Na niemieckiej mieliźnie

Na niemieckiej mieliźnie

Hamburg wyróżniał się pomocą dla bezdomnych. Dziś czerwono-zielony senat próbuje się pozbyć problemu

Korespondencja z Hamburga

– Nie martw się, mam gdzie spać, Wojtek – mówi Filip, którego w lutym spotkałem przypadkowo w hamburskim metrze. Filip to mój dawny kolega z Bremy, dorastaliśmy na tym samym podwórku. Nie widziałem go ponad 20 lat. Gdy natknąłem się na niego, recytującego jakiś wierszyk i sprzedającego gazetę dla bezdomnych, byłem nieco zakłopotany. Zmienił się. Elegancka broda, którą chełpił się dwie dekady temu, była teraz dłuższa i zaniedbana, dłonie brudne, palce spuchnięte. Lecz poza tym to ten sam Filip, ten sam głos, ten sam mądry wzrok, choć może trochę zmęczony.

Gdy w metrze rozlega się jego głos, jestem nieco zawstydzony, ale też ciekawy. Co u niego słychać? Co się wydarzyło? Postanawiam wysiąść za nim na kolejnym przystanku i porozmawiać. Jak się dowiaduję, kilkanaście lat temu Filip stracił w tragicznym wypadku siostrę i zaczął ćpać. Odtąd wszystko się zmieniło: rodzina się rozpadła, a Filip wybrał się w długą podróż, która skończyła się w ubiegłym roku na hamburskim przystanku metra Gänsemarkt.

– Dlaczego nie postarasz się o dach nad głową? Mogę ci pomóc – pytam. – Dzięki, ale wolę być niezależny. Zresztą żaden urząd nie pomoże narkomanowi – przekonuje. Filip rozbił namiot nieopodal głównej promenady Hamburga Jungfernstieg, właściciele chińskiej restauracji pozwalają mu koczować na ich działce. – Mam tam święty spokój, nie płacę czynszu – tłumaczy. Nie chce się ubiegać o pomoc socjalną, bo zgubił dokumenty, zresztą – jak twierdzi – zbierając jałmużnę, zarabia dwukrotnie więcej. Jednak wszystko, co uzbiera, od razu wydaje na narkotyki. Trudno nie zauważyć, że bycie zakładnikiem nałogu pozostawiło ślady, ale poza tym Filip zachowuje się tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj. Zaskakuje łatwość, z jaką sięga po szczegóły z dawnych czasów. – Nie każdy ćpun jest debilem – podkreśla.

Nieproszony gość

Filip siedział kilka razy w więzieniu, ma długi, co w urzędzie od razu by stwierdzono. Woli więc żyć tak, jakby go już nie było. Ale w odróżnieniu od około tysiąca innych polskich bezdomnych w Hamburgu doskonale zna niemiecki, a to często jest główną barierą dla polskich bezdomnych w Niemczech.

Inaczej bowiem wygląda sytuacja Polaków, którzy przyjechali tu już w wieku dojrzałym, czyli po 2007 r., gdy Polska znalazła się w strefie Schengen. 25-letni Rafał jeszcze nie wie, gdzie dziś będzie nocował. Rano policjanci przepędzili go z piwnicy pobliskiej kamienicy, w której schronił się przed mrozem. W sytuacjach awaryjnych mógł się ukryć nocą przy sklepie spożywczym w St. Pauli, ale właściciel supermarketu raz po zamknięciu został dłużej i zauważywszy nieproszonego gościa, zabezpieczył działkę drutem kolczastym. A pokoje, które Kościół ewangelicki udostępnia bezdomnym, są zajęte. – Czasami jest trochę trudno – przyznaje Rafał, siląc się na uśmiech. W ciągu dnia Polak siedzi na deptaku w dzielnicy Blankenese, utrzymując się z jałmużny. – Chciałbym się zmienić, ale okoliczności są niesprzyjające. Nie mam już ani siły, ani chęci – tłumaczy.

Hamburskie ulice zamieszkuje obecnie mniej więcej 2 tys. bezdomnych. Sprzedają gazety i żebrzą, aby mieć na alkohol i narkotyki. To przeważnie mężczyźni, ale można też spotkać całe rodziny z dziećmi, które przyjechały np. z Rumunii z nadzieją na lepszą przyszłość. Mieszkają na klatkach schodowych, w centrach handlowych, rozbijają obozy pod mostami i przy dworcach kolejowych. W ubiegłym tygodniu ojciec trojga dzieci został przypadkowo przejechany, gdy spał na parkingu.

Z podobnymi problemami borykają się inne większe miasta w Niemczech (PRZEGLĄD 45/2017). W Kolonii rzesze bezdomnych pod osłoną nocy okupują plac przy katedrze. I mimo że opłaceni przez nadreńskie władze ochroniarze co chwilę ich budzą, chcąc oszczędzić turystom nieprzyjaznego widoku, koczownicy po paru godzinach wracają. We Frankfurcie nad Menem bezdomni nocują na stacjach metra. Natomiast w Dortmundzie, gdzie mieszka ich stosunkowo niewielu (300-400 osób), władze stosują dość rygorystyczne metody. Urzędnicy Ordnungsamtu (Urzędu ds. Porządku i Bezpieczeństwa Publicznego) wręczają im po prostu mandaty, tak jakby źle zaparkowali. Nie trzeba dodawać, że te rachunki w 90% pozostają nieuregulowane.

Zatamować falę

Prawie połowa bezdomnych w Niemczech pochodzi z Europy Środkowo-Wschodniej. Odkąd granice są otwarte, wielu obywateli Polski, Bułgarii i Rumunii szuka w niemieckich metropoliach lepszego życia. Nie zawsze im się to udaje, a wtedy lądują na ulicy. W tym kontekście Hamburg od wielu lat wyróżniał się znakomicie rozwiniętą pomocą socjalną. Dziś czerwono-zielony senat próbuje – podobnie jak w Berlinie – nakłonić osiadłych na hamburskiej mieliźnie do powrotu do ojczyzn. Valentin z Bukaresztu dotarł do Hamburga przez Wiedeń. Teraz siedzi przed sklepem spożywczym w Schanzenviertel, jedząc zupę, którą sponsoruje mu codziennie właściciel tureckiej restauracji z naprzeciwka. Życie na ulicy pozostawiło ślady – ruchy Valentina są nieskoordynowane, chód niepewny, mężczyzna co chwila drapie się po plecach. Jak opowiada, do szkoły chodził zaledwie sześć lat, żadnego zawodu się nie nauczył, pracował jedynie dorywczo jako ochroniarz. Gdy ruszył do Niemiec, uwierzył, że coś może się zmienić. Ale szybko oprzytomniał. – Gdy nie potrafisz mówić po niemiecku, nie masz szansy na pracę – stwierdza. Ale nigdy nie wpadł na pomysł, żeby się tego języka nauczyć. Mimo wszystko chce zostać w Hamburgu, bo woli być zdanym na łaskę ludzi, których nie rozumie, niż szukać pomocy u rodaków: – Dzisiaj moim jedynym zadaniem jest dostać coś do jedzenia i przeżyć kolejny dzień.

W nieco innej sytuacji jest Georgi z Bułgarii, który również utrzymuje się z jałmużny, ale prawie wszystkie środki skwapliwie zbiera dla rodziny w Sofii. Z dumą wyciąga z kieszeni potwierdzenie przelewu bankowego. – Zobaczcie, 50 euro! – chwali się. Jego żona zmarła, dzieci mieszkają u dziadków, którzy też nie mają za co żyć. O godz. 10 rano, kiedy otwierają się wszystkie sklepy, Georgi siada na deptaku na Mönckebergstrasse, stawiając przed sobą papierowy kubek po kawie i tabliczkę z napisem „Ich habe Hunger” (jestem głodny). Napisał to kolega, bo on nie potrafi pisać ani po niemiecku, ani po bułgarsku. – Często dostaję coś do jedzenia, ale najczęściej pieniądze. Gdy w ciągu jednego dnia uda mi się uzbierać 20 euro, jestem zadowolony – opowiada. Wieczorem, gdy sklepy się zamykają, Georgi idzie do opuszczonego bloku czekającego na zburzenie. – Zwykły dzień pracy – śmieje się. W ostatnich czterech tygodniach musiał trzykrotnie zmieniać „miejsce pracy” – w śródmieściu jest coraz więcej policyjnych patroli. Za każdym razem przenosił się o zaledwie 10 m.

Bilet w jedną stronę

Władze Hamburga próbują opanować problem, pozbywając się takich bezdomnych jak Georgi i Valentin. Kierują się prawem wyboru miejsca zamieszkania (Freizügigkeitsrecht). Zgodnie z przepisami osoby z innych państw unijnych, które przebywają na terenie Niemiec dłużej niż trzy miesiące, muszą udowodnić, że pracują. Kto nie może lub nie chce znaleźć zatrudnienia, musi opuścić kraj. Bezdomni z Europy Wschodniej są więc traktowani w Niemczech jak kula u nogi. Zżymają się na nich właściciele sklepów, którzy boją się o swoich klientów, mieszkańcy, którzy chcą mieć czyste klatki schodowe, i politycy wiodących partii, obawiający się kolejnych sondaży przychylnych dla AfD. Z ust wstrzemięźliwego skądinąd Andy’ego Grote’a, senatora ds. wewnętrznych Hamburga, padło zdanie: „Swoboda musi mieć granice”. Jego rzecznik zaś dodaje: „Jeśli obywatele UE łamią unijne prawo, trzeba im powiedzieć stop, czyli częściej kontrolować dokumenty”.

Ale te coraz częściej stosowane metody budzą kontrowersje. – Kontrole są dozwolone, ale tylko jeśli istnieje realne podejrzenie popełnienia przestępstwa – uważa Heiko Habbe, prawnik i współzałożyciel inicjatywy Refugee Law Clinic, mającej przybliżać studentom różnych fakultetów niemieckie prawo azylowe. Jego zdaniem systematycznie przeprowadzane przez policję kontrole bezdomnych są niezgodne z prawem.

Praktycznie wygląda to tak: niepracującym bezdomnym policja wręcza wezwanie do urzędu ds. cudzoziemców. Tam zgodnie z regulaminem bezdomny otrzymuje cztery tygodnie na znalezienie zatrudnienia. Jeśli nie znajdzie, urząd zasponsoruje mu bilet autobusowy do ojczyzny lub spróbuje go przekonać w inny sposób, aby „dobrowolnie” opuścił Niemcy. W Hamburgu podobne wezwanie dostało w ostatnim kwartale ok. 600 bezdomnych. Wielu od razu wyrzuca je do kosza. Po upływie określonego czasu zostaje więc zarządzona deportacja. Sami bezdomni rzadko się o niej dowiadują, najczęściej udaje się im jej uniknąć. A jeśli nie, wracają.

Valentin też ignoruje wezwania do urzędu. – Spróbuję tu zostać, tak mi podpowiada serce. Bo w Rumunii głoduję, nawet kiedy pracuję – mówi. Zresztą firma ochroniarska, w której pracował, zbankrutowała.

Valentin sprzedaje gazetę dla bezdomnych „Hinz & Kunzt” i zbiera butelki. – I jakoś się żyje – podsumowuje. Niestety, choć udaje mu się sprzedać klika egzemplarzy gazety, urząd integracyjny nie uznaje tego za zatrudnienie.

Program awaryjny

Kiedy w lutym policja przeprowadzała na dworcu głównym kontrolę, okazało się, że Valentin już ponad rok żyje bez pracy na ulicach Hamburga i dawno powinien się znaleźć poza granicami Niemiec. Rumun doskonale wie, że następnym razem może zostać zatrzymany i deportowany do swojego kraju. Wtedy nie mógłby wrócić do niemieckiego eldorado. Bo jeśli ktoś wyjedzie „dobrowolnie”, choćby dla pozorów, może wrócić teoretycznie już dwa dni po prawomocnym wydaleniu. Osoby, które wielokrotnie dostały policyjną przestrogę, takie jak Valentin, zostaną zaś objęte zakazem wjazdu.

Filip w czasie mrozów opuszcza swój namiot i wybiera się do biurowca przeznaczonego na ośrodek dla bezdomnych. – To tzw. Winternotprogramm (zimowy program awaryjny) – wyjaśnia. W porównaniu z jego namiotem pomieszczenia, które mi pokazał, wyglądają jak luksusowy hotel. Są tu nawet pokoje dla bezdomnych par lub małżeństw. Tyle że ośrodek jest otwarty tylko nocą. Ta pomoc została zorganizowana właściwie już ok. 30 lat temu, żeby zapobiec licznym wówczas śmierciom bezdomnych wskutek mrozu. W całym Hamburgu jest 870 łóżek, które mają pomóc bezdomnym przetrwać zimowe miesiące. Jednak wraz z falą nowych bezdomnych napływających po rozszerzeniu UE w 2004 r. i kryzysie migracyjnym w 2015 r. rozgorzała dyskusja o powiększeniu Winternotprogramm. Ponad 100 tys. hamburczyków podpisało petycję, w której dają wyraz zaskoczeniu, że schroniska nie są otwarte także w ciągu dnia. – Wtedy bezdomni rzadziej przebywaliby na ulicach, ale rządzący myślą, że właśnie pozbawiając ich dachu nad głową, nakłonią ich do powrotu do krajów Europy Wschodniej – sądzi Habbe.

Z Filipem wybieram się do ośrodka, który w zimne dni jest czynny od godz. 17. Ochroniarze przeszukują bezdomnych i konfiskują znalezioną broń, narkotyki lub alkohol. Dowody osobiste nie są konieczne. – Przyjmujemy tu każdego, niezależnie od higieny, stanu trzeźwości itd. Panuje jedynie zasada: kto pierwszy, ten lepszy – opowiada Katrin Wollberg z organizacji Fördern und Wohnen (Wspierać i Mieszkać). Ale od niedawna przeprowadzane są również rozmowy kontrolne. Jeśli np. okazuje się, że któryś z lokatorów jest zameldowany w Polsce, to nie może zostać w ośrodku, bo uchodzi za osobę bezdomną z własnej woli. – Niestety, właśnie takie schroniska przyciągają Polaków i Bułgarów do Niemiec, choć oni często nie mają prawa do środków państwowych – twierdzi Marcel Schweitzer, rzecznik hamburskiego urzędu ds. socjalnych, który uważa, że zminimalizowanie programu jest skuteczniejsze niż jego poszerzenie.

Z zazdrości o miejsce do spania

W istocie, z Winternotprogramm korzystali w ostatnich dwóch latach głównie Polacy i Rumuni. Niemieccy bezdomni stanowili zaledwie 17%. – W Hamburgu dochodzi z tego powodu do potyczek między polskimi i niemieckimi bezdomnymi. Tworzą się podziały na „dobrych” (niemieckich) i „złych” (polskich) bezdomnych – zwraca uwagę działacz społeczny Stephan Karrenbauer. Dochodzi do bójek, kradzieży i rabunków, a także do konkurowania o najlepsze miejsca na deptaku w ciągu dnia i noclegowe. – Podobnych wojenek wśród bezdomnych w swojej 30-letniej działalności jeszcze nie widziałem – zapewnia Karrenbauer.

Z racjonalnego punktu widzenia zaostrzenie przez władze przepisów dla bezdomnych okazało się skuteczne. W tym roku ze wspomnianego trybu awaryjnego skorzystało znacznie mniej osób niż w sezonie 2016/2017. – Kilkuset Polaków, Bułgarów i Rumunów wróciło do swoich krajów – mówi Karrenbauer. – To jednak sukces, który z etycznego punktu widzenia nie jest powodem do radości. Nieetyczne są bowiem metody, za pomocą których władze szykanują i deportują bezdomnych.

Ale wielu bezdomnych z innych krajów wciąż pozostaje w Niemczech, żyjąc w ukryciu, w rozpaczliwych warunkach i – co gorsza – w nieustającym lęku przed dyskryminacją.

Podzielony świat bezdomnych staje się coraz bardziej agresywny. W większości przypadków agresja ta sprowadza się do głośnych sprzeczek, ale bywa też gorzej. W dolnosaksońskim Delmenhorst w listopadzie 2017 r. młoda bezdomna Polka zmarła wskutek gwałtu i pobicia. W styczniu na stacji berlińskiego metra kilku obcokrajowców bez dachu nad głową zostało dotkliwie pobitych przez Niemca. Wcześniej trzech młodych mężczyzn podpaliło śpiącego bezdomnego. W Bochum 55-letni Polak bez dachu nad głową ledwo przeżył, po tym jak niemiecki bezdomny uderzył go cegłą w głowę. We wrześniu 2017 r. niemiecki koczownik z Hamburga został skazany na sześć lat więzienia, gdyż podpalił namioty, w których spało dwóch polskich „konkurentów”. Ofiary trafiły z poparzeniami do szpitala. Przed sądem sprawca przyznał, że był zazdrosny o doskonałe miejsce noclegowe.

Te polsko-niemieckie niesnaski omijają żyjącego od dzieciństwa w Niemczech Filipa. – Dziś już nie wiem, czy jestem Polakiem, czy Niemcem. To dla mnie kompletnie nieważne – mówi. Już nie odpowiadam głośno, że mu nie wierzę. Po pożegnaniu długo dochodzę do siebie.

Wydanie: 15/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy