Wojsko – chaos i sabotaż

Wojsko – chaos i sabotaż

Czym grozi niesprawdzony system obrony państwa, widzieliśmy we wrześniu 1939 r.

Gen. dyw. rez. Janusz Bronowicz – jako prymus ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Przeszedł wszystkie żołnierskie szczeble – od najniższego. Ukończył Studia Polityki Obronnej. Był dowódcą 11. Brygady Zmechanizowanej w Żarach, 21. Brygady Strzelców Podhalańskich w Rzeszowie, 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej w Elblągu. Dowodził polskim kontyngentem na Wzgórzach Golan oraz polskimi żołnierzami w Afganistanie. Był w grupie organizacyjnej Dowództwa Generalnego, a gdy powstało, został inspektorem Wojsk Lądowych. Odszedł do rezerwy na pięć lat przed nominalnym wiekiem zakończenia służby. Służył łącznie 36 lat.

– Wojsko pamiętam od szóstego roku życia. Ojciec był podoficerem w pułku przeciwlotniczym w Zgorzelcu i w lipcu-sierpniu zabierał mnie na poligon. Dla mnie była to wielka atrakcja, tym bardziej że najczęściej pułk jeździł na strzelania nad Bałtyk, do Wicka Morskiego.

Na ostatnim stanowisku odpowiadał pan m.in. za wyszkolenie wojsk lądowych.
– To jest główny sens naszego wojskowego życia w czasie pokoju. Szkolenie, czyli przygotowanie struktur organizacyjnych, żołnierzy, jednostek wojskowych do działania na współczesnym i przyszłym polu walki.

Odchodzi pan u szczytu kariery, to nie jest naturalne.
– Podobną sytuację już raz przeżywałem. Za ministra Szczygły. To za jego czasów nastąpiła największa czystka wśród generałów i oficerów, którzy byli po studiach zagranicznych. Jako młodzi faceci byliśmy kierowani na uczelnie do Moskwy, Kijowa, Drezna, Brna, Budapesztu – w zależności od specjalności. Mnie, w nagrodę za bardzo dobrze zdane egzaminy wstępne na ówczesną Akademię Sztabu Generalnego, razem z dwoma innymi oficerami skierowano do prestiżowej akademii wojskowej w Moskwie, wówczas jednej z najlepszych.

To był główny powód tych prześladowań…
– …jakbyśmy mieli jakikolwiek wpływ na to, dokąd chcemy pojechać na studia.

Dokonania pana Szczygły w usuwaniu z wojska oficerów wyszkolonych w PRL poszły dziś w zapomnienie, utopione w smoleńskiej mgle. Ale faktycznie pan Macierewicz jest w tej dziedzinie raczej epigonem niż prekursorem.
– Tak. Niestety, muszę jednoznacznie powiedzieć, że to był (i jest dzisiaj) rodzaj zemsty zbudowanej na insynuacjach, że każdy, kto kończył studia na zagranicznych uczelniach, jest szpiegiem i nie służy ojczyźnie. Zarzuca się nam, że składaliśmy przysięgę Związkowi Radzieckiemu. Nieprawda. Przysięgaliśmy – tak jak i teraz – narodowi, ojczyźnie, rządowi Rzeczypospolitej Polskiej. Był też zapis: „Stać nieugięcie na straży pokoju w bratnim przymierzu z armią radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”. To było jedyne zdanie mówiące o tym, że stoimy na straży pokoju wespół z wszystkimi armiami Układu Warszawskiego.

Jakby ktoś zapomniał, to przypomnijmy, że Polska była wtedy w Układzie Warszawskim, a nie w NATO.
– My, „żołnierze w brązowych butach”, nigdy Polsce się nie sprzeniewierzyliśmy. Zawsze jej tylko służyliśmy, jej dochowaliśmy wierności.

Wojsko przez lata było wielkim niemową. Dopiero ostatnio odchodzący masowo generałowie zaczęli mówić. Wspólnym mianownikiem waszych publicznych wystąpień jest zwrot „bezpieczeństwo państwa”. Czy jest ono rzeczywiście aż tak bardzo zagrożone, że uderzacie w dzwon na trwogę?
– Wojsko nadal jest niemową. Ci, którzy są w mundurach, milczą. Natomiast po raz pierwszy w takiej formie i skali zaczynają zabierać głos byli wojskowi.

Dlaczego pan to robi?
– Bo dla mnie, zawodowego żołnierza, 36 lat w sużbie, jest rzeczą niespotykaną obecny sposób i zakres „naprawiania” armii. Dowódca generalny w połowie swojej kadencji oświadcza publicznie, że rezygnuje ze stanowiska, bo nie ma możliwości wywiązania się z obowiązków, czyli przygotowania wojsk do obrony ojczyzny. I po czymś takim jest cisza! To jest rzecz niesłychana, to się w głowie nie mieści!

Mówimy o gen. Mirosławie Różańskim, byłym już dowódcy generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych.
– Tak. I nic się dzieje! Pan prezydent pisze list do pana ministra obrony narodowej, po tygodniu się spotykają, a na koniec pan prezydent wydaje komunikat, że jest uspokojony.

To czym pan się denerwuje?
– Jeśli dzisiaj żołnierz, dowódca, publicznie twierdzi, że nie jest w stanie przygotować sił zbrojnych do podołania ich głównemu zadaniu, to znaczy, że larum grają. Każdy dzień bez ustalenia przyczyn braku możliwości przygotowania armii do przyszłych działań wojennych to jest narażanie państwa na niebezpieczeństwo.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 16/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Kategorie Kraj

Komentarze

  1. martinez
    martinez 23 kwietnia, 2017, 17:30

    Wspaniały generał, który rotował z Afganistanu żołnierza, który nie chciał zgolić brody. Przykład jak ta lala!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy