Rozsądek górą

Rozsądek górą

Medyczna marihuana w końcu pojawiła się w aptekach

Marzena, 27-latka, miała glejaka mózgu. 19-letni Artur cierpi na silne bóle migrenowe. Anna ma 69 lat i choruje na jaskrę. Każde z nich od miesięcy korzystało z marihuany. Marzena żyje, choć rokowania były bardzo złe – pacjenci z glejakiem wielopostaciowym zazwyczaj nie przeżywają roku. Uważa, że to zasługa m.in. marihuany. Artur i Anna czują, że objawy ich chorób są dzięki marihuanie znacznie lżejsze. Wszyscy troje mieszkają w małych miejscowościach. Obawiają się mówić o terapii marihuaną. Nawet anonimowo. Mimo że docierałam do nich przez zaufane osoby.

Marzena, Artur i Anna dostali od swoich lekarzy recepty na marihuanę medyczną. Jeszcze ich nie zrealizowali. Mimo doniesień mediów, że od 17 stycznia specyfik jest dostępny w aptekach, w ich miejscowościach aptekarze powiedzieli, że jeszcze nie ma go w hurtowniach. I pozbyli się kłopotu. Bo marihuana medyczna to nadal temat tabu. Po co narażać się na hejty, skoro można bez stresu sprzedawać suplementy diety?

Względy bezpieczeństwa

Od października ub.r., kiedy to Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych dopuścił marihuanę do obrotu w Polsce, media kilkakrotnie podawały daty jej wejścia na polski rynek: październik, listopad, potem trąbiono o 17 grudnia, przed świętami, po… Wydawało się, że za tą zwłoką stoją antymarihuanowcy, chcący zastopować import. Tymczasem już na początku grudnia kanadyjska firma Spectrum Cannabis w swoich magazynach w Niemczech przygotowała do wysyłki 7 kg suszu. – Nie wiem, skąd się wzięła data 17 grudnia w doniesieniach prasowych – dziwił się w grudniu Grzegorz Ćwiek, prezes InnerLook, firmy zajmującej się public relations Spectrum Cannabis w Polsce. – Wprawdzie przebrnęliśmy przez wszystkie formalności w kraju i otrzymaliśmy zgodę Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego na import, ale nadal odpowiednik GIF w Niemczech nie wydał zgody na eksport. Takie zgody w Polsce i w Niemczech trzeba będzie otrzymywać przy każdym imporcie marihuany.

Wprowadzenie marihuany do polskich aptek było operacją typu tajne przez poufne. W tajemnicy trzymano przez długi czas informację, który z trzech największych dystrybutorów wyrobów farmaceutycznych będzie się zajmował rozprowadzaniem marihuany. Nie podawano także, które apteki będą ją sprzedawały. W przypadku informacji o punktach sprzedaży argumentowano, że prawo farmaceutyczne zabrania aptekom reklamowania się. Jednak jakimś cudem do mediów wyciekła informacja, że sprzedaż będą prowadzić trzy apteki należące do Grupy Aptek Prima: we Wrocławiu, w Poznaniu i w Koninie. W prasie i na portalach internetowych podawano ich adresy. W tym momencie zarząd GAP, w obawie, że może to być odebrane jako reklama, podjął decyzję, że nie będzie udzielał mediom żadnych informacji.

Dopiero 17 stycznia br. Grzegorz Ćwiek wysłał do dziennikarzy wiadomość, że marihuana jest już w Polsce. Poinformował też, że Spectrum Cannabis podpisało umowę na dystrybucję z firmą Pharmapoint SA. I że w sprawie realizacji recepty na marihuanę medyczną należy się kontaktować z apteką, w której zazwyczaj dokonuje się zakupów.

Nie ma w hurtowni

Dzwonię do wielu losowo wybranych aptek w mniejszych i większych miastach. Słyszę, że albo w hurtowniach nie ma jeszcze marihuany, albo że aptekarz jeszcze nie próbował ściągać specyfiku, albo że lek jest dostępny jedynie w trzech aptekach w kraju. Kolejne telefony nie mają sensu, skoro w kraju jest orawie 13 tys. aptek. Kontaktuję się z dystrybutorem. – Pierwsze dostawy wyjechały do aptek 17 stycznia albo 18 rano – mówi Błażej Ajzert, zastępca działu marketingu w Pharmapoint SA. – Apteki wchodzą na strony internetowe hurtowni, widzą, że tego specyfiku nie ma w wykazie, i kończą swoją przygodę z marihuaną. Jednak część aptek i wielu pacjentów dzwoni od czwartku do naszego działu handlowego, skarżąc się, że produkt nie jest dostępny. Nam jako dystrybutorom nie wolno się reklamować i informować, że jesteśmy jedyną hurtownią, która ma ten produkt w ofercie.

Ajzert opisuje procedurę zakupu. – Wygląda ona tak: pacjent przychodzi do apteki z receptą, apteka zamawia u nas określoną ilość marihuany, a my dostarczamy ją następnego dnia z naszego magazynu w Łodzi – wyjaśnia. – Nie mamy prawa analizować recept. To aptekarz decyduje, ile specyfiku zamawia. Są apteki, które w chwili dotarcia do Polski marihuany miały 10-12 recept oczekujących. Dostarczyliśmy już do aptek kilka kilogramów specyfiku. Następną dostawę planujemy na przełomie stycznia i lutego.

Do tej pory marihuanę wysłano do wielu miejscowości, m.in. do Konina, Warszawy, Lublina. Marihuana medyczna, która otrzymała zgodę na dystrybucję w Polsce, ma postać kwiatów konopi siewnych Cannabis sativa L., czyli konopi siewnych podgatunek indyjski. Produkt jest standaryzowany, dokładnie określono w nim zawartości THC, czyli tetrahydrokannabinolu (19%), oraz CBD, czyli kannabidiolu (1%). Kwiaty są pakowane w pojemniki po 5 g i 10 g. Aptekarz powinien zamówić co najmniej 10 g specyfiku. Tylko specjalista w aptece może otworzyć pojemnik i odważyć taką ilość marihuany, jaką przepisał lekarz. Lekarz może zapisać przyjmowanie leku m.in. w postaci waporyzacji.

Apteka, która przyjmuje do realizacji receptę na marihuanę, musi mieć zabezpieczenia obowiązujące dla środków odurzających grupy I-N, tzn. zabezpieczone pomieszczenie z zamkniętymi metalowymi szafami lub kasetami przymocowanymi do ścian albo podłóg.

Odwaga

O dostęp polskich pacjentów do medycznej marihuany od lat walczyło wiele osób. Wśród nich rzecznik Sojuszu Lewicy Demokratycznej Tomasz Kalita, u którego stwierdzono glejaka mózgu. Na pewnym etapie choroby sięgał po marihuanę, która m.in. uśmierzała ból. Opowiadał o tym, jak musi zdobywać marihuanę na czarnym rynku, i twierdził, że obowiązkiem państwa jest zapewnienie pacjentom dostępu do terapii, a więc i do tego specyfiku. Anna Kalita, wdowa po Tomaszu, uważa możliwość legalnego zakupu medycznej marihuany za bardzo istotną sprawę. – Czy traktuję to jako zwycięstwo męża? W pewnym stopniu tak, choć przecież walka trwała długo, zaczęła się, zanim włączył się do niej mąż, aktywne było całe środowisko – mówi. – To, że zachorował polityk, sprawiło, że sprawa stała się bardziej słyszalna. To bardzo piękne, że chorym ludziom przywrócono godność. Myślę, że dostęp do medycznej marihuany to w pewnym sensie wielkie dzieło życia mojego męża. Jakby potwierdzenie, że „nie wszystek umrę”. Jest mi bardzo przykro, że mąż nie doczekał tej chwili.

Jest tajemnicą poliszynela, że wielu chorych zaopatrywało się w medyczną marihuanę na czarnym rynku. Były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zaliczał się do jej zagorzałych przeciwników. Mówił, że czegoś takiego jak medyczna marihuana nie ma. Twierdził też, że co najwyżej kilkudziesięciu chorych w kraju, szczególnie przy lekoopornych padaczkach, wymaga stosowania tej substancji. Jego następca Łukasz Szumowski także nie jest entuzjastą marihuany. W jednym z wywiadów powiedział, że nie ma nigdzie twardych danych, które upoważniałyby do jej szerokiego wejścia na polski rynek. Nie ma również jasnego sygnału ze strony Ministerstwa Zdrowia, jak lekarze powinni traktować ten nowy na naszym rynku farmaceutycznym specyfik – ani stanowiska Naczelnej Rady Lekarskiej. Temat jest kontrowersyjny, więc bezpieczniej udać, że sprawy nie ma.

Głośno było o dr. Marku Bachańskim, neurologu dziecięcym, który w Centrum Zdrowia Dziecka leczył marihuaną małych pacjentów z lekooporną padaczką. W wielu przypadkach z kilkudziesięciu czy nawet kilkuset napadów dziennie udawało się zejść do kilku. Ze względu na kontrowersje wokół tej metody dr Bachański został zwolniony z CZD. Sąd wprawdzie przywrócił go do pracy, ale placówka – zamiast wykorzystać jego wiedzę i doświadczenie – zatrudniła go do… opisywania wyników badań EEG. Wielu rodziców dzieci, które były leczone przez dr. Bachańskiego, stawało w jego obronie. Na pewno jego przypadek przyczynił się do tego, że lekarze z rezerwą podchodzą do terapii marihuaną, bojąc się reakcji przełożonych.

Znanym bojownikiem o medyczną marihuanę jest dr Jerzy Jarosz, anestezjolog i specjalista leczenia bólu, który w 2015 r. w Poradni Przeciwbólowej i Medycyny Paliatywnej działającej przy Hospicjum Onkologicznym w Warszawie otworzył pierwszy w Polsce punkt konsultacyjny informujący o leczniczym wykorzystaniu tej substancji. Zgłaszają się do niego nie tylko chorzy czy ich rodziny, ale także lekarze, którzy szukają informacji na temat wykorzystania konopi indyjskich w procesie leczenia. Z inicjatywy dr. Jarosza hospicjum onkologiczne i Koalicja Medycznej Marihuany już kilkakrotnie organizowały na ten temat szkolenia dla pracowników ochrony zdrowia. Jako wykładowcy byli zapraszani nie tylko lekarze polscy, ale i najlepsi lekarze praktycy z Izraela.

Dorota Gudaniec jest osobą znaną w środowisku chorych leczących się marihuaną i ich rodzin. Jej syn Max, chory na padaczkę, był pierwszym w kraju pacjentem, który w terapii prowadzonej pod opieką dr. Bachańskiego legalnie korzystał z marihuany. Była ona sprowadzana w ramach tzw. importu docelowego z zagranicy. Teraz Dorota Gudaniec dzieli się z innymi rodzicami zdobytą wiedzą. Podejmuje też działania mające przybliżyć tę problematykę środowisku medycznemu. Organizuje szkolenia, na których wykłady prowadzą najlepsi specjaliści w tej dziedzinie. Ofertę szkoleń dla personelu medycznego złożyła także w Ministerstwie Zdrowia. Żadna odpowiedź nie przyszła.

Na nauki

Już w grudniu ub.r. Polish Institute of Medical Cannabis, czyli organizacja wspierająca wprowadzenie konopi medycznych do leczenia, zgłosił się do okręgowych izb aptekarskich z propozycją bezpłatnych szkoleń dla aptekarzy „Konopie medyczne w teorii i praktyce”. Dlaczego zdecydowano się szkolić aptekarzy, a nie lekarzy? Nie wiadomo. Gdańska Okręgowa Izba Aptekarska jako pierwsza izba w Polsce zorganizowała 12 stycznia 2019 r. szkolenie pierwszego stopnia z medycyny konopnej. Rzecznik prasowy tej izby Andrzej Denis sam nie był na szkoleniu, bo miał inne ważne zajęcia, ale wie, że wzięło w nich udział od 200 do 300 osób. Wielu aptekarzy zapisało się w ostatniej chwili, tuż przed rozpoczęciem szkolenia w hotelu Sheraton w Sopocie. Dokładne dane na temat uczestników ma Polish Institute of Medical Cannabis.

Zadzwoniłam do instytutu, by uzyskać informacje o szkoleniach, m.in. które izby, poza gdańską i katowicką – ta planuje szkolenie w marcu – zamierzają je zorganizować i czy będą szkolenia dla lekarzy. Kobieta, z którą rozmawiałam, poprosiła o przysłanie mejla z pytaniami i zapewnieniem, że otrzyma wypowiedź do autoryzacji. Wysłałam. Niefortunnie chyba zamieściłam też prowokacyjne pytanie: „Czy faktycznie takie szkolenia są potrzebne aptekarzom, skoro dilerzy nie mają żadnych uprawnień i handlują marihuaną niemedyczną?”. Nikt się nie odezwał. To chyba jeden z wielu sygnałów, że temat marihuany medycznej wciąż jest bardzo delikatny.

Drożej, ale legalnie

Tylko jedna firma produkująca medyczną marihuanę zdecydowała się wejść na polski rynek. Nieufność wynikała choćby z tego, że nie ma oficjalnych danych, jak liczna jest grupa chorych, którzy jej potrzebują. Organizacje pacjentów mówią o 300 tys. osób, a nawet o milionie. Tymczasem Ministerstwo Zdrowia uważa, że ta liczba jest niewielka.

Poważny problem ograniczający wykorzystanie medycznej marihuany stanowi koszt terapii. Do tej pory w przypadku importu docelowego Ministerstwo Zdrowia bardzo rzadko zgadzało się na refundację. Susz firmy Spectrum Cannabis też nie jest refundowany. Początkowo firma przymierzała się do ceny 80 zł za 1 g suszu, ostatecznie jednak ją obniżono. W aptekach cena marihuany wynosi ok. 65 zł za 1 g. Błażej Ajzert z firmy Pharmapoint SA mówi, że u nich, czyli u dystrybutora, ta cena jest dużo niższa, ale nie chce podać konkretów. Podobno cena w Polsce nie może być zbyt niska, gdyż pacjenci niemieccy, zamiast kupować ją w swoim kraju, przyjeżdżaliby po nią do polskich aptek. Określenie takiego pułapu cen powoduje, że wielu chorych nie będzie stać na medyczną marihuanę. Również tych, którzy do tej pory kupowali susz na czarnym rynku, bo na nim w niektórych regionach kraju cena 1 g rozpoczyna się od 30 zł, a podobno dla stałych odbiorców schodzi do 20-25 zł. Część chorych pozostanie więc zapewne przy marihuanie nielegalnej. Mimo że nie wiadomo, jaki jest skład preparatu.

– Ilość marihuany, której potrzebują pacjenci, jest bardzo różna, nawet przy tych samych chorobach – mówi Dorota Gudaniec. – Znam dwóch pacjentów chorujących na fibromialgię, powodującą ból całego ciała. Jeden potrzebuje 3 g dziennie, a drugiemu wystarczy 1 g tygodniowo.

Koszt leczenia to nie ostatni problem, jaki dotyczy medycznej marihuany. Lekarze nie są przygotowani do wykorzystywania marihuany w leczeniu bólu, lekoopornych padaczek, parkinsona, alzheimera, stwardnienia rozsianego czy innych chorób. A recepta sama się nie wypisze.

Fot. Witold Rozbicki/REPORTER

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy