Wścieklizna równa się śmierć

Wścieklizna równa się śmierć

Błędem są zdarzające się często na wsi przypadki, kiedy ojciec zabija psa, który pogryzł dziecko

Od czasu, kiedy Ludwik Pasteur opracował szczepionkę ratującą życie ofiarom wścieklizny, medycyna nie zrobiła ani kroku w kierunku leczenia choroby, która bez zaordynowanej w odpowiednim czasie szczepionki zabija ludzi i zwierzęta. Nie ma na nią nawet spowalniaczy jak w przypadku HIV.
Okres inkubacji, czyli czas mijający od momentu wprowadzenia wirusa do organizmu do wystąpienia choroby – Pasteur określił na ok. 40 dni. Obecnie skrócono go do 30. Wirus wścieklizny przemieszcza się nie z krwią – jak sądzi wiele osób – lecz po tkance nerwowej. Kiedy dochodzi do mózgu, następuje zgon. Wcześniej jednak dociera do śliny człowieka lub zwierzęcia i to właśnie jest

najniebezpieczniejsze dla otoczenia.

Wynika z tego, że wścieklizną można zarazić się jedynie na kilka dni przed śmiercią chorego osobnika. Przyjmuje się, że nie zostaliśmy zarażeni, jeśli od pogryzienia minie 10 dni, a zwierzę nadal cieszy się dobrym zdrowiem. W przeciwnym przypadku pozostaje jeszcze 20 dni na szczepienie. Błędem są zdarzające się często na wsi przypadki, kiedy ojciec zabija psa, który pogryzł dziecko. Żadna analiza tkanki mózgowej nie wykaże wtedy, czy pies był chory. Istnieje przepis mówiący, że w przypadkach kontaktu z podejrzanym o wściekliznę zwierzęciem właściciel zobowiązany jest dostarczyć zaświadczenie lekarza weterynarii o stanie zdrowia w dniu pogryzienia, po pięciu, a następnie po dziesięciu dniach. Niezbędne jest to również w przypadku posiadania świadectwa szczepienia psa, gdyż zdarza się, że organizm zwierzęcia z różnych przyczyn nie uodpornia się na chorobę. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej: lekarz medycyny opatrujący pogryzionego nie informuje go o takiej konieczności, a właściciel przekonany, że pies zostanie uśpiony,

często ukrywa pupila.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja kotów. Wiele z nich żyje dziko w miastach i często trudno ustalić winowajcę. Należy go koniecznie odłowić, a następnie obserwować w klatce przez dziesięć dni, najlepiej w przychodni weterynaryjnej lub w odosobnieniu, unikając bezpośredniego kontaktu przy podawaniu żywności. Kot może zarazić przez zadrapanie, często liże łapy, infekując pazury. W sprawie kotów istnieje przeoczenie ustawodawcze -brak zarządzenia o obowiązku szczepienia ich przeciwko wściekliźnie. Świadomi niebezpieczeństwa ludzie szczepią koty, ale niezwykle rzadko. A co z dzikimi kotami? W swoim czasie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami rozprowadzało przez karmicieli bezpańskich kotów środki antykoncepcyjne. Czy nie można tak samo podać szczepionki w karmie, jak w przypadku lisów czy wilków? Władze nie pomyślały nawet o prywatnych placówkach, tak potrzebnych kiedy państwowe

schroniska pękają w szwach.

Ze stroną finansową wiąże się sprawa szczepień ochronnych na wsi. Rolników nie stać na opłacenie zastrzyku. W przeciętnym gospodarstwie znajdują się trzy psy i kilka kotów. Rolnik szczepi jednego psa i w przypadku pogryzień zasłania się tym samym świadectwem. Ponieważ w rubryce „rasa” figuruje wpis: „mieszaniec”, nikt nie może dojść prawdy. Gdyby weterynarz podał opis, np. średniej wielkości pies w czarno-białe łaty lub mieszaniec z owczarkiem niemieckim, nie byłoby kłopotu. I jeszcze jedna niewyjaśniona sprawa – dlaczego bezmyślnie zniesiono zarządzenie o bezpłatności szczepień psów na wsi i w schroniskach? Taka oszczędność nie zatka dziury budżetowej, wręcz może nas wiele kosztować. Jeszcze nikt nie przeżył wścieklizny bez zastosowania odpowiednich środków.

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy