Wolność i chaos w Tunisie

Wolność i chaos w Tunisie

Zwycięstwo tunezyjskiej rewolucji przestraszyło arabskich despotów W Tunezji niespodziewanie zwyciężyła jaśminowa rewolucja. Rządzący przez 23 lata twardą ręką prezydent Ben Ali uciekł z kraju. Według ocen rządu tymczasowego podczas zamieszek i walk ulicznych zginęło 78 osób, gospodarka zaś poniosła straty w wysokości 1,6 mld euro. Tunezyjczycy cieszą się ze zdobytej wolności. Istnieją jednak obawy, że chaos ogarnie ten przepiękny kraj, a władze przejmie armia. Wielu Polaków wypoczywało na złocistych plażach Tunezji, mekki turystów. W tym najmniejszym z państw Maghrebu przybysze mogą nie tylko zażywać kąpieli morskich i słonecznych, lecz także podziwiać zabytki wielu cywilizacji: kartagińskiej, rzymskiej, wandalskiej, bizantyjskiej, muzułmańsko-arabskiej i francuskiej. Pod wieloma względami Tunezja jest unikatem w świecie arabskim. Kobiety korzystają z równouprawnienia, ludność jest wykształcona, społeczeństwo liberalne, nie ma silnego ruchu islamistów, a biurokracja działa sprawnie. Prezydent Ben Ali zapewnił obywatelom tolerancję religijną. Niestety reżim miał także mroczną stronę. Rządząca partia RCD (Zgromadzenie Demokratyczno-Konstytucyjne) miała faktyczny monopol na władzę. Wolność polityczna nie istniała, podzielona i słaba opozycja była bezlitośnie prześladowana. Na 40 dorosłych Tunezyjczyków przypadał jeden policjant, przy czym jedną trzecią funkcjonariuszy stanowili tajni agenci w cywilu szpiegujący rodaków. Według organizacji Amnesty International podejrzani o terroryzm znikali bez śladu, poddawani egzekucji bez sądu. Więźniów politycznych dręczono w obozach na Saharze, gdzie temperatura latem przekraczała 50 stopni. W kraju kwitł nepotyzm, pleniła się korupcja. Obywateli oburzała bezgraniczna chciwość Leili Ben Ali, drugiej żony prezydenta, oraz jej rodzinnego klanu Trabelsi, którego członkowie pławili się w luksusie. Zdaniem niektórych komentatorów, wydarzenia w Tunezji są pierwszą rewolucją wywołaną przez portal WikiLeaks. Miesiąc przed wybuchem protestów brytyjski dziennik „The Guardian” opublikował ujawnione przez WikiLeaks depesze ambasadora Stanów Zjednoczonych z Tunisu. Dyplomata bezlitośnie piętnował rządy kleptokratycznych starców reżimu Ben Alego. „Obojętne, czy chodzi o gotówkę, usługi, działki, nieruchomości, a nawet o jacht, rodzina prezydenta chce to mieć i najwidoczniej dostaje wszystko, co chce”, napisał ambasador. Oczywiście także wcześniej Tunezyjczycy doskonale o tym wiedzieli. Być może jednak depesze WikiLeaks stały się kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Pełną, ponieważ zwykłym obywatelom żyje się coraz trudniej. W kraju panuje stagnacja ekonomiczna, ceny żywności rosną. Bezrobocie oficjalnie wynosi 14%, faktycznie jest znacznie wyższe. Spośród młodych absolwentów wyższych uczelni 44% kobiet i co czwarty mężczyzna nie mają pracy. Znalezienie dobrej posady bez znajomości czy sowitej łapówki jest niemożliwe. Pracy nie miał także 27-letni Mohamed Bouazizi, dyplom ukończenia szkoły wyższej nie na wiele mu się przydał. Młody człowiek próbował zarabiać, sprzedając owoce i warzywa z wózka. Taki handel jest jednak nielegalny, a ponieważ Mohamed nie miał pieniędzy na przekupienie policjantów, stróże prawa konfiskowali wózek i towar. W końcu mężczyzna został ukarany grzywną w wysokości przeciętnego miesięcznego zarobku (równowartość 160 euro). Bouazizi napisał na Facebooku: „Mam już dość tego płaczu bez łez. W tych okrutnych czasach stawianie zarzutów nie ma sensu. Jestem zmęczony”. 17 grudnia przed rezydencją gubernatora w Sidi Bouzid oblał się łatwopalnym płynem i zamienił w żywą pochodnię. Na początku stycznia zmarł w szpitalu. Ta tragedia roznieciła gniew społeczeństwa. Tunezyjczycy kochają internet. Prawie 4 mln spośród 10,4 mln obywateli ma dostęp do sieci, 1,8 mln zaś konto na Facebooku. Protestujący skrzyknęli się także w sieci. W kraju doszło do licznych demonstracji i starć z policją, w wyniku których manifestanci odnieśli rany, byli też zabici. 74-letni autokrata Zine al-Abidin Ben Ali próbował pójść na ustępstwa. Zdymisjonował ministra spraw wewnętrznych, obiecał, że ustąpi w 2014 r. Nie zdołał jednak uspokoić gniewu ludu. Tak naprawdę jaśminowa rewolucja zwyciężyła, ponieważ 13 stycznia szef sztabu armii, gen. Rachid Ammar, odmówił wykonywania rozkazów prezydenta. Ben Ali chciał, aby żołnierze strzelali do tłumów, generał jednak nie zgodził się na to. Kiedy Ben Ali go zdymisjonował, szef sztabu podobno powiedział: „Jesteś załatwiony”. Jak się wydaje, znaczna część

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 04/2011, 2011

Kategorie: Świat