki plan Schlieffena z 1914 r., przewidujący rzucenie 1,5 mln żołnierzy na Francję i Belgię. Gdy setki pełnych żołnierzy pociągów toczyły się ku granicy, cesarz Wilhelm II zawahał się, lecz wojskowi oznajmili mu, że na zmianę rozkazów jest już za późno. W rezultacie rozpętała się ponadczteroletnia wojna, w której zginęło 10 mln ludzi, a 20 mln zostało rannych, pojawiły się też przyczyny następnego, jeszcze bardziej potwornego konfliktu. „Czy USA na początku XXI w. mają przeciw Irakowi nowy plan Schliffena?”, pyta „Arab News”. Polityka zapewne została już podporządkowana zimnej logice generałów. Inspektorzy ONZ, poszukujący w Iraku broni masowej zagłady, potrzebują jeszcze długich miesięcy na zakończenie swych prac. Tylko że dziesiątki tysięcy żołnierzy Waszyngtonu i Londynu, zmobilizowanych i sprowadzonych nad Zatokę Perską, nie będą bezczynnie czekać tak długo.
Rok 1914 przypomina również amerykański profesor Richard K. Betts z Columbia University. Także wówczas światowi przywódcy uznali, że muszą zadać przeciwnikowi prewencyjne ciosy, których następstwem będzie tylko krótka zwycięska wojna. Jak wiadomo, skończyło się katastrofalną rzezią.

Saddam musi odejść

Waszyngton zapewnia, że decyzja o wszczęciu działań wojennych jeszcze nie zapadła. Z pewnością postanowiono jednak doprowadzić do „zmiany reżimu” w Iraku. Być może, uda się uniknąć przelewu krwi, jeśli Saddam Husajn dobrowolnie odda władzę i usunie się w zamian za gwarancje bezpieczeństwa. Do takiego kroku usiłują nakłonić despotę z Bagdadu dyplomaci saudyjscy, egipscy, tureccy i syryjscy. Sekretarz obrony USA, Donald Rumsfeld, zasugerował, że Waszyngton jest skłonny zaakceptować powyższe rozwiązanie. Wśród krajów, które mogłyby przyjąć Saddama, wymieniane są Białoruś, Egipt, Algieria, a nawet Chiny. Politycy z tych państw nie kwapią się jednak zbytnio do zapewnienia azylu śmiertelnemu wrogowi USA. Obawiają się późniejszych konfliktów z Wujem Samem, który być może zechce jednak dostać wygnanego tyrana w swoje ręce.
Saddam Husajn jest zresztą niezwykle nieufnym politykiem – i nie bez powodu. Zdołał utrzymać się u steru przez 24 lata mimo licznych zamachów i spisków na swe życie. Autokrata znad Tygrysu kazał wyprawić na tamten świat tysiące ludzi, w tym swych krewnych i najbliższych współpracowników. Ma powody, by lękać się zemsty. Wie, że naprawdę bezpieczny jest tylko w Iraku pod osłoną swych kilkunastu sprawnych i okrutnych tajnych służb oraz wiernych ziomków z Tikritu, którzy zdają sobie sprawę, że jeśli reżim upadnie, stracą wszystko – władzę, majątki, pewnie również życie.
Iracki dyktator nie jest islamskim fanatykiem – pragnie przeżyć, a nie zginąć dla Allaha. Teoretycznie nie można wykluczyć, że zagrożony klęską wojenną i śmiercią zgodzi się na azyl w Mińsku czy w Algierze. Znacznie większe jest jednak prawdopodobieństwo, iż Saddam spełni swą groźbę: „Jeśli wróg zaatakuje Irak, nie znajdzie tam już żywych ludzi, lecz kamienie”. Być może, przyparty do muru tyran podpali gmach swego państwa, aby runął na głowy „niewiernych najeźdźców”. Lubi powtarzać: „Nieważne, co się o mnie mówi teraz. Ważne jest to, co się będzie mówić za 500 lat”. Czy więc zanim zginie, zgotuje Stanom Zjednoczonym i Irakowi apokaliptyczny „zmierzch bogów”?
Inną możliwością uniknięcia wojny jest obalenie lub zabicie dyktatora. Amerykanie poprzez rozgłośnie radiowe, zrzucane z samolotów ulotki oraz Internet wzywają irackich wojskowych do zamachu stanu. Samoloty, w tym specjalnie przystosowany Boeing 707, oraz Micron i Trumpet, satelity szpiegowskie Pentagonu usiłują kontrolować wszelkie poczynania, rozmowy radiowe i ruchy dyktatora. Według dziennika „USA Today”, w Iraku działa już prawie 100 żołnierzy sił specjalnych USA oraz ponad 60 funkcjonariuszy CIA. Ich zadaniem jest rozpoznanie lotnisk i innych instalacji wojskowych, ale także, jeśli tylko nadarzy się okazja, uśmiercenie despoty z Bagdadu.
Tylko że Saddam jest najlepiej strzeżonym człowiekiem świata. Sprzysiężenia, które CIA uprzednio organizowała przeciwko niemu, kończyły się dla Amerykanów blamażem, a dla spiskowców – torturami i śmiercią. Prawdopodobnie także teraz iracki dyktator ocaleje. Wiele wskazuje na to, że do zmiany reżimu nad Tygrysem może doprowadzić tylko wielka wojna.
Niektórzy optymiści marzą, że Rada Bezpieczeństwa ONZ powstrzyma zbrojną wyprawę George’a W. Busha. Nie ma przecież powodów, aby ryzykować groźny konflikt. Inspektorzy Narodów Zjednoczonych pracują bez przeszkód i choć Saddam zapewne ukrył część broni masowej zagłady, to przecież wszelkie programy ich rozwoju są zamrożone. „Dotychczas najważniejszym argumentem na rzecz wojny jest 11 pustych pocisków chemicznych, pochodzących być może sprzed 20 lat”, drwi brytyjski dziennik „The Independent”. Tylko że Donald Rumsfeld i „jastrzębie” z Waszyngtonu stawiają sprawę jasno: „Nowa rezolucja ONZ, upoważniająca do użycia siły wobec Iraku, jest pożądana, ale niekonieczna. Wystarczy nam do tego już uchwalona rezolucja 1441”.
Dyplomaci waszyngtońscy dają zresztą do zrozumienia, że państwa, które zawetują projekt nowej rezolucji, popełnią wrogi akt wobec USA. Czy któraś ze stolic odważy się naradzić na otwarty konflikt z amerykańskim kolosem?

Różne scenariusze

Tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja na irackich frontach. Pewne jest jedno – ta wojna będzie inna niż konflikt z 1991 r., kiedy Saddam walczył (i to raczej niemrawo) tylko o Kuwejt. Tym razem stawką jest życie autokraty. Będzie także inna niż wojna w Afganistanie z 2001 r. Wtedy wielu komentatorów przepowiadało Amerykanom krwawą łaźnię w afgańskich górach, zwycięstwo nad talibami okazało się jednak łatwe i szybkie. Przy czym w Afganistanie Waszyngton miał licznych sojuszników, a sukces był głównie dziełem agentów CIA, którzy dosłownie krążyli z walizkami pełnymi dolarów, przekupując afgańskich watażków. W Iraku nie sposób przekupić służb specjalnych Saddama, 18 tys. uprzywilejowanych żołnierzy Specjalnej Gwardii Republikańskiej oraz klanu z Tikritu, tworzącego elitę władzy.
Waszyngton planował początkowo uzbrojenie szyitów z południa Iraku oraz Kurdów z północy, którzy pod powietrznym parasolem USA i Wielkiej Brytanii utworzyli niemal niepodległe, prosperujące państewko. Kurdowie mają 50 tys. peszmerga – bitnych partyzantów, byliby więc cennym sojusznikiem. Zamiary te prawdopodobnie zostały zaniechane, gdyż Turcja sprzeciwiła się wysłaniu Kurdów przeciw Saddamowi zbyt daleko na południe w obawie, że uda im się osiągnąć całkowitą niepodległość. Uzbrojenie szyitów jest niebezpieczne, ponieważ po zwycięstwie mogliby natychmiast przystąpić do mordowania nie tylko znienawidzonych urzędników rządzącej partii Baas, ale także sunnitów – stanowiących mniejszość, lecz dominujących w kraju. Amerykanie i ich alianci będą musieli dokonać zmiany reżimu przede wszystkim własnymi siłami.
Oficjalnie dygnitarze znad Potomacu promieniują optymizmem. „To będzie spacerek”, zapewnia Kenneth Adelman, asystent Donalda Rumsfelda. Po tygodniu ataków z powietrza żołnierze zdemoralizowanej i słabo uzbrojonej 300-tysięcznej armii irackiej zaczną się poddawać (przed dwoma laty podczas operacji w irackim Kurdystanie na sam widok amerykańskich samolotów 138 irackich żołnierzy złożyło broń, a reszta uciekła). Umęczona przez reżim ludność przyjmie wojska sojusznicze jak wyzwolicieli, generałowie Saddama nie odważą się użyć broni masowej zagłady, zostali bowiem ostrzeżeni, że ten, kto to uczyni, natychmiast zostanie stracony (będzie to egzekucja z powietrza, rakietą z automatycznego samolotu typu Predator). W końcu któryś z wojskowych obali dyktatora. Pod protektoratem USA nowy reżim wznowi eksport ropy, ceny czarnego złota spadną, kursy akcji na Wall Street wzrosną, miliony Amerykanów odzyskają swe ulokowane w akcjach oszczędności, wzrośnie zaufanie konsumentów i inwestorów, okręt światowej gospodarki wreszcie zejdzie z mielizny.
Możliwe są jednak również bardziej ponure scenariusze. „Amerykańska strategia to recepta na katastrofę”, ostrzega politolog Kenneth Pollack. Jeśli wojskowi pragnącego z hukiem przejść do historii Saddama zdołają podpalić pola naftowe, nie tylko Iraku, ale także Kuwejtu, szyby będą płonąć przez długie tygodnie, a cena ropy wzrośnie do 100 dol. za baryłkę. Iracki dyktator tym razem zamierza walczyć nie na pustyni, lecz w wielkich aglomeracjach miejskich, przede wszystkim w pięciomilionowym Bagdadzie. Wokół stolicy iracki przywódca utworzył podwójny pierścień obrony. Zwłaszcza ten wewnętrzny, złożony z superelitarnych jednostek 18-tysięcznej Specjalnej Gwardii Republikańskiej, okaże się trudny do rozerwania. W walkach ulicznych przewaga techniczna Amerykanów nie będzie już tak miażdżąca. Istnieją obawy, że Saddam zamierza zwabić oddziały amerykańskie pod Bagdad i tam potraktować je 6 tys. granatów artyleryjskich z gazami bojowymi, które „zaginęły” po wojnie z 1991 r. Waszyngton ostrzegał, że w takim razie odpowie atomowym ciosem. Ale czy George W. Bush zdecyduje się unicestwić w nuklearnym piekle wielkie miasto? Atak chemiczny miałby ogromne skutki psychologiczne – natarcie Amerykanów zostałoby wstrzymane z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami.
Możliwe jest też, że Saddam uzbroi palestyńskich terrorystów w broń biologiczną i chemiczną lub dokona przy jej użyciu ataków terrorystycznych w USA i Europie, w wyniku których zginą tysiące cywilów. Taka możliwość jest mało prawdopodobna, lecz istnieje. „Prezydent Bush drażni jadowitego irackiego węża. Nie ma co się później dziwić, że wąż ukąsi. Liczba ofiar na amerykańskiej ziemi może być większa niż 11 września”, twierdzi prof. Richard K. Betts.
Władze USA, Niemiec, Wielkiej Brytanii oraz Izraela zdają sobie sprawę z zagrożenia i przygotowują powszechne szczepienia ludności przeciwko ospie, której wirus uważany jest za najgroźniejszy oręż terrorystów. Nie można też całkowicie wykluczyć, że iracki dyktator porazi terytorium Izraela bronią masowej zagłady. Władze państwa żydowskiego zapowiedziały w takim przypadku atomowy odwet. Czy na Bliskim Wschodzie dojdzie do apokalipsy?
W bardziej realistycznym scenariuszu Izrael wykorzysta wojnę w Mezopotamii do rozprawienia się z Autonomią Palestyńską, zaś irańscy mułłowie – zdający sobie sprawę, że po Iraku przyjdzie na nich kolej – do krwawego unicestwienia umiarkowanej opozycji. Cały region może stanąć w wojennej pożodze. Nie ma natomiast najmniejszej wątpliwości, że w czasie wojny islamscy ekstremiści przystąpią do zamachów od Afganistanu po Filipiny, we wszystkich zakątkach świata.

Zwycięstwo i co dalej

Zdaniem znacznej części komentatorów, usunięcie Saddama ze względu na ogromną przewagę technologiczną Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników odbędzie się stosunkowo łatwo. Prawdziwe problemy zaczną się później. Jak podaje poufny dokument ONZ, solidarnie przemilczany przez większość anglosaskich mediów, wojna w Iraku doprowadzi do katastrofy humanitarnej, pół miliona zabitych i rannych, 900 tys. uchodźców i do 2 mln „wewnętrznych uchodźców”, czyli ludzi, którzy uciekli ze zniszczonych miast i bez celu błąkają się po kraju. Iran już przygotowuje obozy dla prawie miliona irackich uciekinierów. Według szacunków Narodów Zjednoczonych, na pośrednią lub bezpośrednią pomoc zdanych będzie 7,4 mln Irakijczyków. W Afganistanie udało się uniknąć podobnej tragedii, gdyż kraj ten zamieszkują przede wszystkim samowystarczalne społeczności wiejskie. Irakijczycy żyją przeważnie w miastach, nie mają żadnych zapasów ani oszczędności, 60% spośród nich może przeżyć tylko dzięki żywności przydzielanej przez państwo. Kto będzie ratował tych ludzi, jeśli aparat państwowy i infrastruktura się załamią?
Amerykańscy politycy zapowiadają niekiedy, że będą tworzyć w Iraku struktury demokratyczne. Trudno powiedzieć, jak chcą tego dokonać, skoro w Kraju Dwóch Rzek tradycje demokratycznego dialogu nie istnieją. Irackie partie zazwyczaj rozstrzygały swe spory przemocą. W dodatku społeczeństwo Iraku składa się z szyitów na południu, sunnitów w centrum i Kurdów na północy. Wybuch walk między nimi o wpływy i władzę jest sprawą niemalże przesądzoną. W mieście Kirkuk, położonym wśród bogatych pól roponośnych, może rozgorzeć konflikt między Kurdami, Arabami a Turcją, która na mocy dawnych układów twierdzi, że ma prawo do ropy z miejscowych złóż. Dotychczas bezlitosny reżim Saddama utrzymywał całość państwa. Po amerykańskim zwycięstwie zadanie to będzie musiała pełnić armia okupacyjna USA. Amerykański wojskowy lub polityk otrzyma w Iraku pełne uprawnienia namiestnika czy prokonsula, zanim w Bagdadzie powstanie rząd zdolny do przejęcia władzy. Waszyngton oficjalnie przewiduje 18-miesięczną okupację, realiści mówią o pięciu latach, pesymiści twierdzą, że armia amerykańska pozostanie w Mezopotamii przez dziesięciolecia.
Większość zysków ze sprzedaży irackiej ropy trzeba będzie przeznaczyć na utrzymanie wojsk okupacyjnych oraz zapewnienie środków do życia 24 mln mieszkańców kraju. Lokomotywa światowej gospodarki nie ruszy z miejsca. W dodatku w świecie arabskim i muzułmańskim wzrosą gniew i frustracja z powodu „kolonialnej” okupacji Iraku przez „niewiernych”. Idee Osamy bin Ladena znajdą nowych zwolenników. Perspektywy dla świata na początek XXI w. wielu realnie myślących politologów przyprawiają o dreszcze. Czy wrogie zderzenie cywilizacji jest nieuchronne? Pozostaje nadzieja, że stanie się cud, Saddam Husajn w ten czy inny sposób zejdzie ze sceny, amerykańska wersja planu Schliffena nie zostanie zrealizowana i rozwieją się chmury wojny.

 


Koalicja przeciw Saddamowi
Planowana przez USA zbrojna wyprawa przeciwko Saddamowi nigdzie nie wywołuje entuzjazmu. Na razie Waszyngton może liczyć tylko na swego tradycyjnego brytyjskiego sojusznika. Londyn wysłał nad Zatokę Perską więcej żołnierzy, niż oczekiwano. Premier Tony Blair zapowiada, że Brytyjczycy będą na froncie „w każdych okolicznościach”, aczkolwiek wielu deputowanych do Izby Gmin jest wojnie przeciwnych. Niespodziewanie ostro wystąpiły przeciwko wojnie z Irakiem Francja i Niemcy, obchodzące 40. rocznicę podpisania traktatu elizejskiego. Wojna, jak stwierdził prezydent Jacques Chirac, zawsze jest najgorszym rozwiązaniem i należy uczynić wszystko, aby jej uniknąć. Kanclerz Gerhard Schröder zapowiedział, że jego kraj nie poprze w Radzie Bezpieczeństwa rezolucji upoważniającej Stany Zjednoczone do zbrojnej rozprawy z Saddamem Husajnem (Niemcy obejmą wkrótce przewodnictwo Rady Bezpieczeństwa). Waszyngton zareagował z niesłychaną irytacją. Sekretarz obrony, Donald Rumsfeld, określił Francję i Niemcy jako „problem” i powiedział, że stanowią one część starej Europy. Rumsfeld stwierdził, że Stany Zjednoczone mogą liczyć na pomoc innych europejskich sojuszników. Natychmiast rozpętała się dyplomatyczna i ideologiczna burza w stosunkach międzyatlantyckich, najbardziej gwałtowna od dziesięcioleci. Politycy z Paryża i Berlina oskarżyli USA o neokolonializm i dążenie do skłócenia Europy, amerykańscy komentatorzy zarzucili Francuzom niewdzięczność i dążenie do przeforsowania własnych interesów – Francja ma przecież podpisane z obecnym reżimem w Bagdadzie kontrakty naftowe wartości 1,5 mld dol. i nie wiadomo, czy po zmianie władzy pozostaną one ważne. William Safire, wpływowy publicysta dziennika „New York Times” w złośliwym komentarzu stwierdził nawet, że kanclerz Schröder, który wygrał wybory tylko dzięki ostrej retoryce antyamerykańskiej, zależny od pacyfistycznie nastawionej Partii Zielonych, skłonił prezydenta Chiraca do antyamerykańskiego wystąpienia, ofiarując mu w zamian niemiecko-francuską dominację nad 23 innymi narodami kontynentalnej Europy (w której to Niemcy okażą się silniejszym partnerem). Amerykańscy komentatorzy piszą, że Waszyngton zgodził się na podjęcie pracy przez inspektorów ONZ, pod warunkiem że inne państwa w Radzie Bezpieczeństwa, a zwłaszcza Francja, nie będą domagać się nowej rezolucji. Paryż jednak nie dotrzymał swych zobowiązań. Sekretarz stanu, Colin Powell, rzecznik współpracy z Radą Bezpieczeństwa, został przez Francuzów wyprowadzony w pole.
Z pewnością Francja, sprzeciwiając się amerykańskim planom, zamierza wykazać światu, że prowadzi niezależną politykę. Przy tym Paryż ma wpływy i interesy w świecie arabskim (m.in. dlatego jest życzliwie usposobiony do sprawy palestyńskiej). Ponadto, jak zwraca uwagę brytyjski dziennik „The Guardian”, Francja ma w swym społeczeństwie silną mniejszość muzułmańską, więc nie może i nie chce bezwarunkowo stanąć po stronie USA.
Prawdopodobnie wysiłki Francji, Niemiec i innych państw mogą przyczynić się najwyżej do przedłużenia pracy inspektorów ONZ, którzy 27 stycznia mają przedstawić sprawozdanie ze swych prac, o dwa do trzech tygodni. Być może, Amerykanie zgodzą się na taką zwłokę, aby mieć czas na zgromadzenie wojsk wokół Iraku i znalezienie dowodów, że dyktator z Bagdadu łamie postanowienia ONZ i ukrywa broń masowej zagłady. Zapewne mniej lub bardziej przekonywające dowody winy Saddama jeszcze się pojawią – szukają ich intensywnie nie tylko inspektorzy, ale także amerykańskie służby specjalne. Możliwe jest też, że USA nie będą dążyły do uzyskania nowej rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Po prostu postawią na tym forum pytanie, czy Irak w pełni zrealizował poprzednią rezolucję – 1441. Takiego pytania Francja nie będzie mogła zawetować. Nie ma wątpliwości, że jeśli Stany Zjednoczone zdecydują się na wojnę, Francuzi przynajmniej symbolicznie wezmą w niej udział, aby zadbać o korzyści swych koncernów naftowych w Iraku. Lotniskowiec „Charles de Gaulle” przecież właśnie w tym celu płynie do Zatoki Perskiej. Niemiecki dziennik „Die Welt” przewiduje, że Chirac w ostatniej chwili ułoży się z Waszyngtonem, zaś Schröder ze swoim pacyfizmem zostanie sam, narażony na gniew Ameryki. Niektórzy komentatorzy nad Renem uważają, że kanclerz znów usiłuje zyskać poparcie elektoratu, rozgrywając antywojenną kartę, gdyż w zbliżających się wyborach do landtagów Hesji i Dolnej Saksonii SPD grozi sromotna klęska. Tygodnik „Der Spiegel” pisze w swym elektronicznym wydaniu, że przez swoje aroganckie wystąpienie Rumsfeld niezwykle przyczynił się do jedności europejskiej.
Waszyngton nie jest jednak w Europie osamotniony, może liczyć na poparcie konserwatywnych gabinetów w Madrycie i Rzymie, a także na Polskę. Rosja i Chiny niechętne są wyprawie na Irak, poparły stanowisko Francji i Niemiec, wątpliwe jednak, aby zaangażowały się w „walkę o pokój” za wszelką cenę. Moskwa i Pekin wolą uniknąć konfrontacji z amerykańskim mocarstwem, mają też naftowe interesy w Iraku i pragną, aby respektował je również nowy, zainstalowany przez Amerykanów reżim w Bagdadzie. Rosja zamierza ponadto odzyskać kredyty udzielone Irakowi jeszcze przez Związek Radziecki w wysokości 6 mld dol. W trudnej sytuacji znalazła się muzułmańska Turcja, której ludność jest przeciwna wojnie, Amerykanie domagają się jednak od Ankary udostępnienia baz i utworzenia na północy Iraku „drugiego frontu”. Nowy rząd nad Bosforem ma islamskie korzenie, toteż wolałby, aby do konfliktu nie doszło, jednak tureccy generałowie, do których należy ostatnie słowo, chcą utrzymania dobrych stosunków z Waszyngtonem i zapewne większość amerykańskich „życzeń” zostanie spełniona, najwyżej w razie konieczności tureccy wojskowi przejmą władzę. Według doniesień prasowych, Ankara już zgodziła się na udostępnienie baz dla 15 tys. amerykańskich żołnierzy. Państwa arabskie są oczywiście przeciwne konfliktowi, ale politycznie nie znaczą wiele. Być może, w końcu nawet Arabia Saudyjska udostępni Amerykanom swe bazy do ataku na Irak. Izrael oficjalnie zajmuje neutralne stanowisko, Arabowie, a zwłaszcza Palestyńczycy oskarżają wszakże państwo żydowskie o podżeganie Amerykanów do irackiej wyprawy – unicestwienie militarnej machiny Iraku musi przecież zostać przyjęte z zadowoleniem przez izraelskich polityków. Należy podkreślić, że możliwości wywierania nacisków przez Waszyngton czy wpływy jedynego supermocarstwa są ogromne i każdy pragnie pozostać przyjacielem najpotężniejszego. Jeśli USA zdecydują się na wojnę bez nowej rezolucji Narodów Zjednoczonych, otrzymają wsparcie nie tylko oddziałów brytyjskich, ale także australijskich, kanadyjskich, tureckich i małych kontyngentów z Europy Środkowej, w tym Czech, Polski i Węgier oraz – jak się zapewne okaże – pomoc wojskową i finansową (w różnej formie) szeregu innych państw.
KRY


Od ataku hakerów do starcia jądrowego

Według „New York Times” USA będą gotowe do ataku na Irak w połowie lub pod koniec lutego. W do tego czasu zdołają skoncentrować tam ponad 150 tys. żołnierzy, marynarzy, piechoty morskiej i lotników.

Czym zaatakują Amerykanie?

Wojciech Łuczak, dziennikarz specjalizujący się w dziedzinie techniki wojskowej, uważa, iż w przypadku ataku Ameryki na Irak możliwe są trzy scenariusze.
* Pierwszy zakłada użycie broni impulsowej, która w sposób maksymalnie humanitarny paraliżuje działanie systemów informatycznych przeciwnika impulsami elektromagnetycznymi powstałymi przy trafieniu celu rakietami Tomahawk. W nowoczesnej wojnie zniszczenie komputerów i obwodów scalonych kompletnie dezorganizuje i paraliżuje łączność wraz z jakże ważnym przesyłaniem danych. Możliwy jest też jeszcze mniej inwazyjny atak amerykańskich hakerów na irackie centra dowodzenia i przesyłania danych.
* Drugi scenariusz bojowego zaskoczenia to atak bombami grafitowymi, które są w stanie całkowicie odciąć sieć zasilania energią elektryczną, prądem i przesyłania energii do odbiorców.
* Wreszcie scenariusz trzeci zaskoczenia zakłada włączenie nowej taktyki walki lekkich formacji. Oddziały komandosów opanują jakieś małe lotnisko, po czym wojska „rozpełzną się” po terenie, przeprowadzając atak od wewnątrz. Chodzi tutaj o udział lekkich formacji powietrzno-desantowych, elitarnych 88 i 101 jednostek.
* Z nadchodzących informacji wynika, że wielkie natarcie połączone z desantem regularnych grup wojsk, w tym sił pancernych, jak podczas wojny w 1991 r., jest traktowane jako ostateczność. Tym razem Amerykanie pragną przeprowadzić atak, jeśli nie w białych rękawiczkach, to z udziałem lekkich i szybkich formacji poruszających się na kołach, a nie na gąsienicach. Na razie tylko jedna brygada amerykańska ma być w tym roku wyposażona w kołowe transportery opancerzone Stryker, które rozwijają w terenie prędkość do 120 km/h.
* Inne źródła przypuszczają, iż strategia ewentualnego ataku na Irak może być wzorowana na sprawdzonym scenariuszu afgańskim. Siły lotnicze miałyby większe znaczenie niż ponad 10 lat temu. Podczas wojny w Zatoce Perskiej pociski precyzyjne stanowiły mniej niż 10% użytej amunicji, w Afganistanie – więcej niż 90%. Scenariusz zakłada też udział w walkach opozycji antyreżimowej – Kurdów na północy i szyitów na południu. Mogliby oni odegrać podobną rolę jak Sojusz Północny w Afganistanie. Tym razem będzie też większa pokusa odsunięcia od władzy nie tylko Husajna, lecz także stanowiącej zaplecze władzy partii Baas.
* Niestety, nie można wykluczyć scenariusza wojny z użyciem broni masowego rażenia. Wskazywałby na to tajny raport dla Kongresu Stanów Zjednoczonych, „The Nuclear Posture Review”, w którym znalazły się propozycje zmian strategii nuklearnej USA. Irak znalazł się tu jako potencjalny cel amerykańskiego ataku z użyciem broni jądrowej. Oznacza to „nowe podejście do broni nuklearnej”. Według specjalistów Departamentu Obrony USA, 12 państw dysponuje dziś bronią atomową, 13 – biologiczną, 16 – chemiczną, a 28 ma rakiety balistyczne. W tej sytuacji broń jądrowa może nie być wyłącznie środkiem odstraszania. Małe ładunki mogłyby zostać użyte na przykład do niszczenia podziemnych bunkrów czy umocnionych podziemnych składów broni biologicznej lub chemicznej.

Jak odpowie Irak?

Nikt nie wie dokładnie, czym odpowie Saddam Husajn na ewentualny atak amerykański. Przypuszczalnie Irak posiada ukryte cyfrowe systemy naprowadzania rakiet przeciwlotniczych, a także światłowodowe podziemne sieci łączności. Specjaliści z Białorusi i innych państw poradzieckich zmodernizowali dotychczasowe systemy, wydaje się więc, że w akcji obronnej Iraku nie zostanie użyte lotnictwo myśliwskie, tylko zdalnie sterowane rakiety i naziemna obrona przeciwlotnicza oraz przeciwrakietowa.
BT


Polacy w Iraku
Co do polskiego wkładu wojskowego w ewentualnej wojnie, czynniki oficjalne zachowują daleko idącą powściągliwość. Rzecznik MON, płk Eugeniusz Mleczak, mówi: – Na szczęście działa na razie dyplomacja, a nie siły zbrojne. Nie ma co mówić o szczegółach. Za wcześnie. Wszystko jest dopiero w fazie konsultacji.
Ekspercie zgodni są jednak co do tego, że w razie amerykańskiej prośby możemy wysłać na potrzeby koalicji siły specjalne, np. komandosów z batalionu z Lublińca, a także brygadę logistyczną z Opola, która może spełniać funkcje pomocnicze, zajmować się zaopatrywaniem innych wojsk we wszystko, co potrzebne. Według niemieckiego dziennika „Frankfurter Rundschau”, Polska wysłała nad Zatokę Perską żołnierzy z jednostki specjalnej GROM.
Od siedmiu miesięcy w pobliżu rejonu ewentualnego konfliktu pływa polski okręt Marynarki Wojennej, nowoczesna, wielozadaniowa jednostka wsparcia logistycznego ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”. Jest to największy okręt wojenny, jaki powstał w polskich stoczniach. Zbudowany w roku 2000 okręt o długości ponad 73 m i szerokości 13 m, ma m.in. lądowisko dla helikopterów, możliwość przekazywania paliwa i ładunków stałych w morzu, nieograniczony rejon pływania, systemy do zwalczania pożarów na obiektach obcych, możliwość przebywania w strefach skażonych, możliwość pełnienia funkcji okrętu dowodzenia oraz własne uzbrojenie rakietowe i artyleryjskie. Jednostka rozwija maksymalnie prędkość 14,1 węzła i jest przygotowana do przyjęcia od 38 do 140 osób. Jego stała załoga to 38 marynarzy. Jak powiedział kmdr Janusz Walczak, rzecznik prasowy dowódcy Marynarki Wojennej, niedawno przeprowadzono wymianę załogi, 50 osób wróciło do kraju, 50 nowych znalazło się na okręcie. Oznacza to, że prócz etatowej załogi na jednostce służy 12 specjalistów. Jakie zadania wykonują?
Kmdr Janusz Walczak twierdzi, że są to zadania specyficzne i szczególne, ale o tym, co gdzie, kiedy i ile będą robić, decydują politycy.
BT

 

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy