Kto wydał wyrok na miasto?

Gdy ginęła stolica, dowództwo AK planowało kolejne powstania

Prof. Andrzej Leon Sowa – historyk, autor książki „Kto wydał wyrok na miasto?”. Przez wiele lat pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie jest wykładowcą na Uniwersytecie Pedagogicznym im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Znawca dziejów Rzeczypospolitej szlacheckiej (XVII-XVIII w.), stosunków polsko-ukraińskich w okresie II wojny światowej oraz dziejów Polski w XX w.

Panie profesorze, w niedawno wydanej książce „Kto wydał wyrok na miasto?” napisał pan pod koniec: „Branie zakładników po to, by za ich życie uzyskać określone ustępstwa polityczne, jest procederem nagminnie – zwłaszcza obecnie – stosowanym, ale wzięcie kilkuset tysięcy zakładników to mistrzostwo świata w tej dziedzinie”. Ta smutna konstatacja to pana ocena powstania warszawskiego?
– Zacytowany fragment jest moją oceną kalkulacji politycznej, jaką się kierowano, podejmując ten powstańczy zryw. Oceną tego, co wtedy się stało, jak doszło do powstania i dlaczego miało ono taki przebieg. Nie ukrywam, że od dzieciństwa miałem bardzo przychylny stosunek do powstania, także jako pomysłu politycznego, zawsze się nim interesowałem. Kiedy jednak przed laty zacząłem się nim zajmować naukowo, czytać związane z nim dokumenty, wspomnienia i opracowania, całkowicie zmieniłem pogląd. Uważam je za niepotrzebne i ze smutkiem patrzę na skutki jego wywołania. Natomiast nie tylko nie zmieniło się, ale wręcz wzrosło moje zafascynowanie bohaterstwem powstańców i heroizmem cywilnej ludności stolicy.
W książce napisał pan, że powstańcze plany były mało realistyczne.
– Na powstanie warszawskie patrzę całościowo, czemu dałem wyraz w podtytule: „Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”. Moim zdaniem, pisanie o powstaniu dopiero w kontekście sytuacji z lata 1944 r. jest niepełne, bo umykają wtedy podstawowe fakty i dokumenty niezbędne, aby zrozumieć, jak do tego tragicznego wydarzenia doszło. Znakomita większość autorów prac o powstaniu opisuje je z punktu widzenia spraw politycznych, nie rozumiejąc albo nie doceniając aspektów wojskowych. A przecież te dwie kwestie się łączą i są nierozerwalne.
Jeżeli już rozpatrywać szanse powodzenia planów powstania powszechnego, których częścią miał być zryw w Warszawie, to najbardziej realistyczny był pierwszy, z 1941 r. Drugi, opracowany rok później, był już o wiele bardziej ryzykowny, gdyż wybuch powstania wiązano w mniejszym stopniu z militarną klęską Niemiec, a w większym z ewentualnymi potrzebami sojuszniczych wojsk brytyjskich i amerykańskich. Wszystkie kolejne modyfikacje tego planu – który obowiązywał aż do końca 1944 r. – dotyczyły tylko szczegółów wykonawczych. We wszystkich tych planach zakładano, że powtórzy się sytuacja z końca I wojny światowej, że przegrają Niemcy i Rosja, mimo że armie obu tych państw walczyły po przeciwnych stronach. Było więc bardzo mało prawdopodobne, aby taka sytuacja się powtórzyła. Trzeba powiedzieć sobie otwarcie, że oficerowie, którzy te plany tworzyli, nie znali – bo znać nie mogli – aktualnych trendów w sztuce i technice wojennej, ponadto na tworzenie tych planów istotny wpływ miały niezwykle ciężkie warunki konspiracji.

Fałszywe raporty

Skąd takie błędne analizy własnych możliwości? Zawyżanie stanów osobowych i uzbrojenia, podkoloryzowanie, jak pan pisze, a moim zdaniem fałszowanie, w raportach wysyłanych do Londynu danych dotyczących siły Armii Krajowej?
– Na to podkoloryzowanie składa się wiele elementów. To wszystko działo się w konspiracji, więc sprawdzenie, co było realne, prawdziwe, a co nie, było bardzo trudne. Zawyżanie stanów osobowych i przesada w informowaniu o sukcesach organizacyjnych mogły powodować wzrost dotacji finansowych oraz dostaw uzbrojenia i sprzętu z Zachodu, niezbędnych do realizacji i powodzenia tych planów. Zresztą wojsko zawsze podkoloryzowuje. Robi to każda armia. Nieprzypadkowo mówi się, że w wojsku maluje się nawet trawę na zielono, a jeżeli tę żartobliwą opinię potraktujemy jako pewną tendencję występującą w armii, to jako oficer rezerwy (obecnie w stanie spoczynku) sam się z nią zetknąłem podczas ćwiczeń poligonowych. To jest chyba związane z tym zawodem. Gen. Stefan Rowecki zdawał sobie z tego sprawę, dlatego powołał specjalne Biuro Inspekcji, które miało badać prawdziwość danych z meldunków. Niestety, nie znam żadnych materiałów wytworzonych przez to biuro. Albo są niedostępne, albo uległy zniszczeniu. Opieramy się jedynie na relacjach i właśnie na ich podstawie możemy wnioskować o istnieniu tendencji do zawyżania danych liczbowych. Pisał o tym m.in. płk Józef Rokicki – kontrolował on krakowski okręg AK i spotkał się z sytuacją, że plutony, które powinny liczyć po kilkudziesięciu żołnierzy, w rzeczywistości składały się z kilku osób. Płk Janusz Bokszczanin zaś twierdził, że pisane przez niego meldunki przed wysłaniem do Londynu upiększał sam gen. Tadeusz Pełczyński, szef sztabu Komendy Głównej AK.
Z drugiej strony mamy nieszczerość Londynu wobec kraju. Warszawy nie informuje się ani o rzeczywistej pozycji rządu emigracyjnego, ani o tym, że wieloma postulatami AK zachodni alianci zupełnie się nie interesują.
– Szczególnie po śmierci gen. Sikorskiego polski Londyn nie o wszystkim informował Warszawę. To wynikało choćby z obawy, że rząd może całkowicie stracić wpływ na to, co się dzieje w kraju. Gdyby od początku Londyn informował, że ma mały wpływ na politykę sojuszników i niewiele może od nich uzyskać, także w postaci uzbrojenia dla armii podziemnej, to dlaczego Warszawa miałaby się z nim liczyć? Z jednej i drugiej strony było więc bujanie, taki poker, ale i dużo niewiedzy o tym, co naprawdę się dzieje.
Na tę wzajemną nieszczerość nakładał się konflikt w obozie londyńskim, przejawiający się w walce premiera Mikołajczyka z gen. Sosnkowskim, a odbijający się również na kierownictwie państwa podziemnego. W chwilach ważnych dla Rzeczypospolitej odezwało się polskie piekiełko? Zabrakło świadomości, że gra toczy się nie o jedną czy drugą osobę, ale o poważniejszą sprawę – o byt Polaków?
– Oni chyba mieli tego świadomość, ale każdemu z nich (Mikołajczykowi i Sosnkowskiemu) wydawało się, jak to kiedyś napisał Stanisław Cat-Mackiewicz, że tylko on ma klucz, który pasuje do wszystkich zamków. Dopiero podczas próby otwierania tych zamków okazywało się, że to jednak nie ten klucz. Oczywiście, że było piekiełko i animozje osobiste odgrywały ogromną rolę. Poza tym to była nieufność i niechęć, a może i nienawiść nie tylko tych dwóch ludzi, ale także całych grup, obozów we władzach, zarówno na emigracji, jak i w okupowanej Polsce.
I stąd mamy próby nawiązania przez Sosnkowskiego potajemnej łączności z kręgami dowódczymi AK z pominięciem premiera Mikołajczyka?
– To również jest znamienne. Niewiele z tego wyszło, ale takie próby podejmowano.
Nasi sojusznicy też nie byli szczerzy wobec nas, szczególnie Roosevelt. Nie mówili wprost, że dla nich ważniejsza jest Rosja, a nie Polska, Armia Czerwona, a nie AK. Czy to nie powinno skłonić do myślenia, że Zachód nie zaangażuje się po stronie Polski i że, jak mówił niegdyś Piłsudski, nie jesteśmy w stanie prowadzić wojny na dwa fronty? Czy to nie powinno wpływać na plany powstańcze, szczególnie w obliczu zbliżania się frontu?
– Reakcją na zbliżanie się Armii Czerwonej był plan „Burza”. Opracowano go w sytuacji, kiedy okazało się, że warunki pozwalające na rozpoczęcie powstania powszechnego raczej się nie pojawią. Dlatego oddziały AK miały dokonywać zasadzek na wycofujące się wojska niemieckie, a następnie ujawniać się wobec wkraczających oddziałów Armii Czerwonej. Naiwnie zakładano, że doprowadzi to, także pod naciskiem mocarstw zachodnich, do wznowienia stosunków dyplomatycznych między władzami polskimi w Londynie a ZSRR. Planując akcję „Burza”, nadal jednak żywiono nadzieję, że militarne starcie Niemiec i Związku Radzieckiego w końcu się rozstrzygnie, że na ziemiach II RP któreś z tych państw przegra wojnę. Liczono, że raczej Niemcy, co stworzy pewną próżnię. To było błędne założenie, wynikające choćby z tego, że wiedza naszych ośrodków kierowniczych, w Londynie i Warszawie, o rzeczywistym potencjale niemieckim czy sowieckim była znikoma, a w zasadzie żadna – bo i skąd miano ją czerpać? Przenikliwe skądinąd analizy Sikorskiego były efektem bardziej intuicji niż wiedzy, a po jego śmierci żaden polski przywódca darem tak trafnego przewidywania rozwoju sytuacji wojennej nie dysponował.

Atak na mosty

Porozmawiajmy teraz o samym powstaniu. Czy jego dowódcy wykazali się odpowiednimi umiejętnościami do prowadzenia tego typu walki?
– Twierdzę, że nie. Po pierwsze, nikt nie zakładał, że dojdzie do takiego boju. Wyobrażano sobie, że miasto zostanie opanowane przez powstańców, a następnie bardzo szybko zajęte przez Armię Czerwoną. Po drugie, nie doceniano Niemców, uważano, że nie będą bronili Warszawy. Po trzecie, walka w mieście jest niezwykle trudną umiejętnością, nikt tego nie potrafił, bo zawodowi oficerowie w okresie pokoju też takich umiejętności nie nabywali. Doktryna powstania powszechnego zakładała inne sposoby prowadzenia walki niż te, jakich uczono przed wojną. Powstanie miało być czymś pośrednim między walką toczoną przez oddziały regularne a spontanicznymi działaniami rewolucyjnymi, zrywem narodowym. Przebieg powstania w Warszawie wykazał, że potrzebne były jeszcze inne umiejętności. Nabywano ich już w bezpośredniej walce z oddziałami nieprzyjaciela, które w większości także dopiero wówczas uczyły się, jak skutecznie walczyć w wielkim mieście. Ponadto jakich praktycznych umiejętności wojskowych można było nabyć w latach okupacji podczas spotkań konspiracyjnych? Praktyka w obozach leśnych lub w oddziałach partyzanckich dostępna była tylko nielicznym oficerom i żołnierzom podziemia. Sytuacja, jaka wytworzyła się w trakcie walk powstańczych, powodowała, że bardzo szybko grupy słabo uzbrojonych cywilów przekształcały się w wyborowe oddziały, umiejące posługiwać się bronią, zdolne do zaciętych i wytrwale prowadzonych walk obronnych. Ważna była tutaj inteligencja żołnierzy i świetna znajomość miasta. Oddziały te, doskonałe w obronie, nie były jednak zdolne do prowadzenia natarć, bo to wymagało innych umiejętności i wsparcia ciężką bronią, której powstańcy nie posiadali. Tego nie potrafili zrozumieć zawodowi oficerowie. Wszystkie organizowane przez nich natarcia kończyły się niepowodzeniami i ogromnymi stratami ludzkimi.
Ogłoszenie powstania w takim terminie spowodowało, że w miejscach zbiórek stawiło się ok. 50% powstańców.
– Ale nawet gdyby stawiło się więcej, niewiele by to zmieniło. Oczywiście nie byłoby takiej ogromnej improwizacji, ale rezultat byłby podobny. Skoro Niemcy byli uprzedzeni i dobrze poinformowani o powstaniu przez polskich donosicieli, nie było możliwości zdobycia bronionych przez hitlerowców obiektów przez nieuzbrojone oddziały. Wojsko regularne miałoby z tym wielkie kłopoty, a co dopiero tak słabo wyposażeni powstańcy. Potrzebne przecież były ciężkie środki walki. Myślę tutaj o artylerii, miotaczach płomieni…
1 sierpnia, wbrew założeniom, nie zdobyto żadnego większego, ważniejszego obiektu. To wynik braku rozeznania w siłach nieprzyjaciela?
– Proszę pamiętać, że plan, który został przygotowany jeszcze w 1940 r., zakładał, że siły niemieckie będą w rozpadzie. Wszystkie plany powstańcze zakładały, że z wojskiem regularnym nie będzie się walczyć. Bardziej myślano o zajmowaniu ważnych obiektów niż o zdobywaniu ich w ciężkim boju. To było poza możliwościami powstańców. Już nie mówię, że wiele tych obiektów wyznaczano do zdobycia dopiero po ogłoszeniu godziny rozpoczęcia powstania, jak te nieszczęsne mosty łączące lewobrzeżną Warszawę z Pragą. Przerażające jest, że dopiero 1 sierpnia powstańcy dostali rozkaz zdobywania mostów, których obronę Niemcy kilka dni wcześniej znacznie rozbudowali. Skutek był taki, że prawie wszyscy żołnierze oddziałów atakujących umocnienia przy mostach polegli w tych walkach.
Czy z łącznością było tak źle, że komendant główny AK, gen. Komorowski, prosząc Londyn o zrzuty, podawał miejsca, których powstańcy nie zajęli?
– Na początku tak było, a wynikało to z braku wiedzy, jakie tereny zostały zajęte przez oddziały powstańcze, a jakie pozostały pod kontrolą nieprzyjaciela. Początkowo Komenda Główna AK wskutek ataku niemieckiego była całkowicie odcięta od własnych oddziałów. Po odrzuceniu nieprzyjaciela pierwsze napływające meldunki wskazywały na niepowodzenie działań powstańczych. Myślano nawet o rozwiązaniu samej komendy i włączeniu jej członków do oddziałów toczących walki. Wkrótce okazało się, że sytuacja powstańców nie jest aż tak dramatyczna. Jednak łącznicy z KG AK mogli docierać jedynie na Wolę, Starówkę i do części Śródmieścia. Nigdzie dalej. Ponieważ zrzuty broni i amunicji były potrzebne od zaraz, zaryzykowano, podając wśród miejsc, na które samoloty alianckie mogły zrzucać zaopatrzenie, także te, co do których nie miano pewności, w czyich rękach pozostają. Tak było tylko w pierwszych depeszach, późniejsze miejsca do zrzutów podawano bardzo precyzyjnie.
Kto tak naprawdę dowodził powstaniem?
– Tak naprawdę całym powstaniem to nikt, bo prawie od samego początku powstańcy bronili się w izolowanych od siebie rejonach. Poszczególnymi odcinkami dowodzili dowódcy rejonowi. Z częścią tych rejonów (Wola, Powązki, Starówka, Kampinos) łączność miała Komenda Główna AK i ona koordynowała ich działania, innymi (Śródmieście, Powiśle, Czerniaków, Mokotów) dowodził dowódca okręgu płk Antoni Chruściel „Monter”. Od początku był nadmiar dowództw. Formalnie całym powstaniem powinien dowodzić „Monter”, ale nie miał takich możliwości. Komenda Główna AK jeszcze przed wybuchem powstania powinna opuścić stolicę i koordynować walkę z zewnątrz, ale tak niestety się nie stało.
Czy pod wpływem mordów na ludności cywilnej trwających przez całe powstanie, bo nie myślę tylko o Woli, dowódcy AK nie zreflektowali się? Musieli przecież wiedzieć, jakich zbrodni dopuszczali się Niemcy. Nie wpływały one na ich decyzje, zachowania?
– Nie tylko dowódcy AK, powstańcy, ale i warszawiacy wiedzieli o tych mordach, wiedzę posiadali od uciekinierów z Woli, którzy przesuwali się na Starówkę i do Śródmieścia. Zastanawiam się jednak, co można było w tym momencie zrobić. Jedynie poprzez depesze wskazywać tragiczny los miasta i oczekiwać pomocy. Natomiast nie ulega wątpliwości, że te zbrodnie wywoływały niesamowitą determinację ludzi. Pamiętano bowiem o losach Żydów. Powszechnie mówiono: nigdy się nie zgodzimy, byśmy zginęli jak Żydzi.

Ciszy nie było

Pan, w przeciwieństwie do wielu innych autorów, pisze, że w drugiej połowie lipca, w sierpniu i wrześniu 1944 r. na froncie wschodnim, na ziemiach polskich nie było stanu ciszy.
– Wiele argumentów przemawia za stwierdzeniem, że za Wisłą toczono ciężkie walki, wystarczy prześledzić wykazy strat, poległych i rannych żołnierzy, a także zniszczonego sprzętu. Co oczywiście nie znaczy, że przygotowywana była jakaś pomoc dla Warszawy, to są dwie różne kwestie. Stanu ciszy nie było, były bardzo ciężkie boje chociażby na południe od stolicy, a równocześnie mamy do czynienia z wyraźnym spowolnieniem działań wojennych na północny wschód od Warszawy. Były to skutki decyzji Stalina, podjętej już 21 lipca, o zmianie planu operacji, którą prowadził 1. Front Białoruski marsz. Rokossowskiego. Na mocy tej decyzji wojska pancerne, które miały zniszczyć siły niemieckie na przedpolu Warszawy, zostały rzucone do zdobywania Lublina, wyznaczonego przez Stalina na siedzibę PKWN. Ta zmiana planów operacyjnych była równoznaczna z odstąpieniem przez Stalina od szybkiego zdobywania stolicy Polski. W tym czasie na jego biurku znalazły się meldunki NKWD z Wilna, gdzie zgrupowania AK podjęły nieudaną akcję opanowania miasta. Przypuszczam, że Stalin doszedł do wniosku, że zainstalowanie PKWN w milionowej Warszawie, najsilniejszym niepodległościowym ośrodku w Polsce, może się okazać bardzo trudne. W tym czasie Wanda Wasilewska wieszczyła wręcz „wojnę domową”, wybuch walk między oddziałami AK i AL w Warszawie.
Stąd decyzja, by Rokossowski poszedł na południe, w stronę Lublina?
– To jedyne logiczne wytłumaczenie. Tu możemy tylko spekulować, bo nie wiemy, co wtedy Stalin myślał. Niemniej jednak poinformował Rokossowskiego, że zasadnicza zmiana planu operacji jego wojsk ma przesłanki polityczne, a nie wojskowe, i została przedsięwzięta w interesie nowej „demokratycznej” Polski.
Spekulujemy, bo nie mamy dostępu do rosyjskich archiwaliów?
– Decyzje podejmowane na bieżąco przez Stalina jako naczelnego dowódcę Armii Czerwonej nie były protokołowane, bo było ich bardzo dużo, gdyż należało reagować na rozwój sytuacji na frontach. Bardzo często przekazywano je telefonicznie. Ale może kiedyś znajdziemy motywację polityczną tych decyzji w ciągle nieujawnionych dokumentach radzieckiego Komitetu Obrony Państwa?
Czy zachowanie Stalina, decyzje, które wychodziły z Moskwy, są pochodną tego, że w rządzie londyńskim i w dowództwie AK Armię Czerwoną traktowano jak wroga?
– Trudno było Sowietów nie traktować jak wroga. To był fakt obiektywny. Moskwa o tym wiedziała, miała przecież swoich agentów, swój wywiad, a i Brytyjczycy dawali jej to do zrozumienia. Od chwili wkroczenia Sowietów na tereny II RP rozpoczęły się aresztowania dowódców i żołnierzy AK na terenach wschodnich, w Moskwie doskonale orientowano się w nastawieniu dowódców AK. Natomiast nie przeceniałbym wiedzy Stalina i jego wywiadu, którą przedstawia się jako niemalże absolutną. W Moskwie chyba mieli duże kłopoty z analizą otrzymywanych materiałów, bo było ich bardzo dużo. Ponieważ Stalin nikomu nie wierzył, próbował sam interpretować te dokumenty. Obraz sytuacji w Polsce, jaki sobie wytworzył, nie był więc przejrzysty i do końca prawdziwy. Bardzo długo wierzono na Kremlu, że siły PPR i AL są równoważne z AK. W Moskwie z absolutnej dominacji w Polsce AK i ugrupowań uznających za legalne władze w Londynie zdano sobie sprawę dopiero gdzieś w lipcu, sierpniu, już po zajęciu Wilna. Poza tym Stalin nie zaprzątał sobie głowy AK, bo przy milionowych armiach jej kilku- czy kilkunastotysięczne zgrupowania partyzanckie nie miały większego, nawet taktycznie, znaczenia. I nie tylko dla Sowietów. Nam ta liczebność może się wydawać istotna w dyskusjach na temat siły AK czy AL, ale na ówczesnym teatrze wojennym nie stanowiły one znaczącej siły. Swoją drogą mówienie o półmilionowej AK, coraz częstsze w publicystyce, może wywoływać tylko politowanie.
Czy z tego, co się wydarzyło w Wilnie – z aresztowań akowców – wnioski wyciągnęła jedynie Moskwa? Przecież musiała o nich wiedzieć Komenda Główna AK.
– Czy z lekcji wileńskiej (w książce piszę, że obraz działań w Wilnie jest przekłamany) odpowiednie wnioski wyciągnęła tylko Moskwa? W pewnym sensie tak. A dlaczego nie strona polska? Bo w dowództwie AK panowało przekonanie, że wariant wileński – aresztowania i wywózki akowców – w Warszawie nie jest możliwy, bo będzie o tym wiedział Zachód i przeciwstawi się temu. Stąd przeświadczenie dowódców AK o konieczności wybuchu powstania w stolicy, po to by „wstrząsnąć sumieniem świata”, by Anglię i USA postawić przed faktem dokonanym. Także Sowietów, którym nie pozostanie nic innego, jak przyjść z pomocą Warszawie.
Czy powstanie było wzmocnieniem Mikołajczyka w czasie jego pobytu w Moskwie na przełomie lipca i sierpnia 1944 r.? Ułatwiało mu porozumienie się ze Stalinem w sprawie pomocy dla walczącej Warszawy?
– Pobyt Mikołajczyka w Moskwie wskazywał raczej na to, że dojdzie do jakiejś zmiany rządu. Naciski na niego Stalina, Brytyjczyków, a i Amerykanów, były ogromne. Zachód robił wiele, by pozbyć się polskiego problemu. Roosevelt i Churchill wręcz oczekiwali, że Mikołajczyk dogada się w sprawie jakiejś fuzji z PKWN. Powstanie tymczasem miało wzmocnić rząd londyński, na uchodźstwie, jak teraz się go określa. To przecież w jego imieniu dowódcy AK mieli przyjmować Rosjan. W rzeczywistości powstanie od początku było nie wzmocnieniem Mikołajczyka, ale osłabieniem, bo postawiło go w roli petenta, który błaga Sowietów o pomoc.
Jeżeli chodzi o jego moskiewskie rozmowy na temat pomocy Warszawie, to nie jestem przekonany, czy rozumiał, co Stalin mówił o powstaniu. Generalissimus wyraźnie, wielokrotnie powtarzał, że sprawa jest beznadziejna, trudna, chętnie powstańcom pomoże, ale kiedy to będzie, tego nie wie. Mikołajczykowi trudno było z tego typu informacjami wracać do Londynu, bo to wiązało się z decyzją, co robić dalej – czy zaakceptować np. sprawę wschodniej granicy. Dlatego skupił się na powtarzaniu twierdzenia Stalina, że ten pomoże Warszawie.
Dowodem na to, że Stalin początkowo nie był zdecydowany, co zrobić z powstaniem, był chyba rozkaz, by z Armii Czerwonej wyłonić tych, którzy walczyli pod Stalingradem
i umieli bić się w mieście?
– Stalin myślał, podobnie jak chyba wszyscy, że powstanie nie utrzyma się dłużej niż kilka dni i że upadnie, a potem przyjdzie Armia Czerwona, w tej sytuacji wręcz wypatrywana przez warszawiaków. Dlatego marszałkowie Żukow i Rokossowski na żądanie Stalina przedstawili mu koncepcję zdobycia Warszawy i prawdopodobnie stąd te poszukiwania obrońców Stalingradu.

Twórcy legendy

Powstanie chyli się ku upadkowi, do dowódców AK dociera, że okazało się wielką narodową tragedią. To wtedy zaczęli tworzyć jego legendę – patriotycznego zrywu, moralnie zwycięskiego? Narodziny tej legendy to próba wytłumaczenia się z hekatomby?
– Gen. Bór-Komorowski już od pierwszych dni sierpnia 1944 r. zaczął tworzyć tę legendę. A potem z każdym dniem i miesiącem on i Tadeusz Pełczyński – główni dowódcy, odpowiedzialni za powstanie – ją rozwijali. Ich późniejsze wystąpienia czy opublikowane wspomnienia mają taką samą wymowę. W czasie powstania uruchomiono całą akowską propagandę, głównie „Biuletyn Informacyjny”, by tworzyć ową legendę. To przeświadczenie o konieczności podjęcia walki w Warszawie już w czasie powstania było mocno artykułowane. I często skuteczne. Charakterystyczne, że Komorowski i Pełczyński, kiedy już byli w niemieckiej niewoli i wiedzieli, co się stało z Warszawą i jej ludnością, nadal uważali, że trzeba było walczyć.
Czy ta propaganda, tworzenie legendy, była reakcją na zmianę postawy warszawiaków wobec powstania, wobec dowództwa AK?
– To chyba nie miało związku, przynajmniej nie ma prac na ten temat. Postawy apologii i negacji zasadności powstania pojawiły się już w sierpniu 1944 r. i istnieją do dzisiaj. Zrozumiałe jest, że kiedy ta dwójka generałów podjęła decyzję o wybuchu powstania, od razu szukała jej uzasadnienia. Dlatego ich późniejsza działalność była obroną rozkazu o godzinie W. Nie tylko ta dwójka do końca swoich dni żyła ze świadomością tego, co się stało.
Tym bardziej że jeszcze w czasie wojny, kiedy znaleźli się na Zachodzie, musiało ich spotkać rozczarowanie, bo żołnierze armii Andersa nie mówili o nich – a także o gen. Leopoldzie Okulickim – inaczej jak „podpalacze Warszawy”.
– Tak było. W naszych elitach politycznych w Londynie, jak również w Polskich Siłach Zbrojnych, mało było osób, które pozytywnie oceniały decyzję o wybuchu powstania. Ta tragedia była widoczna z miejsc oddalonych od Warszawy nawet o tysiące kilometrów. Dla Komorowskiego i Pełczyńskiego słowa o podpalaczach musiały być szokiem i dlatego zrobili wiele, by zatrzeć ślady swojej odpowiedzialności za zamordowanie stolicy. Komorowski we wspomnieniach często fantazjuje, a Pełczyński jako redaktor wydania bardzo się stara, by emigracyjna monografia na temat AK („Polskie Siły Zbrojne. Tom III. Armia Krajowa”) przedstawiała jego i powstanie w pozytywnym świetle. Można nawet powiedzieć, że ów tom to swoista mowa obrończa Pełczyńskiego.
To, że Roosevelt i Churchill oraz ich sztabowcy niespecjalnie się angażowali w pomoc dla AK, jest efektem ich geopolityki czy bardziej tego, że polskie prośby były w większości nierealistyczne z punktu widzenia strategii i logistyki?
– Geopolityka była oczywiście ważna, ale faktycznie akowskie prośby były nierealistyczne. Czy można się dziwić, że alianccy sztabowcy uznawali takie pomysły AK jak zrzucenie brygady spadochronowej pod Warszawą za nonsens? Wystarczy cokolwiek wiedzieć o organizowaniu operacji pod Arnhem, by zrozumieć, że był to naiwny postulat. Abstrahując od tego, jak się ta akcja skończyła, powietrzne przerzucenie takiej liczby ludzi, bo o sprzęcie już nie mówię, było całkowitą bzdurą. Równie abstrakcyjny był pomysł lądowania alianckich samolotów w rejonie Warszawy, np. w Puszczy Kampinoskiej, w celu bombardowania obiektów obsadzonych przez Niemców. Ponieważ tego typu postulaty łączono z żądaniami zrzutów żywności i broni, aliantom łatwiej było pokazywać, że wszystkie te prośby-żądania są nierealne. Tak naprawdę znacząca pomoc w zrzutach też była nierealna. Rzeczywistą pomoc można było uzyskać tylko ze strony sowieckiej. Ze względu na odległość niesienie pomocy przez Zachód było nierealne, toteż trudno się dziwić, że specjaliści z lotnictwa alianckiego sceptycznie, żeby nie powiedzieć z pobłażaniem, podchodzili do próśb rządu Mikołajczyka i sztabu naczelnego wodza oraz samego gen. Sosnkowskiego.
Nasi sztabowcy nie wiedzieli, że spełnienie tych próśb jest niemożliwe?
– Przecenia pan profesjonalizm naszych sztabowców. Ich wiedza o broni technicznej była znikoma, zresztą nigdy nie była naszą mocną stroną. To widać chociażby po saperach. To zdumiewające, jak wiele było nieudanych działań saperskich, choćby w trakcie walk 27. Dywizji Wołyńskiej AK czy w powstaniu. Akcje były nieudane, bo saperzy nie potrafili dobrze wyliczyć skali ewentualnych zniszczeń. W książce podaję informacje wskazujące, jak wielu naszych oficerów zrzut brygady spadochronowej uważało za sprawę realną. Oni w ogóle nie mieli pojęcia, jakich sił trzeba użyć, by taką akcję przeprowadzić. Tak myślał choćby płk Józef Szostak, oficer dyplomowany, szef operacji KG AK. Wcześniej, przed powstaniem, też fantazjowaliśmy, choćby o desancie na Bałtyku. Sam Rowecki uwierzył w opowieści ppłk. Macieja Kalenkiewicza, że samolotami można przerzucać całe armie, z czołgami włącznie. Dopiero gen. Sikorski napisał Roweckiemu, by nie ulegał iluzji, bo tylko jedna dywizja pancerna to tysiące ton żelastwa, których nie przerzuci się drogą lotniczą.

Powstania po powstaniu

Powstanie upada, ale plan „Burza” ma być nadal realizowany.
– I to jest zdumiewające, przerażające.
Naprawdę na tych, którzy podejmowali takie decyzje, warszawska tragedia nie zrobiła wrażenia?
– Tego się nie da w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć, ja tego nie potrafię. Coś takiego nazywam szaleństwem! Kiedy ginie miasto, stolica państwa, ofiary ludzkie sięgają dziesiątek tysięcy, w tym samym czasie planuje się kolejne powstania – w Krakowie, Kielcach, Częstochowie, Tarnowie czy Radomiu. Nie znajduję żadnego logicznego uzasadnienia dla tych planów, nie podzielam rozumowania tych, którzy je opracowywali w Komendzie Głównej AK i wydawali rozkazy. Po klęsce Warszawy nadal takie plany obowiązywały, bo premier Mikołajczyk ciągle szukał atutów, które miałyby mu ułatwić porozumienie ze Stalinem. Zdumiewa mnie, że gen. Stanisław Kopański, szef sztabu naczelnego wodza, który był odpowiedzialny za wojsko i którego zawsze uważałem za osobę profesjonalną i racjonalną, przekazywał takie rozkazy, i to nawet w momencie, kiedy Mikołajczyk odchodził z rządu. Na temat Kopańskiego musiałem zmienić zdanie. We wspomnieniach bardzo sprytnie pominął swoją rolę w planowaniu kolejnych działań AK po powstaniu warszawskim i ukrył fakt, że realizował wytyczne premiera Mikołajczyka pozostające w sprzeczności z poglądami naczelnego wodza gen. Sosnkowskiego.
Kiedy czyta się pana książkę, trudno nie odnieść wrażenia, że dowódcy powstania nie myśleli o losie cywilów. Tak jakby byli oni osobnym światem.
– Bo tak było, właśnie o tym piszę. Znamienne są zapisy w dzienniku cichociemnego, ppłk. Felicjana Majorkiewicza, chyba prawdziwe. Cytuje on słowa Szostaka, które padły w dyskusji nad depeszą Sosnkowskiego, mówiącą, żeby przerwać akcję „Burza”. Szostak miał powiedzieć: niby dlaczego ograniczać walki, po co Polakom ojczyzna, jeśli stracą niepodległość? On chciał na Starówce walczyć do końca i żeby tam zginęła KG AK. Notabene Szostak po pobycie w obozie jenieckim wrócił do Polski i żył w PRL. Jego postawa była wręcz skrajna, ale takie było zachowanie wielu wojskowych. Wojna wyzwala takie postawy.
Był pan w Muzeum Powstania Warszawskiego?
– Oczywiście.
Czy oddaje to, co zawarł pan w słowach o zakładnikach liczonych w setkach tysięcy?
– Nie, bo gdyby oddawało, nie pisałbym tej książki. Przykro mi to mówić, ale muzeum nie pokazuje przyczyn tego dramatycznego wydarzenia. Ma taką ekspozycję, jakby było zorganizowane dla dzieci i młodzieży, które powstanie odbierają jako fajną zabawę, potyczkę, prawie wygraną. Żeby zrozumieć tragizm tego zrywu, trzeba pewnej dojrzałości, wiedzy i własnego doświadczenia. Na początku naszej rozmowy powiedziałem, że przeszedłem ewolucję od bezwzględnego gloryfikowania powstania do uznania, że było ono niepotrzebną tragedią. Może ktoś po zwiedzeniu muzeum zainteresuje się tym, co o powstaniu napisano – aczkolwiek wątpię, patrząc na dzisiejszą młodzież – i może wtedy dojdzie do podobnych wniosków co ja. Ekspozycję w sposób bardzo istotny wzmacnia oprawa dźwiękowa. Zapamiętałem z niej odgłosy walki i pieśni powstańcze. W moim przekonaniu powinny w niej dominować odmawiane nieustannie przez mieszkańców modlitwy różańcowe, przerywane rykiem sztukasów, odgłosami wybuchających bomb i wyciem „krów”, a następnie przeraźliwe krzyki, jęki i płacz ludzi. Może to, podświadomie, wpływałoby na tworzenie prawdziwego obrazu powstania, które dla zwykłych cywilów było piekłem nie do opisania.

Wydanie: 2016 31/2016

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy