Wszystko jest możliwe

Wszystko jest możliwe

Czyli wybory po czesku

W sobotę 26 października Czesi poznali wynik wyborów do sejmu. Wiara, że nowo wybrana izba niższa zakończy trwający kryzys polityczny, może się okazać krucha i naiwna.
Przypomnijmy: to były wcześ­niejsze wybory, rozpisane po upadku prawicowego rządu Petra Nečasa w wyniku afery korupcyjnej. Warto też podkreślić, że w dwudniowym głosowaniu (25-26 października) Czesi wybrali sejm, a nie – jak często informowały polskie media – parlament. Czeski senat wybierany jest na okres sześciu lat, co dwa lata zmienia się jedna trzecia jego składu, a rozwiązanie sejmu nie jest równoznaczne z końcem kadencji senatu.

Zwycięzca jest jeden

W sejmie znajdzie się najwięcej w historii, bo aż siedem ugrupowań. To oznacza długie negocjacje koalicyjne. Zdaniem tygodnika „Respekt”, Czechy stają się „europejskim laboratorium agitacji”, w którym wyborcy co dwie dekady pozwalają się uwieść rewolucjonistom wstrząsającym życiem politycznym. W takim kontekście tygodnik pisze o wschodzącej gwieździe czeskiej polityki, jaką jest Andrej Babiš, który „przypomina rewolucjonistów z 1989 r. Mieli oni pomarszczone policzki, niezbyt eleganckie maniery, nie byli wielkimi mówcami, ale odnosiło się wrażenie, że byli szczerzy. Nie mieli pojęcia o polityce, ale wiedzieli, że chcą ją zmienić”.
Rzeczywiście wybory mają tylko jednego zwycięzcę – to Andrej Babiš, 49-letni czeski przedsiębiorca urodzony w Bratysławie, twórca i właściciel koncernu chemiczno-spożywczego Agrofert, drugi najbogatszy Czech. Nieoficjalnie przyznaje się, że to on i jego interesy stoją za czarnym PR i kłopotami polskiej żywności w Czechach. Miliarder Babiš, okrzyknięty czarnym koniem tego wyścigu i jego zwycięzca w oczach komentatorów, osiągnął ze swoją formacją ANO 2011 drugi wynik – 18,65% i 47 posłów. Jednak może być zakładnikiem przedwyborczych deklaracji, które wiążą mu ręce przy ewentualnych negocjacjach koalicyjnych. W tak podzielonym sejmie wydaje się niemożliwe, by dochował wierności zapewnieniom, że nie wejdzie w koalicję z żadną partią, której program pozwala na podwyższenie podatków dla przedsiębiorców, i z żadnym uczestnikiem rządzącej do niedawna prawicowej koalicji.

Nieodrobiona lekcja

W wyborach wzięło udział 59,48% uprawnionych do głosowania. Najlepszy wynik osiągnęli socjaldemokraci (ČSSD) – 20,45%, co dało im 50 miejsc w ławach poselskich. Ale trudno im się cieszyć, bo pod koniec rozgrywki roztrwonili 10 pkt proc. poparcia. Bohuslav Sobotka, lider ugrupowania, jeszcze kilka tygodni temu cieszył się z sondażowego poparcia na poziomie 30%. To on miał wygrać. Sobotka ma też inne zmartwienie – w postaci Michala Haška, który wyprzedził swojego szefa, zdobywając więcej głosów. To może być zalążek konfliktu w partii i walki o tekę premiera.
Komuniści (KSČM) z 14,91% głosów (33 posłów) pokazali, że nie potrafili wykorzystać sukcesu w wyborach do senatu z 2012 r. ani kryzysu prawicy.
„Przewiduję, jak prawie wszyscy, że socjaldemokraci dostaną najwięcej głosów, ale sami nie będą mogli stworzyć rządu. Złym rozwiązaniem byłoby dopuszczenie do władzy politycznych oligarchów, takich jak Okamura i Babiš. Ale centroprawica może poprzeć taki pomysł argumentacją w stylu: wszystko lepsze niż komuchy. Jednak rządy socjaldemokratów przy cichym parlamentarnym wsparciu komunistów też nie byłyby najlepszym rozwiązaniem. Uważam, że najlepszym wyjściem dla kraju może być koalicja socjaldemokratów i komunistów – tyle że otwarta, oficjalna. Ciche poparcie ma bowiem to do siebie, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co partia za nie dostaje, jakie stołki i gdzie, ile pieniędzy i skąd. Oficjalna koalicja to czysty polityczny biznes, w którym wszystko dzieje się na oczach wyborców”, mówił jeszcze kilka dni przed wyborami Václav Burian, redaktor czeskich lewicowych „Listów”. Dziś, po wyborach, udział komunistów we władzy zdaje się mało realny, choć to właśnie oni zrobili pierwszy krok i zadeklarowali chęć budowy rządu z socjaldemokratami.
Przegrała prawica. Karel Schwarzen­berg (w spocie wyborczym odwoływał się do postaci Jamesa Bonda) i jego TOP 09 zdobyli 11,99% głosów, co daje im 26 posłów. Partia byłego ministra spraw zagranicznych i najpoważniejszego kontrkandydata Miloša Zemana w wyborach prezydenckich wygrała tylko w Pradze, bastionie prawicy. ODS Petra Nečasa, ustępującego w atmosferze skandalu, cudem wślizgnęła się do sejmu z 7,72% głosów, co oznacza 16 posłów. W ten sposób, być może, uda się jej uniknąć scenariusza polskiej AWS. Zdaniem byłego prezydenta Klausa, o porażce ODS zadecydowały pusty antykomunizm oraz ideologia „havlizmu”. Úsvit Tomia Okamury i ludowcy (KDU-ČSL) – partie, z których każda wprowadziła do czeskiego sejmu po 14 posłów – mogą się liczyć teraz jako języczek u wagi przyszłej koalicji. Jako kandydaci do przyszłego rządu wymieniani są zwłaszcza politycy KDU-ČSL.
Największą porażkę w wyborach poniósł prezydent Miloš Zeman, który firmuje Partię Praw Obywateli – Zemanowcy. Ugrupowanie zdobyło zaledwie 1,5% głosów, czyli mniej od Czeskiej Partii Piratów, i znalazło się poza sejmem.
Co powie prezydent

Co teraz? Wszystko zależy od prezydenta, który może mianować na premiera kogokolwiek, ponieważ czeska konstytucja pozwala mu podjąć decyzję niezależną od zdania większości parlamentarnej. Przed wyborami Zeman w rozmowie z iDNES.cz zadeklarował jednak: „Jest oczywiste, że wezmę pod uwagę propozycję partii, która zdobędzie najwięcej głosów”. Bezpośrednio po wyborach prezydent komentował dla Czeskiej Telewizji wyniki: „Dotychczasowe partie rządzące zawiodły, a partia opozycyjna, która miała je zastąpić, niestety również w pewnym stopniu. Z powodu ich porażki sukces odniosło nowe ugrupowanie ANO, co wskazuje na niezadowolenie wyborców z klasycznych partii”. „Uważam, że trzeba dać temu ugrupowaniu szansę. Dajmy te słynne 100 dni ochrony, żeby przetopiło niezadowolenie w konkretne propozycje ustaw”, dodał Zeman. Powiedział również, że wszyscy politycy powinni się starać, by powstał stabilny rząd. Kolejne przedterminowe wybory byłyby bowiem w obecnej sytuacji najgorszym rozwiązaniem.
Najbardziej prawdopodobna jest koalicja z udziałem socjaldemokratów, partii Andreja Babiša i chadeków (ČSSD + ANO 2011 + KDU-ČSL), która miałaby 111 szabel w 200-osobowym sejmie. Teoretycznie po władzę mogłaby sięgnąć zjednoczona prawica, lecz ruch ANO 2011 odmawia współpracy. Wszystkie warianty wskazują jednak na to, że do powołania rządu konieczny będzie sojusz przynajmniej trzech partii.
Szef ANO 2011 Babiš mówił serwisowi Aktuálně.cz, że rząd powinny stworzyć CSSD i KDU-ČSL. Jego partia jest skłonna taki rząd tolerować, a nawet z nim współpracować. Jeden z czołowych działaczy ANO 2011, Martin Stropnický, zapowiedział, że jego ugrupowanie nie chce pozostawać „czystą opozycją”, zwłaszcza że „w 61% pokrywa się z programem partii socjaldemokratycznej”.
Z kolei Bohuslav Sobotka w wywiadzie dla serwisu iDNES.cz stwierdził, że chce w rządzie ANO Babiša i ludowców. „Na podstawie wypowiedzi partii, które dostały się do sejmu, jako najproduktywniejszy kierunek przedstawiają się nam rozmowy z KDU-ČSL i ANO”, ocenił. Babiša typuje na ministra finansów.
Czesi już nieraz udowadniali, że w ich polityce naprawdę wszystko jest możliwe.

Wydanie: 45/2013

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy