Wyjaśnienia gen. Wojciecha Jaruzelskiego

Wyjaśnienia gen. Wojciecha Jaruzelskiego

WYJAŚNIENIA gen. Wojciecha Jaruzelskiego złożone przed Sądem Okręgowym w Warszawie

w dniach 25 września, 2, 6, 14, 21 i 28 października 2008 roku w procesie dotyczącym wprowadzenia stanu wojennego

Wysoki Sądzie,
Niech mi wolno będzie, przy składaniu wyjaśnienia, posługiwać się tekstem, który po odczytaniu złożę na ręce Wysokiego Sądu.
Uzasadnia to:
•- historyczna waga oraz wielowymiarowa złożoność sprawy i wynikająca stąd niezbędna precyzja ujęć i sformułowań;
•- obfitość materiału dowodowego, którego istotna część jest nieobecna w aktach sprawy i tym samym wymaga przynajmniej sygnalnego, fragmentarycznego przywoływania w wyjaśnieniu na rozprawie;
•- możliwość dokładnego porównania medialnych relacji z tego procesu, z tekstem. Postaram się bowiem o – możliwie szybkie – opublikowanie go w całości. To porównanie może być interesujące i pouczające.
Akt oskarżenia, sporządzony przez Prokuraturę IPN, przyjąłem do wiadomości. Postawione mi zarzuty uważam za bezpodstawne, nacechowane jaskrawą jednostronnością.
Jest to proces bezprecedensowy, o historycznej randze. Przed Sądem stają – żyjące jeszcze – osoby z najwyższych władz państwa, oskarżone o wieloczłonową zbrodnię. Przy tym uznanie jej za „zbrodnię komunistyczną” zaostrza efekt propagandowy, staje się zbrodnią szczególnego rodzaju, niejako zbrodnią „do kwadratu”. Oskarżony powinien mieć możliwość zasadniczego, merytorycznego wyjaśnienia. Tymczasem na posiedzeniu Sądu 26 marca 2008 roku Pan Prokurator ocenił moje wnioski dowodowe – w tym postulujące uzupełnienie akt sprawy – jako kwestie uboczne, niemające dla niej znaczenia. Wprowadził w ten sposób akt oskarżenia na „wąską ścieżkę”, która ma ograniczyć pole obrony. Uznał bowiem za bezcelowe uzyskanie odpowiedzi na kluczowe pytanie – jakie fakty i okoliczności, uwarunkowania i motywacje spowodowały realizację przygotowań, a następnie wprowadzenie stanu wojennego? A także – czy i na ile spowodowane to było wyższą koniecznością? Zarzucane w akcie oskarżenia decyzje i działania były przecież pochodną ówczesnej sytuacji, a w szczególności narastających zagrożeń. Stawia to oskarżonego wobec konieczności złożenia – ważnych dla linii obrony – szczegółowych wyjaśnień.

Wysoki Sądzie,
Strona internetowa Instytutu Pamięci Narodowej wita słowami: „Stan wojenny był wszczepiony w społeczną tkankę groźną chorobą, rodzajem trądu, który niszczy w sposób podstępny, skryty, długoterminowy”. Oto polityczne przesłanie dla wszystkich ogniw składowych IPN. Co więcej, nie bez podstaw – można założyć, iż akt oskarżenia koresponduje z politycznym „obstalunkiem”, wyrażanym oficjalnie, przez wysoko usytuowane osoby oraz różne wpływowe środowiska. Pan Prokurator na wspomnianym już posiedzeniu Sądu oświadczył, iż oskarżenie powstało bez politycznych intencji oraz inspiracji – można rozumieć, że w sposób sterylnie apolityczny. Pozwolę więc sobie zauważyć – przypadkowe być może – współbrzmienie oskarżenia ze słowami Pana Jarosława Kaczyńskiego z 23 października 1992 roku, wypowiedzianymi w czasie konferencji prasowej w Sejmie, które cytuję za gazetą „Nowy Świat” z 24-25 października 1992 roku: „Gen. Jaruzelski i jego towarzysze, którzy wprowadzili stan wojenny, są zdrajcami narodu i jako tacy winni stanąć przed sądem, w świetle prawa karnego, jako przestępcy winni zostać skazani na najwyższy wymiar kary, a wyrok powinien zostać wykonany”. Przypomnę, iż w ówcześnie obowiązującym kodeksie karnym – kara śmierci istniała. W czasie konferencji prasowej w Brukseli 19 kwietnia 2007 roku Pan Jarosław Kaczyński (wówczas premier), odnosząc się do pytania korespondenta włoskiej gazety „La Stampa”, powiedział, że jeśli przed sądem postawiono Eichmana, to dlaczego nie może być sądzony Jaruzelski. W ten sposób „awansowałem” do grona największych zbrodniarzy wszech czasów. W książce – wywiadzie z 2006 roku, pt.: „O dwóch takich…” – Pan Jarosław Kaczyński na
str. 117 m.in. mówi: „Jeśli stan wojenny był do uniknięcia, to Jaruzelskiemu należy się kula w łeb”. Dziennikarz prowadzący wywiad zauważa: „Był jednak twórcą Okrągłego Stołu. A potem wycofał się, oddał władzę”. Odpowiedź: „…Robił to wszystko, żeby ratować skórę. Może rzeczywiście los Ceausescu byłby dla niego zbyt surowy. Ale kryminał – dlaczego nie”.
Jest to wspólna książka braci Kaczyńskich, muszę więc założyć, iż Pan Prezydent podziela owe opinie i oczekiwania. Tym bardziej że 3 kwietnia 2006 roku, na łamach gazety „Rzeczpospolita” stwierdza: „Cieszę się, że dożyłem chwili, kiedy odpowiedni organ państwa formalnie postawił zarzut autorom stanu wojennego”.
W tej sytuacji ja – wraz z Panem Prezydentem – też się cieszę, ponieważ ufam, że sprawę – wnikliwie, wszechstronnie, obiektywnie – rozpatrzy niezawisły Sąd. Moje zadowolenie ma zresztą swój rodowód. Już ponad 2,5 roku temu, w pisemnym Oświadczeniu z 10 maja 2006 roku przekazanym Panu Prokuratorowi, stwierdziłem: „…zależy mi na tym, ażeby sprawa została rozpatrzona przez niezawisły sąd, w jawnej procedurze, w toku której przedstawię obszerne, wszechstronne wyjaśnienie”. Wreszcie – jakkolwiek by to dziwnie zabrzmiało – skorzystam również ze świadectwa Pana Jarosława Kaczyńskiego, który na łamach wydanej w 1994 roku książki pt.: „My”, str. 118, mówi: „Żartowałem wtedy (chodzi o 1981 rok – WJ), że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało. Ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję do demokracji się nie nadawał… gdyby „Solidarność” w 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało i do dzisiaj dziwię się, że nasi szanowni koledzy tego sobie nie uświadamiali”. Idąc śladem tego wywodu, można powiedzieć, że zasadnicze osłabienie „Solidarności”, powstrzymanie jej burzliwego impetu, zrealizował właśnie stan wojenny. Logicznie więc rzecz biorąc – czy ktoś ten pogląd podzieli, czy nie – przyczynił się w sposób istotny do tego, iż po kilku latach, w odmienionej sytuacji międzynarodowej, „zbudowanie owych demokratycznych mechanizmów” stało się możliwe.

STAN WOJENNY – WYŻSZA KONIECZNOŚĆ

Wysoki Sądzie,
Odnosząc się do aktu oskarżenia, nie pozuję na uciśnioną niewinność. Nie mówię, że byłem inny, niż byłem, co – nawiasem mówiąc – zdarza się wielu osobom, z różnych zresztą politycznych orientacji. Bliskie mi było ideowe przesłanie socjalizmu, narastająca świadomość konieczności jego gruntownego reformowania i jednocześnie obowiązek obrony, widziany integralnie z bezpieczeństwem Polski. Właśnie – szeroko rozumianym bezpieczeństwem, w realnie istniejącym świecie! Przy tym nieustannie powtarzam: „Odpowiedzialność biorę na siebie”. Składając Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, w orędziu z 11 grudnia 1990 roku, powiedziałem: „Jako żołnierz wiem, że dowódca, a więc każdy przełożony, odpowiada – i za wszystkich, i za wszystko”. I dalej: „Jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci, niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie”. I tak się od lat dzieje – łącznie z zamachem, ciężkim zranieniem. Zwracając, przysługujący mi na mocy ustawy z 17 października 2003 roku, Krzyż Zesłańców Sybiru – w liście skierowanym 30 marca 2006 roku do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Lecha Kaczyńskiego m.in. napisałem: „Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 roku i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się – w stosownym oczywiście zakresie – odpowiedzialny za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Za to, co było dobre – i za to, co było złe. O tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją. O tym drugim przypomnę, że w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się to szczególnie do wszystkich tych okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich w sposób bezpośredni czy pośredni, widzę to tym ostrzej”. W tym szczególnym miejscu i momencie potwierdzam te słowa raz jeszcze, z całą mocą!
Nie oznacza to jednak uznania winy w rozumieniu aktu oskarżenia. W szczególności chodzi o kwestię kluczową – wprowadzenie stanu wojennego. Oświadczam niezmiennie, iż ta – tak dramatycznie trudna decyzja – dyktowana była wyższą koniecznością, ocaliła Polskę przed wielowymiarową katastrofą! Uzupełnię tę ocenę wypowiadanym już wielokrotnie stwierdzeniem: stan wojenny był złem, ale złem mniejszym wobec tego – co groziło realnie i niechybnie. Po raz kolejny również oświadczam: „Solidarność” miała dalekosiężną historyczną rację, która w ostatecznym rachunku, jako demokratyczny, wolnościowy cel i wizja – chociaż w zupełnie innej niż w latach 1980-1981 społeczno-ekonomicznej filozofii i praktyce – zwyciężyła. My, władza, mieliśmy rację sytuacyjną, pragmatyczną. Pozwoliło to zapobiec katastrofie. Dojść do punktu, w którym przemiany mogły dokonać się nie jako konfrontacyjne zderzenie i burzenie, ale jako cywilizowany, pokojowy demontaż. Bez zrealizowania tej drugiej racji nie wiadomo, kiedy, jak – a zwłaszcza jakim kosztem – mogłaby być zrealizowana ta pierwsza racja.
W tym miejscu niech mi wolno będzie przedstawić kilka wstępnych uwag:
Po pierwsze – sytuacja siedzącego na ławie oskarżonych nieuchronnie powoduje, iż główny akcent w jego wyjaśnieniu położony jest na obronę. Tym bardziej że tematowi stan wojenny – zdecydowanie, wręcz przytłaczająco, towarzyszy tonacja jednostronnie oskarżycielska. Przy tym – paradoksalnie – im dalej od ówczesnych wydarzeń, tym jej ostrość jest coraz większa. Następuje eskalacja. Żądania rozliczeniowe. Słowa: zbrodnia i zdrada, degradacja i pozbawienie emerytur wojskowych. Wszystko to dzieje się po – pozytywnych dla tzw. autorów stanu wojennego – decyzjach Sejmu z 25 stycznia 1982 i 23 października 1996 roku oraz – co wielce znamienne – wyprzedzająco w stosunku do oceny, jakiej w czasie tej rozprawy dokona i wyda postanowienie niezawisły Sąd. Chyba że zatriumfuje filozofia babci Pawlakowej z filmu „Sami swoi” – „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.
Po drugie – powyższe oznacza, że nie muszę wyręczać oskarżycieli. Jednakże tam, gdzie krytyka, zarzuty są zgodne z rzeczywistością – przyjmuję je z pełnym zrozumieniem i poszanowaniem. Dawałem temu wielokrotnie wyraz. Potwierdzę to również w tym wyjaśnieniu.
Po trzecie – pamiętając o historycznej roli „Solidarności”, jednocześnie nie mogę pominąć spojrzenia na charakter i skutki jej niektórych działań. Tym bardziej iż akt oskarżenia wobec tego tematu stosuje unik. Przy tym nietrudno zauważyć, że im dalej od lat 1980-1981, tym bardziej w sposób odświętny, wygładzony – rysowany jest jej ówczesny wizerunek. Stoją za tym zarówno względy wspólnotowe, ideowe, emocjonalne, które rozumiem i szanuję. Ale stoją też nieraz względy przyziemne, koniunkturalne, które przekładają się na aktualny polityczny użytek. Im w ciemniejszych, diabolicznych barwach przedstawiany jest stan wojenny i w ogóle PRL – tym mocniej po latach zagrzmią oskarżenia, głosy odwetu, żądanie rozliczeń oraz własne – bardzo różnej zresztą wagi – zasługi. Przy tym bywa i tak, że im są one – nazwę to – „lżejsze”, tym „cięższe” padają oskarżenia. Karol Modzelewski na łamach „Gazety Wyborczej” z 4 sierpnia 1997 roku mówi: „W polityce polskiej uwija się sporo bojowników, którzy w czasie komunizmu siedzieli cicho za piecem”. Ja dodam – a wielu nawet nie było jeszcze na świecie. To właśnie w większości oni – choć towarzyszą im i nadają polityczny koloryt niektórzy znani politycy – demonstrują pod moimi oknami w każdą noc z 12 na 13 grudnia. Nawet wówczas, kiedy ciężko chory przebywałem w szpitalu. Być może będzie to kontynuowane na Powązkach.

Wysoki Sądzie,
Odpowiadając na akt oskarżenia, nie mogę pominąć opisu tych działań „Solidarności”, które miały istotny wpływ na przygotowanie, wprowadzenie i realizację stanu wojennego. Narażę się w ten sposób na krytyczne, a – być może – nawet gniewne reakcje ze strony niektórych kręgów i środowisk. Mówię o tym nie bez powodu. Jak uczą doświadczenia, niemało jest osób, które już zawczasu „wiedzą – co powiedzą”. Potwierdzają to – w większości – polityczno-medialne relacje z 1. dnia tego procesu, w tym skrajny, rynsztokowy przykład – nazwanie go „polską Norymbergą”. Apeluję więc, ażeby zechciano cierpliwie wysłuchać do końca, w całości mojego wyjaśnienia, co – jak sądzę – pozwoli spojrzeć na sprawę bez przedwczesnych emocji i cząstkowych, fałszywych interpretacji. Tym bardziej iż zróżnicowanie historyczno-politycznych ocen, stanowisk i poglądów zostało przeniesione na płaszczyznę karno-sądową, wtłoczone w kryminalny kostium. To Prokuratura Instytutu Pamięci Narodowej – stając nie tylko ponad ustawą i uchwałami Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ale również Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej – doprowadziła do sytuacji, w której konieczne staje się publiczne, oficjalne przywołanie, roztrząsanie szeregu – nie dla wszystkich wygodnych – tematów oraz wskazanie na różne „białe plamy”. Podstawowym kryterium powinny być fakty i logicznie z nich płynące wnioski. Ażeby nie być gołosłownym, będę więc często przywoływał różne dokumenty oraz inne materiały, mające znaczenie dowodowe. Spowoduje to znaczną objętość wyjaśnienia. Ale przecież chodzi o to, ażeby słowa oskarżonego miały ewidentne potwierdzenie. Oceni to Wysoki Sąd.

UMORZENIE KOMISJI SEJMOWEJ

Mija 27 lat od wprowadzenia stanu wojennego, 19 lat od Okrągłego Stołu, 12 lat od Uchwały Sejmu z 23 października 1996 roku, umarzającej sprawę. Sejm podjął tę decyzję na podstawie pięcioletniej działalności Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, o której społeczeństwo było systematycznie, na bieżąco informowane przez obecnych na jej posiedzeniach licznych przedstawicieli mediów. Komisja ta przesłuchała osoby objęte wnioskiem wstępnym, tzw. autorów stanu wojennego, a także według reguł art. 247 kk (kodeksu karnego) – który mówi, że „za złożenie fałszywych zeznań oraz zatajenie prawdy grozi odpowiedzialność karna, do pięciu lat pozbawienia wolności” – uzyskała zeznania licznych świadków. Przestudiowała wielkie ilości dokumentów, materiałów ze źródeł zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Zapoznała się z różnorodnością prawniczych i naukowo-historycznych ekspertyz. Dysponowała więc wystarczającą wiedzą, dotyczącą przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego. Poznała też i oceniła okoliczności, jakie złożyły się na podjęcie tej decyzji, a następnie jej realizację. O dość swobodnym stosunku Prokuratury IPN do sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej świadczy błędne jej nazywanie, na str. 145 aktu oskarżenia: „Komisją Odpowiedzialności Karnej Sejmu”. Być może stąd wynika faktyczne przypisywanie sobie przez Prokuraturę większych kompetencji w zakresie materii konstytucyjnej, niż miała je owa Komisja, a następnie Sejm.
Prokuratura IPN – dezawuując pracę sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej – zastosowała osobliwą selekcję. Akta obecnej sprawy, w porównaniu z zakresem dociekań tej Komisji, są bowiem dalece niepełne. Zupełnie niezrozumiały jest brak w nich wielu istotnych dokumentów i materiałów o randze dowodowej. Nie zostali również przesłuchani liczni, przy tym kluczowi świadkowie. Treść aktu oskarżenia stanowi tego potwierdzenie. Zawiera on swoisty rejestr czynności i decyzji różnych organów władzy. Natomiast szczególnie rażące jest niemal całkowite pominięcie działalności drugiej, opozycyjnej strony ówczesnego konfliktu, a także wielopostaciowych, istniejących i narastających zagrożeń oraz minimalizowanie w nich czynnika zewnętrznego. Jednym słowem – wielce złożone, wielowarstwowe procesy i dramatyczne wydarzenia, o państwowym, narodowym i międzynarodowym znaczeniu, zostały zredukowane do osobliwej prokuratorskiej wykładni. Nie mówię tego z intencją relatywizowania zła. W minionym okresie istniało ono w różnych postaciach i w różnej skali. Chodzi jedynie o spojrzenie szersze, o realia czasu historycznego, o obraz pogłębiony i obiektywny, a w szczególności o poważne traktowanie art. 4 kpk, który stanowi, iż: „Organy prowadzące postępowanie karne są obowiązane badać oraz uwzględniać okoliczności, przemawiające zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego”. Prokuratura tych pierwszych okoliczności w ogóle nie dostrzegła.

Wysoki Sądzie,
Każdy proces – a ten w sposób szczególny – ma również swój wymiar społeczny, edukacyjny. Tym bardziej gdy obecna rozprawa odbywa się w trybie jawnym, w obecności licznych przedstawicieli mediów. Ma więc i mieć będzie wielomilionową „widownię”, ze wszystkimi jej zróżnicowanymi poglądami, ocenami, emocjami. Należy się liczyć ze wzmożoną falą przenoszenia ich na współczesność. Nie wiem, czy i kto z nas – oskarżonych, doczeka końca tego procesu. Prokuratura, stwierdzając na str. 138 aktu oskarżenia, iż w 2020 roku, tj. za 12 lat, „karalność popełnionych czynów ulega przedawnieniu”, rysuje przed nami – co odczytuję raczej żartobliwie – optymistyczną perspektywę. Dopóki jednak uczestniczymy w tym procesie, ja – a myślę, że i pozostali oskarżeni – pragniemy, ażeby z historycznego dystansu, sine ira et studio, zrozumieć lepiej ówczesną sytuację – jak tamto wczoraj, w imię jutra, odczytać dziś. Krótko mówiąc – ażeby historia w nieskończoność nie dzieliła Polaków. Tu zacytuję końcowy fragment sprawozdania sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej z 28 maja 1996 roku: „Problem stanu wojennego w Polsce będzie jeszcze przez wiele lat przedmiotem dyskusji i sporów. Opinie w tej sprawie są i będą nadal formułowane głównie pod wpływem własnych doświadczeń życiowych i osobistych przekonań politycznych… Ale w sensie politycznym ta karta historii polskiej powinna zostać już zamknięta. Komisja wyraża nadzieję, że wyniki jej prac będą dobrze służyć temu celowi oraz że nie będą wykorzystywane do wzniecania waśni i sporów, służących realizacji doraźnych celów politycznych”.
Porozumienia Okrągłego Stołu miały szeroki międzynarodowy rezonans. Przez cały cywilizowany, demokratyczny świat są doceniane, jako wielki dowód mądrości Polaków. Co więcej – jako impuls i wzorzec dla historycznych przemian w całym regionie. O tym, że wyprzedzaliśmy innych, świadczą chociażby takie fakty. Obrady Okrągłego Stołu rozpoczęły się 6 lutego 1989 roku. W tymże czasie odbywał się w Pradze Czeskiej proces doprowadzanego z więzienia Vaclava Havla i jego współtowarzyszy. W innych krajach naszego regionu stosowano wciąż represje, byli więźniowie polityczni. 4 czerwca odbyły się w Polsce wybory i idące w ślad za nimi konsekwencje. Dopiero później dokonały się tzw. aksamitne rewolucje. Wreszcie 9 listopada rozpoczęto burzenie berlińskiego muru. Tych dat nie dzieli wiele, ale ich kolejność i współzależność miała faktycznie historyczną rangę.
W Porozumieniach Okrągłego Stołu znajdują się m.in. słowa z 5 kwietnia 1989 roku: „Różnimy się w niejednej kwestii. Mówimy o tym otwarcie w umowie zawieranej przy „Okrągłym Stole”. Mamy jednak wspólną wolę takiego działania, która zapewni Polsce demokratyczną i sprawną organizację życia państwowego, zapobiegnie próbom hamowania i odwracania demokratycznych przemian…”, „…wczorajsi wrogowie przekształcać się będą w uczestników demokratycznej rywalizacji i współdziałania w ramach nowych reguł życia publicznego”. Taka była wtedy wspólnie wyrażona nadzieja i wola. Życie pokazało i pokazuje, jak różnie rozumiany był i jest ten proces. Słychać buńczuczne oceny, że drogę „postokrągłostołową” należało zradykalizować, dobić partnerów porozumień. Pozwolę sobie – za tygodnikiem „Polityka” z 12 grudnia 2005 roku – przywołać słowa ówczesnego Ministra Spraw Wewnętrznych i czołowego polityka PiS Ludwika Dorna: „Powrót do pomysłów dekomunizacyjnych teraz jest niemożliwy, bo wymagałoby to rewolucji, ale kiedyś było ją przeprowadzić bardzo łatwo… Komuniści by się ucieszyli, że darowano im życie. Całowaliby nas po rękach za to, by nie wieszać ich na latarniach, ale środowiska skupione wokół „Gazety Wyborczej” okrzyknęły nas jakobinami i dekomunizacji nie było”. Pan Dorn nie powiedział tylko, jak wiele latarń należałoby zarezerwować.
Trzeba powiedzieć wyraźnie: „ręce były za krótkie”. Tylko pokojowo dokonana i realizowana rewolucja czy, inaczej nazywając, negocjacyjna rewolucja stworzyła warunki i dawała szansę, że przemiany, a zwłaszcza głębokie, niezwykle bolesne społecznie reformy gospodarcze, zostaną przeprowadzone pomyślnie i bez wstrząsów. A nie było to takie oczywiste. We wrześniu 1989 roku – a więc już po powstaniu rządu Premiera Tadeusza Mazowieckiego – w badaniach przeprowadzonych przez Centrum Badania Opinii Społecznej na pytanie, na czym mają polegać zmiany w kraju, odpowiedzi były następujące: reforma systemu socjalistycznego – 25 procent; nowy model socjalizmu – 31 procent; rezygnacja z systemu socjalistycznego – 22 procent; trudno powiedzieć – 19 procent. Jak widać, dochodzenie społeczeństwa do opinii aprobującej kapitalizm było procesem, którego sztuczne przyspieszenie nie było możliwe. Chcę to zilustrować przykładem mnie osobiście dotyczącym. W 2000 roku w Wyd. Politeja ukazała się pod tytułem „Świat przekształcony” polska wersja pamiętników Prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a Busha (oczywiście seniora). Pisze on: „Po przybyciu do Belwederu (wizyta w Polsce odbyła się w dniach 9-11 lipca 1989 roku – WJ) to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski… mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów tak Polsce niepotrzebnych… Powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swoją decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd polityczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie, jakie posiadał Jaruzelski, stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”.
Składając Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, w wygłoszonym 11 grudnia 1990 roku orędziu, powiedziałem: „Przyszedłem do Belwederu jako człowiek polskiej lewicy. Z ciężarem jej win, ale i z poczuciem dokonań. Pełniłem ten Urząd bezstronnie, ponad podziałami. Odchodzę, z niezmiennym przeświadczeniem, że rozpoczęta przy „Okrągłym Stole” droga kompromisu, porozumienia, pojednania jest dla Polski drogą najpewniejszą. Tylko tak można chronić spokój społeczny, umacniać demokratyczny ład, poprawiać materialny byt narodu”.

SZACUNEK DLA „SOLIDARNOŚCI”

Wysoki Sądzie,
W swych książkach, w licznych publikacjach, wywiadach, wypowiedziach niezmiennie podkreślam – historyczne zasługi, doniosłą rolę „Solidarności”, Lecha Wałęsy, wielu ówczesnych działaczy. Jej demokratyczno-wolnościowe przesłanie. Szacunek dla środowisk i ludzi, którzy tym ideałom byli wierni, o nie walczyli, doznawali różnych bolesnych konsekwencji. A przede wszystkim to, że „Solidarność” była zaczynem i w ostatecznym rachunku – w warunkach międzynarodowej, w szczególności „gorbaczowowskiej” koniunktury oraz reformatorskich kroków polskich władz – czołową siłą sprawczą ustrojowych przemian w Polsce.
To ocena generalna. Jednakże z następującą uwagą: bywają święci ludzie – nie ma świętych polityków, rządów, partii, ruchów społecznych i politycznych. Odnoszę to również do „Solidarności”. Działało w niej bardzo wielu wspaniałych, ideowych ludzi – szanuję ich, a niektórych podziwiam. Ale nie była przecież dziesięciomilionowym hufcem aniołów. Cel miała perspektywicznie słuszny, ale czy „uświęcał” on wszystkie środki? Co działo się po drodze? Na jakiej w końcu 1981 roku kraj znalazł się krawędzi? Oczywiście, mówię to z równoległą świadomością zarówno historycznego balastu wad i win władzy – i jako systemu, i jako konkretnych ludzi. Jednakże adresatem oskarżeń jest obecnie tylko jedna strona. Ta, która decyzję o stanie wojennym podjęła i ją realizowała. Ale jak do tej decyzji doszło, co się do niej przyczyniło, co w ostatecznym rachunku i momencie o niej przesądziło? Pytania te wymagają odpowiedzi przed Wysokim Sądem. Polityczne i historyczne znaczenie sprawy, dominująca czarno-biała jej interpretacja, a zwłaszcza treść aktu oskarżenia, wszystko to uzasadnia – powtórzę raz jeszcze – szczegółowe przedstawienie i wyjaśnienie ówczesnych wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań oraz ocen intencji i motywacji władz.
Zacznę od kluczowego oskarżenia mnie o: „dopuszczenie się zbrodni komunistycznej, polegającej na kierowaniu zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym”. W ten sposób Prokuratura IPN:
Po pierwsze – podejmowane w warunkach ówczesnej – skomplikowanej politycznie, militarnie, społecznie, gospodarczo i w najwyższym stopniu niebezpiecznej – sytuacji moje działania i decyzje – w akcie oskarżenia na str. 2 sprowadziła – przy użyciu jako podstawy art. 258 par. 3 kodeksu karnego – do kategorii przestępstwa pospolitego, kryminalnego. Wspomnę, że według tegoż artykułu oskarżani i sądzeni byli bossowie sławetnych gangów i bandyckich mafii.
Po drugie – wyłączyła, a inaczej mówiąc, „wypreparowała” mnie, ówczesnego Premiera i Przewodniczącego Komitetu Obrony Kraju oraz innych oskarżonych z kontekstu naszego kierowniczego usytuowania i działania w konstytucyjnych oraz innych oficjalnych instytucjach i organach państwa. Wystarczy przeczytać protokoły z posiedzeń Sejmu; Prezydium Sejmu; Rady Ministrów; Prezydium Rady Ministrów; Komitetu Obrony Kraju; plenów KC PZPR; Biura Politycznego KC; Rady Wojskowej MON, ażeby dostrzec – jak szczegółowo, kolektywnie, w wielogodzinnych dyskusjach oceniana była sytuacja. Będące przedmiotem obecnej rozprawy decyzje i działania były logicznym następstwem tych ocen oraz wynikających z nich wniosków, sugestii i postanowień. Potwierdza to odnośna dokumentacja z drugiej połowy 1980 i całego 1981 roku, w szczególności Uchwały Sejmu, w tym ostatnia z 31 października oraz Oświadczenie Prezydium Sejmu z 18 listopada 1981 roku, czy też protokoły z posiedzeń VI Plenum KC PZPR z 28 listopada, Biura Politycznego z 5 grudnia oraz Rady Ministrów z 7 i 13 grudnia 1981 roku. Jeśli więc Prokuratura zbudowała akt oskarżenia na założeniu istnienia „zorganizowanego związku przestępczego o charakterze zbrojnym” to jednocześnie powinna zauważyć, iż był on faktycznie upełnomocniony przez oficjalne organy państwa oraz wyposażony w zaufanie i poparcie znacznej części społeczeństwa. Nie był więc „generalskim widzimisię”, nie był politycznie samotną, samozwańczą, woluntarystycznie działającą grupą. Zresztą Konstytucja nie zawiera zakazu ograniczającego tworzenie przez Kierownictwo Państwa doraźnych, kompetentnych zespołów. Pan Prokurator w czasie rozprawy w dniu
12 ub.m. powiedział, iż po wprowadzeniu stanu wojennego o wszystkim decydowały cztery osoby. A przecież właśnie wtedy rozpoczął działalność tzw. Dyrektoriat, w skład którego wraz z owymi „czterema” wchodziło jeszcze kilka innych osób ze ścisłego kierownictwa partii i rządu. „Dyrektoriat” ten – oczywiście pod moim kierownictwem – funkcjonował do czerwca 1982 roku. Rad jestem, iż Prokuratura nie uznała go za kolejny „związek przestępczy”. W tym miejscu dodam, iż w realiach każdego – również demokratycznego – państwa powstają sytuacje, wymagające operatywnego dokonywania ocen oraz wynikających z nich decyzji i działań. Te zaś – ze względów praktycznych – niejednokrotnie powodują celowość i konieczność roboczych kontaktów, koordynacji i ustaleń, dokonywanych w grupach kompetentnych osób, reagujących na konkretną sytuację, oczywiście w ramach generalnych ocen i wskazań konstytucyjnych organów władzy. Te zaś – następnie zatwierdzają, oficjalizują podjęte w szczególnym trybie decyzje i działania. Tak działo się i tym razem.
Po trzecie – w Uzasadnieniu do postanowienia, o przedstawieniu mi zarzutów, z 4 kwietnia 2006 roku Prokuratura IPN stwierdza, że: „cechami związku mającego na celu popełnienie przestępstw w rozumieniu art. 258 par. 1 kk są, jak powszechnie się przyjmuje, trwałe formy organizacyjne… które należy traktować jako zobowiązanie do wypełnienia poleceń z określonymi konsekwencjami odmowy w tym zakresie”. Formuła o „trwałych formach organizacyjnych” rzekomego „związku” jest wielkim nieporozumieniem. Świadczy o nieznajomości funkcjonowania organów państwa, a w szczególności Sił Zbrojnych – zasad podległości, współpracy, wykonawstwa. Dalej Uzasadnienie głosi, że „…w działalności przestępczej owa grupa używa broni lub zakłada jej użycie w przyszłości i w tym celu broń posiada i ją gromadzi”. To ostatnie Prokuratura odnosi – jak sądzę – nie do osób siedzących na tej ławie, bowiem „posiadanym przez nich uzbrojeniem” – i to chyba nie wszystkich – była jedynie broń osobista – pistolet, ja zaś z czasów frontowych „zgromadziłem” ponadto szablę. Natomiast Wojsko Polskie oraz inne formacje zbrojne istotnie broń posiadały. Miały one też stosowne formy organizacyjne. Ich podległość jednoznacznie określały ustawy, przepisy, regulaminy. W tych ramach obowiązywało wykonywanie rozkazów i poleceń. Z oskarżenia wynika, iż w swoim zamyśle – intencjonalnie, potencjalnie, było to w realiach owej sytuacji coś zdrożnego, zbrodniczego. Nieporozumienie – jak nazwę to bardzo oględnie – polega na tym, że:
• Siły Zbrojne zgodnie z art. 10 ówcześnie obowiązującej Konstytucji: „stoją na straży bezpieczeństwa i pokoju Narodu Polskiego”. Szeroko rozumiane bezpieczeństwo – co uzasadnię dalej – było zagrożone. Przypomnę, iż na posiedzeniu Sejmu 25 stycznia 1982 roku m.in. powiedziałem: „Siły Zbrojne nie mogły pozostać bezczynne, gdy zaistniała najwyższa potrzeba. Był to ich wobec ojczystej ziemi niezbywalny obowiązek. W tę ziemię wsiąkała żołnierska krew. I wsiąkał w nią przez lata żołnierski pot. Daje to Siłom Zbrojnym w spełnieniu tego obowiązku również moc moralnego prawa”;

ODDOLNY NACISK

• W procesie przygotowań i realizacji stanu wojennego nie było problemu z wykonywaniem poleceń, a wręcz przeciwnie, wzmagał się oddolny nacisk i oczekiwanie na podjęcie decyzji, mającej zapobiec katastrofie. Jest to udokumentowane. Zostało też potwierdzone przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej przez kompetentnych świadków. Dla pełnej jasności dodam, iż pkt 52 ówczesnego Regulaminu Służby Wewnętrznej Sił Zbrojnych mówi: „W wyjątkowych wypadkach podwładny może prosić o rozkaz na piśmie. Przełożony ma takiej prośbie zadośćuczynić. Zwłaszcza gdy chodzi o czynności odpowiedzialne, albo wykonywane w specyficznych warunkach, w sposób odmienny od ogólnie przyjętych”. Nie są mi znane fakty, aby z tego regulaminowego uprawnienia korzystano, ażeby doszło do jakiejś formy niesubordynacji czy sprzeciwu wobec zadań realizowanych w warunkach stanu wojennego.
• Z aktu oskarżenia – w ślad za uzasadnieniem postawienia zarzutów – wynika, iż ów „zorganizowany związek posiadał i gromadził broń”, zakładając jej przestępcze użycie. Tu przypomnę słowa z orędzia, które wygłosiłem rano 13 grudnia 1981 roku: „Niechaj w tym umęczonym kraju, który zaznał już tylu klęsk, tylu cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi”. Nie był to po prostu zwrot retoryczny. To było nadrzędne myślenie – zapobiec tragedii! Dlatego też ewentualne użycie broni przez żołnierzy było w sposób wyjątkowo szczelny – powiedziałbym wręcz skrajnie asekuracyjny – obwarowane. Zgodnie z Dekretem Rady Państwa o stanie wojennym oraz instrukcją wykonawczą Sztabu Generalnego, broń mogła być użyta na wniosek Dowódcy Okręgu Wojskowego lub Dowódcy Rodzaju Sił Zbrojnych i jedynie za zgodą Przewodniczącego Komitetu Obrony Kraju, Premiera, a więc na moim – najwyższym, decyzyjnym szczeblu. Nigdy żaden tego rodzaju wniosek do mnie nie wpłynął. Nigdy broń – oczywiście nie licząc strzelnic i poligonów – nie została użyta.

CIĘŻAR LUDZKIEJ TRAGEDII

Z kolei w milicji funkcjonowały właściwe dla niej ustalenia. W związku z tragedią w kopalni Wujek zajmował się nimi przez lata Sąd Okręgowy w Katowicach, a także w Warszawie. Zeznawałem jako świadek. Obecny proces pozwala spojrzeć w szerszej, ogólnokrajowej perspektywie. Ciężkie schorzenia gen. Czesława Kiszczaka nie dają mu możliwości uczestniczenia w tym procesie. Wiem jednak, że podejmował on decyzje i działania z intencją, aby do ofiar nie doszło. Mimo to – od momentu wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku do jego zniesienia 22 lipca 1983 roku – śmiertelne ofiary zaistniały. Dotyczy to w szczególności kopalni Wujek, gdzie zginęło 9 górników, oraz w czasie zajść ulicznych: 3 osoby w Lubinie, jedna w Krakowie, jedna w Gdańsku, jedna we Wrocławiu. Ponadto jeden milicjant w Warszawie. Nie chcę, ażeby zostało to odczytane jak sucha formuła statystyczna. Każda krzywda i cierpienie ma swoje imię. Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią. Każda nosi znamię konkretnych okoliczności, podlega stosownej do tego ocenie i osądowi. Każda zostawia w rodzinnej, ale także społecznej pamięci ból i bliznę. Jednakże sprzeczne z tym w pełni uzasadnionym odczuwaniem jest rzucanie niezweryfikowanymi liczbami – raz 80, raz 100, a nawet 120 ofiar. Śledztwa prowadzone również w ostatnich kilkunastu latach, nie dają podstaw do takich ocen, a zwłaszcza do epatowania nimi opinii publicznej. Nie chcę, ażeby te słowa zostały odczytane jako dystansowanie się od tematu, relatywizacja zbrodni. Otóż nie – zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki, różne przestępstwa, niegodziwości, nadużycia władzy, o jakich dowiaduję się po latach, nie dają mi prawa, nie pozwalają negować, wykluczać ich sprawstwa przez ludzi z aparatu państwa. Mam świadomość własnego moralnego ciężaru tej konstatacji. Z drugiej jednak strony nie można godzić się na przypisywanie im każdej ofiary, każdego niewyjaśnionego, nieudowodnionego przypadku zbrodni, z domniemaniem politycznego kontekstu i tła. W tak bolesnej materii wszelkie uogólnienia, ich propagandowa eksploatacja, są politycznym i moralnym nadużyciem. Wyrażam nadzieję, iż obecny proces pozwoli spojrzeć na ten trudny problem w sposób wyważony i obiektywny.
Po czwarte – w akcie oskarżenia wymienione są osoby „wchodzące w skład zorganizowanego związku przestępczego o charakterze zbrojnym”, ale z enigmatycznym uzupełnieniem – „i inni”. O jakich „innych” chodzi? Oskarżonych określa się jako „funkcjonariuszy państwa komunistycznego”. Zgodnie z art. 2 par. 2 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej z dnia 18 grudnia 1998 roku, każdy – kto w latach 1944-1989 był „funkcjonariuszem publicznym… w szczególności funkcjonariuszem państwowym”, był tym samym „funkcjonariuszem państwa komunistycznego”. Paradoksalnie dotyczy to więc również Tadeusza Mazowieckiego oraz jego rządu. W sumie obejmuje to wszystkie osoby pozostające organizacyjnie, etatowo w administracyjnych strukturach ówczesnego państwa, w tym żołnierzy służby czynnej. Przypomnę, iż służba czynna (str. 133 aktu oskarżenia) oznacza zarówno służbę zawodową, jak i zasadniczą. Przyjmując więc w tej części akt oskarżenia na serio, należałoby uznać wiele milionów Polaków, którzy w latach 1944-1989 odbywali zasadniczą służbę wojskową, za „funkcjonariuszy państwa komunistycznego”. Ale wracając tylko do lat 1980-1982, to również wiele, bardzo wiele tysięcy osób cywilnych i wojskowych. Są wśród nich liczni uczestniczący – bezpośrednio lub pośrednio, w różnym zakresie i formie – w przygotowaniach, a zwłaszcza w realizacji stanu wojennego. Czy oni wszyscy nie stają się w ten sposób oskarżonymi o udział w „komunistycznej zbrodni”? A inni – chociaż niezaangażowani, ale pozostający w owych latach w służbie publicznej, także w Wojsku, czy nie stają się również oskarżonymi o „godzenie się na tę zbrodnię”? Do tego w istocie rzeczy prowadzi rozciągliwa formuła oskarżenia, jaką zastosowała Prokuratura IPN. Otwiera ona bowiem szerokie pole do interpretacji owego udziału.

ZAUFANIE DO WOJSKA

Przypomnę, że wówczas ponad 50 procent żołnierzy służby zasadniczej przed wcieleniem do Wojska należało do „Solidarności”. Jej członkami były ich rodziny, osoby bliskie, przyjaciele. Co więcej, nawet w Rezerwowych Oddziałach Milicji Obywatelskiej (tzw. ROMO) znaleźli się bardzo liczni jej członkowie. W szczególnie krzywdzącym, wręcz obraźliwym świetle akt oskarżenia stawia wszystkich, szeroko rozumianych funkcjonariuszy publicznych, w tym kadrę wojskową, żołnierzy zawodowych – od podoficera do generała. Obiektywnie rzecz biorąc, sytuuje ich w ten sposób symbolicznie, moralnie na tej ławie. Bo przecież nie byli oni – ani bezmyślną, bezwolną masą, ani zbiorowiskiem oportunistów i koniunkturalistów. Dobrowolnie – i przed, i w czasie stanu wojennego, i przez lata 80. i 90., a także później – pozostawali w szeregach Sił Zbrojnych i spełniali sumiennie swe obowiązki. Wojsko Polskie w różnych jego historycznych wcieleniach zawsze było i jest mi serdecznie bliskie. Dlatego też biorąc odpowiedzialność na siebie, bronię jednocześnie dobrego imienia żołnierzy, prawa do szacunku i społecznego uznania. Jest przy tym wysoce znamienne, iż we wszystkich sondażach opinii społecznej z lat 80. zaufanie do Wojska Polskiego wynosiło zawsze ponad 70 procent. Przy tym, jak wynika z badań opinii, znacząca część społeczeństwa nadal uznaje wprowadzenie stanu wojennego za uzasadnione. Na tym tle „skrzydlate”, pseudonaukowe określenia w rodzaju „wojna polsko-jaruzelska” czy „wojna z narodem” trudno traktować poważnie. Ale jednocześnie trzeba poważnie, gdyż stawiają w ten sposób miliony Polaków po drugiej – jak gdyby „niepolskiej”, „niepatriotycznej” stronie. Mieści się to w swoistej uzurpacji wypowiadania się za cały naród, w filozofii monopolu na patriotyzm. Udzielenia koncesji, przepustek do patriotyzmu i strącania do piekła posądzeń i potępień oceniających – i wtedy, i obecnie – ów historyczny czas inaczej.
Po piąte – w wielu publikacjach i wypowiedziach, zarówno „dyżurnych” telewizyjnych historyków, jak też niektórych polityków – w razie potrzeby przykładami służę – uporczywie funkcjonowało oskarżanie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego o decyzyjną zbrodniczość i bezprawną nadrzędność wobec instytucji i organów państwa. W tym kontekście padały i padają nieraz mocne słowa o konieczności degradacji jej członków do stopnia szeregowego, a nawet pozbawienia ich wojskowych emerytur – od Jaruzelskiego do Hermaszewskiego. Ustalenia sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, a także moje oraz innych osób udokumentowane wyjaśnienia rzeczywistej roli WRON były odrzucane lub też przechodziły bez echa. Zaskakujący zwrot przynosi akt oskarżenia. Na str. 77-78 znajdują się jednoznaczne stwierdzenia, iż to kolegialne ciało nie miało charakteru decyzyjnego. Rada nie mogła podejmować działań mających jakikolwiek wpływ na organy administracji państwowej, od szczebla centralnego poczynając. Jej członkom zalecano jedynie podejmowanie określonych zadań, głównie o charakterze propagandowym. Ja do tego dodam, że zarówno przed, jak i po wprowadzeniu stanu wojennego funkcjonowały nieprzerwanie, w ramach swych ustawowych uprawnień, wszystkie konstytucyjne organy państwa, będącego pełnoprawnym podmiotem prawa międzynarodowego, uznawanym przez wszystkie państwa świata, aktywnym na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, przodującym w realizacji pokojowych misji na różnych kontynentach. Sekretarz Generalny ONZ, Javier Pérez de Cuéllar – składając w dniach 18-21 lutego 1984 roku wizytę w Polsce – oficjalnie podziękował za wkład i rolę Wojska Polskiego w tych misjach.

WRON – DEMONICZNY OBRAZ

Mógłbym – z poczuciem uzyskanej satysfakcji – na tym poprzestać. Ale przecież ów zamęt wokół tego, kto decydował i kierował w okresie stanu wojennego, w znacznej mierze rodził się wśród znanych, w tym aktywnych medialnie przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej, którego – używając pewnej przenośni – „zbrojne ramię” stanowi Prokuratura. IPN dysponował przez lata bogatą archiwalną materią, w tym z prac sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, a zwłaszcza nietrudno przecież dostępnymi, szczegółowymi protokołami z jej posiedzeń, jak również – składanymi aż do znudzenia – oświadczeniami i relacjami wielu uczestników wydarzeń, m.in. takimi, iż pierwsze posiedzenie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego rozpoczęło się dopiero 14 grudnia o godz. 16.00. Mimo to – na szeroką, propagandowo-edukacyjną skalę – przypisywano Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego złowrogie, omnipotentne właściwości. Czynili to uczeni i „przyuczeni” z IPN, a wraz z nimi wielu, nawet czołowych polityków. W mediach temat ten wracał regularnie. Akt oskarżenia – to faktycznie dezawuuje. Wręcz ośmiesza. Co obecnie powiedzą wszyscy ci, którzy w pogoni za tzw. autorami stanu wojennego zabrnęli w ślepy zaułek? Świadczy to albo o ignorancji, albo o złej woli.

Wysoki Sądzie,
Pozwoliłem sobie na powyższą dygresję, aby na jej tle wskazać, że:
• tak jak przez lata całe instrumentalnie był kreowany przestępczy obraz WRON – ów demoniczny, propagandowo poręczny skrót;
• tak obecnie akt oskarżenia – nie dostarczając dowodu na istnienie „zorganizowanego związku przestępczego” – kreuje jego całkowicie sztuczną konstrukcję. Można mniemać, iż stała się ona wariantem zastępczym wobec chybionych zarzutów pod adresem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.
Reasumując: wszystkie przedstawione wyżej kwestie wskazują brak logiki, spójności i konsekwencji w całej gęstwinie oskarżeń, jakich jesteśmy obiektem.
Oskarżony też jestem (akt oskarżenia str. 3) o przestępstwo z art. 18 kk par. 2 w zw. z art. 231 par. 1 kk, tj. że: „chcąc, aby członkowie Rady Państwa podjęli działania na szkodę interesu publicznego i prywatnego, nakłaniał ich do przekroczenia przysługujących im uprawnień…” Na str. 135 i 142 Prokuratura używa formuły bardziej drastycznej, a mianowicie, iż „podżegałem…”. To oskarżenie bezpodstawne. Najpierw jednak uwaga formalna. Ani ich nie „nakłaniałem”, ani nie „podżegałem”. Nie zwracałem się indywidualnie do członków Rady. Zwróciłem się na piśmie do jej Przewodniczącego. Zarządził on posiedzenie, na którym Rada Państwa podjęła odnośną decyzję. Najistotniejsze jednak jest to, że Przewodniczący, jego Zastępcy oraz Członkowie Rady Państwa w zdecydowanej większości mieli świadomość, iż wprowadzenie stanu wojennego staje się wyższą koniecznością. Przy tym nie było to dla nich zaskoczeniem. Przecież znali treść uchwały Sejmu z 31 października 1981 roku, jak też projekt ustawy o specjalnych uprawnieniach dla rządu na okres zimowy.
8 grudnia 1981 roku odbyłem długą rozmowę z prof. Henrykiem Jabłońskim. Zapytałem, czy – jeśli dojdzie do ostateczności – członkowie Rady gotowi będą podjąć stosowną decyzję. Odpowiedział, iż według jego wiedzy – widzą oni i rozumieją konieczność rozwiązań nadzwyczajnych. Prosiłem, ażeby jeszcze upewnił się, uzyskał potwierdzenie.
12 grudnia ok. godz. 14.00 w rozmowie telefonicznej poinformowałem go, że w imieniu Rady Ministrów skieruję dziś do Rady Państwa wniosek o wprowadzenie stanu wojennego. Przyjął to nie tylko ze zrozumieniem, ale z pełną aprobatą. Zaznaczył przy tym, iż w dodatkowym sondażu upewnił się, że zdecydowana większość członków Rady Państwa myśli podobnie. Natomiast o stronie prawnej informuje go na bieżąco Szef Kancelarii Rady Państwa, doświadczony prawnik Henryk Boratyński. Dodam, iż w akcie oskarżenia na str. 47 znajduje się informacja, iż projekt dekretu uzgodniony był w sierpniu 1981 roku z Ministerstwem Sprawiedliwości.
Przewodniczący oraz członkowie Rady Państwa składali zeznania przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej Sejmu w dniach 4 i 25 listopada 1992 oraz 12 stycznia 1993 roku. Poza Ryszardem Reiffem – nikt nie uważał, iż był nakłaniany czy „podżegany”. Potwierdzili i uzasadnili swoje zrozumienie dla konieczności wprowadzenia stanu wojennego, w drodze odpowiedniej uchwały i dekretów, chociaż nadzwyczajny charakter sytuacji spowodował, iż w tym momencie nie mogli szczegółowo przestudiować ich treści. Prof. Jan Szczepański tym właśnie wyjaśniał swoje wstrzymanie się od głosu. 12 stycznia 1993 roku, zeznając przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej, podkreślił jednak, że nie był to wyraz sprzeciwu. Jednocześnie stwierdził: „”Solidarność” zmierzała nie do tego, ażeby zreformować ustrój socjalistyczny, ale ażeby go obalić. Z drugiej strony aktyw partyjny nie był skłonny do szybkiego i spokojnego oddania władzy”. Ponadto, mówiąc o postępującym rozkładzie gospodarki, poinformował: „Zawarto wtedy około 700 porozumień. Gdybyśmy chcieli zrealizować wszystkie żądania i warunki, które zostały spisane w poszczególnych porozumieniach, to dwukrotnie przekraczałyby one cały dochód narodowy kraju”.
Ryszard Reiff wyraził i uzasadnił swój sprzeciw. Wkrótce jednak – bo listem skierowanym do mnie 24 grudnia 1981 roku – faktycznie zdezawuował swe stanowisko, m.in. pisząc: „Ogarniam coraz lepiej ogrom zadań, które Pan Generał w imię najwyższego poczucia odpowiedzialności za los narodu i państwa wziął na swe barki. Na tym tle uświadamiam sobie również chybioną treść, której poświęciłem swe wywody w czasie jedynej rozmowy, jaką miałem zaszczyt odbyć z Panem Generałem… Sprawa ocalenia Polski – to brzemię nadludzkie. Trzeba jeszcze ogromnej siły i odporności, by doprowadzić do sytuacji, która przyniesie wytchnienie Pana sercu, a Ojczyźnie stabilizację i nowe perspektywy rozwojowe”… i dalej w tym poetyckim duchu. Najistotniejsze jednak były słowa: „Sprawa ocalenia Polski”. Trafiają one w sedno. Pan Ryszard Reiff – na różnych etapach swego życia, a zwłaszcza w czasie wojny – dał dowody siły charakteru i odwagi. Byłoby więc krzywdzące posądzenie, iż ów list został spowodowany tchórzliwością czy koniunkturalizmem. Tym bardziej więc razi późniejsza – od lat 90. poczynając, a na zeznaniach złożonych przed Prokuratorem IPN kończąc – skrajnie odmienna wersja jego poglądów i ocen. Ale to już zjawisko szersze – im dalej od stanu wojennego, tym bardziej jego ocena jest wyostrzana, kryminalizowana, a ocena przyczyn jego wprowadzenia coraz bardziej upraszczana, zawężana lub w ogóle przemilczana.

PRAWO STANU WOJENNEGO

Wysoki Sądzie,
Zgodnie z art. 33 ust. 2 Konstytucji, Rada Państwa do wprowadzenia stanu wojennego takie prawo miała i swą uchwałą tego dokonała. Tego prawa nie miał nawet Sejm – a tylko ona. Natomiast istotnie miał miejsce delikt, uchybienie konstytucyjne, polegające na tym, że w czasie trwania sesji Sejmu zostały uchwalone dekrety wykonawcze.
Prokuratura pochyla się z troską nad Konstytucją PRL, zwłaszcza nad przestrzeganiem jej proceduralnych aspektów. Dlatego też pozwolę sobie przypomnieć, iż zgodnie z art. 41 tej Konstytucji pkt 7: „Rada Ministrów zapewnia ochronę porządku publicznego, interesów państwa i praw obywateli”. Akt oskarżenia działania władzy, mające na celu wywiązanie się z konstytucyjnych obowiązków, traktuje jako popełnienie przestępstwa. Tak bowiem ocenia podejmowane w tym kierunku przygotowania i działania.
Akt oskarżenia na str. 142 stwierdza: „W omawianej sprawie znaczenie ma to, że wszystkie działania, składające się zarówno na opracowanie projektów aktów normatywnych, planów i harmonogramów działań różnych organów władzy, administracji państwowej oraz szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości były zamierzone, co więcej miały konkretny cel – pozbawienie obywateli PRL przysługujących im praw konstytucyjnych”. Według mojej wiedzy, wszelkie stany nadzwyczajne, wprowadzane w najbardziej nawet demokratycznych państwach świata, pociągają za sobą mniejsze bądź większe ograniczenia w zakresie realizacji konstytucyjnych praw obywatelskich bądź nawet zniesienie niektórych spośród nich. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać art. 233 obecnie obowiązującej Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 roku.
Artykuł 30 ust. 3 Konstytucji stanowi, że „Rada Państwa czuwa nad zgodnością prawa z Konstytucją”. A więc Konstytucja daje jej prawo do oceny – co jest z nią zgodne, a co nie. Sądzę, że dotyczy to zwłaszcza sytuacji nadzwyczajnych. Wreszcie w tymże artykule znajduje się stwierdzenie, iż: „Sejm… sprawuje kontrolę nad działalnością innych organów władzy i administracji państwowej”. Jak wiadomo, w ramach swej funkcji kontrolnej Sejm nie zakwestionował decyzji Rady Państwa, a wręcz przeciwnie, je usankcjonował. Wreszcie – czy Rada Państwa podejmując uchwałę o wprowadzeniu stanu wojennego, miała dla przyjęcia dokumentów wykonawczych zwołać posiedzenie Sejmu, prowadzić obrady, ze wszystkimi tego – rozlewającymi się na zewnątrz – burzliwymi, konfrontacyjnymi konsekwencjami? Jednym słowem w sytuacji nie do opanowania, grożącej chaosem i wieloma ofiarami. Najistotniejsze, iż było to działanie w warunkach wyższej konieczności potwierdzonej przez Sejm 25 stycznia 1982 roku. W tym miejscu rodzi się pytanie – czy może być uznane za przestępstwo to, co zostało zaaprobowane i przypieczętowane mocą ustawy, przez najwyższe władze w państwie?!
Traktowanie przez Prokuraturę Przewodniczącego, jego Zastępców oraz Członków Rady Państwa jak ślepe, lękliwe narzędzie, podejmujące decyzje w rezultacie „nakłaniania i podżegania” – jest co najmniej niestosowne. To byli patrioci, poważni, doświadczeni życiowo ludzie. Poświadczali to swoimi życiorysami. Henryk Jabłoński – uczony, historyk. W czasie wojny uczestnik bitwy o Narwik. Później w ruchu oporu we Francji. Większość pozostałych to również kombatanci walki zbrojnej – od września 1939 roku, poprzez różne nurty działalności podziemnej i partyzanckiej. Pozostali to też osoby rozważne, mające poczucie odpowiedzialności za stabilność i bezpieczeństwo państwa. Oskarżając mnie o „nakłanianie i podżeganie”, Prokuratura nie tylko mija się z rzeczywistością, ale również – w istocie rzeczy – poniża godność i dobre imię członków Rady Państwa – ich trzeźwość myślenia oraz zrozumienie dla rozwiązań uzasadnionych racją stanu, wyższą koniecznością. Tym bardziej że prawie wszyscy nie żyją, a jako nieboszczycy bronić się nie mogą.

Wysoki Sądzie,
Istotę racji stanu określa interes narodu, urzeczywistniany nie w abstrakcji, ale w konkretnym czasie historycznym, w realiach międzynarodowych, w warunkach ustrojowych, demograficznych, gospodarczych i terytorialnych istniejącego państwa. Nawet jeśli to państwo poprzez ograniczoną suwerenność i niedemokratyczny charakter jest ułomne, to jego szeroko rozumiane bezpieczeństwo stanowi wartość, którą władze powinny zapewnić. „Założenia polskiej polityki bezpieczeństwa”, przyjęte przez Komitet Obrony Kraju i podpisane przez Prezydenta RP Lecha Wałęsę 2 listopada 1992 roku, mówią: „Współczesna treść pojęcia bezpieczeństwa państwa obejmuje zarówno kwestie polityczne i militarne, jak też aspekty gospodarcze, społeczne, ekologiczne i etniczne”. Niewątpliwie można to uznać za uniwersalną, ponadczasową wykładnię. Stąd też Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej Sejmu w swym sprawozdaniu z 28 maja 1996 roku uznała, iż „W 1981 roku większość tych czynników bezpieczeństwa państwa była w istotny sposób zagrożona”. Prokuratura IPN, „obchodząc” stanowisko Sejmu, posiłkuje się pojęciem „zbrodnia komunistyczna”, a w aktach sprawy, przede wszystkim zaś w akcie oskarżenia, pomija, przemilcza wiele kluczowych faktów, kwestii, okoliczności. Z kolei szereg innych interpretuje wyłącznie na niekorzyść oskarżonych.
Akt oskarżenia pełen jest stwierdzeń osądzających decyzje i działania władz realizowane wobec zagrożeń bezpieczeństwa państwa, w tym w obronie jego konstytucyjnych podstaw, tj. Konstytucji PRL. Jednocześnie tzw. „zorganizowany związek przestępczy” oraz członkowie Rady Państwa oskarżeni są o naruszenie tejże Konstytucji. Jak na tym tle rozumieć stwierdzenie na str. 47: „Przyjęty zakres przedmiotowy dekretu wykraczał poza granice prawotwórczych uprawnień Rady Państwa. Stwarzał jednak dostateczną podstawę prawną praworządnego działania związanego z określeniem i stosowaniem skutków wprowadzenia stanu wojennego”. Okazuje się więc, iż dekret powstał „niepraworządnie”, ale działanie na jego podstawie było praworządne.

Wysoki Sądzie,
Z autorytatywnych źródeł pochodzą oceny, iż w 1981 roku miała miejsce – co prawda pokojowa – ale w istocie insurekcja, powstanie narodowe, samoograniczająca się rewolucja. Jarosław Kaczyński w książce „Czas na zmiany” mówi: „„Solidarność” była niczym innym, jak zinstytucjonalizowanym w związek zawodowy buntem społecznym”. Z kolei prof. Andrzej Paczkowski, występujący jako ekspert, przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej 24 października oraz 20 grudnia 1995 roku podzielił pogląd, że „sytuacja była zanarchizowaniem kraju”, jednakże był to „anarchizm pokojowy”. A w swej książce pt.: „Pół wieku dziejów Polski 1939-1989” pisze: „Spirala delegitymizacji władzy rozkręcała się”.

WARTOŚĆ DOBRA POŚWIĘCONEGO

No cóż: insurekcja, powstanie, samoograniczająca się rewolucja, bunt społeczny, anarchizm czy spirala delegitymizacji władzy – nawet zakładając najlepsze, w dzisiejszym rozumieniu, ich intencje – trudno uznać za pozostające w zgodzie z obowiązującą Konstytucją, już nie mówiąc o realnym niebezpieczeństwie przerodzenia się w konfrontacyjny finał. Czy władze widząc – co prawda z drugiej strony, ale podobnie – ową sytuację, a zwłaszcza znając mnóstwo potwierdzających ją faktów, nie miały podstaw do odpowiednich przygotowań i przeciwdziałań? W tym kontekście nie będzie chyba odejściem od tematu, jeśli posłużę się przykładem ilustrującym, iż oskarżenie o „niekonstytucyjność” decyzji władz ma różne historyczno-polityczne precedensy i tym samym stanowi jakieś ich pokłosie. Jeden z czołowych działaczy ówczesnej „Solidarności” Pan Jan Rulewski, już jako poseł – 1 lutego 1992 roku z trybuny sejmowej oświadczył: „…WRON pierwszym aktem naruszyła bądź podważyła fundamentalną zasadę Konstytucji o przewodniej roli partii. W tym czasie Konstytucja jeszcze przyznawała kierowniczą rolę w państwie partii. Tymczasem właśnie WRON zawiesiła całkowicie działalność nie tylko naczelnych organów partii, ale również ich transmisji w postaci tygodników i dzienników”. Można pominąć oczywiste niedorzeczności, ale jak rozumieć osobliwe współistnienie oskarżenia o uchybienie literze Konstytucji i jednocześnie piętnowanie tzw. autorów stanu wojennego, za to – że bronili stabilności oraz bezpieczeństwa państwa, funkcjonującego na mocy tejże Konstytucji. Trzeba powiedzieć otwarcie: jednej stronie chodziło o obalenie istniejącego systemu i zdobycie władzy, drugiej o jej obronę oraz bezpieczeństwo realnego państwa – Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jeśli więc ówczesna Konstytucja jest osią oskarżenia „zorganizowanego związku przestępczego”, to według elementarnej logiki zarzut jej naruszenia należałoby odwrócić.

Wysoki Sądzie,
Sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej
28 maja 1996 roku obszerne, merytoryczne Sprawozdanie uchwaliła i 3 czerwca tegoż roku skierowała je do Prezydium Sejmu. Oto kluczowy fragment: „…Porównanie wartości dobra poświęconego wskutek takiego trybu wprowadzenia stanu wojennego, jaki miał miejsce w dniach 12 i 13 grudnia 1981 roku, z wartością dobra ratowanego może mieć tylko charakter hipotetyczny… Jest jednak uprawnione przyjęcie poglądu, że konfrontacja wewnętrzna lub interwencja zewnętrzna spowodowałaby wielkie ofiary w ludziach. Wprowadzone ponadto musiałyby być jeszcze większe zaostrzenia prawa i ograniczenia wolności osobistej obywateli niż te, jakie miały miejsce w związku z wprowadzeniem stanu wojennego. Niedopuszczenie więc do urzeczywistnienia się niebezpieczeństwa grożącego wówczas Polsce było próbą ratowania dobra nieporównywalnie większego. Jeśli do tego dodać lawinowe pogarszanie się sytuacji gospodarczej i związane z tym zagrożenie elementarnych warunków bytu obywateli, to powstrzymanie tego procesu przy użyciu środków nadzwyczajnych również staje się bardziej zrozumiałe. Przede wszystkim jednak nie ulega wątpliwości, że dopuszczenie do obcej interwencji zbrojnej lub do wybuchu starć wewnętrznych pociągnęłoby za sobą znacznie większe represje i cierpienia obywateli, niż to miało miejsce wskutek wprowadzenia stanu wojennego. Potwierdzają to również i współczesne doświadczenia różnych regionów świata objętych walkami wewnętrznymi lub obcą interwencją. Ale dobrem ratowanym była również wartość najwyższa, jaką jest wolność narodu i państwa. Nawet jeżeli ta wolność i suwerenność były ograniczone.

WARTOŚĆ WIĘKSZEGO DOBRA

Destabilizacja w Polsce mogła wpłynąć wysoce negatywnie na sytuację w Europie Środkowej i Wschodniej. Mogła wręcz odwrócić bieg historii i w skrajnym przypadku stać się przyczyną konfliktu ogólnoświatowego. Mogła uniemożliwić, a w każdym razie opóźnić procesy demokratyzacji i zasadniczych przemian, jakie zaszły w naszym państwie oraz w całym regionie. Tak przeprowadzona analiza wskazuje wyraźnie na to, że wartość dobra ratowanego była nieporównywalnie większa od wartości dobra poświęcanego”.
Powyższe stanowisko Komisji przyjął i zaaprobował Sejm Rzeczypospolitej Polskiej i Uchwałą z 23 października 1996 roku sprawę umorzył:
• po pierwsze – uznając, iż wprowadzenie stanu wojennego Uchwałą Rady Państwa miało za podstawę art. 33 ust. 2. Konstytucji, tj. „wzgląd na obronność, lub bezpieczeństwo państwa”;
• po drugie – z uwagi na nadzwyczajne okoliczności, w jakich nastąpiło podjęcie owej decyzji. Tu przywołam opinię I Prezesa Sądu Najwyższego prof. Lecha Gardockiego. W piśmie z 1 lutego 1996 r. skierowanym do Przewodniczącego Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, nawiązując do art. 3 par. 3 kpk, stwierdza: „Dla przypisania obwinionemu deliktu konstytucyjnego trzeba przede wszystkim udowodnić, że zdefiniowana w art. 33 ust. 2 sytuacja faktyczna nie istniała. Jeśli udowodnienie tego nie jest możliwe, nie można stawiać osoby objętej wnioskiem w stan oskarżenia, ani tym bardziej przypisywać jej winy. W razie istnienia wątpliwości co do faktów, ale tylko takich, których nie daje się usunąć, trzeba je tłumaczyć na korzyść oskarżonego”;
• po trzecie – z uwagi na dokonane procedury prawne, a następnie decyzje Sejmu. Otóż 13 stycznia 1982 roku – na wspólnym posiedzeniu Komisji Spraw Wewnętrznych i Wymiaru Sprawiedliwości oraz Prac Ustawodawczych, któremu przewodniczył poseł z ramienia ZSL Zygmunt Surowiec – rozpatrywano przedstawiony przez Radę Państwa projekt Ustawy, zatwierdzającej dekrety z 12 grudnia 1981 roku. Projekt referował Zastępca Przewodniczącego Rady Państwa prof. Kazimierz Secomski – wybitny, bezpartyjny działacz państwowy (przy okazji dodam, iż jako oficer rezerwy uczestniczył w walkach we wrześniu
1939 roku). W zaprotokołowanej na 19 stronach dyskusji wzięło udział 11 prawników, w tym tak znani jak: Włodzimierz Berutowicz, Alfons Klafkowski, Adam Łopatka, Witold Zakrzewski, Sylwester Zawadzki. W posiedzeniu m.in. uczestniczyła poseł Hanna Suchocka – co jest potwierdzone jej podpisem na liście obecności. Uznano, iż uchwalenie dekretów w trakcie sesji Sejmu było usprawiedliwione zaistniałą sytuacją. Projekt ustawy został przez obie Komisje zaaprobowany. Dwie (trudne dziś do ustalenia) osoby wstrzymały się od głosu. Głosów sprzeciwu nie było;
• po czwarte – 25 stycznia 1982 roku odbyło się posiedzenie Sejmu. Po moim – jako Prezesa Rady Ministrów – wystąpieniu głos zabrali:
Przewodniczący Klubu Poselskiego PZPR, Członek Biura Politycznego i Sekretarz KC – Kazimierz Barcikowski;
Przewodniczący Klubu Poselskiego ZSL, Wiceprezes NK ZSL – Jerzy Szymanek;
Przewodniczący Klubu Poselskiego SD, Wiceprzewodniczący CK SD – Jan Paweł Fajęcki.
Wystąpili również kolejno przewodniczący Stowarzyszeń Chrześcijan i Katolików Świeckich: Janusz Zabłocki, Zenon Komender, Kazimierz Morawski. Miały też miejsce wystąpienia posłów bezpartyjnych, m.in. Edmunda Męclewskiego i Edmunda Osmańczyka. Była to ważna, merytoryczna dyskusja. Niestety protokół z tego posiedzenia Sejmu nie znalazł się w aktach sprawy.

DECYZJA SEJMU

Co jednak najważniejsze – Sejm przyjął Ustawę, której art. 1 stanowi: „Zatwierdza się dekrety Rady Państwa z 12 grudnia 1982 roku o stanie wojennym”. Podkreślam – Sejm dokonał tego Ustawą, która nigdy nie została uchylona. Późniejsze uchwały Sejmu – jako dokumenty niższego rzędu – takiej mocy nie miały. Jednakże akt oskarżenia na str. 82 mówi, iż dekrety stanu wojennego zostały wbrew Konstytucji zatwierdzone – nie uchwałą, a ustawą. Pan Prokurator na Posiedzeniu Sądu 26 marca br. formułuje to jeszcze dosadniej, oświadczając, iż „…zatwierdzenie dekretów związanych ze stanem wojennym w formie ustawy, a nie tak jak wymagała tego obowiązująca wówczas Konstytucja, w formie uchwały, wskazuje na to, że osoby, które były wówczas u władzy, w pełni miały świadomość tego, że działały w sposób niezgodny z prawem”. Prawdopodobnie Pan Prokurator i ja czerpaliśmy swoją „świadomość” z różnych konstytucji. Po pierwsze – Konstytucja obowiązująca w 1981 roku ani expressis verbis, ani pośrednio nie wskazuje, iż zatwierdzanie dekretów może być dokonywane tylko w formie uchwały. Po drugie – Konstytucja w art. 20 ustęp 3 mówi wyraźnie: „Sejm uchwala ustawy i podejmuje uchwały…”. I po trzecie – w warunkach luki prawnej, biorąc pod uwagę stan wyższej konieczności – Sejm na wniosek wspólnego posiedzenia dwóch komisji uchwalił dokument wyższego rzędu. W sumie – zarzut uchybienia Konstytucji w tej kwestii, jest co najmniej kuriozalny.
Sąd Najwyższy wyrokiem z 21.09.1990 roku (V K RN109/90) wyjaśnił, dał wykładnię, że ściganie i karanie w oparciu o dekrety z 12 grudnia 1981 roku mogło mieć miejsce dopiero po ich promulgacji, a więc po opublikowaniu w Dzienniku Ustaw, tj. od dnia 17 grudnia 1981 roku. W konsekwencji jeszcze niedawno stawiane były – przez prokuratorów IPN – zarzuty szeregu osobom, iż podejmowały oparte o te dekrety decyzje między 13 a 17 grudnia 1981 roku, a więc przed ową promulgacją. Jak z powyższego wynika, zarówno dekrety, jak i zatwierdzająca je Ustawa z 25 stycznia 1982 roku były wciąż traktowane, jako legalna podstawa podejmowanych decyzji.
25 stycznia 1982 roku Sejm przyjął również Uchwałę, w której m.in. stwierdza: „Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej po wysłuchaniu wystąpienia Prezesa Rady Ministrów, generała armii Wojciecha Jaruzelskiego, wyraża poparcie dla przedstawionego przezeń stanowiska”. I dalej: „Sejm potwierdza, że rozwój sytuacji w Polsce przed 13 grudnia 1981 groził krajowi najwyższym niebezpieczeństwem… Ocalenie państwa stało się w tej sytuacji niemożliwe bez zastosowania środków nadzwyczajnych…”.
21 lipca 1983 roku Sejm podjął Uchwałę – w której zaaprobował Uchwałę Rady Państwa z 20 lipca 1983 roku – stanowiącą, jak następuje: „W związku z osiągnięciem celów, jakie przyświecały wprowadzeniu, a następnie zawieszeniu stanu wojennego, co wyraża się w uzyskaniu niezbędnej stabilizacji polityczno-społecznej oraz poprawy stanu bezpieczeństwa wewnętrznego i porządku publicznego w kraju… znosi się, z dniem 22 lipca 1983 roku na całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stan wojenny, wprowadzony ze względu na bezpieczeństwo państwa z dniem 13 grudnia 1981 roku”. Sejm dokonał też oceny sytuacji, potwierdzając, iż wprowadzenie stanu wojennego było uzasadnione i konieczne.
Wreszcie wspomniana już Uchwała Sejmu z 23 października 1996 roku, umarzająca postępowanie wobec tzw. autorów stanu wojennego.
Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jak też Sejm Rzeczypospolitej Polskiej dały oficjalny wyraz zrozumienia dla decyzji władz, dyktowanych wyższą koniecznością. Natomiast akt oskarżenia zakwalifikował te decyzje jako „komunistyczną zbrodnię”. Proszę, ażeby Wysoki Sąd zechciał ocenić, w jakim stosunku pozostaje oskarżenie uczestników tzw. zorganizowanego związku przestępczego oraz członków Rady Państwa do przywołanych wyżej decyzji posłów Sejmu PRL i RP? Inaczej mówiąc, czy Prokuratura nie czyni w ten sposób wszystkich posłów – głosujących za przyjęciem Ustawy i Uchwały z 25 stycznia 1982 roku, Uchwały z 21 lipca 1983 roku oraz Uchwały z 23 października 1996 roku – odpowiedzialnymi za aprobowanie „komunistycznej zbrodni”.
Dopiero 29 sierpnia 2002 roku Sejm uchwalił ustawę, w wyniku której straciły moc:
• Dekret z dnia 12 grudnia 1981 roku o stanie wojennym;
• Ustawa z dnia 25 stycznia 1982 roku, o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego;
• Ustawa z 18 grudnia 1982 roku, o szczególnej regulacji prawnej w okresie zawieszenia stanu wojennego.
Z powyższego jednoznacznie wynika, że wymienione akty prawne do momentu wejścia w życie Ustawy z 2002 roku były przez lat 12 częścią składową systemu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.

BŁĘDY PROKURATURY

Wysoki Sądzie,
Linię przewodnią aktu oskarżenia (m.in. str. 15, 22, 131) stanowi założenie, iż władze – od początku, od powstania „Solidarności” – z całą determinacją i premedytacją planowały jej likwidację. Na str. 142 nazywa to inaczej – bo „unieszkodliwieniem”. A na str. 27-28 jakościowo inna formuła, a mianowicie, że chodziło „o spacyfikowanie „Solidarności” – co, jak wiadomo, nie jest tożsame z „likwidacją”. Odpowiednio – jak „zabijanie” nie jest tożsame z „obezwładnianiem”. Zwracam się do Wysokiego Sądu z wnioskiem, ażeby zechciał spowodować wyjaśnienie przez Prokuraturę, które z trzech wyżej wskazanych pojęć chce uznać – a przede wszystkim dlaczego – za swe ostateczne stanowisko. Stwierdzam też z przykrością, że dokumenty Prokuratury IPN zawierają szereg innych błędów. Przykładowo: akt oskarżenia na str. 145 „uśmierca” gen. Michała Janiszewskiego, a zażalenie Prokuratury (str. 8) na Postanowienie Sądu Okręgowego z dnia 14 maja 1981 roku, skierowane 19 maja tegoż roku do Sądu Apelacyjnego, „uśmierca” z kolei gen. Zbigniewa Nowaka. Pragnę podzielić się z Panem Prokuratorem dobrą wiadomością. Jeden i drugi żyją – i oby jak najdłużej. Daje się też dostrzec, że Prokuratura niezbyt uważnie zapoznała się z dokumentacją sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Pan Prokurator 26 marca br. oświadczył, iż przed tą Komisją złożyli zeznania: Bronisław Geremek oraz Antoni Bossowski. Otóż ww. nigdy takich zeznań nie składali. Zresztą łatwo o tym się przekonać, niekoniecznie studiując całą dokumentację Komisji – wystarczy Wydawnictwo Sejmowe z 1997 roku, a w nim na str. 199-200 odnośny wykaz. Podobnie chybione jest następujące stwierdzenie: „…sytuacja, kiedy miały nastąpić te słynne marsze gwiaździste 17 grudnia, była już taka, że termin stanu wojennego był ustalony”. Przypomnę – „marsze gwiaździste”, z różnych stron Polski do Warszawy, zostały zaplanowane i zapowiedziane na dni od 17 do 21 sierpnia 1981 roku. W wyniku ostrzeżeń i protestów ze strony władz oraz interwencji czynników kościelnych – zostały 12 sierpnia przez władze „Solidarności” odwołane. Natomiast 17 grudnia – a więc 3 miesiące później – powstały już zupełnie inne okoliczności. Mylenie przez Prokuraturę tych dwóch sytuacji – zupełnie odrębnych, i w czasie, i w treści, i w formie – świadczy o nieznajomości ówczesnych realiów.
Są też inne nieścisłości. M.in. na str. 81: Wiceminister Spraw Wewnętrznych Bogusław Stachura – figuruje jako Wiceminister Sprawiedliwości, a na str. 145: Mały Kodeks Karny z 1946 roku nazwany został Kodeksem Karnym czy też Główny Zarząd Polityczny – Zarządem Politycznym, a Szef Sztabu – Naczelnikiem Sztabu. Oczywiście część tych pomyłek nie ma istotnego znaczenia, jednak ich pokaźny pakiet, suma, świadczą o pośpiechu i braku staranności – czego być nie powinno – w przygotowaniu dokumentu o takim znaczeniu. Co więcej – zdumiewają w nim kolejne wewnętrzne sprzeczności. Z jednej strony, Prokuratura akcentuje, iż wraz z powstaniem „Solidarności” podjęte zostały przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego. Z drugiej zaś strony, nawet w aktach sprawy znajdują się informacje o przygotowywaniu dokumentacji, dotyczącej stanu wojennego, już w latach 70. Co więcej – akt oskarżenia na str. 24 mówi, że do kwietnia 1980 roku zostały przygotowane projekty stosownych dekretów. Z powyższego wynika, iż to, co było później, stanowiło jedynie kontynuację, uszczegółowienie i przyspieszenie tych prac, w nowej, rozwijającej się niebezpiecznie sytuacji. Prokuratura koncentruje się głównie na zapisie tych czynności, poświęca im większość aktu oskarżenia, akcentując w ten sposób rzekomo niegodziwe, przestępcze zamiary władzy. Jednocześnie przemilcza całe sytuacyjne tło – te fakty, procesy i wielostronne zagrożenia, do których owe przygotowawcze czynności były odniesieniem. Czynności te bowiem z reguły następowały „nie przed”, a głównie „w ślad” za określonymi zapowiedziami i działaniami NSZZ „Solidarność”, które pozostawały w sprzeczności z polityczną podstawą porozumień sierpniowych oraz z elementarnymi warunkami funkcjonowania gospodarki. Tu jedynie podkreślę, że skrupulatność organizacyjno-sztabowa przygotowań świadczy przede wszystkim o poczuciu odpowiedzialności. Nie doraźna improwizacja, lecz precyzyjna koordynacja i synchronizacja, w celu uniknięcia chaosu i konfrontacji, która mogłaby zakończyć się krwawo. Warto w tym miejscu przywołać słowa z szóstej księgi „Pana Tadeusza”: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie. Ja z synowcem na czele i – jakoś to będzie”. Właśnie staropolskie „jakoś to będzie” towarzyszyło w przeszłości powstańczym zrywom – z wiadomym finałem. My – jako władza myśleliśmy realistycznie, zapobiegawczo. Honorowy Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski 10 grudnia 1991 roku na łamach „Gazety Wyborczej” stwierdził: „…Gdyby nas nie byli tak fachowo, podręcznikowo sparaliżowali, doszłoby, jak dwa a dwa cztery, do przelewu krwi, młodzież ruszyłaby przeciw broni, nawet z gołymi rękami”.

OBOWIĄZEK PAŃSTWA

Wysoki Sądzie,
Planowanie na okoliczność sytuacji nadzwyczajnych należało i należy do elementarnych obowiązków każdego państwa. Sięgnę do szczególnego przykładu. W Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej z 10 marca 1937 roku została zamieszczona Ustawa z dnia 22 lutego 1937 roku „O stanie wyjątkowym”. Podpisał ją Prezydent RP Ignacy Mościcki oraz Prezes RM Felicjan Sławoj Składkowski. Art. 1 (1) stanowi: „Wprowadzenie stanu wyjątkowego zarządza Rada Ministrów na wniosek Ministra Spraw Wewnętrznych i za zezwoleniem Prezydenta Rzeczypospolitej”. Ustawa ta przewidywała wprowadzenie daleko idących środków administracyjnych i karnych, sądowy tryb doraźny oraz internowania. Również zawieszenie swobód obywatelskich, w tym wolności zrzeszeń. Jej zawartość jest więc kierunkowo zbieżna, a w niektórych kwestiach nawet dalej idąca niż uchwała oraz dekrety o stanie wojennym Rady Państwa PRL.
W tym historycznym kontekście – bo przecież obecna Konstytucja nawiązuje do tradycji II Rzeczypospolitej – nasuwają się jeszcze inne porównania:
• pięć lat po zamachu majowym, w czasie którego zginęło około 400 ludzi, odbył się „proces brzeski”, poprzedzony uwięzieniem i brutalnym traktowaniem Wincentego Witosa oraz innych wybitnych, wielce zasłużonych polskich polityków.
• pięć lat po wprowadzeniu stanu wojennego miała miejsce kolejna, tym razem generalna amnestia z września 1986 roku. Polska stała się jedynym w bloku krajem, w którym nie było odtąd więźniów politycznych.
• osiem lat po zamachu majowym stworzono obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Zaostrzał się reżim półdyktatorskich rządów. Zgodnie z „Małym Rocznikiem Statystycznym” z 1939 roku (strona 364), w roku 1937 było w Polsce skazanych prawomocnie za przestępstwa przeciwko Państwu 3.755 osób, w tym 2.945 za zbrodnie stanu.
• osiem lat po wprowadzeniu stanu wojennego byliśmy już po wyborach czerwcowych i mieliśmy pierwszy w istniejącym jeszcze bloku rząd kierowany przez ludzi wywodzących się z demokratycznej opozycji.
To historyczne doświadczenie pozwala spojrzeć na konsekwencje stanu wojennego – tak jednostronnie opisane w akcie oskarżenia – nie tylko w wymiarze doraźnym, ale w dłuższej, długofalowej perspektywie. Tak właśnie widziała to Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej oraz
23 października 1996 roku Sejm RP.

TRZY WARIANTY

Wracam do 1981 roku. Pojawia się taka refleksja – było błędem, iż we wcześniejszych latach nie został dokonany odpowiedni zapis w Konstytucji PRL. Stało się to dopiero 20 lipca 1983 roku, poprzez wprowadzenie do niej w artykule 33 ustępu 3 i 4 – o stanie wyjątkowym. Bowiem taką faktycznie była istota i treść stanu wojennego z grudnia 1981 roku. Gdyby nazywał się on „wyjątkowy”, wydźwięk polityczno-psychologiczny – w kraju i za granicą – miałby niewątpliwie inne zabarwienie.
W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej prace przygotowawcze na okoliczności wyjątkowe podjęte zostały w latach 60. Biegły współzależnie z aktualizowaniem koncepcji i planów działań na czas wojny. Pierwszy sprawdzian odbył się w 1967 roku w ramach ćwiczenia „Lato – 67”. Drugi w 1973 roku, w ćwiczeniu „Kraj 73”. Wreszcie zaawansowane było przygotowanie podobnego ćwiczenia – „Kraj-79”. W związku z trudną sytuacją społeczno-gospodarczą z jego przeprowadzenia zrezygnowano. Prace planistyczne były kontynuowane. Zrozumiałe, że w miarę narastających napięć, zwłaszcza w roku 1981, były one – jak już wspomniałem – intensyfikowane i poszerzane. Ich ocena dokonywana wyłącznie w kategoriach złych intencji władzy jest błędna i niesprawiedliwa. Zupełnie bezpodstawne są np. stwierdzenia, że w wyniku „gry decyzyjnej” przeprowadzonej 16 lutego 1981 roku (akt oskarżenia str. 38): „decyzja o siłowym sposobie rozwiązania problemu opozycji – wprowadzeniu stanu wojennego – została już wówczas podjęta”. Na str. 43 aktu oskarżenia, w nawiązaniu do kolejnych dokumentów, dotyczących stanu wojennego, przyjętych i zatwierdzonych 27 marca 1981 roku, pojawia się następujące stwierdzenie: „Oznaczało to, że zawarte w wymienionych planach założenia muszą być bezwzględnie wykonane, albowiem zostały one zatwierdzone i zaakceptowane przez najważniejsze władze państwowe w PRL”. Taka tonacja w akcie oskarżenia dominuje. Jednocześnie informując na str. 39 o „Myśli przewodniej stanu wojennego…”, powyższym stwierdzeniom Prokuratura faktycznie przeczy. Bowiem istotę tego dokumentu – przyjętego właśnie 27 marca 1981 roku – wyraża i przesądza już jego wstęp: „Wprowadzenie stanu wojennego stanowi ostateczne (podkreślam: ostateczne) – po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych PRL, a jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego…” – i tu następuje w akcie oskarżenia charakterystyczna „amputacja” drugiej części zdania. Ta część brzmi: „w tym głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy, porządku wewnętrznego i bezpieczeństwa publicznego, niezbędnego zaopatrzenia ludności oraz ogólnego ładu, dyscypliny i spokoju społecznego”. Ten istotny fragment fundamentalnego – nie mówię o pochodnych – dokumentu, jakim była „Myśl przewodnia stanu wojennego”, Prokuratura IPN widocznie uznała za niespójny z ogólną tendencją oskarżenia. Najważniejsze jednak, że pozostało stwierdzenie: „stan wojenny stanowi ostateczne – po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa”. Jednakże dla Prokuratury IPN nawet przygotowania prowadzone z taką intencją stają się też zbrodnią.
Akt oskarżenia na str. 48 przywołuje roboczy dokument Sekretariatu KOK, który przewidywał trzy warianty rozwoju sytuacji. Ostatni – trzeci wariant oznacza: „strajk generalny, połączony z zaburzeniami ulicznymi, połączonymi z atakowaniem budynków partyjno-państwowych”. „…W świetle powyższego nie ulega wątpliwości, iż w tej wersji rozwoju wydarzeń nastąpiłaby decyzja o zakresie użycia sił milicyjnych i wojska…”. I dalej: „W świetle powyższego nie ulega wątpliwości, że plan ten zakładał użycie sił zbrojnych MSW i MON do walki z ludnością cywilną”. Ażeby już nie wracać do tradycji II RP, warto zauważyć, iż nawet w państwach o utrwalonej demokracji użycie siły wobec atakujących budynki publiczne, urzędowe jest oczywistą oczywistością.
W przywoływanych w akcie oskarżenia dokumentach często pada określenie „ewentualny stan wojenny”. M.in. używam go aż czterokrotnie 13 września 1981 roku, w czasie posiedzenia Komitetu Obrony Kraju. Z kolei w akcie oskarżenia na str. 38 wzmiankowany jest dokument: „O stanie przygotowań państwa na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego”. A na str. 40: „Podejmowane miały być działania w kierunku przygotowania państwa na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego”. Podobnie na str. 48 informacja Sztabu Generalnego z 13 sierpnia 1981 roku, mówiąca o „stanie przygotowań państwa na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego”. Na str. 49 jeszcze wyraźniej: „…równocześnie z podjętą przez partię oraz organy władzy ofensywą propagandową na rzecz przezwyciężenia sytuacji kryzysowej w kraju, pod kierownictwem KOK trwały przygotowania na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego”. Zwracam uwagę: ofensywa propagandowa na rzecz przezwyciężenia sytuacji kryzysowej i przygotowania na wypadek konieczności (podkreślam – na wypadek konieczności) wprowadzenia stanu wojennego. Jak pogodzić to z tak wyraziście jednoznaczną wymową aktu oskarżenia?
Przywołuję niektóre szczegółowe zapisy jedynie przykładowo. Potwierdzają one, iż akt oskarżenia zawiera wewnętrzne sprzeczności. Uporczywe twierdzenie Prokuratury, iż celem władzy była od początku likwidacja „Solidarności”, zderza się z występującymi w dokumentacji planowania stanu wojennego określeniami: „ostateczność”, „ewentualność”, „na wypadek konieczności”. Nie były to przecież ozdobniki, lecz formułowane wiążąco, w oficjalnej dokumentacji wewnętrznej – zastrzeżenia, ograniczenia, uwarunkowania.

NIEREALNA TEZA

Ale na tym nie koniec. Na str. 46 aktu oskarżenia zapis z posiedzenia KOK w dniu 19 czerwca 1981: „Gen. Wojciech Jaruzelski… za niezbędne uznał podjęcie określonych prac nad wypracowaniem systemu ewentualnego wprowadzenia stanu wojennego na terenie jednego, lub kilku województw”. Z kolei na str. 47 informacja z 4 sierpnia 1981 roku o projekcie dekretu o stanie wojennym, który – tu cytuję: „był tak opracowany, aby jego postanowienia można było stosować zarówno w wypadku wprowadzenia stanu wojennego na całym, jak i na części terytorium PRL”. Podobnie na str. 49. Stąd pytanie – czy „likwidacja” wielomilionowego ruchu „Solidarność” byłaby możliwa po wojewódzkim, regionalnym „kawałku”? Każdy, kto pamięta realia tamtego czasu – wie, że to nonsens. Przy tej okazji pojawia się więc kolejny dowód, iż wprowadzenie stanu wojennego wcale nie przesądzało dalszych decyzji w sprawie „Solidarności”.
Do tego dodam: 15 października 1981 roku odbyło się posiedzenie Biura Politycznego, na którym omawiano – przygotowany w gronie roboczym – projekt referatu I Sekretarza KC Stanisława Kani na najbliższe IV Plenum KC. W protokole znajduje się m.in. zapis mojego wystąpienia, a w nim taki fragment: „Teza dotycząca likwidacji „Solidarności” jako partii opozycyjnej jest nierealna. Można rozważyć inne środki, jak np. oświadczenie Sądu Najwyższego, że opublikowane dokumenty I Zjazdu „Solidarności” są sprzeczne z jej statutem”. Chociaż akt oskarżenia odwołuje się do fragmentów protokołu z owego posiedzenia, ale wspomniany wyżej znamiennie pomija. Podobnie nie zauważa będącego w posiadaniu Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej (dokumentacja z archiwów b. NRD) zapisu rozmowy, jaką przeprowadził 16 listopada 1981 roku z Ambasadorem NRD Neubauerem członek Biura Politycznego, Sekretarz KC Mirosław Milewski. Oto ten zapis: „Rozmawiałem zupełnie otwarcie z Wojciechem Jaruzelskim i wyłożyłem mu swój pogląd. Zasadniczo z nim nie polemizował. Ale odpowiedział, że musiałby raz jeszcze próbować z wariantem Frontu Porozumienia. Może to jeszcze szansa. Wyjaśnił, że nie powinniśmy podejmować ostatecznych przygotowań do konfrontacji. Do tego – według jego poglądu – mielibyśmy dosyć czasu, gdyby konfrontacja stanęła bezpośrednio. W tej kwestii jestem innego zdania… W zasadzie mam związane ręce, gdyż otrzymałem polecenie, aby unikać wszystkiego, co mogłoby wywołać napięcia”. Jak z powyższego wynika, Prokuratura w celu osiągnięcia założonego efektu selektywnie „gospodaruje” istniejącą przecież dokumentacją. Charakterystyczny tego przykład – mówiąc na str. 62 aktu oskarżenia o posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR w dniu 1 grudnia 1981 roku, opuszcza zaprotokołowaną wypowiedź Mirosława Milewskiego: „U nas w coraz większym stopniu zaczyna potwierdzać się scenariusz wydarzeń węgierskich i czeskich. Oby na działanie nie było za późno”. Dodając do tego przytoczoną wyżej rozmowę z ambasadorem NRD, trudno nie zwrócić uwagi na fakt, iż jedynym polskim rozmówcą – na którego powołuje się Jurij Andropow na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR w dniu 10 grudnia 1981 roku – jest właśnie Mirosław Milewski.

NOWE ZWIĄZKI ZAWODOWE

Wreszcie jeszcze jedna uwaga. W trakcie przygotowań oraz w toku realizacji stanu wojennego przewidywano i zastosowano jedynie zawieszenie „Solidarności”. Objęto nim zresztą i pozostałe związki zawodowe, tj. branżowe oraz autonomiczne, a także wiele innych organizacji i stowarzyszeń. Zakładano więc, iż możliwe jest znalezienie racjonalnych rozwiązań, pozwalających na wznowienie ich działalności. W znacznej części tak się stało. Ale nie wszędzie. 8 października
1982 roku Sejm podjął ustawę o związkach zawodowych. Oznaczała ona, iż ruch związkowy ma być budowany od nowa. Stało się to jednak dopiero po dziesięciu miesiącach poszukiwań i oczekiwań. Oceny ówczesnej sytuacji i podjętych decyzji mogą być oczywiście bardzo różne, kontrowersyjne. To odrębny temat. W stosownym momencie mogę go rozwinąć. Tu jedynie informacja – ruch związkowy rzeczywiście budował się oddolnie, od nowa, we właściwej dla związku zawodowego strukturze branżowej. Powstało Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ). W szczytowym okresie zrzeszało do 7 mln członków. Około 65-70 procent stanowili b. członkowie „Solidarności”. OPZZ było – i zresztą jest nadal – autentycznym związkiem zawodowym, całkowicie niezależnym od dyspozycji politycznej, służącym interesom ludzi pracy.
I kolejna informacja: w stanie wojennym – po krótkiej przerwie – a następnie przez późniejsze lata działały ze znacznymi uprawnieniami samorządy pracownicze, powołane w 1981 roku na mocy ustawy uzgodnionej z „Solidarnością”. Ich skład w znacznej części stanowili jej członkowie. W Sejmie powstała Komisja do spraw Samorządów, której przewodniczył – co zapewniało jej efektywność i rangę – b. I Sekretarz KC PZPR, Stanisław Kania. Komisja ta organizowała narady z udziałem przedstawicieli samorządów, tj. Rad Zakładowych, z całego kraju. Uczestniczyli w nich, stosownie do omawianych problemów, poszczególni posłowie i ministrowie – również ja, jako Premier, a następnie Przewodniczący Rady Państwa. Wnioski z tych narad płynące traktowane były z należną uwagą i powagą. Jednym z aktywnych uczestników owych narad był Pan Krzysztof Putra – obecnie Wicemarszałek Sejmu, a ówcześnie przewodniczący Rady Pracowniczej jednego z największych zakładów pracy w Białymstoku. Być może tą informacją wyrządzam Panu Marszałkowi „niedźwiedzią przysługę” – bowiem w niektórych kręgach jakiekolwiek ówczesne robocze, rzeczowe kontakty były i chyba nadal są traktowane jako „kolaboracja” z reżimem. Jednocześnie warto dodać, iż samorządy, które w latach 1980-1981 znajdowały się „na sztandarach” „Solidarności”, po jej zwycięstwie – nawet w przedsiębiorstwach będących własnością Skarbu Państwa – faktycznie przestały egzystować.
Pozwoliłem sobie te fakty przypomnieć, ponieważ akt oskarżenia sprowadza stan wojenny, jego konsekwencje, w istocie do wymiaru represyjnego. A przecież powyższe przykłady wskazują, że nie był to czas martwy. Wraz ze stabilizowaniem się sytuacji czynione były w latach 80. kolejne kroki, powstawały nowe warunki i „przyczółki” ułatwiające późniejsze zasadnicze przemiany. Powiem o tym szerzej w dalszej części wyjaśnienia.

Wysoki Sądzie,
Niech mi wolno będzie raz jeszcze przypomnieć, iż akt oskarżenia ignoruje stanowisko zajęte nie tylko przez Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ale również przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, które uznały, iż wprowadzenie stanu wojennego dyktowane było wyższą koniecznością. Zmuszony więc jestem tę okoliczność uwzględnić i stosownie w wyjaśnieniu rozwinąć – w sferze faktów, problemów, procesów oraz wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań ówczesnej sytuacji.
Historycznym progiem stały się wydarzenia lipcowo-sierpniowo-wrześniowe 1980 roku. Osiągnięte w ich wyniku porozumienia „rodziły się w bólach”. Ich gdańskie apogeum znalazło wyraz w preambule oraz 21 postulatach. Respektując ustrojowy fundament, określały one społeczne oczekiwania i roszczenia. Zanim przedstawię, co było dalej, odniosę się do aktu oskarżenia, str. 2, a w szczególności do słów: „oskarżam Wojciecha Jaruzelskiego o to, że: w okresie od 27 marca 1981 roku do 12 grudnia 1981 roku… dopuścił się zbrodni komunistycznej, polegającej na kierowaniu zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym…”. A więc jestem formalnie oskarżony o to, co było po 27 marca 1981 roku. Swoją wersję tego, co miało miejsce wcześniej – swego rodzaju „preludium zbrodni” – Prokuratura przedstawia w Uzasadnieniu aktu oskarżenia, określając moją rolę jak gdyby „hurtem”. Jako członek najwyższych władz partii mam oczywiście poczucie stosownej odpowiedzialności. Jednakże przypomnę, iż w sierpniu 1980 roku byłem Ministrem Obrony Narodowej, 11 lutego 1981 roku zostałem Prezesem Rady Ministrów, a 18 października 1981 roku I Sekretarzem KC PZPR. W odpowiednim do tego wymiarze rysowały się moje kompetencje, odpowiedzialność, obowiązki. Ogromny był ich ciężar.
Ja wiem, że obecnie jest bardzo na czasie „doczernianie” mojego wizerunku, kolejne na mój temat „rewelacje”. Polowanie trwa. Jednakże trudno mi pogodzić się z wymową aktu oskarżenia, w istocie rzeczy sugerującą moją gotowość do zagarnięcia coraz szerszych obszarów władzy. Natomiast pomijane są okoliczności, w jakich do tych awansów dochodziło. Ponieważ owa sugestia zostaje wpisana w ocenę mych działań i rzutuje również na moralną stronę oskarżenia, muszę przypomnieć fakty. W lutym 1980 roku, w związku z dymisją premiera Piotra Jaroszewicza, sondowana była gotowość do objęcia przeze mnie tego stanowiska. Odmówiłem. Dalej powołam się na zapisy Stanisława Kani zawarte w jego książce pt.: „Zatrzymać konfrontację”. Cytuję w skrócie: „W dniu 29 sierpnia 1980 roku w jego gabinecie (chodzi o Edwarda Gierka) doszło do kolejnych osobistych wynurzeń i rozważań o odejściu, o tym kto powinien być szefem partii. Zwrócił się z tym do Wojciecha Jaruzelskiego, a następnie do mnie… odrzuciliśmy propozycję”.
5 września 1980 roku odbyło się posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR. Dyskutowano o tym, kto powinien objąć funkcję I Sekretarza. Stanisław Kania pisze: „Wymieniono moje nazwisko. Ja zgłosiłem kandydaturę Wojciecha Jaruzelskiego… Wyraził on sprzeciw i jeszcze raz poparł moją kandydaturę”. Dalej w tejże książce opisuje złożoną mi propozycję objęcia stanowiska Prezesa Rady Ministrów. Było to w pierwszej dekadzie lutego 1981 roku. Znów cytuję: „Początkowo spokojnie, wręcz metodycznie tłumaczył mi, że nie powinienem wysuwać jego kandydatury. Później zdecydowanie odmówił przyjęcia proponowanej funkcji z uzasadnieniem, że doświadczenie i przygotowanie generała jest inne niż to, jakie jest wymagane od szefa rządu… Opory generała trzeba było przełamać. I ja również wykładałem – przyznam, że nie tylko spokojnie – racje, do których byłem przekonany. Trwało to kilka dni, wiele godzin, no i musiał nastąpić finał”. Udokumentowane potwierdzenie moich oporów Prokuratura mogła też znaleźć w protokole z posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR z 7 lutego 1981 roku. Z kolei w protokołach z 6 i 10 czerwca tegoż roku odnotowana została moja chęć ustąpienia z funkcji premiera. Wreszcie w dniach 16-18 października 1981 roku odbyło się IV Plenum KC PZPR, a w międzyczasie kilka posiedzeń Biura Politycznego. Rezygnację – w sposób rzeczowy i godny – złożył Stanisław Kania. Cytuję z protokołów fragmenty moich wypowiedzi: „…Uważam, że w tej chwili zmiana byłaby niesłuszna… Nie czas na zmianę”. Dalej mówię: „W gronie członków KC trzeba oświadczyć, iż Biuro nie przyjęło rezygnacji tow. Kani”. Nie opisuję całego przebiegu wydarzeń. W końcu nastąpił wybór mnie – w głosowaniu tajnym, 179 głosów za i 4 przeciw – na funkcję I Sekretarza. Przypomnę, że odrzucałem wcześniejsze propozycje w sytuacji zdecydowanie lepszej, nie tak skrajnie – politycznie, społecznie, gospodarczo – trudnej i nabrzmiałej. Jak widać, nie chodziło o sugerowany często problem tzw. stołka. W słowie końcowym m.in. powiedziałem: „…mówię w sposób nie tylko oficjalny, ale przede wszystkim bardzo osobisty. Dlatego, że towarzysz Stanisław Kania jest moim bliskim od lat przyjacielem, ale przede wszystkim dlatego, że jedna była nasza droga, na której były – jak sądzę – rzeczy słuszne, ale były również potknięcia i słabości. Czuję się za nie również odpowiedzialny. Idąc dalej tym samym generalnym kursem, musimy uczynić wszystko, ażeby był on bardziej skuteczny”.

WAHANIA PRZED WYBOREM

Wybór na funkcję I Sekretarza, chociaż z ciężkim sercem, z oporami przyjąłem. Różne insynuacje, że zadecydowały czynniki zewnętrzne, są bezpodstawne. Zacytuję fragment protokołu rozmowy, jaką 21 października 1981 roku Erich Honecker odbył z Sekretarzem KC KPZR Konstantinem Rusakowem. Ten ostatni stwierdza: „Długo się wahał i nie chciał się zdecydować. Dopiero po tym, jak dobrzy polscy towarzysze z nim porozmawiali, dał pozytywną odpowiedź i IV Plenum w końcu go wybrało”. Nie wiem, o „jakich dobrych polskich towarzyszy” chodzi. Przypomnę jedynie, iż na Plenum rekomendował mnie na tę funkcję Kazimierz Barcikowski (obok Mieczysława Rakowskiego i Hieronima Kubiaka, a także spoza członków KC Andrzeja Werblana i Jerzego Wiatra), osoba rysowana na Kremlu oraz w innych państwach bloku w najciemniejszych barwach. Ale wracając do wyboru. Przeważył argument, iż jest to, w warunkach narastających napięć i zagrożeń, rozwiązanie optymalne, dające jakieś szanse. Brano pod uwagę popularność i zaufanie do naszego Wojska w polskim społeczeństwie, a także moją osobistą polityczną pozycję. Jej potwierdzenie znalazło m.in. wyraz w wysokiej liczbie głosów w wyborach do Komitetu Centralnego, a następnie do Biura Politycznego, uzyskanych w czasie IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR.
Już po trzech dniach od IV Plenum, tj. 21 października – spotkałem się z Prymasem Polski Arcybiskupem Józefem Glempem, dla przedstawienia wysuniętej na IX Zjeździe i potwierdzonej na IV Plenum idei porozumienia narodowego. W ślad za tym – 4 listopada odbyło się Spotkanie Trzech: Józef Glemp, Lech Wałęsa, Wojciech Jaruzelski. O związanych z tym nadziejach i oczekiwaniach oraz ich niespełnieniu będę mówił później. Liczę, że obecni na tej sali przedstawiciele mediów nie zinterpretują informacji o moich „awansach” jako próby usprawiedliwiania się, rozmywania czy pomniejszania odpowiedzialności. Nic podobnego. Wyrażając ostatecznie zgodę na objęcie wyższych funkcji, miałem świadomość gorzkich tego konsekwencji. Potwierdziło i potwierdza to życie po dzisiejszy dzień.

Wysoki Sądzie,
Zacznę od ogólnego przypomnienia sytuacji międzynarodowej. Dopiero bowiem na jej tle nasze polskie sprawy nabierają szczególnej wyrazistości. Trwał podział Europy i świata, na antagonistyczne, polityczno-militarne bloki. Po postępującym w latach 70. procesie odprężenia – w 1980, a zwłaszcza 1981 roku stosunki Wschód-Zachód uległy zaostrzeniu. Było wiele tego przejawów. 17 lipca 1981 roku w Genewie zakończyła się fiaskiem pierwsza runda radziecko-amerykańskich rokowań poświęconych redukcji zbrojeń eurostrategicznych. W podobnym impasie znalazły się wiedeńskie rokowania przedstawicieli państw NATO i Układu Warszawskiego w sprawie redukcji broni konwencjonalnych w Europie. Nastąpiła „rakietowa licytacja” – z jednej strony radzieckie SS-20, z drugiej zaś amerykańskie tzw. eurorakiety – Pershing II i Cruise. Prezydent Ronald Reagan przyjął ostry kurs. 2 października 1981 roku zapowiedział przyspieszenie i nową jakość zbrojeń, w tym m.in. broń neutronową. W odpowiedzi nerwowe reakcje Kremla. Padały obustronnie coraz ostrzejsze deklaracje. Powiał chłód zimnej wojny. Polska stała się swego rodzaju poligonem konfrontacyjnie krzyżujących się interesów wielkich mocarstw. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki – w różny oczywiście sposób i z różnymi wynikającymi stąd wnioskami i reakcjami – widziały w nas słabnące, „rozwichrzone” ogniwo bloku wschodniego.

MROCZNE PROGNOZY

Władza – mająca poczucie odpowiedzialności za funkcjonowanie państwa i los społeczeństwa – musiała nieustannie z tym się liczyć. Okoliczności zewnętrzne, w ostatecznym rachunku, miały szczególną wagę. Nie od nich jednak rozpoczynam. Dlaczego?
Po pierwsze – jest oczywiste, że interwencja nie byłaby samoistną, samą z siebie, lecz pochodną takiego rozwoju sytuacji w Polsce, który prowadziłby do destabilizacji systemu i państwa, tym samym podważając kanony ustrojowe oraz pozycję, międzynarodowe i geostrategiczne interesy bloku.
Po drugie – akt oskarżenia na str. 30, 31, 64 i 71 neguje możliwość interwencji i w 1980, i w 1981 roku. W tym kontekście pozwolę sobie przypomnieć najnowsze wydarzenia. Ile obaw, nerwowych, a nawet alarmistycznych reakcji wywołały i wywołują sprawy wokół – nazwę skrótowo – Gruzji i „tarczy”? Jak mroczne pojawiają się prognozy? A przecież dzisiejsza Rosja, okrojona ze wszystkich republik związkowych, pozbawiona – po rozpadzie Układu Warszawskiego – blokowych sojuszników, poważnie osłabiona militarnie, ekonomicznie i demograficznie (250 mln ludności w Związku Radzieckim i 140 mln w Rosji), Polska zaś jest w NATO, które uzyskało 10 nowych członków, wydatnie rozszerzyło się i ma rozszerzać się na Wschód. Proszę, ażeby Wysoki Sąd zechciał ocenić również na tym tle, pod tym kątem logikę aktu oskarżenia. Wypowiem się zresztą szerzej na ten temat w dalszej części Wyjaśnienia.
Po trzecie – w propagandowej otoczce – którą faktycznie potwierdza na str. 64 akt oskarżenia – imputowane jest mi zasłanianie się, usprawiedliwianie wprowadzenia stanu wojennego zagrożeniem interwencją zbrojną ZSRR oraz innych państw bloku. To – mówiąc słowami Gombrowicza – „robienie mi gęby”, uporczywie rozsiewana mistyfikacja. Jej – nawet naukowo utytułowani – autorzy i propagatorzy, już po pierwszym dniu moich wyjaśnień – mimo że problem interwencji nie został jeszcze przedstawiony – wciąż operują nim fałszywie i hałaśliwie. To znana od dawna próba wystrychnięcia na dudka telewidzów, radiosłuchaczy i czytelników gazet. Zaciemniany bowiem jest w ten sposób rzeczywisty, wielowymiarowy obraz sytuacji, a zwłaszcza jej wewnętrzne aspekty. Ja nie zwykłem małodusznie kimkolwiek się zasłaniać. W kilku napisanych książkach oraz chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi dla mediów polskich i zagranicznych przedstawiłem swoje stanowisko w tej materii. Przy tym znane jest od ponad 15 lat moje oficjalne, opublikowane oświadczenie, jakie 24 listopada 1992 roku złożyłem przed sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Cytuję: „Czynnika zewnętrznego świadomie nie wysuwam na pierwszy plan. Rachunek sumienia trzeba bowiem zawsze zaczynać od siebie. To my, Polacy, nie potrafiliśmy się porozumieć, dojść do ładu. W realiach ostrego podziału Europy i świata nasza „bijatyka” nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie. Decyzję podjęliśmy w Polsce, w gronie złożonym wyłącznie z Polaków. Byłoby poniżej oficerskiej i narodowej godności zasłanianie się jakąś zewnętrzną dyspozycją czy dyrektywą. Przez blisko półtora roku było nękanie – oskarżanie i ostrzeganie, wywieranie wielostronnego, przemożnego nacisku. Realnie groziło najgorsze. W dalszym ekstremalnym rozwoju sytuacji stałoby się nieuchronne. Ale decyzja i jej realizacja były własne, wyłącznie własne”. Taka ocena dla wielu osób i środowisk jest niewygodna. Wymaga bowiem właśnie owego „rachunku sumienia”, nie tylko ze strony tych, którzy stan wojenny wprowadzili, ale i tych, którzy do tego walnie się przyczynili. Dla Prokuratury IPN, dla aktu oskarżenia ten problem nie istnieje.

Wysoki Sądzie,
Skoncentruję się obecnie na sytuacji wewnętrznej, na spiętrzających się zagrożeniach. Tym bardziej iż Prokuratura nie dostrzega, nie uwzględnia istotnych przyczyn i uwarunkowań działania władz. W kwestii stanu wojennego przyjęty został schemat: planowanie, przygotowanie, zaskoczenie, uderzenie, udręczenie. Uchybiłbym nie tylko prawdzie, ale i powadze Wysokiego Sądu, rozpatrującego przecież sprawę o doniosłej historycznej randze, nie odnosząc się do tak uproszczonej wymowy aktu oskarżenia. Wskażę na te fakty, nurty i procesy, które miały swe historyczne przyczyny oraz aktualne dla danego okresu odniesienia. Weszliśmy z nimi w ów wielki, a zarazem niebezpieczny czas. Czas szans – i czas zagrożeń. Tylko na takim gruncie możliwa jest poważna, wnikliwa ocena.

GOSPODARCZE ASPEKTY

Akt oskarżenia „idzie na skróty”. Pozostawia rozległe „białe plamy”. Oceniając decyzje i działania władz, pomija jedną z zasadniczych kwestii – ówczesny stan gospodarki, a więc fundament materialnej, biologicznej egzystencji narodu! W sposób zasadniczy różni się to od tego, jak sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej poznawała i uwzględniała tę materię w swej pracy oraz w Sprawozdaniu, m.in. przesłuchując:
• Wiceprezesa Rady Ministrów, Szefa Operacyjnego Sztabu Antykryzysowego – Janusza Obodowskiego;
• Wiceprezesa Rady Ministrów, Przewodniczącego Komisji Planowania Gospodarczego – Zbigniewa Madeja;
• Wiceprzewodniczącego Komisji Planowania Gospodarczego – Eugeniusza Gorzelaka;
• Dyrektora Biura ds. Kontaktów ze Związkami Zawodowymi – Pawła Chocholaka.
Temat gospodarka znalazł się w akcie oskarżenia tylko w kilkuzdaniowej informacji na str. 67: „W dniu 1 czerwca 1981 roku doszło do rozmów telefonicznych Stanisława Kani i gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Leonidem Breżniewem. I Sekretarz KC PZPR poinformował swego rozmówcę o trudnej sytuacji w PRL. Podczas rozmowy sytuacja gospodarcza została oceniona jako bardzo ciężka z uwagi na brak surowców i energii…”. Z kolei fragment drugiej rozmowy: „Leonid Breżniew zasugerował gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, aby uświadomić NSZZ „Solidarności”, że bez korzystnych stosunków gospodarczych, bez radzieckich surowców, PRL nie może egzystować i żaden inny kraj nie byłby w stanie zrekompensować braku takiej współpracy”. To ważkie słowa, ale – w liczącym 163 strony tekście aktu oskarżenia – na temat gospodarki jedyne. Tym bardziej należy żałować, iż wynikające z nich niezbite wnioski nie znalazły jakiegokolwiek przełożenia na ocenę sytuacji i działania władz – tj. według Prokuratury „zorganizowanego związku przestępczego”. W tym miejscu pragnę przypomnieć spotkanie-rozmowę, jaką Stanisław Kania i ja odbyliśmy 14 sierpnia 1981 roku na Krymie. Breżniewowi towarzyszyli: Gromyko, Czernienko, Rusakow. Obok niejako już rutynowych krytycznych uwag, ostrzeżeń, przestróg zapamiętałem zwłaszcza dwie kwestie. Jedna – że mają gospodarcze problemy, do czego my, poprzez załamanie niektórych dostaw, też się przyczyniamy. Ponadto skutki suszy. Mimo to okazują nam znaczną pomoc. Do tego stopnia, że zmniejszają żołnierzom o 100 gramów dzienną rację chleba, przeznaczając zaoszczędzone w ten sposób środki na nasze potrzeby. Gdy słyszy się coś takiego – zwłaszcza będąc żołnierzem – to ogarnia zgroza. I druga uwaga – na Węgrzech i w Czechosłowacji były wydarzenia, które doprowadziły do zasadniczych zmian. Dzisiaj w tych krajach sytuacja jest dobra, ludzie żyją dostatnio. To najlepszy dowód, że kiedy w trudnej sytuacji zastosuje się siłę, to w konsekwencji naród, klasa robotnicza na tym zyskują. O komentarz takiego stwierdzenia nietrudno.

21 POSTULATÓW

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia na str. 17 stwierdza, iż 21 sierpnia 1980 roku Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w Gdańsku ogłosił 21 postulatów. Porozumienie zostało podpisane 31 sierpnia. Dodam, że umowy o zbliżonej treści zawarto 30 sierpnia w Szczecinie, a 3 września w Jastrzębiu-Zdroju. Wszystko to stanowiło zaczyn późniejszych historycznych procesów. Jednakże Prokuratura przemilcza drugą tego stronę – fatalne skutki ekonomiczne. To była ekonomiczna „bomba zegarowa”. Postulaty te stworzyły precedens, wzorzec dla dalszych roszczeniowych tendencji i działań. Uzasadnia to, ażeby przypomnieć je w niniejszym wyjaśnieniu:
• Postulat 7. „Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku – jak za urlop wypoczynkowy…”.
• Postulat 8. „Podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen” (później nazywano je „wałęsówkami”).
• Postulat 9. „Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”.
• Postulat 10. „Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki”.
• Postulat 14. „Wprowadzić emerytury po przepracowaniu 35 lat, skracając wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a mężczyzn do 55 lat”. Później pojawiła się wersja: „Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do lat 60, lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn, bez względu na wiek”.
• Postulat 18. „Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat”.
• Postulat 20. „Podnieść diety z 40 zł do 100 złotych i dodatek za rozłąkę”.
• Postulat 21. „Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy; pracownikom w ruchu ciągłym i systemie czterobrygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy”.
Syntetycznie rzecz ujmując, postulaty te oznaczały: pracować krócej – zarabiać więcej, a nawet nie pracując, a strajkując – też zarabiać, według zasad urlopu wypoczynkowego. Chociaż postulat 7. dotyczył wypłat dla uczestników strajków sierpniowych, to w praktyce wymuszano na dyrekcjach jego realizację niemal we wszystkich późniejszych akcjach strajkowych. Ale wracając do porozumień. Nie było w nich mowy ani o prywatyzacji, ani o reprywatyzacji, a tym bardziej o możliwości bezrobocia. W sumie „ultrasocjalizm”, „zjeść ciastko i mieć ciastko” – niezwykle atrakcyjna oferta. Jej długofalowe skutki przemnożone przez naciski i fale roszczeniowe, które następnie – a zwłaszcza w 1981 roku – przetaczały się nieustannie przez kraj, przyniosły w efekcie 25-procentowy wzrost płac i 18-procentowy spadek produkcji, ze wszystkimi tego społecznymi konsekwencjami. Lawina pustego pieniądza pustoszyła rynek. Szczególnie dotkliwe społecznie były braki żywności, leków, środków higieny, paliw. Często na półkach sklepowych pozostawał tylko przysłowiowy ocet. Wszyscy pamiętający tamten czas chyba nie zaprzeczą, jaką było to potworną udręką dla społeczeństwa, dla polskich rodzin. Już nie mówiąc o rozstrojeniu gospodarki w makrowymiarze i wszystkich tego wewnętrznych i zewnętrznych skutkach. Nie można poważnie, odpowiedzialnie odnieść się do przygotowań oraz decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego bez oceny owej sytuacji.

Wysoki Sądzie,
Nie zamierzam upraszczać, stosować obrony poprzez atak. Istniały uwarunkowania ustrojowo-własnościowe, system nakazowo-rozdzielczy, różne hamulce realizacyjne. Powodowało to niedostateczną kreatywność i efektywność gospodarki. Rozbudowane było szeroko tzw. spożycie zbiorowe, w tym liczne, dziś już w znacznej części nieistniejące, świadczenia i przywileje socjalne, a przede wszystkim odczuwalne coraz bardziej w drugiej połowie lat 70. kryzysowe skutki wcześniejszej łatwości i łatwowierności kredytobiorczej. Krótko mówiąc – gospodarka była ciężko chora. Ponadto różne biurokratyczne, zachowawcze opory, nieporadności i lęki – widoczne zwłaszcza w warunkach sytuacji wyjątkowej, wymagającej od kadr szczególnych, operatywnych predyspozycji. W obszarze władzy, partii, jej politycznych sojuszników i zwolenników, było bardzo wielu ludzi wykwalifikowanych i rozumnych, rzetelnych i pracowitych, kierujących się dobrem kraju. Ale też nie wszyscy, od najniższych do najwyższych szczebli, potrafili – merytorycznie, mentalnie, charakterologicznie – wyzwaniom tego czasu sprostać. Trwała więc przyspieszona wymiana kadr, choć – jak w gorączkowej sytuacji bywa – nie we wszystkich wypadkach trafna i konsekwentna. Były też granice jej uwarunkowań i możliwości.

ZŁUDNA NADZIEJA

Ale wracając do porozumień. Można powiedzieć – przecież władze zgodziły się przyjąć te postulaty. To prawda, ale przed tym były – ze strony rządowej, jej ekspertów – usilne, długotrwałe perswazje, tłumaczenie, że zaostrzą się trudności, że następstwa mogą być bardzo niebezpieczne. Jednocześnie władze miały świadomość, że trwanie, kontynuowanie i rozszerzanie się na cały kraj sytuacji strajkowej grozi całkowitą katastrofą gospodarczą, już nie mówiąc o konsekwencjach dla stabilności państwa. Istniała wreszcie – jak się okazało złudna – nadzieja, że zgodnie z zapowiedziami strajkujących, po przyjęciu postulatów, a zwłaszcza powstaniu Niezależnego, Samorządnego Związku Zawodowego – cały kraj ze wzmożonym zapałem ruszy do pracy. Późniejsze tego echo to: „Druga Japonia” oraz „bułkę z szynką jeść będziecie”. A jak było faktycznie – warto pamiętać!
Rozległe luki w aktach sprawy, zlekceważenie w akcie oskarżenia uwarunkowań gospodarczych oraz ich katastrofalnych społecznie skutków, wymaga stosownych wyjaśnień i uzupełnień, jako jednego z kluczowych dowodów uzasadniających wprowadzenie stanu wojennego. Nie sugeruję, że „Solidarność” – jako Związek, jako Organizacja – aby dojść do władzy – celowo, świadomie powodowała procesy dezorganizowania, osłabiania, rujnowania gospodarki. Jednakże szereg jej posunięć, obiektywnie rzecz biorąc, ku temu prowadziło. Charakterystycznego przykładu dostarczył, figurujący w porozumieniach sierpniowo-wrześniowych, problem wolnych sobót. Było to w ówczesnej sytuacji gospodarczej założenie karkołomne. W różnych krajach wprowadzano wolne soboty w warunkach gospodarki zrównoważonej, funkcjonującej normalnie, a także dokonując zawczasu takich zmian organizacyjnych i technologicznych, które pozwoliłyby zrekompensować ubytek czasu pracy. W naszej sytuacji było to niemożliwe. Rząd zakładał więc stopniowy proces. „Solidarność” żądała niezwłocznej, pełnej realizacji. Mnożyły się naciski strajkowe. Premier Józef Pińkowski „znalazł się pod ścianą”, zmaltretowany psychicznie podał się do dymisji. W rezultacie uzgodniono trzy wolne soboty w miesiącu. Skutki były nietrudne do przewidzenia.

STRAJKOWA GEOGRAFIA

Obserwując geografię strajkową, dało się zauważyć, iż niektórzy działacze – zwłaszcza szczebla regionalnego – ulegali pokusie: „im gorzej, tym lepiej”. Ten stan rzeczy ilustrują słowa Lecha Wałęsy z listopada 1981 roku: „Ja jeden strajk gaszę, a dziesięć ekip jeździ i nowe rozpala”. Miała miejsce swego rodzaju „licytacja strajkowa”. Region, miasto, zakład pracy, w których strajku jeszcze nie było, „nadrabiały zaległości”. Pretekst – często zupełnie błahy – znajdowano na siłę. Klinicznym tego przykładem był strajk w PGR Lubogóra. W ślad za nim przez kilka tygodni – października i listopada 1981 roku – była sparaliżowana produkcja wielu, w tym najważniejszych, zakładów województwa zielonogórskiego. Powstały wielkie straty. Były też strajki, w których domagano się słusznie usunięcia różnych nadużyć i nieprawidłowości, wysuwano racjonalne postulaty. Ale nie one dominowały. Na moje biurko – premiera oraz członków rządu trafiały co dzień stosy teleksów zawierających najrozmaitsze protesty i żądania, których spełnienie było po prostu nierealne. Niestety, wiele z nich materializowało się w wystrajkowanych ustaleniach, wyrywających kolejne kęsy z ginącej substancji gospodarczej. Szczególnie smutne było to, że ludziom rzeczywiście było bardzo ciężko. Strajkując, często protestowali z powodu katastrofalnego stanu zaopatrzenia. Dramat jednak polegał na tym, że strajki jedynie pogarszały tę sytuację – towarów od nich nie przybywało, a wręcz przeciwnie. Przypomnę rodzaje strajków: ostrzegawczy, właściwy, solidarnościowy, rotacyjny, okupacyjny, kroczący, wahadłowy, włoski itd., itp. Wreszcie tak absurdalna, anarchistyczna forma, która na szczęście nie zdążyła się rozwinąć – strajk czynny. Strajkom towarzyszyło z reguły biało-czerwone oflagowanie i jak na ironię: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Nieraz też akcenty religijne. Posiłkowanie się narodowymi świętościami z byle powodu, było faktycznie ich profanacją. Rząd ostrzegał, prosił, apelował. Ministrowie – nieraz z uszczerbkiem dla zasadniczych zadań – jeździli po kraju jak przysłowiowa straż pożarna.
Słyszy się nieraz jak – z dziecięcą naiwnością lub ignorancją, bo nie chcę posądzać o cynizm – niektórzy znani historycy twierdzą, że strajki spowodowały jedynie nieznaczną stratę czasu pracy. Istotnie – jeśli oceniać je w izolacji od zjawisk towarzyszących. Trzeba jednak ten czas przemnożyć przez częste, długotrwałe pogotowia strajkowe, różne pochodne napięcia i zakłócenia – rozprzężenie dyscypliny produkcyjnej, naruszony rygor technologiczny, skrępowanie dozoru i dyrekcji, zwiększona o 90 procent absencja itd., itp. Z kolei stan postrajkowy to „wygaszanie gorączki”, cały proces dochodzenia do normalności organizacyjnej i technologicznej. W sumie strajki, przerwy w pracy to symptom, a przede wszystkim główny składnik procesów i zjawisk dezorganizujących, niszczących gospodarkę. W warunkach powszechnych niedoborów każda luka produkcyjna w jednym ogniwie – zwłaszcza chroniczne niedobory energii – powodowała efekt mnożnikowy, rozpadanie się więzi kooperacyjnych, cały łańcuch zakłóceń, w części lub całości organizmu gospodarczego. Podobnie spadek eksportu powodował obniżenie importu, ze wszystkimi tego dla gospodarki zgubnymi skutkami.
Wicepremier Janusz Obodowski w wywiadzie udzielonym Polskiej Agencji Prasowej 26 listopada 1981 roku m.in. mówi: „Eksport węgla spadł o połowę… Załamanie eksportu węgla to katastrofa, z której nie wszyscy zdają sobie sprawę. Oznacza wyschnięcie naszego głównego źródła finansowania zakupów niezbędnych surowców, komponentów i urządzeń z zagranicy. W tym roku straty produkcyjne w przemyśle z powodu braku zaopatrzenia importowego wyniosą około pół biliona złotych. Tak więc dalsze ograniczenie eksportu węgla byłoby równoznaczne z decyzją „wygaszenia” naszego przemysłu”. Stąd też najostrzejsza walka toczyła się wokół wydobycia węgla. W 1981 roku obniżyło się ono gwałtownie aż o 30 mln ton. Rząd wprowadzając wysokie preferencje materialne, próbował skłonić górników do dobrowolnej pracy w soboty. To był jedyny ratunek. Jednakże „Solidarność” tej formie zachęt przeciwstawiała się i przeciwdziałała zdecydowanie, w niektórych kopalniach w sposób nawet drastyczny – chcącym pracować przecinano węże tlenowe, uszkadzano narzędzia. Podobny sens miały nawoływania ze strony „Solidarności” Rolników Indywidualnych do bojkotu skupu oraz niepłacenia podatku gruntowego. 1 grudnia 1981 roku – na wspólnym posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR oraz Prezydium NK ZSL – Sekretarz KC do spraw rolnictwa i gospodarki żywnościowej, Zbigniew Michałek, oświadczył, że w lutym 1982 roku w miastach może zabraknąć nawet chleba. Załamywał się system kartkowy. Do dziś wykpiwane są słowa rzecznika rządu Jerzego Urbana z 1982 roku, który w kontekście społecznych skutków restrykcji, sankcji powiedział: „rząd się wyżywi”. Mówiąc poważnie – w 1981 roku realna była trwoga, czy „Naród się wyżywi”!
Nastąpiło zerwanie ekonomicznych więzi miasta ze wsią. Przemysł nie dostarczał węgla, nawozów sztucznych, narzędzi potrzebnych do produkcji rolnej. Wieś w swoistym rewanżu ograniczała dostawy produktów rolnych. Powstał na tym gruncie społeczno-ekonomiczny klincz. Winę oczywiście przypisywano władzy. Taką wymowę miały „marsze głodowe”, głównie kobiet w Łodzi oraz w wielu innych miastach. Odbywały się w końcu lipca – a więc, jak na ironię, w czasie żniw. Towarzyszyły temu głoszone – na różnych wiecach, publikowane w pisemkach, biuletynach i ulotkach – oskarżenia rządu, władz o głodzenie i biologiczne wyniszczanie narodu. Pojawiły się plakaty nawiązujące do IX Zjazdu PZPR – trupia czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami. W tymże czasie demonstracja przed Sejmem – hasło: „chcemy jeść” i oczywiście narodowe flagi. Czy też taki fakt – przed siedzibą Prezydenta Łodzi zgromadzenie dzieci w wieku 10-12 lat z transparentem: „My dzieci nie chcemy umierać i stawać się kalekami”. W proteście przeciwko pogarszającej się sytuacji w zaopatrzeniu Region Mazowsze NSZZ „Solidarność” zorganizował w sierpniu, w centrum stolicy demonstracyjny przyjazd kilkuset autobusów i ciężarówek. Różne brednie – m.in. o ukrywaniu przez władze zapasów, czy też celowe podsycanie napięć społecznych poprzez tolerowanie fatalnego stanu zaopatrzenia – funkcjonują po dzisiejszy dzień w książkach i publikacjach różnych naukowych „autorytetów”, a nawet w znanych podręcznikach szkolnych, m.in. autorstwa Anny Radziwiłł oraz Wojciecha Roszkowskiego. To po prostu wstyd – kierowane do młodzieży kłamliwe informacje o „ukrywaniu zapasów”, a więc świadome głodzenie narodu. A przecież to właśnie z zapasów strategicznych Wojska – zresztą wbrew obowiązującym zasadom – udostępniano niektóre z nich dla potrzeb społeczeństwa.

NIEDOBÓR ENERGII

Szczególne niebezpieczeństwo stwarzały niedobory energii i wynikające stąd konsekwencje dla całej gospodarki i warunków życia społeczeństwa (np. w lipcu 1981 było 12 dni z poważnymi ograniczeniami w dostawach energii, w sierpniu 10, we wrześniu 17, w październiku 26, w listopadzie 22. W wielu elektrowniach i elektrociepłowniach zapasy węgla niebezpiecznie malały. A dostawy wciąż się kurczyły. W obliczu powstałej sytuacji powołałem w trybie awaryjnym – można powiedzieć wręcz rozpaczliwym – Operacyjny Sztab Antykryzysowy pod kierownictwem Wicepremiera Janusza Obodowskiego. Równolegle powstał Sztab Antykryzysowy do spraw rolno-żywnościowych pod kierownictwem Wicepremiera Romana Malinowskiego. Powołanie tego rodzaju awaryjnych zespołów – sztabów zaleciłem również na szczeblu wojewódzkim. Jedną z pierwszych decyzji z 26 sierpnia 1981 roku było – na mocy zarządzenia nr 33 Prezesa Rady Ministrów – ustalenie priorytetów w zakresie dostarczania energii elektrycznej i paliw w 1981 roku. W kolejności dla: „1) gospodarstw domowych i rolnych; 2) zakładów służby zdrowia; 3) zakładów mleczarskich, piekarniczych, warzywno-owocowych i innych artykułów spożywczych; 4) szkół i zakładów opieki społecznej; 5) zakładów gospodarki komunalnej; 6) zakładów usługowych dla ludności; 7) drobnych zakładów przemysłowych i spółdzielczych zajmujących się produkcją rynkową”. Dopiero w dalszej kolejności wymieniane były różne gałęzie przemysłu, jednakże ze wskazaniem na te, które produkują dla bezpośrednich, żywotnych potrzeb ludności. Była to linia, którą staraliśmy się konsekwentnie – chociaż z coraz większymi trudnościami – realizować. Przy tym preferencje społeczne, humanitarne musiały siłą faktu dokonywać się kosztem innych dziedzin gospodarki, w tym eksportu. To z kolei wracało bumerangiem, godzącym również w sferę potrzeb społecznych. Powstał więc fatalny krąg uzależnień – sytuacja bez wyjścia.

ZAGRANICZNE DOSTAWY

Wysoki Sądzie,
Mam świadomość, iż – dalece zresztą niepełny – obraz sytuacji gospodarczo-społecznej zajmuje obszerne miejsce w moim wyjaśnieniu. Uważam to jednak za konieczne, ponieważ dotyczy realnego ówcześnie zagrożenia dla elementarnych warunków życia narodu. Akt oskarżenia tego nie zauważa. Obecnie stan wojenny w obiegowym, najbardziej powszechnym, spektakularnym ujęciu – to przywoływane wciąż wątki i obrazy: moja ponura fizjonomia na ekranie telewizora, czołgi, pałki, gazy łzawiące, armatki wodne itd., itp. – jednym słowem horror. Oczywiście, szeroko też podawana wiedza o tragedii w kopalni Wujek, o różnego rodzaju represjach, dotkliwych rygorach, bolesnych doświadczeniach. Akt oskarżenia zaznacza to dobitnie. Ja tego nie neguję, nie minimalizuję, nazywam okaleczeniem. Natomiast co było przed tym? Czy nie był to horror, tylko innego rodzaju – mniej „fotogeniczny” i dziś politycznie „nie na czasie”? Aby osądzać skutki – trzeba poznać i obiektywnie ocenić przyczyny. Istnieje wyraźny deficyt takiego podejścia. Jedynie niezawisły Sąd może dać szansę pełnej prawdzie.
Na dramatycznie pogarszającą się sytuację gospodarczą kraju nałożył się w sposób wręcz szokujący czynnik zewnętrzny. Była to – przekazana oficjalnie 9 września 1981 roku – decyzja władz radzieckich, że wymiana handlowa z Polską w 1982 roku odbywać się może jedynie na zasadzie pełnego zbilansowania płatniczego, tj. z uwzględnieniem konieczności wyrównania przez PRL ujemnego salda powstałego na koniec bieżącego roku oraz skutków zmiany cen w 1982 roku. Oznaczało to drastyczne ograniczenie od 1 stycznia 1982 roku dostaw podstawowych surowców – ropy o 75%, gazu ziemnego o 50%, podobnie surowców fosforowych, niklu, aluminium, celulozy, bawełny. Dotyczyło to również różnych komponentów do produkcji oraz wielu rodzajów deficytowych towarów – niektórych aż do zera (dokument przedstawiający szczegółowo ową zapowiedź załączam do swego wyjaśnienia). Jest tam m.in. stwierdzenie, że wynika to nie tylko z niewywiązywania się Polski z uzgodnionych dostaw, ale także z nasilającej się kampanii antyradzieckiej. Ta zapowiedź to nie był po prostu straszak, blef. Świadczy o tym zaprotokołowana (zbiory archiwalne b. NRD, udostępnione Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej) wypowiedź Breżniewa na spotkaniu z Honeckerem i Husakiem 30 maja 1981 roku w Moskwie: „Mamy możliwość wywarcia na Polskę nacisku ekonomicznego, bo jesteśmy głównymi dostawcami ropy oraz innych surowców”. Jeszcze mocniej brzmi stwierdzenie sekretarza KC KPZR Rusakowa na spotkaniu z Honeckerem 21 października 1981 roku: „Towarzysz Breżniew zupełnie jednoznacznie powiedział, iż Związek Radziecki nie myśli o tym, aby swe cenne surowce oferować krajowi, który wobec nas nie zachowuje się przyjaźnie… Dotychczas nie podpisaliśmy z Polską żadnej umowy wstępnej, żadnego protokołu handlowego. Musimy odczekać, jak się w samej Polsce sprawy rozwiną”. I czekano! W kwestii dostaw ropy potwierdza to protokół z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR w dniu 21 października, a w nim następująca wypowiedź Wicepremiera Rządu ZSRR Iwana Archipowa: „Kontynuujemy rozmowy z Polakami i uważamy, że stosunki z nimi trzeba prowadzić na zasadzie zbilansowania planów. Oczywiście doprowadzi to do znacznego zmniejszenia dostaw ropy, ponieważ nie dostarczają nam węgla i innych produktów. Jednakże, jeśli wszystko będzie w porządku, to w rozliczeniach zakładamy dostawy ropy na obecnym poziomie”. Nie trzeba domyślać się, co oznacza „jeśli wszystko będzie w porządku”.

Wysoki Sądzie,
Zapowiedź radykalnego ograniczenia dostaw surowców znalazła się w orbicie szczególnego niepokoju i troski polskich władz, o czym informowani byli przedstawiciele „Solidarności” oraz Kościoła. W warunkach naszego położenia geograficzno-ekonomicznego realizacja tej zapowiedzi oznaczałaby całkowite sparaliżowanie polskiej gospodarki i doprowadzenie do społecznej zapaści. Zatelefonowałem do Premiera ZSRR Nikołaja Tichonowa. Rozmowa rzeczowa, logiczna – można powiedzieć arytmetyczna. Sami mają wiele trudności – wyliczał je konkretnie. My również przyczyniamy się do nich, nie dostarczając wielu materiałów, towarów, kooperacyjnych komponentów. Muszą liczyć się z własnym społeczeństwem, które z niepokojem obserwuje charakter wydarzeń w Polsce. Wyjaśniałem, prosiłem o przyjazd do Warszawy Wicepremiera, Przewodniczącego Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego ZSRR, Nikołaja Bajbakowa. Przyjechał nawet dwukrotnie: 24-25 września oraz 8-9 grudnia 1981 roku. Zapoznał się z naszą sytuacją gospodarczą. Wyjeżdżał nawet do Katowic i Bełchatowa, studiował zwłaszcza problemy wydobycia węgla i energetyki. Ale w rozmowach niezmienna tonacja – bez porządku w kraju nie będzie porządku w gospodarce. Jeśli nawet zwiększymy dostawy, to i tak utoną one w ogólnym bałaganie. Wicepremier Janusz Obodowski zrelacjonował mi swoje rozmowy z Bajbakowem. „Bajbakow jest nam przychylny, ale instrukcje, które otrzymał, ograniczają pole manewru. „W Polsce musi być najpierw przywrócony ład i porządek. Zróbcie to”. Tak było do końca. Przypieczętowanie znajduje się w relacji, jaką Nikołaj Bajbakow złożył po swej drugiej wizycie w Polsce, na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR, 10 grudnia 1981 roku. Wysoce krytycznie oceniając sytuację w naszym kraju, m.in. stwierdził: „Postawiłem sprawę tak, abyśmy wprowadzili wzajemne stosunki na zasadach zbilansowanych”. Podkreślę – zbilansowanych, a więc zrównoważonych – to znaczy zasadniczo zredukowanych dostaw, ponieważ nasza gospodarka nie miała ich czym zrównoważyć.
Podobnych reakcji można było oczekiwać ze strony pozostałych państw bloku. Państwa te – członkowie Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG), uzgadniały corocznie plany wzajemnych dostaw – importu i eksportu. Od ponad roku nasze dostawy do Związku Radzieckiego oraz innych państw gwałtownie zmalały. My zaś otrzymywaliśmy ponadplanowe dostawy radzieckich surowców, materiałów, zboża, także kredyty, a nawet bezzwrotną pomoc w wysokości 465 mln dolarów. To zderzało się z antyradzieckimi nastrojami i ekscesami, w tym z szeroko upowszechnianymi opiniami, że nas wyzyskują i okradają.

OŚWIADCZENIE KPZR

Ambasador Związku Radzieckiego Borys Aristow 17 września 1981 roku wręczył Stanisławowi Kani i mnie pisemne oświadczenie KC KPZR i rządu ZSRR. Z uwagi na jego wysoce niepokojącą, wręcz groźną treść oraz brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w akcie oskarżenia – niech mi wolno będzie zacytować go w całości: „Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i rząd ZSRR zmuszone są skierować uwagę Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rządu PRL na narastanie w Polsce antyradzieckości, na takie jej spotęgowanie, które sięgnęło niebezpiecznej granicy. Fakty świadczą o tym, że w kraju jawnie, szeroko i bezkarnie prowadzi się ostrą, niepohamowaną kampanię przeciwko Związkowi Radzieckiemu, jego polityce zagranicznej i wewnętrznej. Że nie są to jakieś pojedyncze, nieodpowiedzialne wybryki chuliganów, lecz skoordynowane działanie wrogów socjalizmu, o wyraźnie określonym kierunku politycznym. Główny jego cel to oczernić, rzucić potwarz na pierwsze w świecie państwo socjalistyczne i na samą ideę socjalizmu, wzbudzić wśród Polaków wrogość i nienawiść do Związku Radzieckiego oraz ludzi radzieckich, rozerwać więzy braterskiej przyjaźni łączące nasze narody i w rezultacie wyrwać Polskę z socjalistycznej wspólnoty, zlikwidować socjalizm w samej Polsce.
Antyradzieckość coraz głębiej przenika do różnorodnych dziedzin życia społecznego w kraju, w tym do ideologii, kultury, systemu oświaty i wychowania. Jaskrawie fałszowana jest historia stosunków pomiędzy naszymi krajami. Zażarta propaganda przeciwko Związkowi Radzieckiemu wyziera ze stron rozmaitych wydawnictw, z ekranów kinowych, ze scen teatrów i estrad. Otwarcie brzmi ona w publicznych wystąpieniach – przed masowym audytorium – prowodyrów KSS KOR, „Konfederacji Polski Niepodległej”, „Solidarności”.
Pierwsza tura zjazdu tego związku zawodowego w istocie rzeczy stała się trybuną, z której rozbrzmiewały oszczerstwa i zniewagi pod adresem naszego państwa. Oburzającą prowokacją stało się przyjęte w Gdańsku tzw. Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej. Antyradzieckie siły nadal uwłaczają pamięci radzieckich żołnierzy, których setki tysięcy oddało swe życie za wolność i niepodległość narodu polskiego, bezczeszczą ich groby. Zaczęły pojawiać się również pogróżki wobec żołnierzy jednostek Armii Radzieckiej, stojących na straży zachodnich rubieży socjalistycznej wspólnoty, której częścią jest także Polska Rzeczpospolita Ludowa.
Siły antysocjalistyczne dążą do wywołania w Polsce atmosfery skrajnego nacjonalizmu, nadając mu wyraźnie antyradziecki charakter. Przy czym skala, intensywność i stopień wrogości obecnej kampanii antyradzieckiej w Polsce przybiera cechy antyradzieckiej histerii, rozniecanej w niektórych państwach imperialistycznych.
Nie może to u nas nie rodzić pytania, dlaczego ze strony oficjalnych władz polskich nie przedsięwzięto do tej pory żadnych zdecydowanych kroków do przecięcia wrogiej kampanii przeciwko ZSRR, z którym łączą Polskę Ludową stosunki przyjaźni i sojusznicze zobowiązania. Nie jest nam znany ani jeden przypadek, by inicjatorzy antyradzieckich prowokacji spotykali się z ostrą reakcją ze strony władzy i zostali ukarani. Co więcej, bez przeszkód udostępnia im się dla przeprowadzania spotkań państwowe pomieszczenia, otwiera dostęp do środków masowej informacji, przydziela środki techniczne, chociaż z góry wiadomo, do jakich celów będą one wykorzystane.
Niejednokrotnie zwracaliśmy uwagę kierownictwom PZPR i rządu PRL na narastanie fali antyradzieckości w Polsce. Mówiliśmy o tym podczas spotkań w marcu w Moskwie i w kwietniu w Warszawie; z całą szczerością pisaliśmy w liście KC KPZR z 5 czerwca; o tym także rozmawialiśmy w toku spotkania na Krymie w sierpniu br.
Nie będziemy ukrywać: wszystko to budzi wśród ludzi radzieckich głębokie oburzenie. Do KC KPZR i miejscowych organów partyjnych nieprzerwanym strumieniem płyną listy, w których radzieccy komuniści i bezpartyjni wyrażają zdumienie z powodu bezkarności antyradzieckiej propagandy, jaką prowadzi się w sąsiednim zaprzyjaźnionym państwie socjalistycznym. Naród radziecki, który poniósł ogromne ofiary w imię wyzwolenia Polski z faszystowskiej niewoli, który bezinteresownie pomagał i pomaga obecnie waszemu krajowi, ma pełne moralne prawo wymagać położenia kresu rozzuchwaleniu antyradzieckiemu w PRL.
KC KPZR i rząd radziecki uważają, że dalsze pobłażanie jakimkolwiek przejawom antyradzieckości powoduje ogromny uszczerbek w stosunkach polsko-radzieckich, pozostaje w bezpośredniej sprzeczności z sojuszniczymi zobowiązaniami Polski oraz żywotnymi interesami narodu polskiego. Oczekujemy, że kierownictwo PZPR i rząd PRL bezzwłocznie podejmą zdecydowane i radykalne kroki w celu przecięcia złośliwej antyradzieckiej propagandy i wrogich wobec Związku Radzieckiego akcji”.
W tamtej sytuacji oznaczało to jedno z najcięższych oskarżeń. Pamiętaliśmy, iż podobne – chociaż na ogół nie tak ostre – teksty kierowane były w 1968 roku do władz Czechosłowacji. Przy tej okazji trzeba dodać, iż – w odróżnieniu od Polski – wojska radzieckie wówczas tam nie stacjonowały.

Wysoki Sądzie,
Narastały napięcia w stosunkach z pozostałymi partnerami z bloku. W dniach 2-4 lipca 1981 roku uczestniczyłem jako Premier w sesji RWPG, która odbywała się w Sofii. Pytano coraz natarczywiej, kiedy Polska wywiąże się z zobowiązań eksportowych i kooperacyjnych. Była to dla mnie sytuacja wręcz upokarzająca. Dotkliwe perturbacje powodował zwłaszcza spadek naszego eksportu do NRD. 5 października 1981 roku Ambasador Neubauer doręczył mi dramatycznie sformułowany list od Premiera Willy Stopha. W świetle udzielonych nam wcześniej przez NRD znacznych kredytów oraz ponadplanowych dostaw, stanowiło to szczególnie przykre upomnienie i jednocześnie zapowiedź stosownych reakcji.

ALARMISTYCZNE INFORMACJE

Był wreszcie jeszcze jeden aspekt naszych stosunków gospodarczych z krajami socjalistycznymi. Dostawy, zarówno surowców – w szczególności węgla – jak też towarowe czy kooperacyjne z Polski, miały przecież trafiać nie do gmachów rządowych, lecz do fabryk czy na rynek. Ich nagłe ograniczenie stawało się coraz bardziej odczuwalne, rzutowało – wyostrzane zresztą propagandowo – na nastroje załóg i społeczeństw. Narastało przekonanie, że Polacy nie pracują, strajkują, awanturują się, a my musimy jeszcze im pomagać. To, co działo się w naszym kraju, konsolidowało więc ościenne reżimy, jak też uodparniało tamte społeczeństwa na naśladownictwo polskiej drogi. Coraz większe zrozumienie uzyskiwał pogląd, że w Polsce „powinien być zrobiony porządek”. Władze polskie musiały liczyć się z tą okolicznością.
Ale wracam do zapowiedzi ograniczenia dostaw surowców. Namacalne ostrzeżenie, stopniowe „przykręcanie kurka” stanowiły ograniczenia dostaw na przełomie listopada–grudnia 1981 roku. 7 grudnia na posiedzeniu Rady Ministrów alarmistycznie informowali o tym ministrowie: Handlu Zagranicznego – Tadeusz Nestorowicz; Komunikacji – Janusz Kamiński oraz wiceminister Przemysłu Chemicznego – Wiesław Szymczak. Narastające braki ropy, benzyn, mazutu dotkliwie zakłócały, a nawet paraliżowały funkcjonowanie niektórych dziedzin życia gospodarczo-społecznego, a w szczególności transportu, gospodarki komunalnej, prac rolnych, przemysłu chemicznego oraz kooperujących z nimi innych gałęzi produkcji. Załamywały się nawet dostawy części zapasowych i zamiennych do sprzętu wojskowego oraz specjalistycznych paliw i olejów smarowych. Strona radziecka nie przyjęła w ogóle naszego zapotrzebowania na dostawy z importu w 1982 roku 180 tys. ton paliwa lotniczego, dla Wojsk Lotniczych. 21 września przyjąłem przebywających w Polsce: Szefa Sztabu oraz Przewodniczącego Komitetu Technicznego Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego – generałów: Anatolija Gribkowa oraz Iwana Fabrikowa. W rozmowie uczestniczyli generałowie: Florian Siwicki, Eugeniusz Molczyk i Zbigniew Nowak. Goście przedstawili swą ocenę sytuacji w polskim przemyśle zbrojeniowym, pod kątem planowych zobowiązań dostaw uzbrojenia, sprzętu, części zamiennych, kooperacji. Ocena ta znalazła następnie rozszerzony i udokumentowany wyraz w liście, który został mi przesłany 28 września 1981 roku. Była ona wielce krytyczna. Chodziło jednym słowem o to, że strona polska przyczynia się do osłabienia zdolności, gotowości bojowej sojuszniczych armii, w tym również własnej. I to niestety prawda. Skutki odczuwaliśmy coraz bardziej. Stan sprzętu bojowego, uzbrojenia, a także paliwa stanowi jeden z podstawowych składników gotowości bojowej Sił Zbrojnych. Bez gotowości bojowej nie ma Wojska!
Wracam do zapowiedzi ograniczenia dostaw surowców. W tym miejscu należy przypomnieć, z jaką nerwowością reagowano u nas w 1992 roku na zaledwie kilkugodzinną przerwę w dostawach gazu. A obecnie – w całkowicie przecież odmiennej sytuacji międzynarodowej i gospodarczej – ile problem ten rodzi wciąż niepokoju, jak gorące są dyskusje, kontrowersje wokół tzw. dywersyfikacji dostaw. A jaka w 1981 roku mogła być „dywersyfikacja”?!

NIEPOKOJĄCA WIEDZA

Dlatego też trudno zrozumieć stanowisko Prokuratury IPN, która nie zechciała uwzględnić wniosków płynących z protokołów posiedzeń Operacyjnego Sztabu Antykryzysowego Rządu; opracowań, sporządzonych przez Zespół Analiz i Prognoz Komisji Planowania z udziałem rządowych ekspertów, w tym „Sytuacji w dziedzinie węgla kamiennego” z 16 października 1981 roku, a zwłaszcza „Scenariusza prawdopodobnego rozwoju sytuacji społeczno-gospodarczej w okresie październik 1981 – czerwiec 1982” (z 25 września 1981 roku), a także codziennych informacji – meldunków Dyżurnej Służby Operacyjnej Rządu, tzw. DYSOR, którymi dysponowała sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Są to bardzo konkretne – ważne i cenne dokumenty dowodowe. Podobnie informacje KC PZPR, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Sztabu Generalnego oraz Głównego Zarządu Politycznego WP. Zawierały one wieloźródłowo – powtórzę: wieloźródłowo – uzyskaną wiedzę o sytuacji. Rozumiem jednak, że przywołanie mnóstwa faktów pochodzących z tej dokumentacji rozszerzyłoby moje wyjaśnienia, ponad racjonalną miarę. Nie czuję się też na siłach, ażeby dotrzeć do różnych archiwów, w których te dokumenty się znajdują. Prokuratura oddalając mój wniosek o włączenie ich do akt sprawy, tym samym skazuje się na podejrzenie, iż dla oskarżenia są one niewygodne.
Mam świadomość, iż mgła odległego czasu zaciera ostrość widzenia owej sytuacji. Dlatego też przywoływane przeze mnie meldunki mogą dziś zabrzmieć monotonnie, nawet nużąco. Jednak każda taka informacja, podobnie jak wiele innych pochodzących z różnych źródeł, w tym mnóstwo listów płynących od obywateli (szczególnie rozpaczliwie brzmiały – co poruszało mnie szczególnie – apele matek małych dzieci), plus liczne kontakty i spotkania – to wszystko w owych tygodniach i dniach wprost szokująco wpływało na myślenie i reakcje władz. Bez nich ocena przygotowań oraz podjęcia decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego jest dalece niepełna i zdeformowana.
Akt oskarżenia – jak również Pan Prokurator na posiedzeniu Sądu 26 marca br. – meldunki DYSOR po prostu lekceważy – stwierdzając, że „nie mają one nic wspólnego z przedmiotem śledztwa”. Podobnie odnosi się do zapowiedzi drastycznego ograniczenia od 1 stycznia 1982 roku dostaw podstawowych surowców, materiałów, towarów. Istotnie – jeśli te fakty, a więc postępująca agonia gospodarki i społeczne tego skutki, są dla śledztwa obojętne, to trudno nie dostrzec rzeczywistej intencji aktu oskarżenia. Gdyby te oceny nie były formułowane w obliczu Sądu, można by je potraktować jak okrutny żart.

KOŃCZĄCE SIĘ ZAPASY

Wysoki Sądzie,
Pozwolę sobie wrócić do stwierdzenia Pana Prokuratora, że „meldunki DYSOR nie mają nic wspólnego z przedmiotem śledztwa”. Dla obrony mają znaczenie podstawowe. Bo właśnie one wywierają przemożny wpływ na warunki bytowania, a przez to na całokształt sytuacji społeczno-politycznej. A zaostrzała się ona nieustannie. Proszę więc o wysłuchanie przynajmniej przykładowo – fragmentów tych meldunków, które przedstawiają prawdę materialną, ewidentną, jej wręcz przerażającą fotografię. Bez jej poznania i oceny nie jest możliwa obiektywna odpowiedź – jak i dlaczego doszło do stanu wojennego. A przecież w dniach 4-12 grudnia 1981 roku meldunki te alarmowały o nadciągającej katastrofie. Wnioskuję, ażeby w obecnym procesie stanowiły one materiał dowodowy. Cytuję:
• „Zaopatrzenie surowcowo-materiałowe zakładów przemysłowych z dostaw krajowych i importu nie ulega poprawie. Następuje dalszy spadek produkcji, pogłębiony ograniczeniami w dostawach energii elektrycznej, paliw płynnych oraz nasilającymi się akcjami protestacyjnymi (pogotowie strajkowe, referendum, oświadczenia, petycje). Wśród wielu załóg fabrycznych utrzymuje się stan ostrego napięcia na tle złego zaopatrzenia w żywność i inne artykuły pierwszej potrzeby”;
• „W dalszym ciągu utrzymują się niedobory materiałów, surowcowe, kooperacyjne, i ograniczenia energetyczne. Wyraźne obniżenie dyscypliny pracy i wzrost absencji, w powiązaniu z występującymi brakami materiałowymi, powodują dalszy spadek produkcji wielu asortymentów. Wynikiem tego są niedobory wyrobów rynkowych, niewystarczające dostawy dla rolnictwa, obniżenie dostaw eksportowych”;
• „Następuje dalszy spadek produkcji pogłębiony ograniczeniami w dostawach energii elektrycznej, paliw płynnych oraz obniżoną dyscypliną pracy”;
• „Szereg zakładów produkcyjnych i przedsiębiorstw budowlanych odczuwa dotkliwie brak materiałów i surowców, niezbędnych do bieżącej produkcji. Awaryjne uzupełnienie tych braków jest utrudnione małą dyspozycyjnością transportu, któremu brakuje paliw, ogumienia i części zamiennych. Ograniczone są coraz bardziej dostawy energii elektrycznej. Wszystko to powoduje, że efektywność pracy wielu zakładów znacznie odbiega od ich potencjalnych możliwości”;
• „Pogłębia się stan kryzysowy gospodarki, wynikający z niedoboru surowców. W szeregu województw braki paliw osiągają stan katastrofalny. Np. w Lesznie i Świdnicy PKS zawiesza komunikację i przewozy ziemiopłodów. W Lubelskiem grozi całkowite zatrzymanie transportu zaopatrzeniowego. Istnieje bezpośrednie zagrożenie wstrzymania dowozu ludzi do ważnych, z gospodarczego punktu widzenia, zakładów pracy. Braki paliwa, ogumienia, akumulatorów powodują odwoływanie kursów PKS, zwłaszcza w województwach: bielskim, tarnobrzeskim, leszczyńskim, konińskim, wałbrzyskim, sieradzkim. W szeregu województw wycofano z tras znaczne ilości taboru MZK”;
• „Centrala Produktów Naftowych sygnalizuje niedobory w zaopatrzeniu w etylinę 78 i 94 na terenie całego kraju, przy jednoczesnym braku paliw w punktach ekspedycyjnych na końcówkach rurociągów i granicznych punktach przeładunkowych”;
• „Na terenie całego kraju niedobór paliw, głównie deficyt etyliny – na koniec października 65 tys. ton (potrzeby listopada 300 tys. ton), w wyniku obniżenia dostaw z ZSRR zarówno benzyny, jak i ropy, co powoduje niedobory produkcyjne i obniżenie dostaw z rafinerii w Płocku”;
• „Ministerstwo Przemysłu Chemicznego i Lekkiego informuje, że zaległości w dostawach ropy z rurociągów z ZSRR wzrosły do 41,6 tys. ton”;
• „Utrzymuje się trudna sytuacja zaopatrzeniowa w materiały pędne w większości województw. Największe niedobory paliw wystąpiły w województwach: bielskim, gorzowskim, konińskim, pilskim, tarnobrzeskim, wałbrzyskim”;
• „Wśród trudności ograniczających normalne funkcjonowanie służb miejskich, wojewodowie sygnalizują głównie niedostateczne zaopatrzenie w paliwa płynne (zwłaszcza województwa: łomżyńskie, jeleniogórskie, tarnobrzeskie). Sytuacja ta grozi unieruchomieniem służb transportu miejskiego, przede wszystkim komunikacji miejskiej”;
• „W stalowni Huty im. Bieruta kończy się zapas mazutu radzieckiego, grozi to unieruchomieniem pieca martenowskiego nr 4; w sześciu innych piecach przewiduje się opalania smołą z własnej koksowni, co spowoduje niewykonanie zobowiązań w stosunku do odbiorców smoły”;
• „Niedobory materiałowe i surowcowe utrudniają działalność całego resortu Budownictwa i Przemysłu Materiałów Budowlanych. W wielu przedsiębiorstwach wystąpiły postoje. Postój 5235 jednostek transportowych (44,3%) spowodowany brakiem paliw, części zamiennych, akumulatorów, ogumienia”;
• „W Gorzowie Wlkp. kierowcy taksówek ogłosili pogotowie strajkowe, domagając się poprawy zaopatrzenia w paliwa. Zablokowali przy tym trasę E-14, powodując konieczność objazdów do 40 km. Rzemieślnicy w Pile w dn. 8.12.1981 r. zagrozili blokadą Urzędu Wojewódzkiego, o ile nie otrzymają benzyny, umożliwiającej świadczenie usług”;
• „Zaopatrzenie rynku oraz przedsiębiorstw w materiały pędne i smary jest skrajnie niedostateczne. Brak paliw zakłóca funkcjonowanie transportu zaopatrzeniowego, jednostek usługowych i komunikacji. Np. w Nowym Dworze (woj. Elbląg) z braku paliwa unieruchomione były nawet karetki pogotowia”;
• „Obniżenie wydobycia węgla rzutuje zarówno na zamierzenia eksportowe, jak i zabezpieczenie potrzeb kraju. Bardzo trudna sytuacja w zabezpieczeniu w węgiel energetyczny Kombinatu Górniczo-Hutniczego Lubin. Grozi to całkowitym zatrzymaniem przemysłu miedziowego, gdyż niemożliwe jest w warunkach zimy wyłączanie dopływu ciepła do ogrzewania Lubina, Głogowa, Polkowic. Trudna sytuacja potęguje brak etyliny i oleju napędowego, których zapas wystarczy zaledwie do 16 grudnia. Może to spowodować całkowite sparaliżowanie transportu w tym regionie. Równie trudna sytuacja w tym zakresie występuje w woj. konińskim (zagrożenie przerwania produkcji w Hucie Aluminium i w Elektrowni Bełchatów)”;
• „Wojewodowie: bydgoski, gorzowski, skierniewicki, koszaliński i ciechanowski sygnalizują krytyczny stan zapasów węgla, w tym również w szkołach”;
• „Maleją zapasy węgla kamiennego w elektrowniach i elektrociepłowniach. Najniższe zapasy węgla mają elektrownie: Kozienice (4 dni), Połaniec (5,3 dnia), Ołowianka (3,1 dnia), przy normie minimum 12 dni. Dostawy węgla do tych elektrowni są niższe od dobowego zużycia – a więc zapasy nie tylko nie są odtwarzane, ale niepokojąco maleją”;
• „Do fabrycznych elektrociepłowni FSC w Lublinie, w Puławach, w Poniatowej, w Kraśniku i Skierniewicach ograniczono dostawy węgla, co zagraża ciągłości ogrzewania mieszkań w części tych miast (np. FSC ogrzewa 40% osiedli Lublina). Krytyczna sytuacja opałowa powstała w woj. wrocławskim, dla którego nie zrealizowano dostaw węgla kamiennego i brunatnego, mimo wielokrotnych interwencji wojewody (na przydzielone 45,9 tys. ton węgla brunatnego otrzymano 330 ton)”;
• „Wiele województw sygnalizuje brak dostaw oleju napędowego, co powoduje zahamowanie transportu i wstrzymanie produkcji różnych artykułów (zwłaszcza Elbląg, Płock, Toruń, Leszno)”;
• „Przemysł koksowniczy nie wykonuje dobowych zadań produkcji surówki z braku wsadu oraz ograniczeń energetycznych. Z tych samych powodów przemysł metali nieżelaznych nie wykonuje zadań produkcji miedzi. Ponadto w przemyśle miedziowym nadal występują braki ługu posulfitowego. Zakłady Przemysłu Elektronicznego (Zakłady Kasprzaka, WZT, SZ „Diora”, „Elta”) ograniczają produkcję w wyniku niedostatecznych dostaw acetylenu. Wiele zakładów sygnalizuje o przestojach produkcyjnych, powodowanych niepełnymi i nierytmicznymi dostawami kooperacyjnymi zarówno z produkcji krajowej, jak i z importu”;
• „W przedsiębiorstwach przemysłu teleelektronicznego TELKOM utrzymują się trudności produkcyjne, spowodowane stale pogarszającą się sytuacją w zaopatrzeniu w surowce krajowe oraz całkowitym wstrzymaniem importu z kk w IV kw. br. Z tego powodu w listopadzie we wspomnianych przedsiębiorstwach zanotowano 48 tys. godzin przestoju”;
• „W przemyśle nieorganicznym ograniczono produkcję nawozów fosforowych, bieli tytanowej oraz siarczanu glinowego z braku surowców, głównie z importu. Przemysł petrochemiczny ograniczył produkcję amoniaku, nawozów azotowych, kaprolaktanu, melaminy, karbidu, a przemysł chemii gospodarczej „Pollena” proszków do prania i plastrów farmaceutycznych. Podstawowe przyczyny to braki surowców i ograniczenia energetyczne. W większości zakładów przemysłu wełnianego wskutek braku elany, anilany i argony (z kraju i z importu) ogranicza się produkcję tkanin i dzianin”;
• „Braki surowców i ograniczenia energetyczne powodują znaczne straty w produkcji m.in. Zakładów Azotowych w Tarnowie (polichlorek winylu, metanol). Z powodu braku ługu sodowego w Zakładach Police, wstrzymano produkcję bieli tytanowej. W Gdańskich Zakładach Nawozów Fosforowych zagrożona jest produkcja tych nawozów”;
• „W zakładach we Wrocławiu braki wodorotlenku glinu (z importu), grożą przerwaniem zaopatrzenia gospodarki komunalnej w siarczan glinu, stosowany do przygotowania wody pitnej we wszystkich aglomeracjach miejskich”;
• „Ograniczenia w produkcji włókien sztucznych pogłębiają się i sięgają od 35 do 75% zaplanowanej ilości argony, wiskozy, kordu, textry i anilany. Zagrożone jest wytwarzanie farb i lakierów, na skutek przerwania produkcji sykatyw oraz ograniczeń w produkcji żywic lakierniczych. Zakłady „Stomil” w Dębicy nie wykonują zaplanowanej ilości opon. Sosnowiecka Przędzalnia Czesankowa zgłosiła postój z braku dostaw włókna celulozowego z Zakładów „Chemitex-Wistam” w Tomaszowie. Spowoduje to przerwę w dostawach przędzy dla odbiorców już w grudniu br.”;
• „Brak dostaw żółtego fosforu powoduje wstrzymanie produkcji kwasu fosforowego. Brak dostaw surowcowych komponentów ogranicza produkcję opon, taśm transportowych, obuwia filcowego – zawodowego”;
• „Powszechny niedobór środków produkcji dla rolnictwa (maszyny, narzędzia, nawozy, węgiel itd.”;
• „…dostawy mięsa i jego przetworów, w większości województw nie pokrywają potrzeb wynikających z reglamentacji. O szczególnie ostrych niedoborach informują wojewodowie: łódzki, krakowski, katowicki, gdański, zamojski, kaliski, ciechanowski, a także władze Warszawy”;
• „…mimo interwencji powtarzają się chronicznie braki dostaw mąk produkcyjnych do wypieku chleba. W woj. tarnowskim, nowosądeckim, lubelskim, bielskim, ciechanowskim, jeleniogórskim, legnickim zapasy mąki są niepokojąco niskie”;
• „…niedobory przetworów mleczarskich występują systematycznie we wszystkich prawie województwach”;
• „…mydło, środki piorące i higieny osobistej nie mają pokrycia nawet w asortymentach reglamentowanych, jak też dla szpitali, przedszkoli, szkół, domów dziecka”;
• „…poważne braki w zakresie odzieży, obuwia, mebli, artykułów przemysłowych gospodarstwa domowego. Szczególnie dotkliwy jest niedostatek ciepłej bielizny, zimowej odzieży, skarpet, pończoch. Kilku wojewodów ocenia sytuację w zaopatrzeniu w obuwie i w odzież zimową, jako wręcz dramatyczną. Występują poważne braki w zakresie odzieży roboczej i ochronnej oraz obuwia dla zakładów pracy”;
• „Służby medyczne sygnalizują brak środków opatrunkowych, strzykawek, igieł jednorazowego użytku, rękawic chirurgicznych, lekarstw (w tym antybiotyków), środków przeciwbólowych, syropów pediatrycznych)”;
• „…napływają niepokojące informacje, iż w związku z niestabilną sytuacją w Polsce, strajkami, niedotrzymywaniem umów eksportowych, importerzy naszych wyrobów (z Francji, Anglii, RFN) wycofują się z części zamówień”.

KONSEKWENCJE GOSPODARCZEJ BLOKADY

Reasumując: do dyspozycji Prokuratury – podobnie zresztą jak i polityków, historyków, publicystów – znajdowało się i znajduje mnóstwo autentycznych, źródłowych materiałów, dokumentów, publikacji. Wyłania się z nich koszmar ówczesnej sytuacji społeczno-gospodarczej, a w tym opisane wyżej – w istocie ultimatum, tj. zapowiedź ograniczenia radzieckich dostaw. Jej realizacja, zwłaszcza w warunkach zimy, w sytuacji załamania naszej gospodarki, w tym wydobycia węgla – oznaczałaby nie tylko ekonomiczną, ale i biologiczną katastrofę. Uderzałaby przede wszystkim w ludzi starych, chorych, dzieci, w elementarne warunki życia, a w istocie przeżycia. Takie rysowały się prognozy. Jednym z dowodów dramatyzmu tej sytuacji były różne awaryjne warianty. Wicepremier Janusz Obodowski, 10 maja 1994 roku zeznający jako świadek przed sejmową Komisją Odpowiedzialności, m.in. powiedział: „…były pomysły i projekty, aby w przypadku kompletnej klęski przesiedlać ludność z jednego kwartału miasta do innego”. Rozwija tę koncepcję, zeznając również jako świadek 22 czerwca 1994 roku, Zastępca Przewodniczącego Komisji Planowania Gospodarczego Eugeniusz Gorzelak, który poinformował, że w Państwowej Komisji Planowania zrodził się – znany mi zresztą – zamiar, ażeby ze względu na trudności energetyczne i opałowe opracować plan przemieszczenia ludności do ogrzewanych budynków, do krewnych i znajomych. Opuszczone domy nie byłyby ogrzewane i oświetlane. Ilustruje to ostrość problemu. Stąd też jego bagatelizowanie jest nie tylko dziwne, niezrozumiałe, ale wręcz nieludzkie, niehumanitarne. Albo to brak wyobraźni, albo świadome przemilczanie czegokolwiek, co mogłoby przybliżyć zrozumienie okoliczności prowadzących do stanu wojennego.

WYSTARCZYŁABY BLOKADA

Przewodniczący Prymasowskiej Rady Społecznej prof. Stanisław Stomma 12 grudnia 1992 roku na łamach „Gazety Wyborczej” powiedział: „Gdy zastanawiałem się nad sytuacją, dochodziłem do wniosku, że niekoniecznie musi grozić militarna interwencja sowiecka. Wystarczyłoby zarządzenie ostrej blokady gospodarczej, ażeby zmusić Polskę do kapitulacji”. Wprowadzenie stanu wojennego zapobiegło niewyobrażalnie ciężkim konsekwencjom, jakie przyniosłaby owa swego rodzaju blokada. W tym miejscu zacytuję – z wydanych w 1990 roku „Pamiętników” Prezydenta Ronalda Reagana, następujący fragment: „Nie chcieliśmy, aby komunistyczny rząd utonął bez wsparcia gospodarczego, ponieważ wiedzieliśmy, że w przypadku rozpadu gospodarki może dojść do gwałtownego powstania ludowego, które sprowadzi sowieckie czołgi, a z nimi śmierć ruchu demokratycznego …”. Niestety, z tym „wsparciem” było znacznie gorzej, urwały się kredyty, zmniejszyły dostawy. Ale najistotniejsze jest to, że Prezydent Reagan, że Amerykanie mieli realistyczną świadomość, że postępujący rozkład polskiej gospodarki, jego bolesne społecznie skutki – głód, chłód, ciemność – nieuchronnie doprowadziłyby do rozpaczliwych społecznych reakcji, do wybuchu, do krwawej tragedii. Czy wprowadzenie stanu wojennego nie zapobiegło spełnieniu takiej perspektywy? Czy już tylko to – nie było wystarczającym uzasadnieniem dla wprowadzenia stanu wojennego?!

Wysoki Sądzie,
Prokuratura IPN zamyka oczy na przywołane wyżej fakty, dowody, argumenty. Przyznaję – ciążyły systemowe anachronizmy i schorzenia. Kryzys gospodarczy narastał. W lecie 1980 znalazł odbicie w masowym społecznym proteście. Porozumienia sierpniowo-wrześniowe oznaczały nadzieję na jego przezwyciężenie. Jedną z głównych dróg miała być reforma gospodarcza. Stwarzała ona nie tylko wielką szansę zracjonalizowania polskiej ekonomiki, ale również potencjalną płaszczyznę porozumienia. Sytuacja oskarżonego, racje obrony uzasadniają rozwinięcie tego tematu. Powstała Komisja do spraw Reformy. W jej skład wchodziło wielu wybitnych ekonomistów, teoretyków i praktyków, o różnych politycznych rodowodach i aktualnych orientacjach. Przewodniczył Komisji Premier – początkowo Józef Pińkowski, później ja. Chodziło o podkreślenie rangi oraz zapewnienie większej „siły przebicia” przygotowywanym przez Komisję ocenom i wnioskom, propozycjom i projektom. Minister-pełnomocnik rządu, prof. Władysław Baka, jego współpracownicy oraz w odpowiednim zakresie resorty gospodarcze wykonali wielką – pionierską jak na ówczesne realia – pracę, przygotowali projekty ustawowych i rządowych „oprzyrządowań”. Były one przedmiotem obrad Komisji oraz publicznych informacji, dyskusji, wyjaśnień. Duże zainteresowanie wykazywał Sejm poprzez prace w poszczególnych Komisjach oraz na posiedzeniach plenarnych. Większość mojego wystąpienia z sejmowej trybuny 12 czerwca 1981 roku, a także znaczna część wystąpienia na IX Zjeździe PZPR stanowiła właśnie problematyka reformy. Opinie i uwagi do projektów zgłosiło 100 przedsiębiorstw – konsultantów. Uzyskano opinie wielu ekspertów. Przygotowano projekty dwóch, o bardzo istotnym znaczeniu, ustaw: „O przedsiębiorstwie” oraz o „Samorządzie pracowniczym”. Udało się je uzgodnić z „Solidarnością”. Sejm ustawy te uchwalił. Ale był to tylko fragment procesu reformowania. Nad jego całym systemem, kompleksem pracowano intensywnie.
Ażeby – ze względów oczywistych – można było od 1 stycznia 1982 roku (nowy rok budżetowy) zacząć wdrażać kompleksową reformę, trzeba było przyjąć doraźnie zastępczą uchwałę Rady Ministrów o zasadach działania przedsiębiorstw w 1982 roku (czyli tzw. prowizorium systemowe). Byt tej uchwały byłby zakończony z chwilą wejścia w życie ustaw określających reformę gospodarczą. Równolegle z uchwaleniem przez rząd prowizorium systemowego, cały pakiet projektów ustaw w kształcie ostatecznie uzgodnionym z „Solidarnością” zostałby skierowany do Sejmu. Ostatnie spotkanie – rozmowy przedstawicieli rządu (współprzewodniczyli prof. prof. Władysław Baka i Zdzisław Sadowski) z grupą negocjatorów z „Solidarności” (współprzewodniczyli pp. Grzegorz Palka i Jacek Merkel) – odbyło się 27 listopada 1981 roku. Szereg uwag i poprawek do projektu uchwały Rady Ministrów zostało przyjętych. Pozostałe rozbieżności miały zostać omówione na kolejnym spotkaniu. Termin został wspólnie ustalony na godz. 9.00 4 grudnia 1981 roku. Jeszcze 29 listopada prof. Zdzisław Sadowski – ówczesny zastępca pełnomocnika rządu ds. reformy i przez wiele lat przewodniczący, a obecnie honorowy przewodniczący Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego – w obszernym wystąpieniu telewizyjnym wyjaśniał istotę problemu. Niestety – 3 grudnia na spotkaniu kierowniczych kręgów „Solidarności” w Radomiu koncepcja prowizorium została kategorycznie odrzucona. W rezultacie na ustalone kolejne spotkanie przedstawiciele „Solidarności” już nie przybyli. Stworzyło to całkowity impas. Stan wojenny okazał się jedyną szansą powstrzymania kompletnego rozkładu gospodarki, aby na tym – uwolnionym od wstrząsów – gruncie od początku nowego roku rozpocząć stopniowo wdrażanie reformy gospodarczej. Tak się też stało. Prowizorium systemowe zostało następnie zastąpione ustawami, uchwalonymi przez Sejm 26 lutego 1982 roku, w kształcie zasadniczo zbliżonym do wstępnie uzgodnionego z „Solidarnością” w 1981 roku. Praktyka realizacyjna – powodzenia i niepowodzenia – to odrębny temat.

Wysoki Sądzie,
Reforma gospodarcza należała do programowych haseł – zarówno władzy, jak i „Solidarności”. Realizacyjnie nie było to już tak oczywiste. Piętrzyły się różne trudności i opory. Wewnętrzne, a dla władzy również zewnętrzne. Wielka nieufność ze strony ówczesnych sojuszników. Szczególnie nerwowo reagował Erich Honecker, który pod koniec stycznia 1981 roku w liście do Stanisława Kani napisał: „Przedłożona koncepcja zakłada zdobycie wszystkich gospodarczych pozycji władzy w Polsce przez zorganizowane siły kontrrewolucyjne. Jest to w istocie część scenariusza kontrrewolucyjnej grupy KOR-u zmierzającej do likwidacji socjalistycznego ustroju społeczno-gospodarczego”. Podobne – choć w bardziej oględnej formie – oceny i poglądy wyrażali (poza Węgrami) pozostali uczestnicy bloku. Naszej gospodarce, „skazanej” na ich wyrozumiałość i pomoc, stwarzało to dodatkowe komplikacje.

ROZDWOJENIE JAŹNI „SOLIDARNOŚCI”

„Solidarność” znalazła się w swoistym rozdwojeniu jaźni. Głosiła konieczność reformy. Wzywała władze do jej przyspieszenia, krytykowała różne realizacyjne aspekty. Z drugiej jednak strony była niechętna współpracy z rządem, z władzą. Np. uchyliła się od delegowania do Komisji do spraw reformy swych przedstawicieli, a wskazała jedynie obserwatorów. Miała świadomość, że reforma wymaga społecznie niepopularnych, bolesnych posunięć. Nie chciała uczestniczyć w zmierzeniu się z tym problemem, w ramach istniejącego ustroju. Jednakże jego radykalna, przełomowa zmiana była wówczas niemożliwa. Absencja w reformie była więc – mówiąc oględnie – drogą donikąd. Ilustruje tę sytuację „List otwarty” – zamieszczony 11 lipca 1981 roku w tygodniku „Polityka” – jaki skierował do doradców i ekspertów „Solidarności” znany ekonomista prof. Wacław Wilczyński – obecnie czołowy publicysta tygodnika „Wprost”. List ten – widocznie jako niewygodny – jest przemilczany. Pozwolę więc sobie zacytować niektóre fragmenty: „Na bydgoskim spotkaniu z nowo powołanym przewodniczącym Państwowej Komisji Cen profesorem doktorem habilitowanym Zygmuntem Krasińskim w dniu 23 czerwca 1981 roku jeden z Was oświadczył przy aplauzie sali, że „Solidarności” nie odda ani złotówki z podwyżek płac uzyskanych po sierpniu 1980 roku… Niedobór, z jakim ma do czynienia gospodarka narodowa, szacowany jest w skali rocznej na około 800 do 1000 miliardów złotych. Oznacza to, że dzienny deficyt gospodarki narodowej sięga 3 miliardów złotych. Dla każdego chyba jest oczywiste, że na to, by niedobór ten pokryć, trzeba nam dodatkowej produkcji o takiej właśnie wartości, lub też zabiegów łączących wzrost produkcji z pewnym obniżeniem siły nabywczej zasobów pieniężnych… Jeden z tych sposobów – przykry wprawdzie na krótką metę, ale niezwykle istotny, jako czynnik racjonalizacji gospodarki w powiązaniu z reformą – a mianowicie podwyżkę cen dla zrównoważenia bilansu pieniężnych dochodów i wydatków ludności – odrzucacie. Innym środkom niezbędnym do uzyskania dodatkowej produkcji dla kraju i na eksport przeciwstawiacie się pośrednio, nie dopuszczając myśli o powrocie do pracy w soboty, a także obwarowując poparcie dla reformy gospodarczej szeregiem niemożliwych do spełnienia żądań… Nie widać Was w pierwszych szeregach walki o reformę systemu gospodarczego, stwarzającą szansę reintegracji ludzi pracy dokoła problemów racjonalnego gospodarowania. Wolicie natomiast pertraktować na najwyższym szczeblu, stawiając żądania ekonomiczne trudne do przyjęcia, usiłując przerzucać na państwo całą odpowiedzialność za wszystko, co dzieje się dziś w kraju. Jednak czas najwyższy odkryć karty. Nie dla was bowiem „taryfa ulgowa” z tytułu zagubienia, dezorientacji czy niedokształcenia. Słowa te kieruje do Was człowiek wielokrotnie krytykowany za rewizjonizm, za propagowanie mechanizmu rynkowego, człowiek – którego nikt nie może posądzić o dogmatyzm”.

Wysoki Sądzie,
Dwa miesiące później – 5 września 1981 roku rozpoczyna się Zjazd „Solidarności”. Jego uchwała – program, w rozdziale społeczno-gospodarczym stanowi w znacznej części swoisty manifest – powiem kolokwialnie – „pobożnożyczeniowych” haseł, żądań, postulatów. Większość z nich po przejęciu władzy przez „Solidarność” znalazła się na przysłowiowym śmietniku. Ale oczywiście miały one dużą nośność, były atutem propagandowym. Jak chociażby: „Opowiadamy się za powszechnym prawem do pracy, a przeciw bezrobociu. Uznając konieczność uporządkowania zatrudnienia, Związek uważa, że można je przeprowadzić tak, aby nie dopuścić do bezrobocia… Z reformą gospodarczą łączy się niebezpieczeństwo dużych nierówności płacowych i socjalnych między zakładami pracy i między regionami. Musimy stworzyć warunki dla ich łagodzenia… Konieczna jest reforma systemu płac, gwarantująca każdemu godziwy zarobek i równe wynagrodzenie za pracę o równej wartości. W warunkach reformy gospodarczej oznaczać to powinno, że państwo w porozumieniu ze związkami zawodowymi ustali poziom płac gwarantowanych, jednolity dla całego kraju, w przekroju poszczególnych zawodów i stanowisk, niezależny od wyników gospodarczych przedsiębiorstw”… Zgodnie z Porozumieniem Gdańskim będziemy żądać wprowadzenia dodatku drożyźnianego, jak i rozszerzenia zasiłków wychowawczych i dalszej podwyżki zasiłków rodzinnych już w 1982 roku oraz uznania minimum socjalnego za wytyczne polityki dochodowej… Domagamy się zasadniczego zwiększenia środków na pomoc społeczną…”. „Związek domagać się będzie przyznania zasiłku macierzyńskiego i wychowawczego wszystkim matkom, nie tylko pracującym, na okres przynajmniej 3 lat”. Czytaliśmy to wtedy ze zgrozą. Populistyczna wymowa programu „Solidarności” oznaczała podważenie reformy i cios wymierzony w gasnącą gospodarkę. Dla Prokuratury nie ma to znaczenia.

APEL O KOMISJĘ

My natomiast mieliśmy podstawy, aby odczytywać to jako linię, która faktycznie wykluczała możliwość porozumienia z władzą, nawet w kwestiach absolutnie oczywistych. Otóż 12 października 1981 roku złożona została – zresztą po raz kolejny – rządowa propozycja, apel o powołanie Komisji mieszanej: przedstawicieli rządu i wszystkich central związkowych, w celu przedyskutowania i opracowania stanowiska zwłaszcza w sprawach socjalnych i zaopatrzenia ludności. Komisja miała też czuwać nad wprowadzeniem wspólnych ustaleń w życie. Na apel ten pozytywnie odpowiedziały: Komisja Porozumiewawcza Branżowych ZZ, Konfederacja Autonomicznych ZZ, Centralny Związek Kółek Rolniczych, Federacja Związku Nauczycielstwa Polskiego – Oświata i Nauka, Rada Konsultacyjna ZZ Pracowników Użyteczności Społecznej oraz Biuro Krajowe NSZZ Indywidualnego Rzemiosła „Solidarność”.
Centrala NSZZ „Solidarność” z Gdańska odpowiedziała „nie”. Uznała, że w grę mogą wchodzić tylko rozmowy dwustronne: rząd – „Solidarność”. To co najmniej dziwne stanowisko ze strony Związku, który tak akcentował swe pluralistyczne, demokratyczne nastawienie i cele. Proponowana Komisja oczywiście nie miała i nie mogła rozstrzygać problemów fundamentalnej, ustrojowej natury. Byłaby jednak niezwykle ważną płaszczyzną łagodzenia napięć, a przede wszystkim ograniczania, przezwyciężania społecznie bolesnych skutków gospodarczej zapaści. To kuriozalne w skali światowej zjawisko. Ludziom pracy, społeczeństwu grożą najcięższe konsekwencje natury bytowej, egzystencjalnej, a związek zawodowy uchyla się od takiej nawet roboczej formy kontaktu i współdziałania.
Pozwoliłem sobie tak szeroko opisać powstałą sytuację, aby uzyskać zrozumienie dla ówczesnych ocen i reakcji władz. Mieliśmy prawo, ażeby na podstawie wszystkich przedstawionych wyżej faktów uznać, iż osiągnięcie porozumienia jest coraz mniej realne, zaś całkowity rozkład, katastrofa gospodarcza – ze wszystkimi tego dla społeczeństwa skutkami – coraz bardziej realne. To jedna z głównych przyczyn przygotowań „na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego”. Prokuratura, akt oskarżenia obszernie rejestruje i eksponuje przygotowania – nie zauważa ewidentnych tego przyczyn i uwarunkowań.

Wysoki Sądzie,
Istnieje współzależność, ścisły związek sytuacji gospodarczo-społecznej – z sytuacją polityczną, z funkcjonowaniem państwa, decyzjami i poczynaniami władz, a z drugiej strony z dążeniami i działaniami szeroko rozumianej opozycji. Akt oskarżenia od tego typu pogłębionych ustaleń jest wolny, przedstawia je w jednym „płaskim wymiarze”. Zastosowana formuła jest manichejsko prosta: z jednej strony – „pokojowy ruch społeczny „Solidarności””, a z drugiej – „zorganizowany związek przestępczy”. „Białe i czarne”, samo dobro i samo zło. Uważam nie tylko za prawo oskarżonego, ale również za obowiązek wobec Wysokiego Sądu przedstawienie ówczesnej sytuacji w sposób wielowymiarowy. W przekazaniu sprawy z Sądu Rejonowego do Sądu Okręgowego wyraża się – jak mniemam – obok kryteriów formalnych, kodeksowych – również intencja, aby spojrzenie i ocena mogły być dokonane z wysoką kompetencją, w szerszym historycznym i współczesnym kontekście. Chociaż proces ten bezpośrednio dotyczy siedzących na tej ławie kilku bardzo starych osób – to pośrednio, w różnym stopniu i zakresie nawiązuje do doświadczeń, do osobistych ocen, do własnego miejsca i roli w tym czasie – milionów jeszcze żyjących. Akt oskarżenia wnosi w tę przestrzeń urzędową, prokuratorską wykładnię. Wynika z niej, iż od sierpnia 1980 do grudnia 1981 roku była prowadzona ze strony władz makiaweliczna gra, której celem była likwidacja „Solidarności”. Starałem się wykazać już wcześniej, iż nawet od strony formalnej, prawnej takie oskarżenie nie ma podstaw. Sprawa jednak jest na tyle obudowana mnogością wszelkiego rodzaju kontrowersyjnych, w tym nawet bałamutnych naświetleń, że jeśli już znalazła się w polu dociekań Wysokiego Sądu – to istnieje możliwość, aby uzyskać jej obiektywną ocenę i sprawiedliwy wyrok.

PONAD DORAŹNOŚĆ I ZGIEŁK

Wielką wartością demokracji, oczywistą zasługą „Solidarności” jest wolność słowa. Ale też „wartością” – tylko ze znakiem ujemnym – jest wolność przemilczania i manipulowania. Mówię o tym w poczuciu, że w minionym okresie pod tym względem oczywiście było źle. Ale teraz miało być inaczej. Przedstawione przeze mnie fakty i dokumenty, okoliczności i argumenty – m.in. w książkach „Stan wojenny. Dlaczego…” (wyd. 1992 rok), „Różnić się mądrze” (wyd. 2000 rok), „Pod prąd” (wyd. 2005 rok) oraz w broszurze „Starsi o 25 lat” (wyd. 2006 rok) – są na ogół ignorowane. Wiem, że książki nie są dowodem – ale mogą nim być przywołane w nich dokumenty, materiały, publikacje, a przede wszystkim sprawdzalne fakty. Nieprzypadkowo więc pozwoliłem sobie na wstępie tego wyjaśnienia powiedzieć: „Cieszę się, iż sprawę rozpatrzy wnikliwie i wszechstronnie niezawisły Sąd”. Bowiem tylko Sąd wznieść się może ponad doraźność i zgiełk obiegowych stereotypów, ponad subiektywizm odczuć i ocen zarówno oskarżenia, jak i obrony. Może spojrzeć kompleksowo, i w kategoriach historycznych, i współczesnych. Tym bardziej iż ahistoryzm spłyca widzenie i myślenie. Niech mi wolno będzie w tym miejscu przywołać słowa Napoleona z 1808 roku, a więc nie z wyspy Świętej Heleny, ale kiedy znajdował się u szczytu swej potęgi: „Potomni powinni sądzić ludzi tylko w świetle ich czasów i okoliczności, w jakich przyszło im działać”. Inny autor, Karol Marks – co prawda dziś na nieformalnym indeksie – ale taka jego myśl zasługuje na uwagę: „Ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie, nie w wybranych przez siebie okolicznościach, lecz w takich, w jakich się bezpośrednio znaleźli, jakie zostały im dane i przekazane”. Wreszcie co powiedział – właśnie w Polsce – Papież Benedykt XVI: „Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach”. Trzy tak różne pod każdym względem postacie, a na temat historycznych odniesień wyrażają w istocie podobną myśl.
Akt oskarżenia zamyka oczy na całą złożoność kontekstu historycznego. A przecież waga i powaga sprawy tego wymagają. Nie jest moją intencją „zabarykadowanie się” historycznym alibi, nostalgia za czasem minionym. Tym bardziej iż systemowe wady i schorzenia, różne błędy, wynaturzenia, niegodziwości owego czasu traktuję również jako własne obciążenie. Z drugiej jednak strony nie pójdę na koniunkturalną łatwiznę, jakiej lękom, pokusom, swoistemu paraliżowi pamięci ulega nawet część zwolenników i beneficjentów owych czasów, w tym stanu wojennego i lat 80. Jest nią traktowanie Polski Ludowej – w całości, niezależnie od etapu – jako „dziury w historii”. Odcinanie się, dystansowanie od jej dorobku – tam gdzie on rzeczywiście był, przy tym realizowany przez miliony ludzi, w złożonych realiach podzielonej Europy i świata.

Wysoki Sądzie,
Niech mi wolno będzie odnieść się do aktu oskarżenia w szerszej perspektywie, ponieważ tylko w ten sposób można przybliżyć okoliczności, jakie złożyły się na sytuację poprzedzającą wprowadzenie stanu wojennego. Historyczny dystans pozwala na głębszą refleksję. A w jej świetle można zobaczyć nie tylko, jak zmienił się świat, Europa, nasz region, Polska, ale jak w wyniku rozwoju sytuacji zmieniały się oceny i poglądy. Ja nie uchylam się od samokrytycznej oceny, wciąż jej dokonuję. Winy, błędy władzy są nieustannie przypominane i wypominane: od podręczników szkolnych – po książki historyczno-naukowe; od publikacji prasowych – do audycji i filmów telewizyjnych; od osobistych relacji – do oficjalnych politycznych oświadczeń. Wreszcie poświęcone stanowi wojennemu całe kampanie propagandowo-edukacyjne IPN. Akt oskarżenia uzyskuje w ten sposób, zgodne z aktualną polityką historyczną, szerokie instrumentalne „zaplecze” lub – nazywając to inaczej – stosowną „podkładkę” ze strony tej instytucji. Trudno w ograniczonym – z natury rzeczy – wyjaśnieniu przedstawić przed Wysokim Sądem cały obraz wydarzeń z pozycji obrony. Natomiast w dalszej części przywołam wypowiedzi, publikacje, oświadczenia, zeznania szeregu czołowych przedstawicieli „Solidarności” oraz szerzej rozumianej opozycji. One w sposób szczególny poświadczają, że ich oceny formułowane „na gorąco” – w roku 1981, a następnie w latach 80. i jeszcze na początku lat 90. różnią się mocno od aktualnych poglądów i sądów.
Przede wszystkim należy przypomnieć całe kłębowisko ówczesnej „zimnej wojny domowej” lub, nazywając inaczej, „bratobójczej wojny nerwów”. Linie podziału przebiegały, i pionowo, i poziomo, przez wszystkie środowiska i grupy naszego społeczeństwa, wśród kolegów w pracy, przyjaciół, nawet w rodzinach. Rodziły się w masowej skali różne konflikty. Ich suma tworzyła spiralę, nad którą w ostatecznym rachunku już nikt nie panował – i to było najbardziej groźne! Każdy z nich miał swoje tło, motywacje, a nieraz – być może – inspiracje. Dziś często można spotkać się z podejrzeniem, że stali za tym ludzie służb. Akt oskarżenia na str. 18 formułuje to pod adresem władzy w sposób bardziej generalny, stwierdzając: „stale wywoływano kolejne konflikty”, chociaż nie potwierdza tego konkretnymi dowodami. Z kolei do władz dochodziły wówczas informacje, iż były to inicjatywy miejscowych radykałów, a nawet emisariuszy – m.in. zapamiętałem, że chodziło o wysyłanych z Gdańska na Śląsk. Trudno po tylu latach ustalić wiarygodnie, obiektywnie pochodzenie i mechanizm każdego wypadku, rozszyfrowywać, co było informacją, a co dezinformacją. Natomiast z całą pewnością można stwierdzić, iż funkcjonował obustronny syndrom nieufności, podejrzliwości, narastającej wrogości. My – jako władza w gęstwinie ciągłych napięć i konfliktów, widzieliśmy „Solidarność” głównie poprzez to, co „na powierzchni”, co najbardziej niepokojące i drażniące – populistyczne żądania, anarchizujące działania, awanturnicze wypowiedzi. Z kolei „Solidarność” widziała nas jako władzę historycznie i personalnie obciążoną, propagandowo toporną, przy tym defensywną, słabnącą, z którą pertraktować i porozumiewać się nie warto.

ŻADNYCH UPRZEDZEŃ

A jednak nie tylko było warto, ale było trzeba! Kiedy dojdę do wspomnianego już Spotkania Trzech z 4 listopada 1981 roku, można będzie zobaczyć to jak na dłoni. Istniała z naszej strony – mówię o nurcie dominującym – wola i nadzieja na znalezienie jakiegoś modus vivendi. Sięgnę do przykładu osobistego. Pamiętam doroczną odprawę szkoleniową Sił Zbrojnych w październiku 1980 roku. Odbywała się w okresie wcielania nowego rocznika poborowych. Nakazałem, ażeby nie stosowano żadnych różnic w podejściu, w stosunku do tych żołnierzy, którzy byli członkami czy sympatykami „Solidarności”. Żadnych uprzedzeń, aby nikt nie ważył się dzielić żołnierzy według wcześniejszej, organizacyjnej przynależności. Każdy zapisuje od nowa kartę żołnierskiego życiorysu. I rzeczywiście taki podział w Wojsku nie nastąpił. Było to wówczas zgodne z przyjętą oficjalnie formułą: „słuszny protest klasy robotniczej”. A w uchwale VI Plenum KC PZPR, które obradowało w dniach 4-5 października 1980 roku, znalazło się następujące oświadczenie: „Komitet Centralny stoi na gruncie rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu z przedstawicielami załóg robotniczych w Gdańsku, Szczecinie i w Jastrzębiu…”. W „Solidarności” było około miliona członków partii. Wśród delegatów na IX Zjazd PZPR w lipcu 1981 roku ponad 20 procent stanowili członkowie „Solidarności”. Jednakże ten Związek, a faktycznie wielki ruch społeczny i coraz bardziej polityczny, stawał się faktycznie drugą władzą w państwie. W państwie istniejącym przecież w konkretnych realiach ustrojowych i międzynarodowych. Dla władzy te realia stanowiły ramy, które staraliśmy się poszerzać, rozrzedzać, modyfikować. Próby ich przekroczenia, rozchwiania, zdestabilizowania państwa były w owym czasie niebezpiecznym woluntaryzmem. Uczciwą, obiektywną syntezę ówczesnej sytuacji można – moim zdaniem – wyrazić tak: „Solidarność” na drodze rosnących politycznych aspiracji, socjalnych roszczeń oraz żywiołowego buntu zahamować nie potrafiła. Władza – poza rubież częściowo zmodyfikowanych pryncypiów ustrojowych oraz bezpieczeństwa zewnętrznego, cofnąć się nie mogła! Powstał pat, węzeł. Rozsupłać się go nie dało. Pozostało – jako ostateczność – bolesne przecięcie. Dokonaliśmy tego w Polsce sami – nikt inny!

ROLA PREMIERA

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia na str. 34 mówi o powołaniu mnie na funkcję Prezesa Rady Ministrów oraz o exposé z 12 lutego 1981 roku, które sprowadza do jednego zdania, mówiącego o propozycji zaprzestania sporów i apelu o 90 spokojnych dni. Tylko tyle, o tym bardzo ważnym posiedzeniu Sejmu. Natomiast na tejże 34. stronie – aż do strony 38 włącznie – akt oskarżenia odnosi się obszernie do „gry decyzyjnej”, międzyresortowego spotkania przedstawicieli: MON-MSW (nawiasem mówiąc, bez mojego udziału), z 16 lutego 1981 roku, na temat: „przygotowań na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”. Prokuratura w ten sposób akcentuje, iż nowo powołany Premier proponuje zaprzestanie sporów, a za kilka dni odbywa się owa „gra”.
Po pierwsze – była ona kontynuacją prac prowadzonych – jak już wspomniałem – od dawna. Zresztą przygotowanie takiej „gry” wymagało znacznie więcej czasu niż 4 dni;
Po drugie – starania i oczekiwania na porozumienie nie były sprzeczne z realizacją długofalowych czynności, związanych z przygotowaniem państwa na wypadek sytuacji nadzwyczajnych;
I po trzecie – co najważniejsze – na str. 37 rzeczywiste intencje owych czynności określa następujące stwierdzenie: „Uczestnicy gry doszli do wniosku, że wprowadzenie stanu wojennego jest ostatecznością…”. Zatrzymałem się nieco nad powyższym wątkiem – zresztą znacznie krócej, niż ujął to na ponad czterech stronach akt oskarżenia – ażeby wykazać, iż rozbudowuje on „na siłę” pewne elementy, pomijając całe – zasadnicze, złożone tło ówczesnej sytuacji.
Myślę, że oceny okresu od sierpnia 1980 roku przedstawi autorytatywnie, kompetentnie Stanisław Kania. Mogę tylko potwierdzić jego wielkie poczucie odpowiedzialności oraz – do 18 października 1981 roku – czołową politycznie rolę, a także – kierunek decyzji i działań, które były mi bliskie. Ja skoncentruję się głównie na swych ocenach i czynnościach od momentu objęcia funkcji Premiera. Wiem, że deklaracja intencji nie jest dowodem. Natomiast swego rodzaju dowodem jest – jak sądzę – logika. Tylko głupiec, polityczny awanturnik i masochista, świadomy ciężaru, który będzie dźwigał do końca życia – zmierzałby jak ćma do ognia do wstrząsowych rozwiązań, do stanu wojennego. Liczyłem – jak się okazało błędnie – że emocje tego historycznego momentu osłabną, miną, a ów Związek, jako społeczny i w uzgodnionym zakresie polityczny partner, a więc de facto uczestnik władzy – chociaż silny, wymagający, „rogaty” – będzie funkcjonował i uczestniczył w reformowaniu ustrojowej rzeczywistości, w owym bezprecedensowym historycznym eksperymencie. Tym bardziej iż w wyniku gorzkich, kryzysowych doświadczeń mieliśmy świadomość koniecznych, gruntownych zmian. To była linia ówczesnego kierownictwa Partii, rządu, państwa – niewolna zresztą od oporów wewnątrz własnego aparatu oraz nacisków zewnętrznych. Kiedy objąłem stanowisko Premiera, uwiarygodniły ją ponadto konkretne posunięcia. Wicepremierem został wieloletni Redaktor Naczelny „Polityki” Mieczysław Rakowski, znany jako polityk światły, otwarty, zwolennik reform. To była decyzja znamienna. Szła „pod prąd” – delikatnie mówiąc – niechęci, jaką żywiło do niego wiele osób z aparatu partii, władzy, a także nasi ówcześni sojusznicy. Jednocześnie stanowiła sygnał kierunkowy, gest w stosunku do „Solidarności”. 20 lutego 1981 roku zostaje powołany Komitet Rady Ministrów do spraw Związków Zawodowych. O randze stojących przed nim zadań świadczy wejście w jego skład aż siedmiu ministrów – blisko połowa rządu – oraz powierzenie przewodnictwa właśnie Wicepremierowi Mieczysławowi Rakowskiemu, którego prawą ręką był minister Stanisław Ciosek. W poszczególnych ministerstwach – pod kierownictwem odpowiednich wiceministrów – powstały zespoły robocze do spraw związków zawodowych. Oto wyraźne sygnały, ale przede wszystkim konkretne posunięcia, potwierdzające wolę porozumienia oraz stwarzające roboczą płaszczyznę kontaktów i współpracy.
O intencjach powołanego 12 lutego 1981 roku rządu świadczy to, że już po kilku dniach, bo 19 lutego 1981 roku, zostają wygaszone, trwające od kilku tygodni, ogólnokrajowe konflikty, przez zawarcie kompromisowych porozumień ze strajkującymi rolnikami w Ustrzykach i Rzeszowie oraz ze środowiskami studenckimi w Łodzi.

TRZYGODZINNA ROZMOWA

6 marca 1981 roku Sejm podejmuje Uchwałę o powołaniu Komisji Nadzwyczajnej do Kontroli Realizacji Porozumień z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia. Przewodniczącym zostaje osoba bezpartyjna – wybitny uczony, przez wiele lat Przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologów – prof. Jan Szczepański.
Dalszy ciąg wydarzeń potwierdzał tę linię. 10 marca odbyłem długą, trzygodzinną rozmowę z Lechem Wałęsą. Po jej zakończeniu odbyło się jeszcze spotkanie w szerszym gronie, z udziałem z jednej strony – Mieczysława Rakowskiego i Stanisława Cioska, a z drugiej – Mariana Jurczyka, Andrzeja Celińskiego i Bożeny Rybickiej. Dodam, iż wcześniej z Lechem Wałęsą spotkali się: Józef Pińkowski w październiku, Stanisław Kania w listopadzie 1980 roku, a następnie Mieczysław Rakowski 14 lutego i 9 marca 1981 roku. Nie mówiąc o licznych kontaktach i rozmowach, które odbywały się na różnych szczeblach. Na ogół były trudne, często „gorące”, ale najważniejsze, że były. To najlepszy dowód, iż wzajemne informowanie, spory i uzgodnienia traktowaliśmy jako zasadniczą, partnerską metodę kształtowania i regulowania stosunków: władza – „Solidarność”. Rozmowa z Lechem Wałęsą odpowiadała tej „filozofii”. Była bardzo ważna. Żałuję, iż Prokuratura w ogóle jej nie zauważyła. Ale, ażeby nie opisywać dziś jej przebiegu, jedynie przypomnę, iż przed wydaniem książki pt.: „Stan wojenny. Dlaczego…” maszynopis zawierający zapisy spotkań-rozmów, które 10 marca, 22 marca oraz 4 listopada 1981 roku odbyłem z Lechem Wałęsą, skierowałem do niego 16 lutego 1992 roku z prośbą o ew. uwagi. Brak odpowiedzi potraktowałem jako potwierdzenie wiarygodności tekstu. Jedynie zaznaczę, iż w naszej rozmowie 10 marca poinformowałem, że w dniach 16-25 marca odbędzie się m.in. na terytorium Polski duże ćwiczenie koalicyjne – „Sojuz 81” – z częściowym użyciem wojsk. Jest więc bardzo ważne, aby zwłaszcza w tym czasie panował w kraju spokój. Informacja o tym ćwiczeniu była upowszechniana również innymi kanałami. Tu przywołam następujące słowa z aktu oskarżenia – str. 20: „Ćwiczenia te, które faktycznie miały charakter wyłącznie sztabowy, stanowiły wyraz poparcia dla PZPR i rządu PRL, a jednocześnie były manifestacją siły wobec działań NSZZ „Solidarności””.
Po pierwsze – strona polska nie była inicjatorem tych ćwiczeń, nie zabiegała o takie „poparcie” – nie ma na to żadnego dowodu. Wręcz przeciwnie, były nasze obawy i zastrzeżenia.
Po drugie: jeśli to ćwiczenie miało charakter wyłącznie sztabowy, to na czym miała polegać manifestacja siły?
Po trzecie: „częściowe” użycie wojsk nietrudno przekształcić w „pełne”.
Po czwarte: to „częściowe”, z pełną gamą środków bojowych, mogłem osobiście obserwować 22 marca na poligonie Świętoszów wraz z obecnymi tam: Naczelnym Dowódcą Sił Zbrojnych państw Układu Warszawskiego – marszałkiem Wiktorem Kulikowem, Ministrami Obrony: NRD – Heintzem Hoffmannem oraz Czechosłowacji – Martinem Dzurem. Przed odlotem odbyłem z nimi – na pobliskim lotnisku Kopernia – rozmowę, która nie należała do łatwych. Bezpośrednio po powrocie z ćwiczeń – jeszcze w ubiorze polowym – spotkałem się z Lechem Wałęsą. Byliśmy – choć z różnych punktów widzenia – bardzo zaniepokojeni sytuacją powstałą w wyniku bydgoskich wydarzeń.

Wysoki Sądzie,
Teraz opisuję ich przebieg, ponieważ akt oskarżenia spłyca okoliczności owej niezwykle niebezpiecznej sytuacji.
16 marca grupa osób z NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” wtargnęła do budynku Wojewódzkiego Komitetu ZSL w Bydgoszczy, proklamując bezterminowy strajk okupacyjny. Dalszy ciąg miał miejsce 19 marca w siedzibie Wojewódzkiej Rady Narodowej. Akt oskarżenia na str. 20 przedstawia to w sposób obciążający władze. Ja z kolei odwołuję się do dokumentalnego świadectwa, jakie znaleźć można w protokołach z posiedzeń Biura Politycznego w dniach: zwłaszcza 21 – kiedy obszerną, rzeczową relację składał Wicepremier Stanisław Mach – a także 22, 24, 25, 27, 31 marca 1981 roku.

POMINIĘTE INFORMACJE WAŁĘSY

Jako oskarżony o to, że od początku dążyłem do likwidacji „pokojowego ruchu”Solidarności””, pozwolę sobie zacytować fragment mojego wystąpienia zawarty w protokole z posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR w dniu 24 marca 1981 roku: „Od kilku miesięcy mamy coraz pełniejszą świadomość, że część „Solidarności” steruje w kierunku przejęcia władzy… Przystawaliśmy na kompromisy, historia oceni, czy było to słuszne, czy nie. Jest naszym kapitałem, że władza uczyniła wszystko, aby nie użyć broni… Moment obecny jest jakościowo inny, zagrożenie jest większe i trudniejsze do rozwiązania. Uważam, iż trzeba podjąć wszystkie możliwe kroki, które jeszcze nie zostały uruchomione, wyczerpać absolutnie wszystkie środki dla rozwiązania konfliktu. To nasz obowiązek wobec Narodu i świata. Jestem za podjęciem rozmów jutro. Towarzysz Rakowski prowadzi je doskonale… Raport prof. Bafii musi być obiektywny, odpowiadać faktom… W rozmowach należy przedstawić cały dramatyzm sytuacji gospodarczej, złożyć oficjalne oświadczenie, że strajki spowodują brak żywności, spadek produkcji, niewypłacalność państwa. Niezależnie od rozmów oficjalnych prowadzić rozmowy z ekspertami, szukać możliwości rozwiązania konfliktu. Rozmowy prowadzić szerokim frontem z przedstawicielami różnych środowisk opiniotwórczych, aby uzyskać ich poparcie. Jednym słowem należy wyczerpać absolutnie wszystkie środki. Równocześnie trzeba się liczyć, że zabiegi te nie przyniosą pożądanego rezultatu. Wtedy powinien być zwołany Sejm i wystąpienie premiera, który obejmując ten urząd w lutym powiedział w Sejmie, że jeśli nie sprosta zadaniom, złoży mandat Sejmowi, a w sytuacji, jaka zaistniała, skupi się na pełnieniu funkcji ministra obrony narodowej… Dlatego raz jeszcze podkreślam, że należy wyczerpać wszystkie środki, wszystkie możliwości, aby nie doszło do ostateczności…”. To – w istocie rzeczy – oświadczenie, złożone przeze mnie i udokumentowane w protokole z posiedzenia Biura Politycznego, było Prokuraturze IPN znane. Jednakże – jak sądzę – dlatego, iż podważa linię przewodnią aktu oskarżenia, nie zostało wzięte pod uwagę.
Nie wchodzę szerzej w ocenę wydarzeń, których różne wersje funkcjonują po dzisiejszy dzień. Szkoda, iż eliminuje się w nich informacje – zawarte w książce Lecha Wałęsy „Droga nadziei” – o dwóch rozmowach telefonicznych, w których nakłaniał on bezskutecznie Jana Rulewskiego do opuszczenia budynku urzędowego. Przy kolejnych dwóch próbach Rulewski odmówił w ogóle podejścia do telefonu. Teraz zwrócę uwagę, iż akt oskarżenia na str. 20 mówi o sporze, jaki zaistniał wokół przeniesienia wystąpień przedstawicieli „Solidarności” na kolejną sesję Wojewódzkiej Rady Narodowej. I tu cytuję: „Oszukani w ten sposób członkowie „Solidarności” zagrozili okupacją budynku Urzędu Wojewódzkiego”. Prokuratura w ten sposób potwierdza, iż zapowiedź okupacji była. Natomiast nie mówi, iż zamiast zaproszonych na obrady 6 przedstawicieli „Solidarności” do budynku WRN weszło tłumnie – spychając straż porządkową – około 40 osób. Również nie dodaje, iż przed budynkiem tego Urzędu zaczynały gromadzić się tłumy, co w ówczesnej sytuacji – powstawania w kraju różnych punktów zapalnych – stwarzało potencjalne zagrożenie. Nastąpiło wyprowadzenie siłą osób odmawiających przez długi czas, przez blisko 5 godzin – mimo licznych apeli i wezwań – opuszczenia de facto okupowanego budynku. Bardzo źle się stało – nad czym ubolewałem i ubolewam – że trzy z nich zostały pobite. Do dziś nie wiadomo, czy było to przypadkowe – w trakcie szarpaniny – czy też jakaś prowokacja. Niezależnie od tego, jakie były przyczyny – negatywne politycznie skutki poniosła przede wszystkim władza. Sprawie nadany został rozgłos ogólnokrajowy – powstała sytuacja dramatyczna, kraj stanął na progu strajku generalnego. Przez wiele dni trwały gorączkowe pertraktacje. 26 marca odbyła się również moja, długa rozmowa z Prymasem Polski Kardynałem Stefanem Wyszyńskim. Jest wielką zasługą przede wszystkim Lecha Wałęsy oraz Mieczysława Rakowskiego, iż 30 marca udało się osiągnąć porozumienie – tzw. umowę warszawską. Stosowny komunikat – wspólne oświadczenie – odczytał dla telewizji Andrzej Gwiazda. Dodam, iż porozumienie to spotkało się z ostrą krytyką – zarówno ze strony szeregu działaczy „Solidarności”, jak też w kręgach zachowawczych Partii oraz wśród naszych ówczesnych sojuszników. A faktycznie było to zwycięstwo sił rozsądku i odpowiedzialności.

REPERKUSJE BYDGOSZCZY

Wysoki Sądzie,
Wydarzenia bydgoskie wciąż wracają w jednostronnej interpretacji – nie jest od niej wolny akt oskarżenia. A sprawa jest dużej wagi i kontrowersyjności, miała też swoje długofalowe reperkusje. Proszę więc, ażeby Wysoki Sąd zechciał potraktować jako wyjaśnienie kilka fragmentów przemówienia, jakie wygłosiłem w Sejmie 10 kwietnia 1981 roku. Są one dokumentem owego czasu, ilustrują – kwestionowane przez Prokuraturę – rzeczywiste intencje władzy, mają więc w tej sytuacji znaczenie dowodowe. Cytuję: „Przy niedostatku obustronnego zaufania, każda sprawa, każdy incydent osiąga niewspółmierny do swego znaczenia wymiar. Tak też stało się w Bydgoszczy. Rząd ze swej strony wyraził ubolewanie, wyciągamy wnioski na przyszłość. Rzeczywistemu, trwałemu porozumieniu służyłaby przy tym najlepiej świadomość obustronnych aspektów incydentu. Dziś, z perspektywy czasu, jedno nie budzi wątpliwości. Krajowe odbicie wydarzeń w Bydgoszczy przerosło ponad wszelkie proporcje rzeczywiste znaczenie powstałego tam konfliktu. W rezultacie państwo nasze, cały nasz naród znalazły się znów nad krawędzią. Dlatego też – z całą należną temu miejscu powagą – stwierdzam, że powstrzymanie strajku generalnego uchroniło nasz naród od niezwykle groźnych następstw. To poczucie odpowiedzialności, ta troska towarzyszyły Komitetowi Centralnemu partii, rządowi oraz jego komisji w dążeniu do zawarcia porozumienia. W tym miejscu pragnę wyrazić głęboki szacunek dla tych sił, tych autorytetów społecznych i moralnych, które na rzecz rozładowania napięcia podjęły tak aktywny i pożyteczny wysiłek. Pragnę także skierować słowa uznania do tych działaczy „Solidarności”, do tych licznych jej członków, którzy wykazali rozwagę, powściągliwość, zrozumienie dla nadrzędnych racji. Rząd za swój obowiązek uważa działanie na rzecz przerwania „zaklętego kręgu” nieufności, gorączkowych emocji, strajkowej psychozy. Staramy się patrzeć trzeźwo, obiektywnie. Dostrzegamy również własne pomyłki i słabości. Aparat państwa działa w niezwykle trudnej sytuacji. Jednocześnie uczyć się musi funkcjonowania w zmienionych warunkach, z których wiele wymagać będzie ujęcia w nowych lub znowelizowanych ustawach czy przepisach. Rząd będzie czynić wysiłki, by biurokratyczne zapory, by to, co sztucznie odgradza człowieka od człowieka, władzę od społeczeństwa, zostało zlikwidowane (…).
Nie chciałem składać oświadczeń, które w podtekście odczytane być mogły jako ostrzeżenie ministra obrony narodowej – generała. Za wyższą wartość uznawałem i nadal uznaję poszukiwanie zrozumienia dla trudności, które w swej pracy musimy cierpliwie przezwyciężać. Dziś jednakże jest moim obowiązkiem przypomnieć Wysokiemu Sejmowi, iż obejmując urząd prezesa Rady Ministrów oświadczyłem z tej wysokiej trybuny, iż „oddam się do dyspozycji w każdej chwili”, zwłaszcza gdy rząd nie będzie mógł spełnić oczekiwań… W świetle wspólnego „Oświadczenia” z dnia 30 marca, na tle zauważalnego w kraju spadku napięcia i ulgi – to dramatyczne stwierdzenie może wydać się dzisiaj nie w pełni uzasadnione. Pragnę gorąco, aby tak było. Ale nie wolno nam uspokoić się nastrojem chwili. Obowiązek nakazuje spojrzeć na sytuację w jej całokształcie, dostrzec wszystkie procesy i potencjalne, występujące nadal niebezpieczeństwa. Sądzę, iż niezależnie od punktu widzenia, świadomość tych niebezpieczeństw ma większość naszego społeczeństwa. Istnieje więc wspólna płaszczyzna troski, by przeciwstawić się zjawiskom grożącym kolejnym zaostrzeniem. Taką podstawową obecnie sprawą jest zaniechanie strajków. Wpływają one niszcząco na życie społeczno-gospodarcze kraju. Zbyt często i zbyt łatwo ich organizatorzy sięgają po tę, uznaną przecież za ostateczną broń. Niejednokrotnie ogłasza się gotowość strajkową przed wyjaśnieniem wszystkich spornych problemów (…).
Znajdujemy się obecnie w wyjątkowo odpowiedzialnym punkcie. Przeżyliśmy wszyscy niedawno dramatyczny konflikt, głęboki wstrząs. Zaostrzył on stosunki, ale jednocześnie dać może nową, wielką, niepowtarzalną szansę. Z tej wysokiej trybuny rząd zwraca się z apelem – spróbujmy z tej szansy skorzystać, zacząć od nowa tworzenie zrozumienia, zbliżenia i współpracy. Wiemy, że istnieje wciąż nieufność do władzy. Ale i władza ma powody do nieufności. Trzeba więc obalić ten przeklęty mur. Spraw spornych nie wysuwać na pierwszy, antagonizujący plan. Na pierwszym planie mieć zawsze to, co łączy. Znaleźć płaszczyznę szerokiego porozumienia, ramy bezkolizyjnego postępowania. Jesteśmy gotowi do rozmów, do rzeczowych negocjacji, do operatywnego wyjaśniania i rozładowywania kontrowersyjnych spraw. Proponujemy powołanie w tym celu rządowo-związkowej komisji mieszanej. Liczymy jednocześnie na wysoce autorytatywną pomoc ze strony nadzwyczajnej komisji sejmowej ds. przestrzegania porozumień społecznych (…). Mimo wszystko „w tym tunelu widać światło nadziei”. Istnieją przecież podstawy do patrzenia w przyszłość z trzeźwym, racjonalnym optymizmem”.

NAPIĘCIE I NADZIEJA

Wysoki Sądzie,
Ta nadzieja – niestety, nie spełniła się. Napięcie falowało, przy tym z tendencją narastającą. Apel Sejmu z 10 kwietnia 1981 roku o zaniechanie przez najbliższe dwa miesiące akcji strajkowych pozostał bez echa. Pogłębiało się załamanie gospodarki, groźny był potencjał napięć społecznych. Mówiłem o tym w Sejmie 12 czerwca 1981 roku: „Staję na tej trybunie w ciągu czterech ostatnich miesięcy już po raz trzeci. Staję z ciężarem ogromnej troski. Wszechogarniający, głęboki i długotrwały kryzys niszczy i pogrąża nasz kraj. W sposób wręcz bezprzykładny zsumowały się wszystkie trudności (…). W przekazanym obywatelom posłom „Raporcie o stanie gospodarki” przedstawiona została cała powaga i złożoność sytuacji ekonomicznej kraju. W ostatnim okresie uległa ona dalszemu pogorszeniu. Wyniki gospodarowania pięciu miesięcy bieżącego roku są dużo gorsze od skromnych oczekiwań założonych w tegorocznym planie. Przemysł coraz dotkliwiej odczuwa skutki poważnie uszczuplonej krajowej produkcji paliw, surowców i materiałów, a zwłaszcza prawie 20-procentowy spadek wydobycia węgla kamiennego. Wiele zakładów nie ma z czego produkować. Znacznie obniżyła się wartość naszego eksportu. W konsekwencji ograniczyło to drastycznie możliwości importu z krajów kapitalistycznych. Produkcja przemysłowa była w okresie pięciu miesięcy o prawie 12 procent, a w maju nawet o niemal 18 procent niższa niż przed rokiem. Znacznie spadły wydajność i dyscyplina. Tak np. w 1. kwartale bieżącego roku liczba godzin nieusprawiedliwionych nieobecności w pracy wzrosła w stosunku do roku ubiegłego o prawie 90 procent (…). Decyzje płacowe, podyktowane chęcią wywiązania się z podpisanych porozumień, są realizowane w sytuacji systematycznie obniżającej się produkcji. Rząd wielokrotnie ostrzegał, że zwiększone wypłaty nie mają pokrycia w towarach i usługach, wskazywał na ujemne społeczne i gospodarcze tego skutki. Spirala postulatów płacowych, nieustający nacisk na podwyżki, prowadzi do dalszego osłabienia siły nabywczej pieniądza, niekontrolowanego wzrostu kosztów utrzymania, pogarsza sytuację materialną najuboższych grup społecznych. Musimy wspólnie ze związkami zawodowymi temu się przeciwstawić (…). Realizacja polityki socjalnej i porządkowanie polityki płacowej nie jest i nie będzie możliwa w warunkach żywiołowego żądania podwyżek. Zwracam się do wszystkich grup pracowniczych o powstrzymanie się od wysuwania postulatów płacowych co najmniej do końca bieżącego roku (…).
Władza dawała i daje niezliczone dowody umiaru i dobrej woli. Dokonała i dokonuje oczyszczania własnych szeregów. Nie będzie miejsca wśród nas dla niepoprawnych biurokratów, nierobów i bufonów, dla ludzi naruszających socjalistyczne normy. Ale też rząd zdecydowany jest przecinać szeroko rozplenione poczynania, które obezwładniają funkcjonowanie organów władzy, jak również rozprzęgają sferę produkcji materialnej (…). Generalnie rzecz biorąc sytuacja społeczno-polityczna jest bardzo groźnie, niebezpiecznie rozchwiana. Kwietniowa uchwała Wysokiego Sejmu spotkała się z brakiem należytego respektu. Zbyt wiele drastycznych faktów dowodzi zlekceważenia, częstokroć wręcz zignorowania tego sejmowego upomnienia i nakazu. Nasuwa to zresztą refleksję i pytanie: Jakim jeszcze i kiedy konstytucyjnym arsenałem prawa zechce zadysponować Wysoka Izba, by zapewnić wykonalność, egzekutywę swych własnych postanowień?!”.
Było to przemówienie obszerne, informujące konkretnie o sytuacji, o zamierzeniach i działaniach rządu, zwłaszcza w kierunku szeroko rozumianego reformowania gospodarki, funkcjonowania organów władzy, problemów społecznych. I znów apele i ostrzeżenia. Nie była to więc wiedza tajemna, ale publicznie przedstawiana społeczeństwu. Ponadto w różnego rodzaju spotkaniach i rozmowach o sytuacji byli szczegółowo informowani czołowi działacze „Solidarności”, jej doradcy oraz przedstawiciele Kościoła. O tym – w jakim kierunku toczą się wydarzenia, ich wpływ na życie Polaków oraz losy Polski – mówiliśmy bez osłonek. Była to sytuacja pierwszej połowy roku 1981. W drugiej połowie wszystkie trudne problemy polityczne i społeczno-gospodarcze spiętrzyły się i zaostrzyły jeszcze bardziej.
Mógłbym przytoczyć wiele swoich wystąpień oraz innych członków Rady Ministrów. Ograniczę do następujących:
Wicepremier Mieczysław Rakowski w wywiadzie, jaki ukazał się w „Życiu Warszawy” 22 września 1981 roku, mówi: „Weźmy sytuację gospodarczą. Przecież kontynuowanie obecnej sytuacji grozi katastrofą narodową, po prostu klęską. Jeżeli nadal spadać będzie produkcja, jeżeli społeczeństwo nie odniesie się krytycznie do tych, którzy strajkują z byle powodu, ciągle wysuwają nowe żądania, wiecują i wypowiadają posłuszeństwo swoim kierownikom, to musimy być przygotowani na społeczno-gospodarcze cofnięcie Polski o kilkanaście lat. Dzisiaj mówienie, że walczymy o nową, wspaniałą przyszłość, jest rzeczą wprost niepoważną. Winniśmy walczyć o przetrwanie. Dzisiaj trzeba ogłosić alarm dla Polski!”.

ZMIANY WE WŁADZACH

Z trybuny sejmowej 30 października 1981 roku m.in. powiedziałem: „Sytuacja społeczno-polityczna kraju ulega dalszemu zaostrzeniu. Przez kraj przetacza się znów fala napięć, konfliktów, strajków. Pogłębiają się trudności gospodarcze. Rośnie zniecierpliwienie społeczeństwa złym zaopatrzeniem rynku (…). Nasuwa się pytanie: dlaczego sytuacja gospodarcza nie tylko się nie poprawia, lecz wręcz przeciwnie – ulega pogorszeniu. Podstawowa przyczyna tkwi w utrzymywaniu się napiętej sytuacji społeczno-gospodarczej, w uczynieniu z gospodarki płaszczyzny walki z władzą. Pogłębia się dezorganizacja procesów produkcyjnych. Straty spowodowane strajkami, napięciem, obniżeniem dyscypliny pracy nieustannie rosną. Dotyczą one w głównej mierze towarów o podstawowym znaczeniu dla zaopatrzenia ludności, rolnictwa, eksportu. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć wielokrotnie już powtarzanej prawdy, że koszty strajków obciążają całe społeczeństwo, że ich ceną jest dalsze pogarszanie warunków życia (…). Wzrastająca z każdym dniem ilość pieniądza bez pokrycia działa wręcz destrukcyjnie. „Pieniądz coraz ciężej chory” przestaje pełnić skutecznie swe funkcje. Zanikają związki między wkładem pracy a możliwościami zaspakajania potrzeb, rozszerza się czarny rynek i pole spekulacji, nasila się presja inflacyjna, pogłębiają rozpiętości w dochodach różnych grup społecznych. Wszystko to uderza najmocniej w grupy najuboższe”.

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia adresuje odpowiedzialność wyłącznie w kierunku władzy. Mógłbym przywołać wiele faktów i argumentów, świadczących odmiennie. Przede wszystkim dokonywane były liczne posunięcia kadrowe, generalnie zgodne z duchem odnowy. Od września 1980 do końca kwietnia 1981 roku odwołano: 26 I Sekretarzy Komitetów Wojewódzkich Partii; 72 Sekretarzy kierunkowych; 7 kierowników Wydziałów KC; 19 starszych inspektorów KC;
13 ministrów; 40 wiceministrów; 49 dyrektorów departamentów; 18 wojewodów; 26 wicewojewodów; 14 naczelnych dyrektorów zjednoczeń itd. Na mocy decyzji komisji kontroli partyjnej wydalono z partii kilkaset osób, w większości za czerpanie bezprawnych korzyści, łamanie norm etyczno-moralnych itp. Część z nich trafiła na drogę karno-sądową. Ten proces był kontynuowany przed, w trakcie i po IX Zjeździe PZPR. Kolejną falę zmian – zwłaszcza na szczeblach: naczelników, dyrektorów, sekretarzy – przyniosła w październiku-listopadzie 1981 roku działalność wojskowych, terenowych Grup Operacyjnych. Szeregu tych zmian dokonywano również w wyniku sygnalizowania przez „Solidarność” różnych nadużyć i nieprawidłowości, opieszałości i zaniechań. Z drugiej strony nastrój konfrontacyjny powodował paraliżowanie władzy również tam, gdzie działała ona uczciwie i kompetentnie. Akt oskarżenia sprowadził główne zło do „zorganizowanego związku przestępczego”. Stracił przez to z pola widzenia całą złożoność sytuacji i postępowania ówczesnych stron konfliktu. Kierownictwo partii i rządu musiało się borykać z – popieranymi z zewnątrz – siłami zachowawczymi. Z kolei realistyczne kręgi „Solidarności”, na czele z Lechem Wałęsą, znajdowały się pod narastającym naporem radykałów. Te dwie ekstremy – „troglodyci i piromani” – „żywiły się” wzajemnie, zaostrzały atmosferę, ograniczały pole manewru. Jest to temat bardzo obszerny. Jednakże bez jego uwzględnienia przygotowanie i dojście do stanu wojennego sprowadzone zostaje do kategorii – izolowanego od wielostronnych uwarunkowań – „spisku”.

DZIAŁANIA HONECKERA

Krytyczne oceny dotyczące władzy, jej win i błędów, znalazły wyraz w różnego rodzaju opracowaniach historycznych, pozycjach publicystycznych oraz pamiętnikarskich, również ludzi lewicy. Cennym źródłem są prowadzone systematycznie, na bieżąco „Dzienniki” Mieczysława Rakowskiego, a także wspomnienia Jerzego Wiatra pt.: „Życie w ciekawych czasach”. Na temat zachowawczych oporów w kręgach partyjnych i administracyjnych mówiłem i pisałem również, podając najbardziej charakterystyczne przykłady i osoby. Dziś tego nie zrobię.
Po pierwsze – niektóre z tych osób – przy tym szczególnie ważne w tej kwestii – już nie żyją;
Po drugie – ludzie się zmieniają, trudno więc w nieskończoność publicznie wypominać ich dawne postępowanie;
Po trzecie – nie chcę, ażeby moje zeznania stanowiły swoistą sugestię poszerzenia ławy oskarżonych. Tym bardziej iż Prokuratura mając możliwość skorzystania z dokumentacji – chociażby tej, którą dysponowała Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej – zajęła się wykreowaniem „zorganizowanego związku przestępczego”, a zaniechała oceny kręgów i osób, których działalność hamowała, utrudniała procesy porozumienia i odnowy oraz inspirowała ingerencję czynnika zewnętrznego. Miała przecież miejsce działalność „podskórna”, różne nieraz potajemne spotkania i rozmowy prowadzone przez tzw. zdrowe siły, „prawdziwych komunistów” ze stroną radziecką, NRD-owską i czechosłowacką. Próbowano również docierać do naszego Wojska. Pewna część tych rozmów jest udokumentowana. Znajduje się zwłaszcza w materiałach archiwalnych będących w posiadaniu sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej (niektóre były publikowane m.in. w „Gazecie Wyborczej” w numerze z 9-10 lipca 1994 roku). Stanowią one odbicie nastrojów i opinii środowisk m.in. zorganizowanych w różne stowarzyszenia, kluby, fora (bardzo aktywne zwłaszcza w Katowicach, Warszawie, Poznaniu). Dominuje w nich ostra krytyka ustępliwości władz. Są też ze strony niektórych osób zachęty, nawet wezwania do interwencji w Polsce. W tychże materiałach znajdują się też znamienne informacje. Np. z rozmowy Ericha Honeckera z Konstantinem Rusakowem 21 października 1981 roku. Mówi Rusakow: „KC KPZR na bieżąco wspierał pozytywne siły w PZPR. Odwiedzaliśmy regularnie połowę województw. Daliśmy papier pismu „Rzeczywistość”. Również na innych pozycjach usiłowaliśmy posunąć sprawy w Polsce”. W tym kierunku zmierzał oficjalny list KC KPZR z 5 czerwca 1981 roku, do członków KC PZPR. Przy tym – co odbiegało od ówczesnych form i praktyki – skierowany wprost do członków KC, a nie do Biura Politycznego i I Sekretarza. Oznaczało to swoiste wotum nieufności wobec części kierownictwa partii, a zwłaszcza w sposób personalnie zaadresowany do Stanisława Kani oraz do mnie. W liście tym znajdowały się m.in. takie stwierdzenia: „Nad rewolucyjnymi zdobyczami narodu polskiego zawisła śmiertelna groźba (…). Niekończące się ustępstwa wobec sił antysocjalistycznych oraz ich żądań doprowadziły do tego, że PZPR, krok za krokiem, ustępowała pod naciskiem wewnętrznej kontrrewolucji, opierającej się o zagraniczne, imperialistyczne ośrodki dywersji (…). W nie mniejszej mierze niż inne bratnie partie niepokoi to, że ofensywa wrogich sił antysocjalistycznych w PRL zagraża interesom całej naszej wspólnoty, jej zwartości, integralności, bezpieczeństwu granic. Tak – naszemu wspólnemu bezpieczeństwu. Reakcja imperialistyczna, która wspiera i zachęca polską kontrrewolucję, nie ukrywa, że liczy na to, aby w ten sposób zdecydowanie zmienić na swą korzyść układ sił w Europie i świecie. Obecna sytuacja jest nie tylko niebezpieczna, ale wręcz doprowadziła kraj do punktu krytycznego… Socjalistycznej, bratniej Polski nie opuścimy w nieszczęściu i nie damy jej skrzywdzić”.

MĄDRZY I MIERNOTY

List ten już wcześniej był w Polsce kolportowany. Meldowano mi, że przedstawiciele Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego zapoznawali polskich oficerów z jego treścią, prowadzili swego rodzaju konsultacje. Krytycznie komentowali nieskuteczność walki polskiego kierownictwa z antysocjalistyczną opozycją. Sondowali, jakich reakcji można by się spodziewać – zwłaszcza ze strony kadry oficerskiej – na ewentualną „bratnią pomoc”. Wreszcie, czy Wojsko Polskie wykona rozkaz wydany nie przez Ministra Obrony Narodowej, a przez kogoś innego. W tym sondażu celowali zwłaszcza: przedstawiciel Naczelnego Dowództwa Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego przy Wojsku Polskim, gen. Szczegłow, a także zastępcy Naczelnego Dowódcy: do spraw Lotnictwa gen. Katricz oraz do spraw Marynarki Wojennej adm. Michajlin. Realizatorów tej „konsultacji” na ogół spotykał zawód. Nasi wyżsi dowódcy, a w szczególności generałowie: Krepski, Łozowicki, Rapacewicz, adm. Janczyszyn, a także Łukasik, Łazarczyk, Zych oraz inni oficerowie meldowali mi o tym osobiście lub za pośrednictwem swych przełożonych. Ci z nich, którzy żyją – będą w stanie to potwierdzić. Podobne meldunki docierały poprzez Główny Zarząd Polityczny oraz Wojskową Służbę Wewnętrzną. Sądzę, że o penetracji wśród niektórych działaczy partyjno-państwowych, powie Stanisław Kania. Odbyte 10 czerwca XI Plenum KC PZPR miało burzliwy przebieg. Wydobyło na powierzchnię silny nurt opozycyjny wobec ówczesnej linii politycznej. Był on również obecny wśród niektórych osób i ogniw aparatu państwa. Wszystko to potwierdzało, iż jakaś forma puczu była realna. Cały czas trzeba było z nią się liczyć.
Dziś wiemy jeszcze więcej, jak szerokie i głębokie było zainteresowanie państw ościennych sytuacją w naszym kraju. Ale i wówczas wiedzieliśmy o znamiennej aktywności władz zwłaszcza obwodów przygranicznych, I Sekretarzy Obkomów: Lwowa, Brześcia, Kaliningradu; Komitetów Wojewódzkich: Ostrawy oraz Drezna i Frankfurtu nad Odrą. Były też inne kontakty i powiązania.
Obszar szeroko rozumianej władzy był – jak już mówiłem wcześniej – bardzo zróżnicowany. Obok ludzi ideowych, uczciwych, mądrych i kompetentnych – były również miernoty, byli karierowicze, nadużywający mandatu „przewodniej roli”. Nagrzeszyli oni dygnitarską omnipotencją i nomenklaturowym kumoterstwem. Polityka, a właściwie praktyka kadrowa stanowiła jedną z głównych wad i słabości systemu. Proces zmian personalnych przyspieszał generalnie we właściwym kierunku, ale nie był wystarczająco konsekwentny i radykalny. Przyznaję to samokrytycznie. Z kolei druga strona, „Solidarność” stanowiła – nie mówię tego w pejoratywnym sensie – „pospolite ruszenie”. Wielu jej działaczy różnych szczebli – obejmujących z dnia na dzień przywództwo nad żywiołowo i masowo rozwijającym się ruchem, przy tym w atmosferze społecznego protestu, buntu, roszczeń – traciło miarę rzeczywistości. Rozwagę wyprzedzały emocje, a umiar i realizm – euforia i poczucie siły. Część wspomnianych działaczy, którzy wówczas – zresztą nie bez podstaw – uchodzili za radykałów, po latach cechuje dojrzałość polityczna, zdolność porozumiewania się ponad historycznymi podziałami. Ażeby im nie zaszkodzić, nazwisk nie wymienię.

Wysoki Sądzie,
Wiem, że jakiekolwiek krytyczne słowa na temat historycznej „Solidarności” – zwłaszcza wypowiadane przeze mnie, jej ówczesnego przeciwnika – mogą być odczytane jako tendencyjne i niewiarygodne. Dlatego też przywołam oceny osób „znajdujących się poza wszelkim podejrzeniem”. Powtórzę więc – jako niezwykle istotny – tylko fragment wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 1994 roku: „…ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję, do demokracji się nie nadawał… gdyby „Solidarnośc” w 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”.
Bogdan Borusewicz w relacji z 1 października 1983 roku (książka pt.: „Konspira” wydana w 1984 roku w Paryżu i w 1989 roku w Polsce) mówi: „Zacząłem dostrzegać, jak zmieniają się ludzie, którzy kiedyś byli przyjaciółmi, jak uderzają im do głowy ambicje, stanowiska, jak ze skromnych i uczynnych kolegów wyrastają bossowie niszczący swoich oponentów. Raptem uświadomiłem sobie, że sukces wcale nie musi zmieniać człowieka na lepsze. Że sukces społeczny, narodowy tego ruchu przestaje być moim sukcesem. Czułem się coraz gorzej, ale może to tylko moja nadwrażliwość. Niestety, doszła kolejna sprawa. Ruch obrastał wszystkimi negatywnymi cechami systemu: nietolerancją dla inaczej myślących i czyniących, tłumieniem krytyki, prymitywnym szowinizmem (…). Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie było można skrytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie. I co gorsza, ludzie – tak, jak to opisał Fromm w „Ucieczce do wolności” – chcieli pozbyć się swej wolności, złożyć ją w ręce tych wybujałych autorytetów (…). Z nietolerancją współbrzmiał szowinizm. Powstało w „Solidarności” skrzydło porównywalne tylko z „Grunwaldem” czy „Rzeczywistością”. Różnicę widziałem jedną – stosunek do komunizmu. „Prawdziwi Polacy” z „Solidarności” też reprezentowali ideologię totalitarną, tylko w kolorze innym niż czerwony (…). Wojowałem długo, aż wreszcie uznałem, że jeśli społeczeństwo chce iść w zupełnie innym kierunku, niż powinno, to niech sobie idzie. Ruch nabrał własnej dynamiki, stając się – wbrew logice – coraz bardziej radykalny (ale tylko werbalnie). W pewnym momencie wybrani demokratycznie działacze stracili kontakt z rzeczywistością (…). Nastąpił amok, (wg Słownika wyrazów obcych oznacza to „obłędną furię”). Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak powie się słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy „oddajcie władzę” to władza znajdzie się w naszych rękach”. Mam nadzieję, iż obecny Marszałek Senatu zechce odnieść się do swych ówczesnych ocen, skonfrontować je z dzisiejszym – adresowanym wyłącznie do władzy, do mnie – krytycyzmem i potępieniem.

„SOLIDARNOŚĆ” OD ŚRODKA

Bogdan Lis – w relacji z 1 stycznia 1984 roku zamieszczonej również w książce „Konspira” m.in. mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość „Solidarności”, szczególnie pod koniec 1981 roku, widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”.
Adam Michnik w książce „Takie czasy. Rzecz o kompromisie” (Wyd. ANEKS – Londyn 1985) pisze: „Ich radykalizm nie był wyrazem stanowisk przemyślanych, uwzględniających realia i limity polskiej sytuacji. Od realiów był Wałęsa i był Kuroń – oni byli od podgrzewania atmosfery (…). Widzieli już władzę leżącą na ulicy. Czuli się jednak zbyt słabi, by się po nią schylić. Miał to zrobić za nich Wałęsa. Brak doświadczenia podsuwał im wizje coraz bardziej niezwykłe, z którymi trudno jednak było polemizować w kategoriach wiedzy i zdrowego rozsądku, bowiem właśnie wiedzę uważali za skompromitowany zbiór frazesów epoki minionej, zaś w zdrowym rozsądku widzieli artykulację inteligenckiego strachu”.
Aleksander Małachowski w książce „Żyłem szczęśliwie” (Dom Wydawniczy „Totus” – 1993 rok) tak odpowiada na stawiane kwestie i zadawane mu pytania:
„- Zakulisowe spory były wtedy mało znane. Na zewnątrz „Solidarność” prezentowała się jako „silna, zwarta, gotowa?”
– Możliwe. Ja zacząłem poznawać związek od środka i widziałem, jaki jest słaby, jak na niewiele osób można liczyć. Bardzo często pierwsze skrzypce grali ludzie niekompetentni, odreagowujący swoje frustracje albo liczący na zrobienie kariery. Im bardziej się angażowałem, tym moja ocena była bardziej krytyczna (…). Nie byłem zwolennikiem zaganiania przeciwnika w kozi róg, bo to prowadziło do zwarcia. Tymczasem związek nie był do tego zwarcia przygotowany. Wielu kolegom miałem za złe, że bujają w obłokach i nie widzą realiów. Tych wewnętrznych i tych zewnętrznych. Sławne było swego czasu powiedzenie Andrzeja Rozpłochowskiego „Trzeba – twierdzi – tak przyp…, żeby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego”.
– Czy „Solidarność” mogła przetrwać dłużej niż szesnaście miesięcy?
– Mówiłem już, że związek był o krok od rozbicia. Nie przetrwałby, moim zdaniem, roku 1982. Rozpadłby się tak, jak później stało się z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym. Paradoksalne, ale stan wojenny okazał się dobrodziejstwem, uchronił „Solidarność” od wielkiej kompromitacji ideowej i organizacyjnej.
– Taką tezę można stawiać dzisiaj. Wtedy przeważało przekonanie o słabości „czerwonego”, który lada moment podniesie ręce do góry.
– Byłem członkiem komisji rewizyjnej, takim związkowym „prokuratorem”. Dostawałem kilogramy listów, pokazujących związkowych liderów od ciemniejszej strony. Zdarzały się pospolite donosy, sporo było tradycyjnego polskiego piekła, ale i dużo prawdy. Zbyt często nadawali „Solidarności” ton ludzie wyrośli na krzyku, demagogii, którzy egzamin zdawali wyłącznie z gadania. Z uczciwością, z moralnością też bywało różnie (…). Do komisji rewizyjnej i osobiście do mnie przychodziło wiele skarg na chamstwo, arogancję, zadufanie związkowych „kacyków”. Spaliłem te listy w stanie wojennym, obawiałem się, by nie wpadły w ręce bezpieki”.
Wiem, że są środowiska, są osoby – co prawda daleko im do formatu Aleksandra Małachowskiego – które zechcą zakwestionować jego oceny i poglądy. Przywołam więc znów słowa innego kompetentnego świadka. Jarosław Kaczyński we wspomnianej już książce pt.: „My” mówi: „Słuchajcie – my nie możemy żyć w świecie pewnego mitu, który może był piękny, ale nigdy nie był prawdziwy; „Solidarność” zawsze była wewnętrznie skłócona, rozgrywały się w niej różne walki, podchody, trochę rzeczy ginęło, np. pieniądze, dokumenty”.
Tego rodzaju wypowiedzi, relacji, ocen mógłbym przytoczyć znacznie więcej. Ktoś może powiedzieć, iż opisują one sytuację post factum. Ale czy przez to są mniej prawdziwe, wiarygodne? A może wręcz przeciwnie – są wynikiem refleksji, przemyśleń? Czy Prokuratura tego nie powinna dostrzec? Przywołam więc niektóre głosy, opinie wyrażone „na gorąco” w 1981 roku:
• W wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych z 1-3 maja 1981 roku Lech Wałęsa mówi: „Jak będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. W tych słowach mieściły się, realistycznie zarysowane – i obawa, i przestroga.

ROZPAD PAŃSTWA

• Władysław Siła-Nowicki, oficer AK, więzień stalinizmu, obrońca w procesach politycznych, doradca NSZZ „Solidarność” – 11 grudnia 1981 roku, na posiedzeniu Komisji Krajowej „Solidarności” w Gdańsku, przestrzega podobnie: „Jeżeli w Polsce doszłoby do konfrontacji, jeżeliby doszło do generalnego strajku, do wywołanego tym chaosu, do krwawych wypadków na ulicy, do krwawych ofiar, do rodzaju wojny domowej, wtedy sytuacja geopolityczna zmienia się bardzo źle na naszą niekorzyść. I wtedy to, co byłoby otwartą interwencją, przestaje być otwartą interwencją – wtedy może być wsparciem jednej walczącej strony…”.
„Robotnik” nr 78 z 29 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji. Mówią:
• Jan Lityński: „Obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. „Solidarność” ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;
• Jacek Kuroń: „Po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogłaby nam grozić wojna domowa”;
• Bronisław Geremek: „Kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…). Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt z siedzących przy tym stole nie wie, jak wyjść z kryzysu”.
Te słowa padają w sierpniu – a o ile groźniej sytuacja wyglądała w grudniu 1981? Władze znały ją aż nadto dobrze. Wyciągały stosowne wnioski. Prokuratura to ignoruje – widzi tylko demoniczną rolę „zorganizowanego związku przestępczego”.

DWIE TURY ZJAZDU

Wysoki Sądzie,
O I Zjeździe NSZZ „Solidarność” akt oskarżenia na str. 21 mówi bardzo „oszczędnie”. Zjazd ten był przecież niezwykłej wagi wydarzeniem, które wyznaczało władzy płaszczyznę odniesienia dla własnych ocen i działań. Powinienem więc w charakterze dowodu obrony przywołać przynajmniej główne treści owej dyskusji oraz dokumentów zjazdowych. Przypomnę, iż Zjazd odbył się w dwóch turach: 5 do 10 września oraz 23 września do 7 października 1981 roku – a więc łącznie 19 dni. Obszerne przywołanie nie jest więc możliwe. Na str. 71 przedstawionego przed Wysokim Sądem wyjaśnienia zacytowałem więc jedynie fragmenty uchwały – programu dotyczącego spraw społeczno-gospodarczych. Jednakże nie tematyka związkowa, a problemy o bezpośrednim lub pośrednim politycznym zabarwieniu dominowały. W pierwszej części Zjazdu zebrała się Komisja programowa, aby podzielić się na 13 zespołów tematycznych. Najwięcej członków zgłosiło się do pracy w zespole – „Związek wobec PZPR i władz państwowych”. Najmniej do zespołów: koszty utrzymania, płace, ceny, rynek, bezrobocie, ochrona pracy i prawo pracy. W tych też proporcjach i emocjach toczyła się dyskusja. Na tym tle pozwolę sobie przywołać ocenę prof. Jerzego Holzera, który – w książce: „”Solidarność” 1980-1981. Geneza i historia” – wydanej w 1984 roku w Paryżu – pisząc o niepokojących zjawiskach, jakie zarysowały się podczas Zjazdu, stwierdza: „Za takie uznać trzeba nie tyle radykalne wystąpienia i uchwały (…). Ważniejsze było to, iż radykalizm wynikał z błędnej oceny sytuacji, tak jak z błędnej oceny sytuacji wynikały ostre starcia wewnątrz „Solidarności”. Poczucie siły, optymizm, nieraz wręcz demagogiczna tromtadracja nie stanowiły dobrego przygotowania społeczeństwa na trudną przyszłość…”. Dla nas, dla władz, stało się oczywiste, iż wypowiedzi i zapowiedzi charakterystyczne dotychczas dla radykalnego skrzydła Związku uzyskały w wyniku Zjazdu oficjalne potwierdzenie. Oceniano je z najwyższym niepokojem.
Znalazło to wyraz na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju z 13 oraz w Oświadczeniu Biura Politycznego KC, z 16 września 1981 roku.
Prokuratura w akcie oskarżenia w ogóle nie zauważa, nie uznaje za celowe zamieszczenia nawet w aktach sprawy, przynajmniej części kluczowej dokumentacji IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR, który odbył się w dniach 14-20 lipca 1981 roku. Było to wydarzenie doniosłe. Bez jego zrozumienia i uwzględnienia nie można poważnie oceniać i wcześniejszych, i późniejszych decyzji władz. Szczególnie istotne byłoby przy tym porównanie atmosfery, dyskusji, uchwał-programów IX Zjazdu PZPR i I Zjazdu „Solidarności”. Ograniczę się więc tylko do krótkich fragmentów z Odezwy do Narodu Polskiego, jaką uchwalili delegaci na IX Zjazd: „Ojczyzna jest w potrzebie. Głęboki kryzys gospodarczy, społeczny, polityczny nęka nasz kraj. Zagrożony jest bezpieczny byt narodu i przyszłość państwa. Wspólnymi siłami odwróćmy niebezpieczeństwo, które zawisło nad Polską (…). Zwracamy się do wszystkich, którzy rozumieją powagę chwili. Razem, w duchu partnerskiego współdziałania, wcielajmy w życie program naprawy państwa i gospodarki. Polska jest naszym wspólnym domem. Nie pozwólmy nikomu go zniszczyć”. Oczywiście IX Zjazd stał na gruncie kanonów ustrojowych. Dziś brzmią one archaicznie. Ale trzeba je odczytywać zarówno w kontekście realiów czasu historycznego, jak też w duchu tzw. socjalistycznej odnowy – przezwyciężania schorzeń systemowych oraz pakietu reform i porozumienia narodowego.
I Krajowy Zjazd „Solidarności” niósł hasła wolnościowe, demokratyczne. Traciły one jednak na wiarygodności poprzez utopijno-demagogiczny podtekst żądań. Przy tym dominujący na Zjeździe radykalizm ocen, tonacja walki faktycznie oznaczały odejście, zerwanie kompromisu, porozumień z 31 sierpnia 1980 roku. Ich wstęp, preambuła bowiem brzmiała: „Tworząc nowe, niezależne, samorządne związki zawodowe, MKS stwierdza, że będą one bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej. Stoją one na gruncie zasad społecznej własności środków produkcji stanowiących podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego. Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego systemu sojuszów międzynarodowych, dążą one do zapewnienia ludziom pracy odpowiednich środków kontroli, wyrażania opinii i obrony swych interesów”. Jednym słowem, zgodnie ze znanym hasłem: „socjalizm tak, wypaczenia – nie”. Mam świadomość, iż dziś czyta się te słowa jak „nie z tego świata”. Istotnie to był inny, ale realnie istniejący świat! Według jego założeń – w konkretnych warunkach wewnętrznych i zewnętrznych – funkcjonowało państwo. Zmiany mogły być tylko stopniowe, realizowane w drodze trudnych, obustronnych kompromisów. Jednostronne odchodzenie od tych założeń stawało się coraz bardziej widoczne. Znamienne były opory już w trakcie sądowej rejestracji Związku. Z trudem udało się umieścić wstęp, nawiązujący do porozumienia z 31 sierpnia 1980 roku, w aneksie do statutu. 10 listopada 1980 roku w czasie owej rejestracji Lech Wałęsa złożył oświadczenie: „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu ani nie skopiujemy żadnego wzoru zachodniego, bo to jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie (…). Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Uważam, iż Lech Wałęsa wypowiadał te słowa w poczuciu odpowiedzialności za pokojowy, bezpieczny rozwój sytuacji w kraju. Znając wiele innych – zwłaszcza późniejszych – jego ostrych wypowiedzi, była to również taktyka. Staram się ją rozumieć. Znajdował się – z jednej strony pod narastającym naciskiem kręgów radykalnych – z drugiej strony do umiaru, realizmu zachęcał Kościół.
„Solidarność” stanowiła konglomerat, na którego skrajnych skrzydłach znalazły wpływowe miejsce i kręgi prawicowo-nacjonalistyczne, i populistyczno-lewackie. One też – przynajmniej na zewnątrz – nadawały ton. Było widoczne, iż „Solidarność” „upoiła się” swą 10-milionową potęgą. Jej umiarkowani, realistyczni działacze i członkowie, funkcjonowali jak gdyby na innej orbicie tego ruchu. Często niedoceniali, a raczej byli bezradni wobec radykalnego – czy jak kto woli – rewolucyjnego nurtu.
Waldemar Kuczyński w książce pt. „Burza nad Wisłą – Dziennik 1980-1981” pisze: „Dziennikarzowi z „Financial Times” tłumaczę, że lewicująca Europa słabo rozumie mechanizm rewolucji, skoro ma do nas pretensję, że tyle zdobyliśmy, a ciągle przemy do przodu. A to przecież naciera rewolucja i często ciągnie za sobą, dając bardzo małe pole wyboru”. Jednym słowem żywioł, nad którym zapanować nie sposób. Tu dodam opinię, prof. Andrzeja Paczkowskiego, z książki pt. „Droga do mniejszego zła”. Opisując ówczesną sytuację, dochodzi do wniosku, iż powstał „mechanizm” – tu cytuję: „Można go określić, jako „spiralę radykalności”: im przeciwnik jest mniej chętny do ustępstw, tym dalej idące żądania wysuwa się pod jego adresem, jeśli zaś ustępuje, uważa się go za słabego, co także wyzwala nowe pomysły żądań”. Jak wiadomo, żądającą, postulującą była z reguły jedna strona. W sposób chyba przez siebie niezamierzony
prof. Paczkowski dostarcza najlepszego uzasadnienia dla obaw i przygotowań, jakie wobec owej „spirali radykalności” musiały podejmować władze.

NIESTEROWALNY RADYKALIZM

Wysoki Sadzie,
Najgroźniejszy był radykalizm niesterowalny. Rosła gwałtownie przestępczość, która nakładała się dotkliwie na inne uciążliwości, jakich doświadczało nasze społeczeństwo. Milicja, organy porządkowe często były bezradne wobec różnych aktów i faktów naruszania prawa i porządku publicznego. Aby poprawić sytuację – do patroli milicji, zwłaszcza w dużych miastach, włączano żołnierzy Wojskowej Służby Wewnętrznej. Nie mogło to jednak w sposób zasadniczy zmienić sytuacji. W 80 procentach więzień dochodziło do różnego rodzaju buntów, włącznie ze zdewastowaniem i masową ucieczką 130 więźniów – w tym groźnych kryminalistów – z aresztu śledczego w Bydgoszczy. Sygnalizowano wypadki, kiedy tłum, podjudzany wezwaniami pijaka, chuligana, a nawet przestępcy uwalniał go z rąk milicjantów. Do tego właśnie doszło 10 maja 1981 roku w Otwocku. Dwóch pijanych obrzuciło kamieniami kolejowy posterunek MO. Zostali zatrzymani. Wokół posterunku zgromadził się tłum – liczył momentami do 1000 osób. Milicjantom groziło zlinczowanie. Przybył Adam Michnik – zatrzymanych zwolniono – i wezwał tłum do rozejścia się. Posłuchano. Jednakże nazajutrz, tj. 11 maja, budynek posterunku został podpalony i doszczętnie spalony. Straży pożarnej utrudniono gaszenie ognia. 9-10 września podobne wydarzenia miały miejsce w Koninie. W uliczną, chuligańską bójkę wkroczyła Milicja. W rezultacie agresja tłumu skierowała się przeciwko niej. Ten tłum ruszył pod komendę MO i obrzucił ją kamieniami. W stronę funkcjonariuszy rzucano butelki z benzyną.
Oczywiście to wypadki skrajne, ale ilustrujące ówczesną atmosferę. Odczuwało się to na ulicach, w miejscach publicznych, w niekończących się kolejkach. Również w funkcjonowaniu Państwowej Komunikacji Samochodowej (PKS) oraz Polskich Kolei Państwowych (PKP). Powodowało to perturbacje nie tylko wewnętrzne. Z jednostek wojskowych napływały meldunki o pogróżkach i nieprzyjaznych zachowaniach w stosunku do rodzin kadry. Podobne informacje docierały coraz częściej ze strony terenowych działaczy i członków partii. Pojawiały się rymowanki: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, epitety w rodzaju „czerwone pająki” itp. W czasie niektórych strajków w zakładach pracy miało miejsce zajmowanie gabinetów dyrektorskich, utrudnianie, uniemożliwianie pracy dyrekcji. Rozprzestrzeniała się „epidemia” okupowania budynków użyteczności publicznej. 25 listopada 1981 roku odnotowano takich faktów 11, przygotowywano okupowanie dalszych 14 obiektów.
Przedstawiłem to wszystko tylko sygnalnie. Jeśli Wysoki Sąd uzna za celowe konkretne, udokumentowane potwierdzenie – to można je uzyskać m.in. w materiałach znajdujących się w dyspozycji sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Wynika z nich niezbicie, iż proces anarchizacji, rozprzężenia w kraju i erozji w funkcjonowaniu państwa poszerzał się i pogłębiał niebezpiecznie. Kolejna faza – destabilizacja, ze wszystkimi jej wewnętrznymi i zewnętrznymi konsekwencjami dla Polski – stawała się coraz bardziej realna.
Tego obawialiśmy się najbardziej. Stąd – wcześniej już wspomniane – decyzje i działania, apele i ostrzeżenia. Prokuratura w akcie oskarżenia na str. 22 przedstawia to w krzywym zwierciadle, stwierdzając: „Tylko na zewnątrz do wiadomości powszechnej, PZPR i władza komunistyczna wykazywała szacunek dla partnera politycznego”. To nieprawda. Dowodem poważnego stosunku do porozumień sierpniowo-wrześniowych 1980 roku było – wspomniane już – powołanie sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do kontroli ich realizacji. Komisja ta w 1981 roku odbyła 13 posiedzeń. Protokoły wraz z załączonymi materiałami znajdują się w Archiwum Sejmu RP. Tom I, dotyczący roku 1981, liczy 296 stron. Komisja wielokrotnie spotykała się z przedstawicielami rządu i „Solidarności”. Ocena realizacji porozumień była też przedmiotem obrad 9 sejmowych Komisji: Pracy, Płac i Spraw Socjalnych; Oświaty i Wychowania; Kultury i Sztuki; Nauki i Postępu Technicznego; Zdrowia i Kultury Fizycznej; Rolnictwa, Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego; Budownictwa i Przemysłu Materiałów Budowlanych; Gospodarki Morskiej i Żeglugi; Gospodarki Terenowej i Ochrony Środowiska. Toczyły się dyskusje, konfrontowane były stanowiska stron. Szereg postulatów zrealizowanych zostało całkowicie. Część – głównie ze względów obiektywnych, gospodarczych – napotykała na trudności. Niejako podsumowująca ocena znajduje się w materiale rozpatrzonym przez Komisję 30 października 1981 roku. Materiał ten liczy 21 stron. Ilustruje on konkretnie, z jaką powagą władze podchodziły do realizacji porozumień. Żałuję, iż nie znalazł się w aktach sprawy. Przedstawia on bowiem dowody partnerstwa, podważa zarzut o „antysolidarnościowej” premedytacji władz.

REALIZACJA POROZUMIEŃ

Rządową formą rozliczania się z realizacji porozumień były opracowywane i publikowane szczegółowe sprawozdania – pierwsze z czerwca 1981 roku liczyło 50 stron. Kolejne, również szczegółowe, publikowane były każdorazowo w sierpniu-wrześniu – 1982, 1983, 1984, 1985 roku. Znaleźć w nich można cały przekrój ówczesnych uwarunkowań i rozwiązań. 7 września 1981 roku prasa przyniosła przedstawioną przez Komitet Rady Ministrów do spraw Związków Zawodowych „Ocenę realizacji porozumień społecznych”. Był to bardzo obszerny zestaw, rozliczenie zajmujące na łamach „Trybuny Ludu” pełne dwie strony, kolumny. Szczegółowo, punkt po punkcie, omawiano realizację – stopień zaawansowania, efekty, trudności, dalsze kroki. Główną przeszkodę stanowiła wciąż pogarszająca się sytuacja gospodarcza. Realizacja części 21 postulatów pogłębiała ją jeszcze bardziej. Podobnie porozumienie szczecińskie, w którym zapisano rozwiązanie kwestii mieszkaniowej w ciągu pięciu lat. Należy przy tym zauważyć, iż w kryzysowej sytuacji 1981 roku oddano do użytku 187 tys. mieszkań. Podobne wielkości przez wszystkie lata 80. A więc znacznie więcej niż w latach późniejszych i po dzisiejszy dzień. Co prawda nie były to apartamentowce, ale jednak cywilizowany dach nad głową. Tu celowa jest dygresja. Jak wynika ze spisów ludności – od 1946 do 1988 roku – społeczeństwo polskie, potencjał ludnościowy Polski powiększył się o 14 mln obywateli. Średnio w dekadzie ponad 3 mln. A działo się to w kraju zrujnowanym w czasie wojny, a później dokonującym w ekspresowym wręcz tempie i nadzwyczajnym trybie dzieła odbudowy, uprzemysłowienia i urbanizacji. Miliony ludzi z zacofanej, przeludnionej wsi ruszyło do miast. Problemu mieszkaniowego – i szerzej ujmując, gospodarczo-społecznego – nie można oceniać oraz oskarżać władze w oderwaniu od procesów demograficznych. Tym bardziej gdy w ostatnich 18 latach przyrost naturalny wynosi „zero”.
Inny problem – postulat, który okazał się trudny do pełnej realizacji – a mianowicie Ustawa z 31 lipca 1981 roku w sprawie kontroli prasy, radia i widowisk. Jej kompromisowy projekt został uzgodniony z przedstawicielami „Solidarności” i środowisk twórczych. Przewidywała ona możliwość zaskarżenia decyzji cenzury do sądu oraz zaznaczenia ingerencji cenzorskich w publikowanych tekstach. Jednocześnie „Solidarność” uzyskała szeroką możliwość dotarcia do opinii publicznej. Ukazywał się w 500-tysięcznym nakładzie „Tygodnik Solidarność”. Później pojawił się w 250-tysięcznym nakładzie kolejny ogólnopolski organ – tygodnik polityczno-społeczny „Samorządność”. Ponadto poszczególne Regiony oraz inne terenowe, branżowe, zakładowe ogniwa wydawały wielkie ilości różnego rodzaju pism, biuletynów, ulotek, plakatów, proklamacji, oświadczeń (przykładowo: szczeciński tygodnik „Jedność” – nakład 100 tys., „Wolny Związkowiec” wydawany w Hucie Katowice – nakład 40 tys. egz.). Radiowęzły powielały te treści prawie w każdym zakładzie. „Solidarność” miała też potężne zasilanie propagandowe dzięki nadającym w języku polskim zagranicznym rozgłośniom: radio Wolna Europa, Głos Ameryki, BBC, RFI, Deutsche Welle oraz inne. Dostęp „Solidarności” do polskiego radia i telewizji również nie był na głucho zamknięty. Pojawiał się tam Lech Wałęsa oraz inni działacze Związku. W regionalnych rozgłośniach były też takie fakty i możliwości. Do uzgodnienia pozostał czas antenowy. Przedstawicieli „Solidarności” zaproszono do prac w Radzie Programowej Radiokomitetu. Władysław Loranc, prezes Komitetu do spraw Radia i Telewizji, dwukrotnie w tej sprawie pisał do Prezydium Komisji Krajowej. Oba listy pozostały bez odpowiedzi. Kolejny charakterystyczny przykład – w połowie października naczelna redakcja publicystyki TV przystąpiła do pracy nad dyskusyjnym programem pt.: „Drogi wyjścia z kryzysu”. Do udziału w programie zaproszono Stefana Kurowskiego, Ryszarda Bugaja, Stanisława Kiełczewskiego, tj. osoby wchodzące w skład zespołów autorskich, które brały udział w opracowywaniu uchwały Zjazdu „Solidarności”. Zaproszenie zostało wstępnie przyjęte. Po kilku dniach zaproszeni odmówili udziału w programie, tłumacząc się względami dyscypliny związkowej.

KONFLIKTOWY „WALEC”

Ówczesny stan rzeczy nie satysfakcjonował „Solidarności”. Żądano utworzenia w strukturze radia i telewizji autonomicznych redakcji, podlegających wyłącznie Związkowi. Z kolei dla władzy było to trudne do przyjęcia. Taka „parcelacja” radia i telewizji w ówczesnej atmosferze spowodowałaby jej dalsze zaognienie, szerokie nagłośnienie każdego konfliktu, publiczną licytację oskarżeń i epitetów. Ponadto jednym z najostrzejszych oskarżeń, jakie płynęły ze strony Związku Radzieckiego oraz innych krajów bloku, było funkcjonowanie polskich mass mediów. Nie było rozmowy, listu, oświadczenia, w którym nie poruszono by tego tematu, powołując się często na poszczególne tytuły oraz ich treść – ze szczególnym akcentem na to, co miało antyradzieckie ostrze.
Były więc kontrowersyjne problemy. Co jednak najważniejsze – władze w pełni respektowały kluczowy postulat porozumień – powstanie i funkcjonowanie Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych! Co więcej – w praktyce kontaktowały się i pertraktowały z nimi na płaszczyźnie znacznie, znacznie szerszej niż związkowa. Była też wola realizacji szczegółowych postulatów oraz rozliczenie się z nich w oficjalnej, urzędowej formie. Nie wszystko było możliwe do niezwłocznego i pełnego rozwiązania – co wykazałem wyżej. Potrzebny był spokój i praca, cierpliwość i zaufanie. Tego – nie wchodząc w tym miejscu w przyczyny – zabrakło. Dla nas – dla władzy wielce niepokojące były te działania „Solidarności”, które podważały realia socjalistycznego państwa, tworzyły pole niebezpiecznych zadrażnień z państwami bloku, pogłębiały kryzys społeczno-gospodarczy. I Zjazd „Solidarności” te niepokoje zaostrzył.
Konfliktowy „walec” się toczył. Byle pretekst tworzył kolejne ogniska. Nie adresuję wszystkiego do „Solidarności”. Mam dzisiaj większą wiedzę, świadomość, że i druga strona – aparat, służby, władza wszystkich szczebli – nie były bez grzechu, że były „zagrania, chwyty poniżej pasa”, różne drażniące słowa i posunięcia. Jednakże – generalnie rzecz biorąc – to władza znajdowała się w obronie, wycofywała się na poszczególnych odcinkach. „Solidarność” zaś nacierała – wchodziła na kolejne pozazwiązkowe pola, pojawiały się konkretne dowody zamachu na konstytucyjne, ustawowe prawa i kompetencje władz.

PORZĄDNY CZŁOWIEK

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia na str. 21 stwierdza: „Próbą generalną skuteczności działań podejmowanych przez resort spraw wewnętrznych była pacyfikacja strajku w Wyższej Szkole Pożarnictwa”. To zabrzmiało tak, jak gdyby MSW wyreżyserowało tę „próbę”. A jak było faktycznie? 24 listopada rozpoczął się strajk-okupacja w Wyższej Szkole Pożarnictwa w Warszawie. Był on infiltrowany przez „Solidarność” Regionu „Mazowsze”, z udziałem grup interwencyjnych m.in. z Zakładów Mechanicznych „Ursus” oraz Huty Warszawa, na czele z Wiceprzewodniczącym Zarządu Regionu Sewerynem Jaworskim. Poczynał on sobie bardzo obcesowo. Wszedł do gabinetu Komendanta Szkoły i powiedział: „Aresztuję pana”. Szkoła ta była jednostką organizacyjną MSW. Strajkujący chcieli zachować wszystkie warunki szkoły paramilitarnej (uposażenie, umundurowanie, zakwaterowanie oraz bezpłatne wyżywienie i dojazdy do domu, do rodzin), natomiast pozbyć się związanych z tym unormowań, rygorów i obowiązków. Władze traktowały tę akcję jako precedens, próbę przejmowania innych państwowych instytucji i obiektów. Niepokoiło zwłaszcza gromadzenie się tłumów przed szkołą, okresowo była blokowana komunikacja tramwajowa. Jednakże wbrew upowszechnianym posądzeniom nie chciano i nie zamierzano użyć siły. Czynione były próby rozwiązania konfliktu drogą polubowną. Paweł Chocholak – Dyrektor Biura ds. Związków Zawodowych Urzędu Rady Ministrów, zeznając 29 czerwca 1994 roku przed sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej, powiedział: „30 listopada otrzymałem polecenie przeprowadzenia rozmowy ze Zbigniewem Bujakiem i dania mu do zrozumienia, że jeżeli strajk nie zostanie przerwany, to dojdzie do „siłowego rozwiązania konfliktu””. W ostatnich dniach listopada Minister Spraw Wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak dwukrotnie udawał się osobiście do siedziby Polskiej Akademii Nauk, zwracając się do jej Prezesa prof. Aleksandra Gieysztora o mediację, o przekazanie sugestii przerwania strajku. Profesor podjął się tej misji. Wraz z towarzyszącym mu prof. Klemensem Szaniawskim interweniował, nawiązał bezpośredni kontakt z „Solidarnością” oraz strajkującymi. Niestety – bez rezultatu. Jak widać, władze nie postępowały pochopnie. Bezskuteczność apeli i ostrzeżeń skłoniła 2 grudnia – a więc dopiero po ośmiu dniach – do użycia sił porządkowych. Nikt nie został poszkodowany. Jednakże wydarzenie to zostało wpisane w akt oskarżenia o „zorganizowany związek przestępczy”.

Wysoki Sądzie,
Jest rzeczą znamienną, iż akt oskarżenia – zwłaszcza z okresu bezpośrednio poprzedzającego wprowadzenie stanu wojennego – zdawkowo odnotowuje, lub w ogóle pomija, wydarzenia szczególnej wagi. Ich wręcz skokowe narastanie w ogromnej mierze przesądziło o tym, iż podjęcie tej decyzji stało się konieczne. Ograniczę się jedynie do skrótowych relacji.
1) W meldunku sytuacyjnym nr 244 Dyżurnej Służby Operacyjnej Rządu (DYSOR) z 28 listopada 1981 roku znajduje się następująca informacja, przekazana przez wojewodę gdańskiego Jerzego Kołodziejskiego: „W Stoczni Gdańskiej im. Lenina zgromadzenie załogi, żąda się m.in.:
• cofnięcia wszystkich podwyżek, lub rekompensaty za dotychczasowe;
• powołania do 15.12 trybunału międzynarodowego dla osądzenia byłych prominentów i obecnych decydentów;
• zorganizowania referendum na temat wotum zaufania dla Rządu i Sejmu;
• natychmiastowego wydania z magazynów art. żywnościowych i przemysłowych, celowo chowanych przez władze dla rozjątrzenia społeczeństwa;
• przygotowania pogotowia strajkowego oraz strajku generalnego w przypadku negatywnej reakcji ze strony władz;
• wystąpienia z tymi propozycjami do Komisji Krajowej „Solidarności” w celu ich akceptacji;
• opublikowania tych żądań w środkach masowego przekazu”. Takich oraz podobnych żądań i postulatów w owym okresie było wiele. Ten miał jednak wagę szczególną. Pochodził z „kolebki Solidarności”, z jej „okrętu flagowego”, którego głos był wskaźnikiem politycznej temperatury, uzyskiwał rezonans w całym kraju. Trudno uznać, że był to głos porozumienia.
2) 1-2 grudnia 1981 roku odbyło się w Warszawie – hotel Solec – spotkanie Prezydium Komisji Krajowej „Solidarności”. Omawiano stosunek Związku do projektu ustawy o nadzwyczajnych środkach działania w ochronie obywateli i państwa (o jej intencji i treści powiem dalej). Rozpatrywano różne warianty strajkowe w razie jej uchwalenia i wprowadzenia. Został przesłany teleks zarządzający stan pogotowia w biurach Zarządu Regionów oraz przygotowania do strajków. Zdecydowanie odrzucono ideę powstania Rady Porozumienia Narodowego. Zareagowano bardzo nerwowo na informację przekazaną przez Ministra Stanisława Cioska o akcji w Wyższej Szkole Pożarniczej. Były nawet pogróżki: „czapkami was nakryjemy”. Ale i takie pocieszające słowa Lecha Wałęsy: „Panie Ciosek, jest Pan porządnym człowiekiem, znajdziemy dla Pana pracę”.
3) 3 grudnia odbyło się w klubie Radomiaka, w Radomiu Spotkanie Komisji Krajowej z udziałem regionalnych przywódców, działaczy oraz ekspertów „Solidarności”. W tymże dniu z okazji Święta Górniczego Barbórki, na uroczystej akademii w Dąbrowie Górniczej powiedziałem: „Od zdolności narodowego porozumienia jeszcze nigdy nie zależało tak wiele. Oby utraty tej szansy historia nie zaliczyła do niespełnionych, zaprzepaszczonych możliwości. Jest ich w naszych dziejach niemało. Płaciliśmy zawsze za to ogromną cenę… Szczerze pragnę i wierzę, iż inicjatywa partii, poparcie wszystkich konstruktywnych sił, że zbiorowa mądrość naszego Narodu spowodują, by porozumienie było nie tylko hasłem, wezwaniem – by stało się rzeczywistością”.

POROZUMIENIA NIE BĘDZIE

Wracam do Radomia. Tam już inna atmosfera, mówiąc obrazowo „kurzyło się z głów”. Przewaga radykałów. Wiele można odtworzyć z istniejących zapisów i nagrań, których niestety, w aktach sprawy brak. Szokujące wrażenie zrobiło wiele wypowiedzi. Zbigniew Bujak, z właściwą sobie szczerością, 14 lutego 1995 roku przed sejmową Komisją m.in., zeznaje: „…wypowiedzi ostrych było tam sporo, ja sam również pozwoliłem sobie na kilka dość egzotycznych pomysłów”. Nie cytuję Lecha Wałęsy bo jego wypowiedzi są na ogół znane z różnych publikacji. Wyjaśnia wiele wydana w 1988 roku książka pt. „Droga nadziei”. Lech Wałęsa o obradach radomskich mówi: „Wybieram następujący wariant: robię się największym radykałem, dołączam do nastroju sali, ażeby nie dać się zostawić na boku wobec nadchodzących wydarzeń”. Padają też słowa: konfrontacja będzie… targanie po szczękach… Z kolei w hali Radoskóru: „Porozumienia nie będzie, bo nie ma się z kim porozumieć” itp. Bardzo charakterystyczne potwierdzenie tej linii można było m.in. odczytać z relacji z posiedzenia Zarządu Regionu Gdańskiego „Solidarność” zamieszczonej w piśmie „Samorządność” nr 2 z 7 grudnia 1981. Brzmi ona tak: „Konfrontacja z władzą jest nieunikniona. Takie zdanie miał również Lech Wałęsa. Nie damy sobie zabrać prawa do strajku, nie ma co rozmawiać z tą władzą – zrywamy rozmowy – stwierdził przewodniczący. Pytano o czas konfrontacji i taktykę związku. Wałęsa odpowiedział zdecydowanie, że taktykę mamy – okupacja zakładów pracy, warty robotnicze, mądrość społeczna, podejmiemy ostateczną konfrontację z władzą w kwietniu lub maju. Część dyskutantów była przekonana, że czas walki nastąpi wcześniej”. (Autorzy relacji: W. Duda i D. Tusk). Tego tekstu – jak też innych podobnych – nie ma w aktach sprawy. Ja zachowałem go do dnia dzisiejszego. 8 grudnia 1981 roku znalazł się on na moim i innych rządowych biurkach. Mam nadzieję, iż Pan Premier Donald Tusk przyzna, że mogło to być dla władzy alarmujące ostrzeżenie. To, że owa retoryka była ze strony Lecha Wałęsy dyktowana taktyką – mogliśmy przeczytać w jego książce dopiero po latach. Ale wówczas logiczne było myślenie: jeśli nawet umiarkowany, realistyczny Wałęsa wszedł na radykalny, konfrontacyjny kurs – to oznacza, że stał się on ostatecznie linią dominującą w całym ruchu, całej organizacji. W rezultacie – na eskalację radykalizmu w „Solidarności”, odpowiadamy eskalacją przygotowań stanu wojennego – rozumianego wciąż jednak jako ostateczność.
4) 6 grudnia odbyło się II Walne Zgromadzenie Regionu „Mazowsze”. Atmosfera bojowa. M.in. przyjęto uchwałę proklamującą na godz. 16.00 17 grudnia dzień protestu – kilkusettysięczną manifestację w Warszawie, a także w innych miastach Mazowsza. Część delegatów zgłosiła – zresztą bezskutecznie – votum separatum. Jerzy Filipowicz, były żołnierz AK, powiedział: „Tu się namawia do konfrontacji, a jeszcze nie dokończono budowy pomników ofiar z lat 1956 i 1970”. Na forum Komisji Krajowej „Solidarności” 11 grudnia w Gdańsku, zamiar owej manifestacji potwierdził Henryk Wujec z Regionu Mazowsze, mówiąc: „Jest to rocznica Grudnia, więc w tym dniu postulujemy zrobienie wiecu w centrum stolicy, jednocześnie wieców we wszystkich miastach naszego Regionu”.
Co na to akt oskarżenia? Na str. 22 nie bawi się w eufemizmy, nie „owija w bawełnę”, stwierdzając: „Region Mazowsze wezwał do przeprowadzenia w dniu 17 grudnia 1981 roku w Warszawie marszu, skierowanego przeciwko polityce ekipy gen. W. Jaruzelskiego”. Krótko i jasno – „marsz przeciwko ekipie”. Dokąd, do czego ów marsz miał i mógł w ówczesnej, gorącej atmosferze – doprowadzić, Prokuratury nie interesuje. W tym miejscu przywołam fragmenty zeznań, złożonych 21 czerwca 1994 roku, przed sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej przez Komendanta Stołecznego Milicji, gen. Jerzego Ćwieka: „Informacje na ten temat napływały ze wszystkich podległych mi źródeł oraz z resortu i innych ministerstw. Powszechnie wiadomo było, że 17 grudnia zostanie zorganizowana potężna manifestacja, która sparaliżuje Warszawę. Generalnym celem manifestacji – mówiono – miała być próba przejęcia władzy, przez opozycję. Sytuacja była dla mnie trudna, ponieważ jako Komendant Stołeczny byłem odpowiedzialny za bezpieczeństwo obywateli Warszawy… Organizatorzy zapowiadali, że będzie to manifestacja potężna. Potwierdzały to również nasze źródła poufne…. Obawiałem się tak potężnej demonstracji, której z pewnością nie byłbym w stanie opanować. Gdyby nie udało się jej opanować w Warszawie, to demonstracje mogłyby się rozlać na inne miasta i województwa… Mówiło się o setkach tysięcy demonstrantów… o takiej liczbie, że Warszawa zatrzęsie się w posadach…”.
6 dni po Spotkaniu Komisji Krajowej „Solidarności” w Radomiu oraz 3 dni po Walnym Zgromadzeniu Regionu „Mazowsze” – tj. w nocy z 9 na 10 grudnia odbyła się odprawa, którą przeprowadziłem na terenie Sztabu Generalnego. Ocena sytuacji zabrzmiała dramatycznie. Meldowała czołówka dowódcza, generałowie – dowódcy Okręgów Wojskowych: Warszawskiego Włodzimierz Oliwa i Pomorskiego Józef Użycki oraz Szef Sztabu Okręgu Śląskiego Jan Kuriata, dowódcy Rodzajów Sił Zbrojnych – Wojsk Lotniczych Tadeusz Krepski, Wojsk Obrony Powietrznej Kraju Longin Łozowicki, Marynarki Wojennej Ludwik Janczyszyn. Wypowiadali się również szefowie i przedstawiciele różnych instytucji Ministerstwa Obrony Narodowej. Ja – a jak mi wiadomo – żyjący jeszcze uczestnicy odprawy, w tym niektórzy siedzący na tej ławie – odnotowali główne treści tych meldunków i wystąpień. Ogólna wymowa – sytuacja rozwija się katastrofalnie. Kadra, a także żołnierze służby zasadniczej oczekują na jakiś przełom. Narasta niezrozumienie, dlaczego niepodejmowane są decyzje nadzwyczajne, wprowadzenie stanu wojennego. Można było to odczytać jako niepokojący sygnał pojawiającej się szczeliny, braku zaufania do kierownictwa Wojska i Państwa, a w szczególności co do ich konsekwencji w obronie kraju przed ostatecznym rozkładem, wybuchem społecznym, interwencją. Nie rozwijam szerzej podjętych wątków. Opisałem je w książce „Stan wojenny. Dlaczego…” na str. 391-394. Podsumowałem – „Zbliżamy się do punktu krytycznego. Ale jakaś iskierka nadziei pozostaje. Wiem o staraniach Kościoła. Zobaczymy co przyniosą najbliższe dni, a zwłaszcza posiedzenie Komisji Krajowej „Solidarności” w Gdańsku”.
5) Akt oskarżenia na str. 22 kwituje jednym zdaniem to najwyższej rangi wydarzenie. Cytuję: „W dniach 11-12 grudnia odbyło się ostatnie przed stanem wojennym posiedzenie Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność””. A przecież stało się ono punktem kluczowym dla oceny ówczesnej sytuacji, a w szczególności wprowadzenia stanu wojennego. Wobec zaledwie jednozdaniowej, lakonicznej wzmianki w akcie oskarżenia oraz znamiennych – powiem więcej, wstydliwych – uników w innych opracowaniach, oświadczeniach i publikacjach zmuszony jestem przedstawić Wysokiemu Sądowi główne akcenty owych obrad Komisji Krajowej. Zostały poprzedzone badaniami ankietowymi przeprowadzonymi w dniach 7 i 10 grudnia wśród delegatów Zjazdu Krajowego. Zdecydowana większość ankietowanych poparła przebieg i wyniki Spotkania w Radomiu – z akcentem na zaostrzenie kursu. Chłonęliśmy informacje, jakie docierały wówczas „na gorąco” z sali oraz kuluarów obrad, gdzie przebywali dziennikarze. Potwierdzały one taką właśnie tendencję. Kłębowisko emocji, postulowanie referendum, wyborów do rad narodowych i Sejmu, powołanie rządu tymczasowego. Mnóstwo żądań, a nawet pogróżek. Odrzucenie prowizorium systemowego w sprawie reformy gospodarczej. Liczne głosy postulujące tzw. strajk czynny – a więc konstrukcję całkowicie anarchizującą – nie tylko zresztą – życie gospodarcze. Zanegowanie uzgodnionej 4 listopada 1981 roku w czasie Spotkania Trzech drogi postępowania. Najbardziej zaś – i to właśnie ostatecznie przesądziło o momencie wprowadzenia stanu wojennego – potwierdzenie wielkiej demonstracji w Warszawie oraz ustalające 17 grudnia 1981 roku ogólnopolskim Dniem Protestu.

PRÓBA REFERENDUM

W 2003 roku wydany został przez Instytut Polityczny PAN archiwalny zapis przebiegu obrad KK „Solidarność”, 11-12 grudnia 1981 roku w Gdańsku. Jak z tego zapisu wynika – przedstawiciele poszczególnych Regionów oraz Komisji Uchwał i Wniosków, przedstawiali szereg stanowisk, opinii, projektów uchwał. Znamienne, iż w tym nadal przecież formalnie Związku Zawodowym mało było głosów związkowo-branżowych, a głównie Regiony, jako w istocie rzeczy struktury polityczne, aspirujące do władzy, przejmujące jej atrybuty. Taki był ogólny ton. Ograniczę się do niektórych przykładów:
Zygmunt Zawojski (Przewodniczący Zarządu Regionu Podkarpacia) odczytuje stanowisko zarządu Regionu, które jest stanowiskiem wszystkich zakładów pracy, w których odbywała się konsultacja. Główny akcent: „Zarząd Regionu stwierdza, że stanowisko załóg zakładów pracy Podkarpacia jest równoznaczne z wotum nieufności dla obecnej ekipy rządzącej. Wobec powyższego żądamy utworzenia rządu wiarygodnego, akceptowanego przez społeczeństwo oraz rozpisania nowych, powszechnych wyborów do rad narodowych i Sejmu”.
Grzegorz Palka (z Regionu Łódź, członek Komisji Uchwał i Wniosków) oraz Andrzej Gwiazda (również członek tejże Komisji) w odstępie kilku godzin odczytują tekst o identycznym brzmieniu. Oto on: „Pogłębiający się kryzys oraz coraz realniejsza groźba głodu nie pozwala związkowi na dalsze niekończące się i bezpłodne negocjacje. Społeczeństwo nie może dłużej tolerować władzy, która nie jest w stanie zabezpieczyć jego elementarnych potrzeb i odmawia spełnienia jego oczywistych i podstawowych żądań. „Solidarność” nie chce konfrontacji i gotowa jest do rozmów. Jeżeli jednak do końca tego roku rząd nie spełni w zadowalający sposób postulatów związku – proklamowane zostanie referendum o następujących pytaniach:
1. Czy jesteś za udzieleniem wotum nieufności rządowi gen. Jaruzelskiego oraz Sejmowi?
2. Czy jesteś za powołaniem przez niezależne siły społeczne rządu tymczasowego i przygotowanie przez niego wolnych wyborów do Sejmu?
3. Czy jesteś za udzielaniem przez „Solidarność”, a następnie przez rząd tymczasowy gwarancji interesów militarnych ZSRR?”.
Wątek tzw. gwarancji pojawia się również i w innych wystąpieniach. Przypominają sienkiewiczowskiego pana Zagłobę. Tym razem „Niderlandy” obiecuje się Breżniewowi, jednocześnie zalewając kraj hasłami, ulotkami, biuletynami o ostrej antyradzieckiej wymowie. U ich autorów i kolporterów, chyba w podświadomości tkwiła przyśpiewka przedwojennych kawalerzystów: „Lance do boju, szable w dłoń – bolszewika goń, goń, goń”.
Antoni Kopaczewski (przewodniczący zarządu Regionu Rzeszów) w tej materii jest bardziej realistyczny, kiedy mówi: „Mówiło się tutaj o tym, żeby zasygnalizować Rosji, że gwarantujemy jej sojusz. Też niepotrzebnie z tym wybiegać, dlatego, że Rosja jest perfidną realistką i bez naszych deklaracji wie doskonale, co jest grane”. Istotnie – Czesław Kijonka (przewodniczący Regionu Przemyśl) daje przykład tego co może być „grane”, mówiąc: „Jesteśmy województwem przygranicznym, jest przejście graniczne: Suchy Port, Medyka, Żurawica… Regionalna Sekcja Kolejarzy podjęła decyzję, którą Zarząd Regionu poparł, że kiedy nie będzie możliwości obucia ludzi, odstawione zostaną wagony idące na wschód na bocznice kolejowe i obuwie zostanie przekazane na zakłady pracy. Podobna sytuacja jest z węglem… kolejarze zrobili to, co zapowiadali kilkakrotnie: szedł pociąg z węglem na wschód, pociąg został zatrzymany i odstawiony… rozdzielony pomiędzy poszczególne jednostki kolejowe”.
Mieczysław Lach (Przewodniczący Zarządu Regionu Piotrków Trybunalski): „Kolega Bujak wyszedł kiedyś ze sprawą strajku w zakładach zbrojeniowych. Sądzę, że jest to rzecz tak ważna dla nas, że ten problem można podnieść, nie wiem, może jeszcze w zakładach pracy, które produkcję oddają na eksport do krajów socjalistycznych. Możemy właśnie w tym kierunku uderzyć”.
Wracam do Pana Kopaczewskiego, który kontynuuje: „Proszę Państwa, znaleźliśmy się w punkcie kulminacyjnym i nie ma się co oszukiwać – czy chcemy, czy nie chcemy, trzeba brać tę władzę. Znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że nie mamy wyboru. Albo idziemy na Syberię”.
Tadeusz Jedynak (Region Śląsko-Dąbrowski) mówi:
– „Jest to tworzenie tych policji czy milicji robotniczych. Proszę Państwa, ja daję przykład z kopalni Manifest Lipcowy: samorzutnie, bez decyzji władz związku powstał
700 osobowy oddział tej milicji. Tylko nie wiedzą, co mają na hełmach napisać: czy milicja, czy policja. Więc ja myślę, że te oddziały już trzeba powoływać, ale ich zakres działalności żeby był tylko na terenie zakładu pracy; w sporadycznych wypadkach, tam, gdzie są grupy plakatowe czy coś, w obronie żeby wychodzili”. I dalej: „Ludzie są zdeterminowani, pójdą na wszystko, tylko czekają na decyzje KK”. To mówi przedstawiciel potężnego Śląska, „Solidarności” liczącej tam ok. 1,5 mln członków.
Seweryn Jaworski (Zastępca Przewodniczącego Regionu Mazowsze): „…straże robotnicze uważam za konieczne, powoływane we wszystkich regionach, szczególnie w wielkich zakładach przemysłowych”. O tworzeniu straży, milicji robotniczej mówili też niektórzy inni przedstawiciele Regionów.
Andrzej Rozpłochowski (Region Śląsko-Dąbrowski): „Musimy przystąpić już teraz do jednego – referendum, szerokiego referendum narodowego poprzez nasz związek… I proszę Państwa, poprzez to referendum trzeba się wypowiedzieć, co do wiarygodności tych władz… Nie bójmy się – bo cofać się nie mamy dokąd. Jeśli ktoś nam grozi konfrontacją i, proszę Państwa, względnie straszy spokojem, to spokój konkretny, względny, można znaleźć w grobie…. Dokąd się można cofać, jakiego spokoju my jeszcze chcemy bronić? Chyba tych wszystkich zdrajców, więc chyba nie o taki spokój chodzi”.
Patrycjusz Kosmowski (Przewodniczący Zarządu Regionu Podbeskidzie): „…związek czy jakieś ugrupowanie niezależne powinno opracować program dla rządu tymczasowego… ponieważ moment konfrontacji jest dla nas nieznany i on może być również jeszcze dzisiaj, jak za tydzień, jak za dwa miesiące. I nie możemy czekać tak, żeby w momencie kiedy ta władza będzie leżeć na ulicy, żeby jej nikt nie mógł podnieść, i to w dodatku bez programu”. I dalej: „Proszę Państwa, nasza sytuacja jest, jakby ją można było porównać do autobusu, pełnego ludzi, który prowadzi pijany kierowca. Ten kierowca już dawno zjechał z drogi. Zjechał na bezdroża i teraz rozbija się o drzewa i zabija ludzi w tym autobusie, a my chcemy z tym kierowcą rozmawiać na temat, czy on ma wysiąść z tego autobusu, czy nie. Bo uważam, że należy kierowcę wymienić, a nie pertraktować z nim…”. Jak to zrobić, pan Kosmowski nie mówi. Trudno zresztą się dziwić. Przecież „władza będzie leżeć na ulicy”.
Włodzimierz Bogucki (Region Ziemia Łódzka): „Proszę Państwa, wykorzystując nasze wzburzenie, nasze bardziej zdecydowane i agresywne stanowisko, władza w ostatnim okresie próbuje nas obciążyć dążeniem do konfrontacji, I co prawda pojęcie to, to słowo, sformułowanie nie pojawia się w oficjalnych stanowiskach władz krajowych Związku, to jednak występuje często w różnych wystąpieniach, w oświadczeniach, w różnego rodzaju wydawnictwach, pojawiają się tytuły w stylu „Bój to będzie ich ostatni”. I w tym momencie propaganda władzy trafia na podatny grunt…”.

AUTENTYZM RADYKALIZMU

Jeszcze jedno. Przez Komisję Uchwał i Wniosków został przedstawiony Komisji Krajowej Projekt interpretacji punktów statutu dotyczących strajku. Chodziło o ograniczenie akcji strajkowych, o ich – nazwę to – ucywilizowanie. Niestety – mimo palącej potrzeby takiej regulacji – projekt został oddalony do rozpatrzenia na następnym posiedzeniu KK. Był to bardzo niedobry sygnał.
Wreszcie – co można uznać za stwierdzenie kluczowe, bo potwierdzające znamienną wymowę obrad – Andrzej Gwiazda mówi: „W czasie tej dyskusji ustalono jedno, że związek kategorycznie odrzuca wszelkie dyskusje i wszelkie formy frontu porozumienia narodowego lub innego frontu porozumienia”.
Wysoki Sądzie,
Przedstawione wyżej fragmenty nie są tendencyjną kompilacją. Stanowią jedynie ilustrację, która w sposób wyrazisty przedstawia ich dominującą tonację i wymowę. Potwierdza to prof. Andrzej Paczkowski w książce pt.: „Pół wieku dziejów Polski – 1939-1989”, pisząc, iż w toku obrad „Przeważały głosy radykalne, a nawet desperackie”. A przecież właśnie on, jako autor wstępu do owego archiwalnego zapisu, autentyzm tamtego radykalizmu najbardziej uwiarygadnia. Były również – niestety w mniejszości – głosy realistyczne, wyważone. Mimo że z reguły też krytyczne wobec władzy, to jednak wskazywały na konieczność powściągliwości, przestrzegały przed awanturnictwem. Charakterystyczny przykład:
Władysław Frasyniuk mówi: „Mówimy tu o wielkiej polityce, o szczytnych hasłach, o wyborach do Sejmu, powołaniu rządu ocalenia narodowego czy rządu tymczasowego, podczas gdy uderzmy się w piersi – nie potrafiliśmy zorganizować własnej pracy… A marzą się nam, powiedzmy sobie szczerze, zaszczyty poselskie”. I dalej: „Jeżeli chodzi o oświadczenie Janka Rulewskiego, uważam, że jest to oświadczenie twarde, bez wyjścia. To znaczy, mniej więcej wygląda to tak: albo staniecie do walki i my wam przypieprzymy, a jak stchórzycie, nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy – więc wyboru nie macie”. Realistyczne akcenty pojawiły się też w wystąpieniu Zbigniewa Bujaka. Lub też wypowiedź Mariana Jaworskiego (Przewodniczącego Zarządu Regionu Ziemia Świętokrzyska): „Na spotkaniu z załogami negatywnie oceniono wystąpienia: kolegi Gwiazdy, który (3 grudnia 1981 roku na spotkaniu w Radomiu) określił prof. Aleksandra Gieysztora jako zdrajcę narodowego, oraz kolegi Seweryna Jaworskiego o to, „że utnie łeb Wałęsie, jeśli cofnie się o krok do tyłu””. Od siebie dodam, iż tę wypowiedź Seweryna Jaworskiego cechuje szczególna pikanteria poprzez fakt, iż nosił on demonstracyjnie na piersi wielki krzyż, niemal na podobieństwo biskupiego.
Lech Wałęsa w pierwszym dniu obrad w swym wystąpieniu wyjaśniał swoje rzeczywiste intencje, bronił się przed zarzutami o ustępliwość m.in. w sprawie bydgoskiej, powoływał się na niedawne trzy spotkania z Prymasem Polski, na ich – ostrzegającą przed radykalizmem – wymowę. Jednakże jego sytuacja była coraz trudniejsza. Ilustruje to najlepiej wypowiedź Antoniego Kopaczewskiego w końcowej części obrad: „Zastanówmy się, co my tu robimy. Przecież władza przez tyle miesięcy wypięła na nas tyłek. Kołuje nas, a więc z taktycznego względu mówimy, że będziemy z nią rozmawiać, że chcemy, a generalnie walczymy – tak Lechu, czy nie? No, potwierdź to, do diabła. Siedzisz jak maharadża, zamiast też tu pracować, nie?”. Zaraz po tym wypowiedź Lecha Wałęsy. Widząc, że toczącej się fali powstrzymać już nie zdoła, powiedział: „Proszę państwa, ja już dałem zalecenie, aby sprawdzono, co my dzisiaj jedliśmy. Dlatego patrzymy, podyskutujmy jeszcze, a zaczniemy konstruktywnie rozmawiać. Lekarze zbadają, czy my naprawdę dobre potrawy dzisiaj jedliśmy”. Tylko tyle i aż tyle! W tym momencie instynkt polityczny, intuicja Lecha Wałęsy nie zawiodły. Ale był to też – jak sądzę – jego osobisty dramat. Bezskuteczną również okazała się sugestia zawarta w tekście, jaki odczytał Mirosław Krupiński, przewodniczący dalszej części obrad. Pisze o tym Tadeusz Mazowiecki w broszurze „Internowanie” (Wyd. ANEKS-Londyn – 1983 rok): „Przyjęto uchwałę i oświadczenie, do których sześciu z nas (Geremek, Olszewski, Strzelecki, Siła-Nowicki, Macierewicz, Mazowiecki) zgłosiło w dyskusji – na piśmie stanowcze ostrzeżenie, uważając, że nie należy iść dalej niż uchwały radomskie. Nie zrobiło to większego wrażenia”. Podkreślę – mimo iż ostrzeżenie to wyrażało obawy osób reprezentujących tak szeroki polityczny przekrój – od Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka – do Jana Olszewskiego i Antoniego Macierewicza.
W rezultacie w przyjętej przez KK Uchwale w sprawie taktyki i strategii Związku znalazły się m.in. następujące ustalenia: „Na podstawie konsultacji nad stanowiskiem radomskim KK opowiada się za rozpisaniem ogólnokrajowego, względnie ogólnozwiązkowego referendum na tematy zasadnicze, dotyczące zarówno oceny, jak i weryfikacji metod sprawowania władzy przez naczelne i terenowe organa administracji państwowej, jak i ewentualnej potrzeby określenia im zadań antykryzysowych z terminami realizacji oraz sposobu rozliczenia przez społeczeństwo… KK zaleca Prezydium powołanie urzędu komisarza dla opracowania sposobu przeprowadzenia referendum… Komisarz na najbliższym posiedzeniu KK, przedstawi projekt i termin przeprowadzenia referendum, w terminie nie dłuższym niż do 15 lutego 1982 roku”. To bardzo znamienny dokument. Pomija on jakikolwiek kontakt z władzą na temat owego referendum. Miała więc ona tylko oczekiwać, aż „Solidarność” ją zweryfikuje. W wewnętrznych i zewnętrznych realiach owego czasu „księżycowość” – aby nie użyć określenia prowokacyjność – tej rachuby była aż nadto widoczna.
Teksty, które wyżej cytuję, poznałem w całości dopiero po latach. Potwierdzają one jednak, iż sygnały, informacje płynące 11-12 grudnia z Gdańska do nas, do władz w Warszawie, były wiarygodne, dawały podstawy do najwyższego niepokoju, uzasadniały wejście w fazę „ostateczności”. Co było jednak najważniejsze, jako ostatnia „kropla”. Po pierwsze, potwierdzona została decyzja Regionu „Mazowsze” o wielkiej demonstracji w Warszawie oraz innych miastach Regionu. I po drugie – Komisja Krajowa podjęła Uchwałę ustalającą „dzień 17 grudnia 1981 ogólnopolskim Dniem Protestu Związku przeciwko użyciu przemocy…”. Co było w tym wszystkim szczególnie bulwersujące? Otóż w czasie dwudniowych obrad KK – poza dwoma głosami doradców „Solidarności” – mecenasów Władysława Siła-Nowickiego oraz Jana Olszewskiego – nie pojawiły się w tej kwestii akcenty ostrzegawcze. Co wręcz zdumiewa – KK „Solidarność” proklamując, a więc w istocie rzeczy uruchamiając ogólnopolski Dzień Protestu, nie wskazała, w jakich formach i skali ma się on urzeczywistnić. Nie zwróciła uwagi, nie wyczuliła na szczególną ostrożność i odpowiedzialność przy organizowaniu i przeprowadzeniu tak ogromnej – i w ówczesnych, nabrzmiałych napięciami i konfliktami warunkach – niezwykle niebezpiecznej akcji. Po dzień dzisiejszy nie wiem, jak to tłumaczyć. Akt oskarżenia kwalifikuje siedzących na tej ławie jako „zbrodniarzy”. Rodzi się pytanie – kogo trzeba byłoby nazwać „zbrodniarzem”, odpowiedzialnym za doprowadzenie do sytuacji, która 17 grudnia zakończyłaby się, a właściwie rozpoczęła krwawą awanturę nieuchronnie wykraczającą poza ramy wewnętrzne?!

OSTRZEŻENIA EPISKOPATU

Prokuratura IPN, oskarżając „zorganizowany związek przestępczy” o niecne zamiary wobec „Solidarności”, problem 17 grudnia 1981 roku faktycznie bagatelizuje. A przecież wiązało się z nim wielkie zagrożenie. Pozwolę sobie przywołać słowa z Komunikatu opublikowanego na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski, która obradowała w dniach 25-26 listopada 1981 roku: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Innymi słowy – wojną domową. Nie sądzę, ażeby Kościół, Episkopat ostrzegał bezpodstawnie, bez znajomości rzeczy. Prof. Jerzy Holzer, we wspomnianej już książce pisze: „Przywódcy „Solidarności” zaczynali tracić kontrolę nad działaniami Związku. W poszczególnych regionach kraju zaczynało wrzeć”. W tym też kontekście władze oceniały zapowiedź owych demonstracji protestu. Z uwagi na ich kluczowe znaczenie dla decyzji i momentu wprowadzenia stanu wojennego, Wysoki Sąd pozwoli na pewne uzupełniające informacje.
Ryszard Reiff w książce „Czas „Solidarności”” (Editions Spotkania, Paryż 1988) napisał: „…11 grudnia w godzinach rannych złożył mi wizytę w moim gabinecie, w PAX-ie, z ramienia „Solidarności” Zbigniew Romaszewski, zapraszając mnie jako jednego z mówców na wiec, który planowano w dniu 17 grudnia o godzinie szesnastej na placu Defilad. Gdy dowiedziałem się, że to wszystko ma odbyć się o tej porze i w tym miejscu, zaprotestowałem przeciwko takiej lekkomyślności. Wielkie tłumy w ciemności – mówiłem (grudzień, godzina szesnasta), to zachęta do prowokacji. Zaplanowanej lub nie, czy przypadkowego tumultu, który wywoła panikę i może spowodować nawet śmiertelne wypadki. Jedna petarda, jeden pojemnik z gazem łzawiącym i sytuacja wymknie się spod kontroli”. Podobnie zeznał 4 listopada 1992 roku przed Sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Co więcej – powiedział wówczas, iż Zbigniew Romaszewski, który właśnie udawał się do Gdańska, obiecał mu przekazanie tej opinii. Niestety – mimo że kilkakrotnie zabierał on głos w czasie obrad KK w Gdańsku, tego tematu – jak wynika z protokołu – nie poruszył. Dziwne i szkoda. Po latach ukazała się nowa książka Ryszarda Reiffa pt. „Archiwum myślenia politycznego”, której obszerną część stanowi problematyka stanu wojennego. Nie ma w niej jednak ani słowa o tym, co autor wcześniej napisał o 17 grudnia 1981 roku. Unikanie tego tematu jest powszechne. To też „biała plama”. Właściwie nie powinienem się dziwić. Przecież poważne, odpowiedzialne jego potraktowanie, musiałoby doprowadzić do wniosków podobnych do tych, które towarzyszyły mi w dniach poprzedzających 13 grudnia. A to podważyłoby oskarżycielską konstrukcję. Dlatego też odeszły w głęboką niepamięć wypowiedzi: późniejszego przewodniczącego „Solidarności” Regionu „Mazowsze”, Macieja Jankowskiego, który stwierdza („Polityka”, 7 maja 1994 roku): „Ja stutysięczną manifestację opanuję, ale trzystutysięcznej już nie. Chodzi więc o to, aby do wielkich demonstracji nie dochodziło”. I profesora Bronisława Geremka, który w wywiadzie udzielonym redaktor Janinie Paradowskiej („Polityka” z 15 lipca 1995 roku) mówi: „Zapowiedzi stutysięcznych manifestacji są groźne, bowiem mogą zachwiać ładem państwa…”. Jeśli takie obawy żywione były w latach 90., to czego można było oczekiwać w ówczesnej, wybuchowej sytuacji?!
Władze nieustannie ostrzegały i przestrzegały. W codziennym meldunku sytuacyjnym DYSOR Nr 256 za okres od 9.12.1981 r. godz. 8.00, do dnia 10.12.1981. godz. 8.00 znajduje się zapis: „W związku z planowanym wiecem w Warszawie Wiceprezydent stolicy Stanisław Bielecki odbył rozmowy z delegacją NSZZ „Solidarność” Region „Mazowsze”. Wskazując na zagrożenie dla ładu i porządku, jakie może przynieść wyprowadzenie wieluset tysięcy ludzi na ulice, a także na inne nieobliczalne skutki wiecu, żądał on ponownego rozpatrzenia tej decyzji przez władze Regionu „Mazowsze”. Wiceprzewodniczący Zarządu Regionu Seweryn Jaworski stwierdził: „Wiecu odwołać nie mogę, bo to jest decyzja walnego zgromadzenia delegatów i decyzji tej nie może zmienić Zarząd Regionu. Ponadto jako Związek nie muszą oni uzyskać zgody na takie zgromadzenie””. Również inne sygnały ostrzegawcze przekazywane w trybie roboczym doradcom „Solidarności” oraz przedstawicielom Kościoła nie dawały nadziei na odstąpienie od demonstracji. Wręcz przeciwnie – uzyskiwaliśmy wiarygodne informacje, że w czasie tych demonstracji – a jak mówi akt oskarżenia – „marszu przeciwko ekipie gen. Jaruzelskiego” – może dojść do zajęcia obiektów radia i telewizji oraz niektórych urzędów. A więc nieuchronna konfrontacja.
W tym miejscu stosowne jest przypomnienie kilku słów z mojego orędzia wygłoszonego wczesnym rankiem 13 grudnia 1981 roku: „…Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią… Trzeba powiedzieć: dość! Musimy to oznajmić właśnie dziś, kiedy znana jest bliska data masowych politycznych demonstracji, w tym również w centrum Warszawy, zwołanych w związku z rocznicą wydarzeń grudniowych. Tamta tragedia powtórzyć się nie może. Nie wolno, nie mamy prawa dopuścić, aby zapowiedziane demonstracje stały się iskrą, od której zapłonąć może cały kraj…”.

Wysoki Sądzie,
Zbigniewa Bujaka – jednego z czołowych przywódców historycznej „Solidarności” – bardzo szanuję i cenię za odwagę i szczerość – „aż do bólu”. Tylko jego stać było na to, aby zeznając, jako świadek przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej Sejmu w dniu 6 kwietnia 1995 roku, publicznie powiedzieć: „…Komisja zajmuje się badaniem, czy w owym czasie istniało zagrożenie dla konstytucyjnego porządku Rzeczypospolitej. Jeśli tamten porządek chce Pan zwać porządkiem konstytucyjnym, to ja sobie rezerwuję prawo do obalenia tego porządku siłą…”. I dalej: „Z tego punktu widzenia każde, nawet najbardziej radykalne działanie na rzecz obalenia tamtego porządku, który Pan nazwał porządkiem konstytucyjnym, jest dla mnie uprawnione”. Ja pragnę zapytać Pana Prokuratora, jak konstytucyjne aspekty aktu oskarżenia mają się do tych stwierdzeń?! Z kolei 25 kwietnia pyta mec. Kazimierz Łojewski: „W czasie swych zeznań powiedział Pan, że ówczesne starcia przypominały ruletkę. Czy Pańskim zdaniem, jakakolwiek organizacja ma prawo podejmować działania w stylu ruletki, jeśli w grę wchodzi byt narodu i byt społeczeństwa? Czy ma prawo, zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy nie można było wykluczyć interwencji zewnętrznej?”. Świadek, a ówcześnie również poseł Zbigniew Bujak odpowiada: „Staraliśmy się wybrać drogę optymalną, lecz przynajmniej moja kalkulacja była następująca. Nawet gdyby nastąpiła interwencja sowiecka, to oczywiście byłaby ona złem. Lecz czy oznaczałoby to koniec państwa, koniec narodu? Nie takie rzeczy narody przeżyły. Czasami może się to zdarzyć, że całkiem nieźle wychodzi się z tego typu sytuacji, jeśli wspólnymi siłami umie się ją wygrać. Akurat nie uważałem ewentualnej interwencji zewnętrznej za koniec państwa i narodu. Jeśli pan pyta o doświadczenia historyczne, to ja pytam, czy po 1956 roku zniknął naród węgierski i państwo węgierskie? Nie, nie zniknęło. Czy po 1968 roku zniknęła Czechosłowacja? Wprawdzie ona teraz zniknęła, ale z zupełnie innych powodów… Analizując sytuację bardzo chłodno i spokojnie, moje przekonanie było takie, że gdyby nawet w wyniku kontynuowania politycznych zmian w państwie ostatecznie do takiego scenariusza doszło, to nie jest to żaden totalny i ostateczny dramat dla państwa i narodu. Jeżeli miałoby się okazać, że w warunkach realizowania scenariusza interwencji całe społeczeństwo, cały naród może wykazać się solidarnością, jednością stanowiska itd., to strategicznie – biorąc pod uwagę następne dziesięciolecia, przez które ten naród będzie istniał – być może mogłoby się to skończyć dobrze. Wiemy, że w polityce tak się zdarza, że to, co ma być wielkim dobrem, obraca się w przeciwieństwo. To, co wydaje się wielkim dramatem, może przekształcić się w coś, co po stuleciach mieć będzie bardzo pozytywny efekt…”. Rodzi się pytanie – dla kogo? Czy np. 200 tys. ofiar powstania warszawskiego i zrujnowanie stolicy może zrównoważyć tezę o „pozytywnym efekcie”.

OBALIĆ WŁADZĘ

Jan Maria Rokita w swej książce pt. „Alfabet Rokity” (Wyd. Edipress SA, 2004 rok) pisze: „Byłem i jestem przekonany o tym, że „Solidarność” w 1980-1981 roku mogła podjąć próbę zmiany władzy. Byłoby to ryzykowne, ale warto było spróbować”. Szkoda, iż Pan Rokita nie napisał, jak wyobrażał sobie sposób przeprowadzenia tej „próby”. Ja natomiast mam świadomość, jak tragicznie jej podjęcie mogłoby się skończyć.
Jeden z czołowych działaczy KPN – jednocześnie poseł, członek sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej – Andrzej Ostoja-Owsiany 14 lutego 1995 roku oświadczył: „Nie wiem, czy „Solidarność” była zdecydowana obalić rząd i partię, bo na przykład Konfederacja Polski Niepodległej była na to zdecydowana”. Z kolei na posiedzeniu 6 kwietnia 1995 roku powiedział, iż w 1981 roku był wykładowcą jednej z podchorążówek KPN. Trudno przypuszczać, że tego typu formacje ćwiczyły się jedynie w śpiewaniu piosenek legionowych. Dziś to wszystko brzmi niezbyt poważnie. Ale wówczas KPN miała znaczne wpływy, zwłaszcza na Śląsku i w Warszawie. Były też inne radykalne grupy. W sytuacji tak nabrzmiałej stać się mogły detonatorem.
Wyżej przywołane wypowiedzi – nie mówiąc już o wielu innych faktach – jeszcze bardziej utrwalają mnie w przekonaniu, że stan wojenny w pewnym momencie stał się nieuchronny wobec różnych radykalnych mrzonek i złudzeń, których realizacja mogła doprowadzić jedynie do niewyobrażalnej, w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym, krwawej awantury.
W wielu tekstach naukowo-historycznych, jak również w publicystyce jest mnóstwo sugestii – wymowa aktu oskarżenia jest z nimi zbieżna – że siły „twardogłowe” w partii, że służby bezpieczeństwa inspirowały, prowokowały różne sytuacje, incydenty, mające spowodować napięcie, wywołać awantury, konflikty obciążyć nimi „Solidarność” – i tym samym uzasadnić zastosowanie środków nadzwyczajnych. Kiedy mówi się o 17 grudnia – te akcenty jakoś giną, milkną. Tu już niebezpieczeństwo jest bagatelizowane. A mogło ono przecież zaistnieć ze strony właśnie jakichś prowokatorów, lub też – nazwę to oględnie – niezrównoważonych demonstrantów, a może „kogoś trzeciego” czy wreszcie na zasadzie zupełnego przypadku. Jak to rozumieć i oceniać? Beztroskie, nonszalanckie traktowanie tej sprawy, tego niebezpieczeństwa, nie mieści się w kategorii odpowiedzialnego myślenia o państwie, o Polsce. Ale w tym mieści się też odpowiedź na pytanie, dlaczego stan wojenny wprowadzony został 13, a nie np. 3 lub 23 grudnia czy też w jakimś innym terminie? Właśnie dlatego, że dzień 17 grudnia wisiał nad nami jak złowroga chmura. Gdyby nie to – decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego byłaby nadal odwlekana. Trwałyby poszukiwania rozwiązań, apele i ostrzeżenia, gra na czas z sąsiadami. Jednakże w powstałej sytuacji ryzyko niepodjęcia tej decyzji stało się zbyt wielkie. To nie był temat, czas i miejsce na „ruletkę”. Nigdy nie zapomnę „szamotaniny”, psychicznej mordęgi, koszmaru owych dni i godzin. Ale jednocześnie jestem niezmiennie przekonany, że wprowadzenie stanu wojennego – to był konieczny akt prewencyjny wobec realnie największego niebezpieczeństwa.

Wysoki Sądzie,
Złożyłem tak obszerne wyjaśnienie, dotyczące problemu 17 grudnia 1981, ze względu na jego ogromną wagę. Przecież był to punkt, który w sposób szczególny zwiastował groźbę narodowej katastrofy. Prokuratura nie dostrzega, że władze wręcz obsesyjnie były wyczulone na niebezpieczeństwa związane z masowym wyjściem demonstrantów na ulice. Dawały temu publiczny wyraz. W referacie Komitetu Centralnego Partii na IX Zjeździe PZPR, który wygłosił Stanisław Kania – są m.in. takie słowa: „Doświadczenia wszystkich wydarzeń dowodzą, że zawsze, kiedy dochodzi do ulicznych wystąpień, pojawia się groźba, że niezależnie od intencji robotników, pod wpływem awanturników, nabiorą one niszczycielskiego charakteru. To doświadczenie musi stać się trwałą własnością i społeczeństwa, i władzy”. Lub też słowa Stanisława Kani na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 1 sierpnia 1981 roku: „Najgroźniejsze są pochody, bo zawsze mogą stać się otwarciem drogi do krwawej konfrontacji. Może tak być w całej Polsce w warunkach społecznego napięcia. Może dojść w jakimś momencie do prowokacji, do aktów wandalizmu, do samoobrony, czyli do krwawej konfrontacji. Trzeba mieć tego świadomość. Awantura w Polsce przestaje być awanturą polską”. To było nasze wspólne najgłębsze przekonanie. Zresztą przez dłuższy czas podzielali je czołowi działacze „Solidarności”. Dlaczego w grudniu – a w szczególności między 6 a 12 grudnia 1981 roku – nastąpiła tak zasadnicza zmiana? Nie mogliśmy ocenić jej inaczej niż jako grę „va banque”, której trzeba postawić tamę.
Zbrodnia – niezależnie od tego jak nazwana – jest oskarżeniem najcięższym. Niech więc mi wolno będzie kontynuować ten wywód, sięgając również do wspomnień i refleksji osobistych. Oskarżeni są ludźmi mającymi gorzki przywilej wczesnego urodzenia. Jednocześnie jest to również przywilej sięgających wielu dziesięcioleci osobistych przeżyć i doświadczeń. Należymy do pokolenia, które żyło i w różnym stopniu doświadczyło czy uczestniczyło, a przede wszystkim pamiętało klęskę wrześniową 1939 roku, krwawe, bratobójcze konflikty z lat 40. oraz późniejsze wydarzenia z 1956 i 1970 roku. Właśnie – Poznań, Budapeszt, Wybrzeże – pokazują, jak masowe zgromadzenia, demonstracje, rozpoczęte nawet w najlepszej intencji, ale w gorącej społecznie atmosferze, wyzwalają silne emocje. Pojawia się nurt żywiołowy, agresywny, niszczycielski. Wszystko to zderza się z reakcjami władz, włącznie z użyciem broni. Lawina się toczy – ból, krew, ofiary. W Polsce dokonało się to w wymiarze wewnętrznym. Inaczej stało się na Węgrzech. Dramatyzm owych wydarzeń tkwił głęboko w naszej świadomości. Nie była to po prostu karta z podręcznika historii, książki, artykułu czy filmu. To był emocjonalnie, psychologicznie, bardzo osobiście odczuwany sygnał ostrzegawczy, historyczno-polityczne memento.

KULT POWSTAŃ

Miało ono ponadto jeszcze głębiej sięgające podstawy. Wysoki Sąd pozwoli na wzmiankę, która jest nie tylko aluzją historyczną. Za chwilę powiem, na czym polega – współczesna, istotna w aspekcie oskarżenia – puenta. Otóż chodzi o odniesienie do wciąż żywych tradycji, z którymi należało się liczyć. W naszej polskiej mentalności, w naszych „genach” tkwi kult powstań, romantycznych zrywów, martyrologii, apoteoza klęski i męczeństwa. To piękna, moralna, patriotyczna wartość. Oznaczała wychowanie w duchu: „Mierz siły na zamiary; Bez harmat my, bez oręża, lecz Pan Bóg za nas zwycięża; Obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni… Niechaj Polska zna jakich synów ma”. Wreszcie, pieśń z 1830 roku, która porusza szczególnie: „Oto dziś dzień krwi i chwały…”. I dalej: „Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój tryumf albo zgon”. W 1898 roku, a więc po68 latach, Stanisław Wyspiański przywołał te słowa w „Warszawiance”, ale ze znamienną repliką gen. Chłopickiego: „…To poemat dla romantycznych głów”. Jak widać, bywa tak, iż generałowie są mniej skłonni do gorączkowych uniesień niż przepełnieni patriotyczno-wolnościowym animuszem ludzie młodzi i niedoświadczeni. Świadczy o tym m.in. zastrzelenie przez podchorążych w noc listopadową 1830 roku zasłużonych jeszcze w wojnach napoleońskich generałów, którzy nie zechcieli uczestniczyć, stanąć na czele – beznadziejnego w efekcie – powstania. Ówczesnego Komendanta Wojskowej Szkoły Aplikacyjnej – późniejszego bohaterskiego obrońcę Woli – gen. Józefa Sowińskiego, oszczędzono tylko dlatego, że był inwalidą, bez nogi (stracił ją w 1812 roku pod Możajskiem). Tu warto dodać, iż wszyscy przywódcy powstań – oprócz Romualda Traugutta, który zresztą objął przywództwo dopiero 17 października 1863 roku, a więc u schyłku powstania – unieśli cało głowy. Przenosząc się w bliższe nam czasy, przytoczę słowa Jerzego Giedroyca, który na łamach „Polityki” z 17 sierpnia 1996 roku mówi, jak to zwłaszcza ludzie młodzi w przededniu września 1939 roku aż rwali się do walki, czekali na wojnę: „Oczy błyszczały radosnym podnieceniem – nareszcie, naprawdę wojna! Polacy nieprawdopodobnie rwali się do wojny”. Potwierdzam to z własnych wspomnień 16. latka. Podobnie było w dniach poprzedzających wybuch powstania warszawskiego. W „Gazecie Wyborczej” z 25-26 kwietnia 1992 roku przeczytałem, że podobne obawy w 1981 roku żywił Jan Józef Lipski, mówiąc: „Patrzę z przerażeniem, bo w tym mieście byłem podczas powstania warszawskiego, i wiem, jaki tu może być koniec”. Dzisiaj jest niemało osób, które uważają, iż decyzja o rozpoczęciu powstania była nieuchronna. Jednym z argumentów ma być postawa młodzieży, która była tak „rozgrzana”, że nawet bez rozkazu mogła pójść „na barykady”. Przywołuję tę myśl z pamięcią o temperaturze z późnej jesieni 1981 roku, o różnych jej niebezpiecznych – politycznie, społecznie, gospodarczo – przejawach, nad którymi już nikt nie panował – ani władze, ani kierownictwo „Solidarności”, ani zwierzchnictwo Kościoła.

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia – jak już wcześniej wspomniałem – koncentruje się na przedstawieniu mnóstwa zapisów, mających zilustrować proces przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego. Działalność drugiej solidarnościowej strony jest przemilczana, w istocie nie istnieje. W rezultacie można to odczytać, jako dowód, iż władza „czaiła się” ze stanem wojennym, chciała nim „Solidarność”, społeczeństwo zaskoczyć. Akt oskarżenia podkreśla to wielokrotnie. To nie jest prawda.
Po pierwsze – była to wielka, wszechogarniająca operacja. W różnych fazach i postaciach jej planowania i przygotowywania, w wielu resortach, instytucjach i organizacjach, w poszczególnych ogniwach centralnych i terenowych, zaangażowanych było tysiące ludzi. W ówczesnej sytuacji – bezpośredni czy pośredni, w szerszej czy wycinkowej skali – musieli mieć również udział wszechobecni członkowie czy sympatycy „Solidarności”.
Po drugie – w owym czasie miały miejsce różne kontakty, nadawane były stosowne sygnały, przedstawiano oceny i sugestie przedstawicielom Kościoła, jak też pewnym kręgom „Solidarności”, a zwłaszcza jej doradcom i sympatykom: Stefanowi Bratkowskiemu, Wiesławowi Chrzanowskiemu, Bronisławowi Geremkowi, Tadeuszowi Mazowieckiemu, Janowi Olszewskiemu, Władysławowi Siła-Nowickiemu, Andrzejowi Stelmachowskiemu, Janowi Strzeleckiemu, Andrzejowi Tymowskiemu, Andrzejowi Wielowiejskiemu. Ze strony władz takie kontakty m.in. mieli: Kazimierz Barcikowski, Stanisław Ciosek, Józef Czyrek, Zbigniew Gertych, Hieronim Kubiak, Jerzy Kuberski, Walery Namiotkiewicz, Jerzy Ozdowski, Antoni Rajkiewicz, Halina Skibniewska, Andrzej Werblan, Jerzy Wiatr. Apelowano i jednocześnie ostrzegano, że przekroczenie pewnej granicy grozi interwencją, a władzę zmusi do zastosowania środków nadzwyczajnych.
Po trzecie – władze nie kryły, wręcz przeciwnie, wciąż demonstrowały oraz zapowiadały taką nabrzmiewającą realność. Takie ostrzeżenia płynęły z uchwał Sejmu. Uchwała z 31 października 1981 roku mówi: „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład społeczny i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności Sejm rozpatrzy propozycję w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja. Sejm PRL apeluje do świadomości obywatelskiej każdego Polaka: uczyńmy wspólnie wszystko dla przezwyciężenia obecnych trudności, poprawmy sytuację żywnościową ludności miast, zapewnijmy krajowi i jego obywatelom niezbędny opał i energię. Sejm wzywa wszystkich do wspólnej walki o pokój społeczny, o odbudowę życia gospodarczego kraju”.

ZATRZYMAĆ PROCES ROZKŁADU

Były też ostrzeżenia w komunikatach, informacjach,
sygnałach z posiedzeń Komitetu Obrony Kraju, z Plenów KC PZPR, z obrad Biura Politycznego, z Rady Wojskowej MON, a także z wielu publicznych wypowiedzi premiera-ministra obrony narodowej, wicepremierów, ministra spraw wewnętrznych oraz innych przedstawicieli władz. Zawierały one, z jednej strony, apel o umiar, o porozumienie, a z drugiej, przestrogę. Z tą intencją w telewizji parokrotnie emitowany był film dokumentujący grozę wydarzeń na Węgrzech, w Budapeszcie, w listopadzie 1956 roku. Ponadto w niektórych „gorących” miejscach i momentach odbywały się demonstracyjne przemarsze wojsk. Również powszechnie znane było wstrzymanie zwolnienia do rezerwy żołnierzy starszego rocznika służby wojskowej. Aż do końca oferta i przestroga szły więc w parze.
Ostatnie tego mocne akcenty to VI Plenum KC 28 listopada 1981 roku, a zwłaszcza moje, szeroko nagłośnione, wystąpienie: „…obecnego stanu utrzymać dłużej nie można, proces rozkładowy musi być zatrzymany. Inaczej nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji, do stanu typu wojennego”. Czy ktoś – kto chce zaskoczyć, używa takich słów, udziela takiej informacji, dzieli się publicznie taką, w istocie rzeczy zapowiedzią?!
Akt oskarżenia na str. 22, w nawiązaniu do obrad kierowniczego gremium „Solidarności”, które odbyło się 3 grudnia 1981 roku w Radomiu, mówi o zapowiedzi ostrych reakcji w wypadku udzielenia rządowi przez Sejm PRL nadzwyczajnych uprawnień. Problem wymaga stosownego naświetlenia. Na posiedzeniu Sejmu 30 października 1981 roku, a więc dwa dni po przeprowadzonym 28 października przez „Solidarność” powszechnym strajku ostrzegawczym, oświadczyłem: „W związku z istniejącą groźną sytuacją przekazałem do Prezydium Sejmu rządowy projekt ustawy o nadzwyczajnych środkach działania w zakresie ochrony obywateli i państwa. Jednocześnie wiadomo mi, że na dzisiejszym posiedzeniu Konwent Seniorów przedstawi Wysokiej Izbie projekt uchwały, stawiającej stanowczo sprawę niezwłocznego zaniechania akcji strajkowych, także położenia kresu wszelkim działaniom naruszającym ład społeczny. W wypadku gdyby ta uchwała Sejmu nie była respektowana, zwrócę się w trybie pilnym o nadanie legislacyjnego biegu rządowemu projektowi ustawy”. Wspomniany projekt skierowałem do Marszałka Sejmu PRL z następującym pismem przewodnim: „Zgodnie z art. 25 ust. 1 Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Rada Ministrów przedstawia Sejmowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej projekt ustawy „O nadzwyczajnych środkach działania w interesie ochrony obywateli i państwa”. Projekt ten zakładał wprowadzenie, w warunkach niebezpiecznego rozwoju sytuacji, szeregu rygorów i ograniczeń. Do kluczowych należały:
• „W sytuacjach wyjątkowych, uzasadnianych krytycznym stanem gospodarki narodowej Rada Państwa – na wniosek Rady Ministrów może wprowadzić na okres do 31 marca 1982 roku zakaz organizowania i udziału w strajkach”.
• „Zwoływanie i odbywanie zgromadzeń jest dopuszczalne tylko za uprzednim zezwoleniem właściwego organu administracji państwowej”.
• „W wypadku poważnego zagrożenia bytu Narodu i bezpieczeństwa państwa Rada Ministrów może, w drodze rozporządzenia, wprowadzić zakaz zwoływania i odbywania zgromadzeń, z wyjątkiem nabożeństw i obrzędów religijnych, które odbywają się na dotychczasowych zasadach”.
• „W razie bezprawnego zajęcia budynku, innego obiektu, lub pomieszczenia, będącego w dyspozycji organów oraz instytucji i przedsiębiorstw państwowych, organizacji politycznych, lub społecznych, organy porządku publicznego na wezwanie upoważnionych dysponentów usuwają osoby, które dokonały bezprawnego zajęcia – stosując, w razie konieczności – środki bezpośredniego przymusu”.
Wreszcie – „Kto:
• utrudnia lub uniemożliwia kierownikowi zakładu pracy lub innemu pracownikowi zakładu upoważnionemu do działania w imieniu tego zakładu wykonywanie obowiązków określonych w przepisach prawa;
• dysponuje mieniem zakładu pracy w sposób naruszający obowiązujące w tym zakresie przepisy prawa – podlega karze pozbawienia wolności do 2 lat lub karze grzywny”.
Czy w realiach napięć i zagrożeń tamtego czasu, można ten projekt traktować niemal jak „wypowiedzenie wojny”? Czy byłoby to aż tak dotkliwe ograniczenie swobód obywatelskich? Tym bardziej że ustawa miała obowiązywać tylko do 31 marca 1982 roku, a więc na okres zimy. Jaki był jej cel i sens?
Pierwsze – jako ostrzeżenie. Najlepszym tego dowodem, że projekt „leżakował” przez cały miesiąc – od końca października do końca listopada. Dopiero właśnie wtedy, na VI Plenum KC PZPR zapowiedziałem wniosek do Sejmu o uruchomienie stosownej procedury. A więc procedura, dyskusja w Sejmie, możliwość korekt w zależności od rozwoju sytuacji, od opinii związków zawodowych, organizacji społecznych, Kościoła.
Drugie – jeśli sytuacja zmusi do przyjęcia ustawy, to stworzy ona szanse i możliwości zastopowania postępującej w kraju anarchii oraz rozkładu gospodarki.
Reakcja „Solidarności” – co potwierdza akt oskarżenia – była ostra. Zapowiedziano powszechny strajk ostrzegawczy po uchwaleniu ustawy i strajk generalny w razie prób wprowadzenia jej w życie. Kościół w obawie przed tak gwałtowną reakcją, w piśmie adresowanym do Marszałka Sejmu, do wszystkich posłów, a także do mnie, podpisanym w imieniu Episkopatu przez Prymasa Arcybiskupa Józefa Glempa i biskupa Bronisława Dąbrowskiego, przestrzegał przed podjęciem owej decyzji. Władze uwzględniły to stanowisko. Jednakże tym samym padła kolejna bariera, mogąca zatrzymać proces zmierzający nieuchronnie do katastrofy.
Jednakże do końca były nadzieja i oczekiwanie zgodne z filozofią zawartą w przywołanym wcześniej dokumencie „Myśl przewodnia stanu wojennego” z 27 marca 1981 roku, który – przypomnę – mówi, iż jego „wprowadzenie stanowi ostateczne – po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków politycznych – posunięcie państwa…”. Zrozumiałe jest więc, że nikt publicznie nie podawał terminu wprowadzenia stanu wojennego. Po pierwsze – wciąż liczyliśmy, że tej ostateczności uda się uniknąć. I po drugie – tajemnicą mogła być tylko data, sam moment, technologia realizacyjna, a nie jego ewentualność i realność, o której mówiło się – i poufnie, i głośno.

ODPORNOŚĆ NA ZASKOCZENIE

Skąd więc to zaskoczenie? Skąd taka „odporność” na liczne informacje i ostrzeżenia? Dominowało – jak sądzę – przeświadczenie, że nie ma powodu do obaw, bo ta władza może jedynie paść. 15 czerwca 1995 roku na łamach „Przekroju” były doradca prezydenta USA Ronalda Reagana do spraw bezpieczeństwa, profesor Richard Pipes, mówi: „Czemu nie ostrzegaliśmy „Solidarności” , że będzie stan wojenny? Ostrzegaliśmy, ale oni nas przekonywali, że to blef… Wywiad ostrzegał o przygotowaniach do stanu wojennego, a także mówił o możliwości interwencji sowieckiej. A „Solidarność” nas uspokajała. Już 13 grudnia, gdy stan wojenny ogłoszono, zadzwoniłem do przebywającego w Stanach wysokiego działacza „Solidarności” i mówię mu, co się stało. „Ach, to nie może być nic poważnego…” – skomentował nowiny”. Podobnie wypowiada się we wspomnianej już książce „Konspira” Bogdan Borusewicz: „Już parę razy straszyłem, że trzeba coś przygotować, bo będzie interwencja. Kiedy w listopadzie dostałem wiadomość, iż Biuro Polityczne rozważa wprowadzenie stanu wojennego, poleciałem w te pędy do urzędującego Prezydium. Owszem, mieli trochę stracha, ale nie zareagowali. A kiedy przez następnych kilka dni nic się nie wydarzyło, wyszedłem na jajo”.
Takie reakcje wynikały przede wszystkim z przedwczesnego triumfalizmu, z uproszczonej oceny rzeczywistych nastrojów i oczekiwań społecznych, z przekonania o słabości organów państwa, o niezdolności Wojska Polskiego do udziału w takiej operacji. Nie wystawia to najlepszego świadectwa cechom przywódczym wielu ówczesnych czołowych działaczy „Solidarności”, których – w odróżnieniu od Lecha Wałęsy oraz części podobnie myślących – cechowały: brak mądrości etapu, wyobraźni, umiaru, realizmu. W ostatecznym rachunku zapłacili za to wszyscy: „Solidarność”, władze, społeczeństwo – zapłaciła Polska. Jednakże po latach okazuje się, iż winien jest tylko domniemany, „zorganizowany związek przestępczy…”.

Wysoki Sądzie,
Starałem się wykazać wyżej, dlaczego skupiłem się na ocenie, analizie naszych wewnętrznych polskich problemów. Teraz o problemach zewnętrznych.
Akt oskarżenia na str. 30-31 zagrożenie interwencją w grudniu 1980 faktycznie neguje. Zderza się to z powszechnie znanymi faktami, zeznaniami, wyjaśnieniami. Myślę, iż powie o tym więcej Stanisław Kania. Ograniczę się do uwagi, iż Prokuratura dezawuuje w ten sposób nie tylko oceny znanych polskich historyków i polityków, ale również przedstawiane przez stronę zachodnią. Przypomnę, co mówił, pisał i nadal twierdzi Zbigniew Brzeziński, jak dramatycznie oceniała sytuację administracja amerykańska, prezydent Jimmy Carter i w ogóle Zachód. Powiem więc krótko – mieliśmy wystarczającą wiedzę. Przywiózł ją z Moskwy – ze spotkania z Szefem Sztabu Generalnego Związku Radzieckiego, marszałkiem Nikołajem Ogarkowem, oraz przedstawicielami armii NRD-owskiej gen. Stechbarthem i Czechosłowackiej gen. Blachnikiem – I Zastępca Szefa Sztabu Generalnego WP – gen. Tadeusz Hupałowski.
W Biuletynach Informacyjnych Kancelarii Sejmu: z 30-31 marca 1993 roku, na str. 29-32 oraz z 24-25 maja 1994 roku na str. 13-18, znajdują się jego zeznania złożone przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Mówi w nich m.in., że ćwiczenia te miały rozpocząć się 8 grudnia 1980 roku i stopniowo przekształcić w interwencję. Gen. Hupałowskiemu doręczono plan owych „ćwiczeń” skopiowany z mapy na slaid, kalkę techniczną. Wszystko stawało się jasne. Można odnieść wrażenie, iż przy sporządzaniu aktu oskarżenia nie było to znane Prokuraturze. A szkoda, tym bardziej iż gen. Hupałowski zmarł.
Różne „rewelacje” Ryszarda Kuklińskiego są w znacznej części samochwalczą mieszaniną prawdy z półprawdą i całkowitą mistyfikacją. Dokumentalne tego uzasadnienie znajduje się w – niestety przemilczanej – książce pt. „Nikt, czyli Kukliński” (Wyd. Comandor, 2003 rok). Jednakże w niektórych wypadkach wiarygodność jego oceny jest większa niż sformułowana przez Prokuraturę IPN. W wywiadzie dla paryskiej „Kultury” (nr 4 z 1987 roku) m.in. mówi: „Pod pozorem ćwiczeń miały być skierowane trzy radzieckie armie w składzie piętnastu dywizji, jedna armia czechosłowacka w składzie dwóch dywizji oraz sztab jednej armii i jedna dywizja Narodowej Armii Ludowej NRD. W sumie w operacjach militarnych na terytorium PRL miało uczestniczyć osiemnaście dywizji radzieckich, czechosłowackich i niemieckich”. Wreszcie stwierdza: „Moskiewski szczyt (chodzi o spotkanie kierownictw państw Układu Warszawskiego 5 grudnia w Moskwie – WJ) groźby interwencji wcale nie zażegnał. Uświadomił jedynie polskiemu kierownictwu, że od uderzenia nie ma odwrotu. Jeśli nie uderzą sami, to zrobi to za nich Armia Czerwona wraz z innymi wojskami Układu Warszawskiego”.
W tym miejscu konieczna jest dygresja. Istotnie 5 grudnia 1980 roku nastąpiło odroczenie, polityczna prolongata. Jednakże militarna cięciwa pozostawała napięta. Bardzo charakterystyczny w tej mierze jest – tajny dokument sztabowy – Rozkaz nr 18/80 Przewodniczącego Narodowej Rady Obrony NRD Ericha Honeckera z 10 grudnia – a więc 5 dni po owym moskiewskim spotkaniu. Dotyczy on wspólnych ćwiczeń Zjednoczonych Sił Zbrojnych państw-stron Układu Warszawskiego. Rozkaz ten w szczególności mówi: Minister Obrony Narodowej przedstawi mi propozycję rozpoczęcia działań zaangażowanych w ćwiczenia sztabów, oddziałów i jednostek Narodowej Armii Ludowej po otrzymaniu poleceń od:
• pierwszego zastępcy ministra obrony ZSRR i szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych lub
• naczelnego dowódcy Zjednoczonych Sił Zbrojnych państw-stron Układu Warszawskiego…
Rozkaz niniejszy wchodzi w życie natychmiast i obowiązuje do odwołania” (z innej dokumentacji wynika, iż odwołanie to w NRD nastąpiło w kwietniu, a w Czechosłowacji w lipcu 1982 roku). Oto dowód, na czyj rozkaz owo „ćwiczenie” mogło być rozpoczęte. Polityczny sygnał lub „przypieczętowanie” nastąpiłoby w stosownym momencie. Potwierdzają to doświadczenia innych interwencji.
NIECHĘĆ I GLORYFIKACJA

Myślę, iż szereg polityków, historyków, publicystów oraz niektóre Prokuratury – o czym za chwilę – są w kłopocie. Bo z jednej strony – istnieje chęć i wola pogrążenia tzw. autorów stanu wojennego czy inaczej mówiąc „zorganizowanego związku przestępczego”. A z drugiej, usprawiedliwiany jest i gloryfikowany na różne sposoby Ryszard Kukliński. Czytając jego wspomniany już wywiad, zamieszczony w paryskiej „Kulturze”, można zobaczyć taką „autoreklamę”: „Wgląd w plany użycia radzieckich i polskich sił przeciwko „Solidarności” dawała mi moja do pewnego stopnia szczególna pozycja służbowa w Sztabie Generalnym, która w czasie kryzysu przekształcona została w swego rodzaju jednoosobowy sekretariat kierownictwa MON do spraw przygotowań stanu wojennego”. I dalej: „Mnie – podówczas płk. Ryszardowi Kuklińskiemu – przypadła w udziale robocza koordynacja (zgrywanie), planowanie stanu wojennego oraz opracowanie centralnego planu kierowania działalnością państwa w tym okresie”. Ta „góra” kompetencji i wiedzy, dostarczonej jego mocodawcom – urodziła przysłowiową „mysz”, a właściwie „zero” przestróg, ostrzeżeń polskich władz przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Trudno zrozumieć, czym kierował się Naczelny Prokurator Wojskowy, gen. Ryszard Michałowski, uporczywie odmawiając odtajnienia „Uzasadnienia umorzenia śledztwa” w sprawie Kuklińskiego z 2 września 1997 roku – co wnioskowało dwukrotnie w listach otwartych, z 6 i 30 października 1997 roku 31 generałów (21 z nich to kombatanci, 8 „sybiracy”, 6 oficerowie zawodowi II Rzeczypospolitej, w tym 3 więźniowie okresu stalinizmu: Józef Kuropieska, Roman Paszkowski, Stanisław Skalski). We wniosku dowodowym, jaki 28 marca 2007 roku skierowałem do Prokuratury Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, znajdował się również wniosek o odtajnienie owego „Uzasadnienia umorzenia śledztwa”. Pismem z 13 kwietnia 2007 roku zostałem powiadomiony, iż Prokurator 12 kwietnia 2007 roku wydał postanowienie o oddaleniu w całości mojego „Wniosku dowodowego” – a więc tym samym i wspomnianego wyżej „Uzasadnienia…”. Pan Prokurator potwierdził to w czasie posiedzenia Sądu 26 marca br. – mówiąc, iż nie ma to żadnego znaczenia dla obecnego śledztwa. Nie zgadzając się tym, zwracam się do Wysokiego Sądu o spowodowanie odtajnienia i włączenie owego „Uzasadnienia…” do akt sprawy.
I Prezes Sądu Najwyższego 30 marca 1995 roku wniósł na korzyść Ryszarda Kuklińskiego Rewizję Nadzwyczajną. (opublikowaną w gazecie „Rzeczpospolita” 7 kwietnia 1995 roku). Stwierdza w niej m.in.: „…należy uwzględnić dobrze już znany fakt znacznego ograniczenia suwerenności Polski i bezpośredniego w owym czasie zagrożenia inwazją ze strony Związku Radzieckiego i innych ościennych członków b. Układu Warszawskiego, przy pełnej znajomości realiów ze strony R. Kuklińskiego, który swym desperackim działaniem podjął próbę przeciwdziałania bezpośredniemu zagrożeniu inwazją przez poinformowanie przywódców państw, mających wpływ na losy świata… Ujawnienie to, a więc poinformowanie świata nie było możliwe bez opuszczenia kraju. Suwerenność i niepodległość kraju przed grożącą inwazją jest dobrem chronionym prawnie”. Autorytet I Prezesa Sądu Najwyższego, prof. Adama Strzembosza, nie pozwala zakładać, iż na rzecz szpiegowskiej reputacji Kuklińskiego mógłby zastosować jakąś manipulację. We wniosku dowodowym z 28 marca 2007 roku zwróciłem się więc, ażeby owa Rewizja Nadzwyczajna została włączona do akt sprawy. Oddalając mój wniosek w całości, Prokuratura tym samym nie uznała za celowe, ażeby ów dokument w aktach sprawy się znalazł. Proszę Wysoki Sąd o spowodowanie włączenia Rewizji Nadzwyczajnej do akt sprawy.

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia na str. 71 stwierdza, że również w grudniu 1981 roku nie istniała groźba zbrojnej interwencji – za czym miałoby przemawiać zaangażowanie ZSRR w Afganistanie, stanowcze stanowisko Stanów Zjednoczonych i Papieża Jana Pawła II. Wcześniej zaś – bo na str. 64 – mówi to samo, przy tym dodaje, iż w przygotowaniach do stanu wojennego próbowano ukryć faktyczne przyczyny jego wprowadzenia, pod pozorem rzekomej groźby interwencji – co więcej, że ja próbowałem doprowadzić do takiej interwencji lub uzyskać przynajmniej jej obietnicę. Nie przedstawia na to żadnego dowodu. Zmuszony więc jestem domyślać się, o co chodzi, na podstawie różnych opracowań i publikacji – macierzystej instytucji Prokuratury – tj. IPN. Nie można bowiem – zawartego w dwóch zdaniach – tak ciężkiego oskarżenia zbyć ogólnikami. Wymaga to z konieczności szerszego wyjaśnienia. Najpierw uwaga ogólna. Widocznie Prokuratura IPN nie ma zbyt dobrego zdania o zdrowym rozsądku, o inteligencji Polaków. Mają jej oni wystarczająco dużo, ażeby ocenić sytuację, kierując się elementarną logiką. Jeśli nawet ktoś chciałby uwierzyć, że w poczuciu własnej niepewności i niemocy zwracaliśmy się o taką „pomoc” – to odpowiedź, że nie możemy na nią liczyć, powinna oznaczać, iż albo rezygnujemy z wprowadzenia stanu wojennego, albo wprowadzając go, podejmujemy beznadziejną, samobójczą awanturę, która musi zakończyć się krachem. Jak wiadomo, nie stało się ani jedno, ani drugie.

PIĘĆ MILIONÓW „POD BRONIĄ”

Przechodzę do konkretów.
Po pierwsze – nie należy powoływać się na Papieża Polaka – Jana Pawła II „nadaremno”. Jego rola w procesach, które doprowadziły do historycznych przemian jest powszechnie znana. Nie można jednak tego przenosić na grunt konkretnej sytuacji grudnia 1981 roku, sztucznie przypisywać Papieżowi oddziaływanie na ówczesne decyzje Kremla;
Po drugie – o stanowisku Stanów Zjednoczonych, które stało się „stanowcze” dopiero po kilku dniach od wprowadzenia stanu wojennego, powiem dalej;
I po trzecie – błędny jest pogląd, że zaangażowanie Armii Radzieckiej na terenie Afganistanu wykluczało interwencję w Polsce. Otóż w szczytowym okresie afgańskiej ekspedycji znajdowało się tam około 110 tysięcy radzieckich żołnierzy. W 1981 roku było ich 80 tysięcy. Był to kontyngent pochodzący głównie z azjatyckiej części ZSRR, z Turkiestańskiego Okręgu Wojskowego, a konkretnie sformowanej na jego bazie 40. Armii, którą dowodził gen. Jurij Tucharinow. Związek Radziecki w owych latach miał ponad 5 milionów ludzi „pod bronią”. Jeśli odliczyć wojska podlegle Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, KGB, Wojska Ochrony Pogranicza oraz inne formacje – to sama Armia Radziecka liczyła 4 miliony. W 1981 roku tylko w Wojskach Lądowych posiadała 173 dywizje, w tym 119 dywizji zmechanizowanych, 46 pancernych i 8 powietrzno-desantowych. 3/4 z nich stacjonowało w obszarze europejskim, głównie na kierunku zachodnim. Część była w różnym stopniu skadrowana – jednakże w ciągu kilku dni można było je mobilizacyjnie uzupełnić, ukompletować. Główne, doborowe siły znajdowały się na: Ukrainie, Białorusi, Litwie, w Moskiewskim Okręgu Wojskowym, obwodzie kaliningradzkim, NRD, Czechosłowacji i oczywiście, aż „puchnąca” od posiłków, Północna Grupa Wojsk Radzieckich w Polsce. To wyjaśnienie kieruję również do tych, którzy twierdzą, iż w 1981 roku w pobliżu naszych granic nie było potencjalnie interwencyjnych wojsk. Prawda jest inna – dowody przedstawiam dalej. Ale nawet gdyby ich tam nie było, to ażeby przegrupować dywizje, również z garnizonów odległych o kilkaset kilometrów, wystarczyłoby w warunkach pełnego przecież ich zmotoryzowania kilkanaście godzin. Tyle właśnie potrzebowały niektóre polskie dywizje na podobnej skali przegrupowania, w noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku.
Do tych, którzy powątpiewają, a nawet negują realność interwencji, kieruję następującą uwagę. Co jakiś czas – szczególnie powołując się na Kuklińskiego – przedstawiany jest zamiar i apokaliptyczna wizja, rzekomo w pełni realnego podboju zachodniej Europy zaskakującymi, druzgocącymi uderzeniami potężnych sił Układu Warszawskiego. Ale tu wolta. Ci sami „wizjonerzy” z niezbitą pewnością eksponują lękliwość Związku Radzieckiego przed interwencją, nawet w sferze swych wpływów, w Polsce. Zaiste zadziwiająca to „logika”. Prawda jest taka – Układ Warszawski, ZSRR nie był skłonny do wojennej awantury. Termojądrowe arsenały supermocarstw były zdolne „przewrócić do góry nogami” nie tylko Europę, ale i całą naszą planetę. Była pełna świadomość, że w owych realiach, kto rozpocząłby wojnę, byłby zabójcą i samobójcą jednocześnie. Ale Związek Radziecki, chociaż przeżywający trudności, był wciąż potęgą i w wymiarze lokalnym posiadał całkowitą zdolność do interwencyjnego działania. Dla nas w Polsce, w 1981 roku było to w pełni oczywiste.
Powstała paradoksalna sytuacja. Prokuratura IPN – chcąc nie chcąc – staje się adwokatem Breżniewa i jego polityczno-wojskowej ekipy. Do tego dodam – wielu, od lat zaprzysięgłych wrogów ZSRR, posądzających jego przywódców i funkcjonariuszy o wszelkie bezeceństwa i fałszerstwa – nagle przyjmuje za dobrą monetę każdy wątpliwej wiarygodności „strzęp” czy głos, jeśli ma on obciążyć PRL, w tym tzw. autorów stanu wojennego. Ja – bez względu na polityczną koniunkturę – zawsze i po dzisiejszy dzień mówię otwarcie, że Związek Radziecki w realiach ówczesnego świata – to było państwo sojusznicze. Decydująca była rola Armii Radzieckiej w rozgromieniu faszyzmu niemieckiego. Na dziesięciu poległych żołnierzy niemieckich – ośmiu zginęło na froncie wschodnim. To Armia Radziecka wymiotła z Polski ludobójczego okupanta, zgasiła piece krematoryjne. Dzięki radzieckiemu stanowisku mogliśmy uzyskać i zapewnić trwale najkorzystniejszy na przestrzeni całej historii terytorialny kształt Polski. Oczywiście, nie oznacza to zapomnienia o Katyniu, o innych zbrodniach, o deportacji, której sam doświadczyłem – kart bolesnych, okrutnych, złych, w tym goryczy zależności powojennych dziesięcioleci. Nie będę ich tu przypominał – czynią to liczni politycy, historycy, publicyści, niektórzy nawet z neofickim zapałem. Nie pójdę na łatwiznę. Nie przefarbuję się dla uzyskania kilku punktów w sondażach. Nie będę – jak to się dziś nierzadko zdarza – dystansować się od ówczesnej polityki, twierdzić, że „zawsze i wszędzie wszystkiemu winni Ruscy”. Wyraźne ślady rusofobii dają się zauważyć w niektórych nurtach współczesnej polityki i publicystyki. Jest to z oczywistą szkodą dla narodowych interesów Polski, Mają one charakter nadrzędny. Właśnie dlatego, że interesy te mają charakter nadrzędny, powinny być uwolnione od uprzedzeń, kompleksów i zbędnych emocji. Pozwalam sobie na tę dygresję, ponieważ nie chcę, ażeby moje dalsze obszerne wyjaśnienie, dotyczące realności ówczesnego zagrożenia zewnętrznego, w jakimś stopniu rzutowało na dzisiejsze i jutrzejsze stosunki polsko-rosyjskie. To jednak inna epoka.

Wysoki Sądzie,
W moim przemówieniu sejmowym 21 lipca 1983 roku, na zakończenie stanu wojennego znalazło się takie stwierdzenie: „Zaufanie ze strony bratnich krajów ułatwiło Polsce rozwiązywanie wewnętrznych problemów własnymi siłami”. Zapytuję: co mogłoby nastąpić, gdyby to zaufanie, gdyby wiarygodność sojusznicza została przez nas lekkomyślnie wystawiona na niebezpieczną próbę?! Znałem dobrze, i jako polityk, i jako generał, bezwzględną logikę podzielonego wówczas świata. Znałem też żelazną zasadę „równowagi bezpieczeństwa stron” – inaczej nazywając – „równowagi strachu”. Jej naruszenie w tak kluczowym ogniwie jak Polska musiałoby doprowadzić do najcięższych następstw. Reakcje radzieckie na sytuację w Polsce lat 1980-1981 były tego konsekwentnym odzwierciedleniem. Na tym tle szczególną wymowę miały słowa Breżniewa, Gromyki, Ustinowa – a kto wam zagwarantuje granicę zachodnią?! Dochodziły też głosy z radzieckich kręgów wojskowych – że gwarancje te nie są bezwarunkowe, dotyczą jedynie sojuszniczej, zaprzyjaźnionej, stabilnej Polski. Kosztem naszej nadwerężonej, obniżającej się pozycji w Układzie Warszawskim rosły akcje NRD. Honecker, władze NRD-owskie usilnie zachęcały państwa bloku do interwencji, opracowały plany własnego w niej udziału jeden z nich, w postaci schematu zatytułowanego: „Przebieg wydarzeń po nadejściu sygnału” (Alauf der Handlungen nach Eintreffen des Signals) załączam do niniejszego tekstu. Prowadziły też szeroką działalność penetracyjną na terenie naszego kraju. Mieliśmy świadomość, iż głębsze zawirowania, destabilizacja w Polsce może doprowadzić do terytorialnych perturbacji, nawet do korekt granicznych. Przedsmak tego można było poznać na przykładzie konfliktu o tor wodny, Szczecin-Świnoujście. Granica na Odrze i Nysie to było przez 45 lat nasze uczulenie. Tę granicę Związek Radziecki najpierw przeforsował, a później gwarantował. Tylko Polska pozostająca w strefie jego wpływów miała taką szansę. Żaden inny kraj bloku wschodniego nie miał problemu granicznego. My zaś, pozostając w Układzie Warszawskim – wygrywaliśmy na tym niezwykle ważną sprawę. Za „coś” mieliśmy „coś”. 45 lat ograniczonej suwerenności było, minęło. Ale Polska ma granice, jakich nie uzyskalibyśmy w żadnej innej politycznej konstelacji. Gdyby w 1944-1945 roku mogła – jakimś niewyobrażalnym cudem – stać się państwem w pełni suwerennym i demokratycznym, to jedynie w terytorialnie okrojonym, kadłubowym kształcie. Nie odzyskalibyśmy Lwowa i Wilna, nie uzyskalibyśmy Wrocławia i Szczecina, szerokiego dostępu do morza. O tym – powiem brutalnie – abecadle, w pełnym niebezpieczeństw 1981 roku, trzeba było pamiętać szczególnie. W książce pt. „Jedność i konflikty” (Wyd. 1964 rok) prof. Zbigniew Brzeziński pisze: „Wrodzy wobec komunizmu i Rosji Polacy nie powinni zapominać, co znaczyłaby Polska w ramach przymierza zachodniego. Zajmowałaby w skali świata miejsce po Ameryce, Niemczech, Francji, Italii i wielu innych państwach. Z uwagi na podstawowe znaczenie Niemców dla Ameryki, byłaby przegrana w jakimkolwiek konflikcie polsko-niemieckim. W obozie socjalistycznym proporcje są odwrotne. Polska jest największą demokracją ludową, trzecią po Związku Sowieckim i Chinach, a drugą w Europie”. Nie wiem, czy prof. Brzeziński potwierdziłby dziś tę ocenę. Ale w rzeczywistości tamtego świata było to rozumowanie realistyczne.

NACISKI BREŻNIEWA

Wysoki Sądzie,
Pozwolę sobie na osobisty wątek. Co prawda polityk nie powinien podejmować decyzji i działać w „afekcie”. Ale dla oskarżonego o zbrodnię może to być okoliczność nie bez znaczenia. Mój stosunek do Ziem Zachodnich obciążony był emocjonalnie wciąż żywą pamięcią o frontowej drodze, o krwawej operacji przełamywania Wału Pomorskiego, o dotarciu w walkach nad Bałtyk, o forsowaniu Odry – u brzegów której na żołnierskim cmentarzu w Siekierkach spoczywa, poległy 18 kwietnia 1945 roku, mój najserdeczniejszy przyjaciel ppor. Ryszard Kulesza. Znałem epopeję zagospodarowania tych ziem, udział w niej Wojska oraz osadników wojskowych. W drugiej połowie lat 50. dowodziłem 12 Dywizją Zmechanizowaną w Szczecinie. Wiedziałem też, jak przez dziesięciolecia trwały opory RFN, państw Zachodu w sprawie ostatecznego uznania naszej granicy na Odrze i Nysie Łyżyckiej. Te doświadczenia, ta pamięć, ta świadomość towarzyszyły mi w dniach grudnia 1981 roku. Miały też wpływ na podejmowane wówczas decyzje.
Być może zabrzmi to nieskromnie, ale muszę zauważyć, iż ja, siedzący na tej ławie generałowie, profesjonaliści wojskowi lepiej niż Pan Prokurator znają – i w teorii, i w praktyce – militarno-polityczne realia owych czasów. Uczestniczyliśmy w wielu koalicyjnych posiedzeniach, konferencjach, spotkaniach – zarówno na poziomie kierownictw państw Układu Warszawskiego, Doradczego Komitetu Politycznego, jak też ministrów obrony, szefów sztabów generalnych oraz w innych strukturach i na różnych szczeblach. Kierowaliśmy lub uczestniczyliśmy w dziesiątkach ćwiczeń, manewrów, gier wojennych. Znaliśmy związane z tym doktryny i plany. Obecnie tylko skrótowo. Już podchorążowie w szkole oficerskiej wiedzą, że przed podjęciem decyzji dokonywana jest ocena położenia, a w niej zarówno ocena sił, możliwości, jak i zamiarów przeciwnika – w danym wypadku nazwijmy to – drugiej strony. Siły i możliwości dokonania interwencji były w pełni wystarczające. Te, które gromadziły się wokół granic Polski oraz wewnątrz naszego kraju – w pełni to potwierdzają. Zamiary można było jedynie przewidywać. Tu znów skorzystam z pomocy Jarosława Kaczyńskiego. 12 marca 2008 roku, o godz. 15.15, z trybuny sejmowej, w czasie dyskusji nad traktem lizbońskim powiedział: „W polityce, w sprawie bezpieczeństwa kraju trzeba zakładać najczarniejsze scenariusze”. Zwracam się do Wysokiego Sądu z prośbą o dokonanie oceny, czy jeszcze bardziej nie dotyczy to lat 1980-1981?!
W tym miejscu pragnę z całą mocą powtórzyć: równowaga bezpieczeństwa w antagonistycznie podzielonej Europie i świecie to przez te wszystkie lata był klucz do utrzymania pokoju. Nie jest to odkrycie na – doraźny związany z procesem – użytek. 19 lipca 1981 roku z trybuny IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR powiedziałem: „W dzisiejszym świecie każde ognisko zapalne jest niebezpieczne. Najbardziej groźne jednak byłoby zwichnięcie równowagi właśnie w Europie. Tutaj na ostrość istniejącego podziału rzutuje szczególnie klimat międzynarodowy. Tutaj nie zniknął przecież tzw. problem niemiecki. Tu – z najwyższym stopniem militarnej koncentracji znajduje się główny odcinek dwóch systemów ustrojowych. Jest to więc kontynent decydujący o losach światowego pokoju. I tu konkretnie, w tym newralgicznym splocie i przeciągu znajduje się geostrategiczne miejsce Polski. Wynika z tego, że w ogólnym bilansie sił liczymy się niejako w dwójnasób… Pozostajemy aktywnym ogniwem pokojowej współpracy w Europie i świecie. Musimy zachować tę pozycję, do której tytuł daje nasza historia, nasz wkład i ofiary w wojnie z hitleryzmem, nasz współczesny potencjał oraz liczne pokojowe inicjatywy…. Im szybciej Polska wróci do zdrowia, tym więcej jej głos ważyć będzie w sprawach międzynarodowych”.
Pamiętałem rozmowę z lat 70. z Szefem Sekretariatu KC PZPR – Stanisławem Trepczyńskim. Protokółował on posiedzenia Biura Politycznego w dramatycznych dniach grudnia 1970 roku. W jednym z protokołów z posiedzenia, które odbyło się o godz. 12.00 17 grudnia, znajduje się następujący zapis: „Tow. Gomułka poinformował, że dzwonił do niego tow. Breżniew, pytając, jak wygląda sytuacja, czy nie ma obaw, że wydarzenia rozprzestrzenią się na cały kraj… Pytał, jaka jest sytuacja w Wojsku i czy wystarczą nam własne siły dla przywrócenia porządku” (protokół ten znajduje się w aktach sprawy „Grudzień 70”). Tamten przykład potwierdza, iż gdy powstają sytuacje, które w geopolitycznych i geostrategicznych realiach Polski mogą spowodować destabilizację – realna staje się ingerencja zewnętrzna. Tzw. kryzys kubański w 1962 roku, kiedy to wojna „wisiała na włosku”, wynikał z próby naruszenia równowagi przez instalację radzieckich rakiet na Kubie. Procesy zachodzące w Polsce, w 1981 roku, były odczytywane w Układzie Warszawskim jako tworzenie swego rodzaju przyczółka NATO – ewidentnie zagrażającego owej równowadze. W warunkach geostrategicznie kluczowego położenia naszego kraju burzliwy rozwój ówczesnych wydarzeń miał nieubłaganą logikę, prowadził ku dramatycznemu umiędzynarodowieniu sprawy polskiej.
Prof. Zbigniew Brzeziński w książce pt. „Plan gry”, wydanej w 1987 roku – a więc w okresie już zaawansowanej pierestrojki i procesu odprężenia – pisze: „Polska jest krajem osiowym. Panowanie nad Polską jest dla Sowietów kluczem do kontrolowania Europy Wschodniej… Geostrategiczne położenie Polski wykracza poza fakt, że leży ona na drodze do Niemiec. Moskwie potrzebne jest panowanie nad Polską również dlatego, że ułatwia kontrolę nad Czechosłowacją i Węgrami oraz izoluje od zachodnich wpływów nierosyjskie narody Związku Radzieckiego. Bardziej autonomiczna Polska poderwałaby kontrolę nad Litwą i Ukrainą… 38-milionowa Polska jest największym krajem Europy Wschodniej pod panowaniem sowieckim, a jej Siły Zbrojne stanowią największą niesowiecką armię Układu Warszawskiego. Ta pozycja kosztuje Moskwę dużo, ale jeszcze kosztowniejsze byłoby jej poniechanie”. Czy taka ocena odniesiona do 1981 roku nie brzmiałaby stokroć ostrzej? Wypowiedzi prof. Brzezińskiego są u nas przywoływane i cytowane w głębokim ukłonie. Ta zalega w zapomnieniu.

Wysoki Sądzie,
Przytoczę teraz kilka charakterystycznych, autorytatywnych wypowiedzi wschodniej strony:
• Leonid Breżniew, w opublikowanym 3 listopada 1981 roku wywiadzie udzielonym zachodnioniemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel”, na pytanie: „Czy można przyjąć założenie, że w Związku Radzieckim sprawa unormowania się sytuacji w Polsce traktowana jest w ścisłym powiązaniu ze sprawą zachowania pokoju w Europie?”, odpowiedział: „Niewątpliwie tak – w ścisłym związku ze sprawą zachowania pokoju, a dodałbym jeszcze – miejsca socjalistycznej Polski w Europie”. Wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego tj. 1 marca 1982 roku Breżniew precyzuje tę myśl i oficjalnie oświadcza: „Gdyby komuniści ustąpili drogi kontrrewolucji, gdyby drgnęli pod wściekłymi atakami wrogów socjalizmu, losy Polski, stabilność w Europie, a również na całym świecie, byłyby zagrożone”. To szczególnej wagi stwierdzenie Pan Prokurator 26 marca 2008 roku bagatelizuje. A przecież wynika z niego wprost, iż gdyby nie został wprowadzony stan wojenny, to „losy Polski, stabilność w Europie, a również na całym świecie, były by zagrożone”.
• Michaił Gorbaczow z trybuny X Zjazdu PZPR 30 czerwca 1986 roku mówi: „Socjalizm jest obecnie rzeczywistością międzynarodową, sojuszem państw ściśle związanych interesami politycznymi, ekonomicznymi, kulturowymi, obronnymi. Zamachy na ustrój socjalistyczny, próby podważenia go z zewnątrz, wyrwania tego czy innego kraju ze wspólnoty socjalistycznej oznaczają targnięcie się na cały ład powojenny, a w ostatecznym rachunku na pokój… Historia niewątpliwie oceni należycie kierownictwo PZPR, wszystkich patriotów kraju, partyjnych i bezpartyjnych za to, że opierając się na solidarności przyjaciół i sojuszników, wyprowadzili kraj własnymi siłami z dramatycznej sytuacji”.

OŚWIADCZENIE GORBACZOWA

Szczególnej wagi świadectwo stanowi oficjalne pismo Gorbaczowa z 31 sierpnia 1995 roku. Nie mogąc osobiście stawić się na zaproszenie Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, napisał: „Mnie jako członkowi Biura Politycznego i członkowi KC znany był oczywisty fakt, iż gen. W. Jaruzelski będąc I Sekretarzem KC PZPR, podejmował wszystkie leżące w jego możliwościach środki w celu wyprowadzenia Polski z kryzysu społeczno-politycznego drogą pokojową i dążył do wyłączenia jakiejkolwiek możliwości wykorzystania wojsk Układu Warszawskiego w wewnętrzne sprawy kraju. Dla każdego człowieka bez uprzedzeń rzeczą oczywistą jest to, iż wprowadzenie stanu wojennego w Polsce było uwarunkowane nie tylko narastającym wewnętrznym społeczno-politycznym kryzysem, lecz również ściśle związanym z tym wzrostem napięć w stosunkach polsko-radzieckich. W tych warunkach gen. Jaruzelski był zmuszony wziąć na siebie podjęcie ze wszech miar trudnej decyzji, która według mojej oceny była w tym czasie wyborem mniejszego zła… Kierownictwo radzieckie gorączkowo szukało wyjścia pomiędzy dwoma jednakowo nie do przyjęcia dla niego rozwiązaniami: pogodzić się z chaosem panującym w Polsce, niosącym za sobą rozpad całego obozu socjalistycznego, lub zareagować na wydarzenia w Polsce siłą zbrojną… Tym niemniej nasze wojska, kolumny czołgów wzdłuż granic z Polską, jak również dostatecznie silna Północna Grupa Wojsk Radzieckich w samej Polsce – wszystko to przy jakichś ekstremalnych okolicznościach mogło być uruchomione”. Te słowa korespondują z wypowiedzią prof. Andrzeja Paczkowskiego, który na łamach „Rzeczpospolitej” z 29-30 lipca 1995 roku, stwierdza, że w warunkach procesów rozkładowych państwa, w ekstremalnej sytuacji – nazywa ją in extremis – interwencja była realna.
Michaił Gorbaczow skierował również list do Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Macieja Płażyńskiego (opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 5 grudnia
1997 roku), ale w aktach sprawy go nie ma. Pisze w nim: „Jako jeden z członków radzieckiego kierownictwa byłem zorientowany w ówczesnej sytuacji, a później (w roku 1983) stanąłem na czele „Polskiej Komisji” Biura Politycznego KC KPZR i doprowadziłem do decyzji jej rozwiązania… Wszystkie znane mi fakty dają podstawę do stwierdzenia, że wprowadzenie stanu wojennego w Polsce pod koniec 1981 roku, było chociaż wymuszoną, ale konieczną decyzją, która pozwoliła na uniknięcie wojny domowej oraz interwencji sojuszników Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z Paktu Warszawskiego. Wiadomo, że nasz osąd przeszłości może być wystarczająco obiektywny i sprawiedliwy tylko wtedy, jeśli weźmie się pod uwagę istniejące wówczas realia. W warunkach bezkompromisowej konfrontacji dwóch wojskowo-politycznych bloków internacjonalizacja konfliktu w Polsce mogła spowodować nowe zaostrzenie sytuacji międzynarodowej z nieprzewidywalnymi skutkami dla Europy i świata. Wprowadzenie stanu wojennego wykluczyło taką możliwość i sprawiło, że „kwestia polska” stała się problemem rozwiązanym przez samych Polaków”. (Poszerzoną ocenę ówczesnej sytuacji oraz moich działań zawiera 32. rozdział, tom 2, wspomnień Gorbaczowa pt.: „Życie i reformy”. (Wyd. Nowosti, 1995 rok).
Na posiedzeniu Sądu 26 marca br. Pan Prokurator stwierdził: „Michaił Gorbaczow nie ma żadnej wiedzy w zakresie tego, co działo się w Polsce w związku z przygotowaniem stanu wojennego. Ma tę wiedzę od osób trzecich, która ma charakter powierzchowny”. Dalej mówi: „Michaił Gorbaczow i Aleksander Haig… mają wiedzę szczątkową, która uniemożliwia im występowanie w sposób istotny, jako świadkowie”. Otóż pierwszy z nich obecnie jest jedynym żyjącym członkiem Biura Politycznego KC KPZR. Tam rozpatrywano i podejmowano kluczowe decyzje, na które zresztą powołuje się akt oskarżenia. Doprawdy mówienie, iż Gorbaczow ma jedynie wiedzę „powierzchowną, szczątkową”, trudno traktować poważnie. Podobnie ten drugi – Sekretarz Stanu USA, a wcześniej Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych NATO – czy nie jest to osoba wielce kompetentna?
Kontunuuję:
• Eduard Szewardnadze w książce „Przyszłość należy do wolności” (Wyd. Sorbog – 1992 rok) pisze: „Wspomnę stosunkowo niedawne wydarzenia, ale jeszcze sprzed okresu pierestrojki – Polska początku lat osiemdziesiątych. Popierany przez klasę robotniczą i inteligencję ruch „Solidarność” stworzył realne zagrożenie destabilizacji władzy… Polscy przywódcy znaleźli się wtedy wobec podwójnego niebezpieczeństwa. Pierwsze już sygnalizowałem, drugie sprowadziło się do „tradycji” zaprowadzenia porządku przy użyciu siły. Wystarczająco szeroko rozprzestrzeniło się to zagrożenie i jak mi dobrze wiadomo, niebezpodstawnie spodziewano się, że tę siłę wyśle Związek Radziecki. I wtedy w samej Polsce, rozumiejąc, do czego to może doprowadzić, postanowiono zastosować „wewnętrzny polski wariant” – wprowadzić stan wojenny… Myślę, że Moskwę zatrzymały wtedy poważne obawy przed tym, że Polacy będą walczyć. I jeszcze pod wieloma względami decydującą rolę odegrał generał W. Jaruzelski. On także uratował swój kraj od zewnętrznego zagrożenia, przekonawszy radzieckie kierownictwo, że Polacy sami poradzą sobie z sytuacją. Przyodziawszy stan wojenny w polski mundur, odsunął od Polski zagrożenie interwencją”.
• Gen. prof. Dmitrij Wołkogonow – w prestiżowej rosyjskiej gazecie „Izwiestia” z 19 czerwca 1994 roku pisze: „Przy moim udziale, jako przewodniczącego Komisji Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej ds. przekazania archiwów KPZR i KGB, w celu naukowego, społecznego z nich korzystania, w ciągu dwóch lat zostało otwartych 78 milionów spraw z 80 milionów teczek w archiwach partyjnych. Pozostała część na razie jest utajniona, ponieważ kryje w sobie wiadomości, dotyczące państwowych i narodowych interesów Rosji. Komisja ujawniła mnóstwo materiałów, których dotychczas większość ludzi nie znała; w tej liczbie tzw. specjalne teczki, na podstawie których w sposób wiarygodny dowiedzieliśmy się o …naszej zbrojnej inwazji na Węgry, Czechosłowację, Afganistan, o przygotowaniach do takiej samej ingerencji w Polsce”.
Przewodniczący Komisji Rady Najwyższej FR w ten sposób potwierdza, że:
Po pierwsze – nie wszystkie, nawet materiały partyjne zostały udostępnione (przy tym o materiałach rządowych, KGB, Armii Radzieckiej, jak też Komisji do spraw polskich, działającej w latach 1980-1985 – ani słowa);
I po drugie – interwencja w Polsce była przygotowywana.
Na oficjalną, autorytatywną wypowiedź prof. Wołkogonowa powoływałem się wielokrotnie w swych publikacjach. Nie słyszałem o jakimkolwiek ustosunkowaniu się do niej. Być może Wysokiemu Sądowi uda się skłonić Prokuraturę IPN do podjęcia odpowiednich starań. Tym bardziej iż można sformułować oczekiwanie strony polskiej na odnośną dokumentację – nie generalnie ogólnikowo, lecz wskazując ten właśnie konkretny ślad.

KORYTARZ DO NRD

Rezydent KGB w Polsce, gen. Witalij Pawłow, 18 czerwca 1994 roku w telewizyjnej audycji „Rzeczpospolita dwa i pół” m.in. stwierdza: „…Gdyby nie wprowadzono stanu wojennego, a zaczęłaby się rzeź, zacząłby się chaos, nasi zmuszeni byliby do wkroczenia, ponieważ potrzebny byłby korytarz dla naszych wojsk w NRD, nienaruszalna linia strategiczna. Wtedy trzeba by było wykroić taki korytarz…”. No cóż – chaos już był i wciąż narastał. Rzezi jeszcze nie, ale nie wiadomo, jak rozwinęłyby się wydarzenia, gdyby 17 grudnia 1981 roku doszło do wielkich „demonstracji protestu”. Ciekawe, jakiej szerokości byłby ten „korytarz”? Na czym polegałoby owo „wykrojenie”? Nie ma więc pytania – czy, a jedynie w jakich okolicznościach, w jakim momencie, z jakim uzasadnieniem do tego by doszło?! Stanisław Kania niewątpliwie potwierdzi swą relację z posiedzenia sejmowej Komisji 22 sierpnia 1995 roku z rozmowy telefonicznej z Breżniewem 11 września 1981 roku: „Breżnew stwierdził, że sytuacja w Polsce napawa ogromnym niepokojem wszystkie kraje socjalistyczne i w razie zagrożenia na naszym terenie infrastruktury o wielkim znaczeniu obronnym dla całego bloku, siły zbrojne bratnich krajów zmuszone będą do podjęcia stosownych działań”. Rozwój sytuacji czynił tę zapowiedź coraz bardziej realną. W tym miejscu celowe jest uzupełnienie. Ówczesny Minister Spraw Zagranicznych Józef Czyrek zrelacjonował mi rozmowę, jaką z Ambasadorem PRL w Bonn, Janem Chylińskim, odbył Ambasador ZSRR, Władimir Siemionow. Wiedząc, iż Chyliński w listopadzie 1981 roku udaje się do Warszawy na VI Plenum KC, podzielił się z nim taką oto refleksją: „Polacy to naród bardzo emocjonalny. Co kilkadziesiąt lat muszą koniecznie doprowadzić do upuszczenia gorącej krwi. I stąd kolejne powstania. Z rozwoju sytuacji wynika, że u was szykuje się awantura. Należy przewidywać taki scenariusz, że dojdzie do wojny domowej. Może to kosztować życie tysięcy ludzi. Co wtedy nastąpi? Związek Radziecki będzie błagany i przez Polaków, i przez Zachód, ażeby wkroczył i zapobiegł dalszej tragedii”. Siemionow był człowiekiem dobrze poinformowanym, miał kontakty na najwyższych szczeblach radzieckiej władzy. Jego wypowiedź musiała więc odzwierciedlać pewną ogólniejszą ocenę i prognozę. Można powiedzieć, iż Lech Wałęsa przewidywał to trafnie i przestrzegał jeszcze w maju 1981 roku, w wywiadzie, opublikowanym w „Sztandarze Młodych”.
ALBO PORZĄDEK, ALBO…

Wysoki Sądzie,
Teraz oceny czołowych polityków Zachodu:
• Prezydent Ronald Reagan w swych „Pamiętnikach” (wyd. 1990 rok), w rozdziale „Życie po amerykańsku”, opisując swe ostrzeżenia w listach kierowanych do Leonida Breżniewa w 1981 roku, stwierdza: „Breżniew odpowiedział, że wydarzenia w Polsce były i są sprawą wewnętrzną rządu polskiego, a Związku Radzieckiego nie interesuje stanowisko USA wobec Polski… Breżniew i ja wymieniliśmy szereg chłodnych listów, wyrażających chęć podtrzymania dialogu, lecz on zawsze odmawiał odrzucenia doktryny Breżniewa (choć w taki sposób jej nie nazywał)”;
• Aleksander Haig, w książce „Ostrzeżenie, Realizm, Reagan i Polityka Zagraniczna” („Caveat, Realism, Reagan and Foreign Policy” – wyd. Nowy Jork, 1984 rok), pisze: „Dla Związku Radzieckiego Polska to casus belli – sprawa, dla której gotów podjąć wojnę z sojuszem zachodnim… Sami Polacy nie mogą stać się Panami własnego losu, dopóki ZSRR dysponuje przeważającą siłą i temu się sprzeciwia… Nigdy nie było żadnej wątpliwości, że ten powszechny ruch w Polsce będzie zdławiony przez ZSRR. Jedynymi pytaniami były: kiedy to nastąpi i z jakim stopniem brutalności… Nie dostrzegłem wśród zwolenników twardej linii, skupionych wokół stołu posiedzeń gabinetu lub też w Krajowej Radzie Bezpieczeństwa, żadnej chęci do ryzykowania międzynarodowego konfliktu lub też przelewu amerykańskiej krwi z powodu Polski. Żaden racjonalnie myślący reprezentant władzy nie mógł zalecać takiej polityki”. Powyższą ocenę należy uzupełnić niedawną wypowiedzią Aleksandra Haiga, w Polskim Radiu Program III 13 grudnia 2006 roku o godz. 16.15. We Wniosku dowodowym z 28 marca 2007 roku wyraziłem gotowość dostarczenia Prokuraturze IPN w Katowicach odnośnego nagrania (taśmy) – mam ją nadal. Odzewu nie było. Załączyłem odtworzony na tej podstawie tekst, w nim zaś m.in.: „Jeśli chodzi o Jaruzelskiego, to nie zamierzam dołączyć się do fali krytyki jego osoby. Mając do wyboru czołgi radzieckie na ulicach Warszawy lub stan wojenny, wybrał to drugie… Rozumiem decyzję Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego, on uważał to rozwiązanie za mniejsze zło. My oczywiście nie mogliśmy zająć takiej pozycji i tego nie zrobiliśmy”. Prowadzący wywiad dziennikarz mówi: „Wielu Polakom się nie spodoba to, co Pan mówi”. Odpowiedź Haiga: „Macie w Polsce bardzo silny nurt konserwatywny. Ja też jestem przedstawicielem tego nurtu w swoim kraju. Należy jednak pozbyć się uprzedzeń, patrząc na presję, jakiej poddani byli polscy przywódcy… Ich spojrzenie musiało uwzględniać niesprzyjające okoliczności, w jakich się znaleźli”.
• Prezydent Francji François Mitterrand w „Die Zeit” nr 20-23 z 1987 roku mówi: „Widziałem zawsze tylko dwie, a nie trzy możliwości: albo rząd polski przywróci porządek w kraju, albo uczyni to Związek Radziecki. Trzecią hipotezę, zakładającą, że mogłoby dojść do zwycięstwa „Solidarności” uważałem zawsze za czystą fikcję, w takim przypadku ruch zostałby zmieciony przez radzieckie oddziały”.
• Profesor Richard Pipes, bliski współpracownik Prezydenta Ronalda Reagana, w wywiadzie pt.: „Stan wojenny w Białym Domu”, opublikowanym 17 grudnia 1995 r. w tygodniku „Przekrój”, na pytanie: „Jakie były reakcje Europy Zachodniej na kurs Waszyngtonu wobec Polski stanu wojennego?” odpowiada: „Musieliśmy toczyć z nimi walkę, aby zaakceptowali nasz kierunek. W większości nasi europejscy sojusznicy byli zadowoleni z tego, co stało się w Polsce. Bali się, że wybuchnie tam jakiś konflikt zbrojny i Rosjanie będą zmuszeni wkroczyć, a wtedy nie wiadomo, co się stanie. Im zatem nie było bardzo nieprzyjemnie, że w Polsce jest stan wojenny…”. Prawie identyczny pogląd Richard Pipes wyraził na łamach „Rzeczpospolitej” z 14-15 grudnia 2002 roku.
• Jan Nowak Jeziorański (londyński „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” z 12 grudnia 1992 roku) pisze: „Zgodnie z prawami każdej rewolucji – wzbierająca fala parła do przodu, aż do zwycięstwa. W rok później mogła ją powstrzymać już tylko sowiecka inwazja albo użycie wojsk własnych. Dopiero w jesieni 1981 roku to drugie rozwiązanie stało się istotnie mniejszym złem”. Zachowałem ten numer „Dziennika…”.
Podobnych opinii można wskazać znacznie więcej. Składający wizyty w Polsce Ministrowie Spraw Zagranicznych RFN: Hans-Dietrich Genscher oraz Francji: Claude Cheysson, a także wielu zachodnich rozmówców – moich, Ministra Spraw Zagranicznych oraz innych polskich polityków, obsesyjnie wręcz podkreślało, iż nasze problemy powinny być rozwiązane jedynie we własnym zakresie. Oznacza to, iż mieli świadomość alternatywy. Taki wniosek można było też wyciągnąć z rozmowy, jaką z własnej inicjatywy – odbył 23 września 1981 roku – z Wiceministrem Spraw Zagranicznych PRL, Marianem Dmochowskim, Ambasador USA w Polsce, Francis Meehan. W rozmowie tej – zapis znajduje się w aktach sprawy – podkreślił on zaniepokojenie sytuacją w Polsce. Wyraził opinię, iż może być ona rozwiązana jedynie przez Polaków. Każde inne podejście miałoby poważne konsekwencje dla wszystkich.

RAPORTY AMERYKANÓW

Wysoki Sądzie,
Najważniejsze jest to, iż zwłaszcza strona amerykańska, miała szczegółową wiedzę o sytuacji w Polsce w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego. Przy tym źródłem tej wiedzy był nie tylko Kukliński. W 1997 roku (z okazji międzynarodowej konferencji historyczno-naukowej w Jachrance pod Warszawą) została odtajniona niezwykle wymowna dokumentacja amerykańska – informacje, raporty, sprawozdania: CIA, wywiadu wojskowego, Departamentu Stanu, Ambasady USA w Warszawie oraz połączonych wywiadów (CIA, wywiad wojskowy, narodowa organizacja bezpieczeństwa, organa wywiadowcze Departamentu Stanu i Departamentu Finansów). Przypomnę tylko niektóre.
Raport połączonych wywiadów USA z 12 czerwca 1981 roku: „Obecny kryzys w Polsce stworzył najpoważniejsze i najszersze pod względem głębi i zasięgu od dziesięcioleci wyzwania dla rządów komunistycznych Paktu Warszawskiego… Główne czynniki podtrzymujące przedłużający się kryzys – uporczywe żądania związkowe, frakcyjność wewnątrz kierownictwa „Solidarności” i niezdyscyplinowanie związkowych szeregów, postępująca erozja autorytetu partii oraz fakt, że „Solidarność” reprezentuje masowy, emocjonalny sprzeciw wobec sposobu, w jaki partia rządzi krajem – powodują anarchizację sytuacji, nad którą żadna siła z osobna nie wydaje się zdolna zapanować… Ekonomiczna kondycja Polski będzie w najbliższych sześciu miesiącach pogarszać się z powodu słabych zbiorów, niskiej wydajności pracy, skróconego tygodnia pracy, trwającego ekonomicznego dryfu. Nie można wykluczyć szybkiego i drastycznego spadku standardu życiowego – zdolnego wywołać takie zaburzenia społeczne, które mogą spowodować sowiecką interwencję… Niezależnie od tego, jak Sowieci postrzegają koszty interwencji, szybko zeszłyby one na drugi plan, gdyby uznano, że zostały zagrożone podstawowe interesy ich państwa”.
Szyfrogram z 19 września 1981 roku Ambasady USA w Warszawie do Sekretarza Stanu w Waszyngtonie: „Reżim Kani może wprowadzić jakąś formę ogólnopolskiego stanu wyjątkowego jako ostatnią próbę opanowania sytuacji, jeśli będzie sądził, że od tego zależą losy rządu lub jeśli sytuacja pogorszy się na tyle, że sowiecka interwencja będzie nieunikniona. Przewidujemy, że Kania i Jaruzelski bardzo niechętnie wprowadzą stan wojenny i tylko wtedy, kiedy uznają, że nie ma innego wyjścia”.
Ocena agencji wywiadu Departamentu Obrony USA z 4 listopada 1981 roku: „Jaruzelski był znany jako zwolennik dialogu z „Solidarnością”, ale z uwagi na jego umiarkowanie podpadł w niełaskę pewnych frakcji w Siłach Zbrojnych. Jego twarda pozycja mogła być spowodowana: wzmożonym naciskiem politycznym i ekonomicznym Sowietów, wynikami zjazdu „Solidarności”, grożącymi strajkami regionów; nacjonalistycznym pragnieniem uratowania Polski od radzieckiej interwencji; presją polskiej hierarchii wojskowej na większą stanowczość w postępowaniu z „Solidarnością”. Apel Sejmu do pracujących o poniechanie strajków został wzmocniony przez zapowiedź Jaruzelskiego, że sięgnie po ostrzejsze środki, jeśli apel ten nie poskutkuje… Jeśli Krajowa Komisja Koordynacyjna „Solidarności” nie zdoła opanować działaczy lokalnych – niektórzy z nich strajkują o byle co – a niedobór żywności i paliwa będzie trwał nadal, Polskę czekają tej zimy silne niepokoje społeczne, które prawdopodobnie spowodują wprowadzenie w tej lub innej postaci stanu wojennego”.
Swego rodzaju podsumowanie zawarte jest w raporcie o sytuacji w Polsce połączonych wywiadów USA z 12 czerwca 1982 roku. We wstępie do tego dokumentu zawarta jest ocena, jak doszło do stanu wojennego:
• „Partia straciła znaczną część wpływów i nie była w stanie panować nad sytuacją;
• Kraj pogrążał się w politycznym i gospodarczym chaosie;
• W „Solidarności” nastąpiło znaczne osłabienie sił umiarkowanych oraz znaczne wzmocnienie radykałów. Coraz bardziej powszechne w „Solidarności” były żądania obalenia systemu, w tym wolnych wyborów. W dłuższej perspektywie oznaczałoby to podważenie systemu komunistycznego w całym Układzie Warszawskim. Główne zainteresowanie Moskwy sprowadzało się do utrzymania PRL jako członka Układu Warszawskiego oraz dominującej pozycji partii wewnątrz Polski, przy jednoczesnym zminimalizowaniu bezpośredniego, otwartego zaangażowania ZSRR. Jednakże w wyniku prowadzonych analiz Związek Radziecki podjąłby każdą decyzję, którą uznałby za konieczną, z użyciem sił wojskowych włącznie, ażeby zapewnić utrzymanie przez polski rząd kontroli nad sytuacją”.

OŚWIADCZENIE DZIESIĄTKI

Wysoki Sądzie,
Dokumenty amerykańskie są dostępne (znajdowały się m.in. w Instytucie Nauk Politycznych PAN) już od 11 lat. Natomiast nie ma ich w aktach sprawy. Już nie mówiąc o jakimkolwiek śladzie w akcie oskarżenia. Proszę więc Wysoki Sąd o uznanie ich za dowód. Bowiem to też swoista „biała plama”. Ze strony IPN nie widać – a w każdym razie nie są znane – próby uzyskania od strony amerykańskiej wyjaśnienia, jakie były przyczyny braku ostrzeżeń „Solidarności”, a przede wszystkim Kościoła, Papieża-Polaka, który przecież nie wezwałby Narodu „na barykady”. Co jednak najważniejsze – dlaczego nie było przestróg pod adresem władz, że reakcja na wprowadzenie stanu wojennego będzie ostra – sankcje, restrykcje itd. – to, co zresztą nastąpiło dopiero post factum?! A było ku temu wiele możliwości i okazji. Szczególnie w czasie wizyty wicepremiera Zbigniewa Madeja w Waszyngtonie 6-10 grudnia 1981 roku – a więc niemal w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego. Odbył on tam rozmowy na wysokich szczeblach, w szczególności 9 grudnia z wiceprezydentem USA George’em Bushem. A o stanie wojennym nie usłyszał nic! Brak najmniejszego nawet sygnału – to był dla nas właśnie sygnał.
Co prawda liczyliśmy się z tym, że Zachód zareaguje negatywnie, ale przede wszystkim werbalnie, nawet z pewną dozą zrozumienia. Jak już wspomniałem, w licznych rozmowach przeprowadzonych w 1981 roku z wieloma politykami, brzmiał jeden głos – powinniście rozwiązać własne problemy sami, we własnym zakresie, bez ingerencji i interwencji z zewnątrz. Po latach można było znaleźć autorytatywne potwierdzenie tej „filozofii”.
B. Premier Wielkiej Brytanii, Pani Margaret Thatcher, w książce pt. „Moje lata na Downing Street” (Wyd. Londyn, 1993 rok) pisze: „Przecież nie wolno nam zapominać o tym, że aby odsunąć groźbę radzieckiej interwencji, ustawicznie powtarzaliśmy – Polakom powinno się pozwolić na podejmowanie własnych decyzji. Nie mówiła, jakich, a więc można domniemywać każdych, aby tylko zapobiec interwencji.
Proszę Wysoki Sąd o uwzględnienie jeszcze jednego faktu. W zachodniej prasie ukazał się następujący komunikat: „4 stycznia 1982 roku ministrowie spraw zagranicznych „dziesiątki” oświadczyli w Brukseli, że „dziesiątka” odnotowuje z zaniepokojeniem i dezaprobatą poważne naciski z zewnątrz oraz kampanię prowadzoną przez ZSRR oraz inne państwa wschodnioeuropejskie, wymierzoną przeciwko wysiłkom na rzecz odnowy w Polsce. Ta już dostatecznie niepokojąca sytuacja uległaby jeszcze dalszemu pogorszeniu, gdyby doprowadziła do otwartej interwencji Układu Warszawskiego. Z tego powodu „dziesiątka” pragnie wystosować poważne ostrzeżenie przed jakąkolwiek taką interwencją”. To znamienne oświadczenie wskazuje, iż Zachód – nawet po wprowadzeniu stanu wojennego – dostrzegał również niebezpieczeństwo tego rodzaju wydarzeń. Tym bardziej konieczne jest wyjaśnienie – o to zwracam się jako oskarżony – czym kierowali się Amerykanie. Czy mieli świadomość, iż ich milczenie może być odczytane przez polskie władze jako „zielone światło”? Czy istotnie uznali, że stan wojenny – nie tylko dla Polski, ale również dla Europy i świata – to będzie mniejsze zło? Czy były inne rachuby? Czy i kiedy IPN rozpozna wreszcie i rzetelnie oceni tę „białą plamę”, co z niej wynika dla aktu oskarżenia. W sytuacji tak znakomitych stosunków polsko-amerykańskich nie powinno być to trudne.

Wysoki Sądzie,
Przywołałem wypowiedzi, opinie z wysokich, w tym najwyższych – nazwę to – „pięter” przedstawicieli Wschodu i Zachodu. Ale znane są też informacje, oceny pochodzące od osób funkcjonujących bezpośrednio w realiach ówczesnej sytuacji, znających z bliska, z autopsji różne jej aspekty.

BRATNIA POMOC Z BIAŁORUSI

Generał Wiktor Dubynin, kolejny Dowódca Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, na zadawane pytania przez dziennikarza („Gazeta Wyborcza” z 14-15 marca 1992 roku) odpowiada:
„- W 1981 roku służył Pan na Białorusi. Niech Pan powie, jak to było naprawdę, czy Polsce groziła zbrojna interwencja ZSRR?
– Byłem wtedy na Białorusi dowódcą dywizji. Nie znałem wszystkich planów rządu, Biura Politycznego, Sztabu Generalnego, ale wiem, że szykowano się do wprowadzenia wojsk – dla udzielenia pomocy, dla ustabilizowania sytuacji… I tylko dzięki wprowadzeniu stanu wojennego, chyba było to 13 grudnia, akcja została zatrzymana. Uważam, że generał Jaruzelski postąpił słusznie. Jeśliby tego nie zrobił, to nasze dywizje wkroczyłyby na terytorium Polski. Wszystko było gotowe. Wojsko Polskie byłoby zneutralizowane, nie miałoby szans na aktywny opór…
– Czy w tym scenariuszu miały brać udział jednostki stacjonujące w Polsce?
– Naturalnie. Poza tym byliście wtedy otoczeni naszymi wojskami, staliśmy w Niemczech, w Czechosłowacji. W ciągu jednego, no najwyżej dwóch dni wszędzie, w każdym mieście, w każdej miejscowości byłyby wojska radzieckie. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie wiem, jak zachowaliby się wasi żołnierze, społeczeństwo, ale oprócz przelania krwi nic by nie zdziałali. Uważam, że trzeba podziękować Jaruzelskiemu. On tę sytuację uratował. To, co się potem stało, nie było tak dramatyczne, a poza tym to już była sprawa wewnętrzna, między swoimi…”.
Tenże gen. Dubynin – już jako Szef Sztabu Generalnego Armii Rosyjskiej – udziela wywiadu prestiżowemu miesięcznikowi „Nowoje Wremja” (Nr 26 z 1993 roku). Zapytany przez dziennikarza m.in. mówi: „W 1981 roku planowano – jeśli ze strony polskiego kierownictwa nie będą podjęte zdecydowane kroki, dla utrzymania stabilności, porządku w kraju – podjąć kroki wojskowe.
– Na terytorium Polski?
– Tak, na terytorium Polski, ażeby nie pozwolić aktywizującej się „Solidarności” zmienić istniejący ustrój w strategicznie szczególnie ważnym dla nas regionie.
– Czy jako dowódca dywizji otrzymywaliście jakieś rozkazy, instrukcje lub chociażby sygnały o przygotowywanej operacji wojskowej przeciwko Polsce?
– Ja powiem. Teraz, jak sądzę, przyszedł czas, aby powiedzieć. Przygotowywaliśmy się. Dywizja się przygotowywała. Co więcej – ja sam zajmowałem się planowaniem. W każdym razie tryb przegrupowania jednostek, ich przydziały i marszruty były gotowe. Moja dywizja także. Ja znałem zadania, wiedziałem, gdzie powinienem wejść, znałem wszystkie miejscowości, które zamierzano zająć.
– I gdzie byście się znaleźli, dokąd by weszły wasze czołgi?
– Rejon na południe Warszawy”.
Te, jakże autorytatywne wypowiedzi nigdy nie były zdementowane, a gen. Dubynin już zmarł.
Generał Władisław Aczałow, dowódca dywizji powietrzno-desantowej, a następnie wiceminister obrony ZSRR (wywiad w gazecie „Siewodnia” 7 lutego 1995 roku w tygodniku „Nie” 23 marca 1995 roku, w „Trybunie” 27 marca 1998 roku), mówi, iż będąc generałem – dowódcą elitarnej dywizji powietrzno-desantowej w Kownie, przybył jesienią 1981 roku do Warszawy. Przebrany w mundur majora – z oznakami wojsk łączności – wraz z innymi, w podobny sposób „zdegradowanymi” oficerami rozpoznawał obiekty, a szczególnie wejścia do nich, które w razie interwencji miał – jak powiada – „wziąć pod kontrolę”. Interesujące, iż wśród nich były budynki KC PZPR, Rady Ministrów oraz Sejmu PRL. Na zakończenie mówi: „To, że w 1981 roku zagrożenie było realne, ja jako jeden z wykonawców tego planu – mówię o tym odpowiedzialnie. Takie plany były opracowywane, takie plany miały być zrealizowane”.
Temat ma ciąg dalszy. W litewskiej gazecie: „Lietuvos Rytas” 30 sierpnia 2003 roku ukazał się artykuł, mówiący o przygotowaniach do interwencji w Polsce w 1981 r. Próbą generalną były wielkie ćwiczenia „Vakarai-81” („Zachód-81”). Udział w nich wzięła 7. dywizja powietrzno-desantowa, którą dowodził właśnie gen. Aczałow. Później dywizja ta została przerzucona nad granicę radziecko-polską. Zostali powołani rezerwiści z Litwy, którzy znali język polski i niemiecki. Jak pisze „Lietuvos Rytas” na podstawie rozmów z uczestnikami tych przygotowań, scenariusz interwencji przedstawiał się niezwykle dramatycznie, były konkretne zadania i cele na terenie Polski. „Życie Warszawy” w artykule pt.: „Bujda czy rewelacja”, z 2 września 2003 roku, oparło się na tych litewskich informacjach. Można odczytać tam też następującą opinię dr. Antoniego Dudka z IPN: „Relacje „Lietuvos Rytas” mogą mieć duże znaczenie dla oceny postawy generała Jaruzelskiego, który utrzymuje, że wprowadził stan wojenny, by uchronić Polskę przed wkroczeniem wojsk ZSRR… IPN musi jednak wpierw zbadać, czy sensacyjne doniesienia Litwinów nie są oparte jedynie na wymysłach emerytowanych krasnoarmiejców, którzy chcą podkoloryzować swoją przeszłość”. W liście z 9 września 2003 roku do Prezesa IPN pozwoliłem sobie zauważyć, że dowódca owych „krasnoarmiejców”, późniejszy wiceminister Obrony ZSRR gen. Władisław Aczałow, już dawno, bo w latach 1995 i 1998, publicznie, konkretnie mówił o przygotowaniach do interwencji. Podobnie zresztą – jak już wspomniany – Szef Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej, gen. Wiktor Dubynin. Te tak autorytatywne relacje nie zainteresowały IPN. Natomiast dopiero po latach jacyś przywołani przez litewską gazetę „krasnoarmiejcy” mają być źródłem do „oceny postawy generała Jaruzelskiego”. Wreszcie we wspomnianym artykule w „Życiu Warszawy” zawarta jest zapowiedź: „Jak dowiedziało się „ŻW”, Instytut Pamięci Narodowej ma zbadać rewelacje gazety”. Minęło już pięć lat, a wyniki tych badań nie są znane. Mam nadzieję, iż wejście Polski i Litwy do strefy Schengen, a więc ułatwienia paszportowo-komunikacyjne przyspieszą, ułatwią IPN dotarcie do owych „krasnoarmiejców”. Zwłoka w tej materii zdumiewa, tym bardziej iż 13 grudnia 2005 roku o godz. 19.00 na ekranie w TVN „Fakty” pojawił się gen. Aczałow, który osobiście powiedział o przygotowaniach do interwencji w Polsce, podobnie jak w wyżej przywołanych wywiadach. Te rewelacyjne oświadczenia bezpośredniego uczestnika przygotowań do interwencji nie spotkały się z zainteresowaniem mediów, a także polityków, historyków – i jak widać również Prokuratury IPN. Dodam, iż niektóre kwestie gen. Aczałow rozwija w książce pt. „Ja powiem wam prawdę” (Wyd. Region, Moskwa 2006 rok).

DWA RADZIECKIE SZTABY

Wysoki Sądzie,
W Polsce stacjonowała Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej. Poprzez panujące w niej nastroje oraz prowadzone przygotowania można było jak w soczewce zobaczyć i ocenić zagrożenie w szerszej, pełnej skali. Znane nam było dobrze zainstalowanie dwóch sztabów operacyjnych: w Legnicy (dowódca gen. Tiereszczenko) i w Rembertowie (gen. Miereżko). Rozbudowywano systemy łączności troposferycznej i radioliniowej. Funkcjonował swego rodzaju most powietrzny, którym przerzucane były do garnizonów Północnej Grupy Wojsk dodatkowe wzmocnienia. Nasze służby radiolokacyjne Wojsk Obrony Powietrznej Kraju zarejestrowały na przełomie listopada-grudnia 1981 roku do 250 przelotów dziennie – północnym i południowym „korytarzem” – z lotnisk na terenie ZSRR na lotniska Północnej grupy Wojsk w Polsce. W tymże czasie nastąpiły poważne zakłócenia ruchu na kolejowych stacjach granicznych z ZSRR. Setki pociągów, tysiące wagonów przez wiele dni oczekiwały na przejazd. Interwencje strony polskiej nie dawały rezultatów. Jest to szczegółowo udokumentowane w znajdujących się w posiadaniu Sejmowej Komisji codziennych meldunkach Dyżurnej Służby Operacyjnej Rządu – DYSOR. Przytoczę niektóre z nich:
• 5.12. – „Nadal wskutek ograniczenia przyjmowania ładunków przez koleje radzieckie na szlakach PKP oczekuje na przekazanie 29 pociągów oraz 1393 wagony w Małaszewiczach”;
• 6.12. – „Utrzymujące się zgrupowanie wagonów z ładunkami do ZSRR na przejściu Terespol-Brześć, spowodowane ograniczeniem przyjęcia przez stronę radziecką. W rejonie granicznym oczekuje 968 wagonów oraz 33 pociągi o 1188 wagonach, co stanowi ponadczterodobową normę operatywną”;
• 7.12. – „Nadal utrzymuje się ograniczenie przyjmowania ładunków przez koleje radzieckie na przejściu Terespol-Brześć. Na szlakach PKP oczekuje 37 pociągów (około 1200 wagonów), a w Małaszewiczach 935 wagonów. Dotychczasowe rozmowy ze stroną radziecką nie przyniosły oczekiwanej poprawy”;
• 8.12. – „W dalszym ciągu koleje radzieckie nie przyjmują, wynikającej z miesięcznego planu, normy ładunków. Rozmowy delegacji PKP z delegacją kolei radzieckich 4 grudnia w Brześciu nie przyniosły efektów”;
• 9.12. – „Zwiększyło się nagromadzenie wagonów z ładunkami do ZSRR na przejściach Terespol-Brześć i Czeremcha-Brześć; oczekuje do przekazania 2638 wagonów”;
• 10.12. – „Nadal utrzymują się trudności w przekazywaniu tranzytu i eksportu, szczególnie na przejściu granicznym Terespol-Brześć. Na szlakach PKP oczekuje 37 pociągów, a w Małaszewiczach 990 wagonów”;
• 11.12. – „Od kilkunastu dni utrzymuje się zahamowanie odbioru ładunków przez koleje radzieckie. W dniu 10 grudnia na przekazanie oczekiwało 31 pociągów na trasie oraz 900 wagonów na stacji Małaszewicze”;
• 12.12. – „Utrzymuje się nagromadzenie wagonów z ładunkami do ZSRR”.
W owym czasie obniżył się również dopływ tranzytu ze strony radzieckiej. Powyższe fakty, skonfrontowane z ruchami jednostek wojskowych w pobliżu naszej granicy – dają same odpowiedź. Natomiast Pan Prokurator na Posiedzeniu Sądu 26 marca br. stwierdza, iż dla przedmiotu śledztwa nie ma to znaczenia. A więc jeszcze dodam – w stenogramie z posiedzenia Rady Ministrów w dniu 13 grudnia 1981 roku – który zresztą znajduje się w aktach sprawy, pojawia się następująca informacja ministra Komunikacji Janusza Kamińskiego: „W dniu dzisiejszym „rozkorkowało się” na trasie Wschód-Zachód”. To niezwykłej wagi fakt, potwierdzający liczne informacje, w tym meldunki DYSOR-u o wcześniejszym „zakorkowaniu” i rzeczywistych tego przyczynach.
Informacje o znamiennej aktywności za wschodnią granicą docierały do nas różnymi drogami i kanałami. Pochodziły od attachatu wojskowego, od pracowników Ambasady PRL w Moskwie, od polskich słuchaczy radzieckich uczelni wojskowych, od zwykłych podróżnych. Znalazło to potwierdzenie w zeznaniach niektórych świadków przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Również w niektórych, wręcz bulwersujących oświadczeniach Antoniego Bossowskiego, Andrzeja Gąszczołowskiego, Leszka Kołodzieja, Zbigniewa Kumosia, Kazimierza Łastawskiego, Michała Sadykiewicza, Jerzego Zycha, włączonych do książki „Wielogłos” (Wyd. Adam Marszałek 2002 rok). Wszyscy wyżej wymienieni mogą być świadkami w obecnej sprawie. Nie ośmielam się obciążać Wysokiego Sądu odczytaniem owych oświadczeń oraz złożonych ponadto przez:
• Jerzego Kołodziejczyka – pracownika Ambasady PRL w Moskwie, w latach 1979-1983;
• Mieczysława Chodynieckiego – pracownika Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Białymstoku;
• Romualda Kaczmana – pracownika na budowach w b. Związku Radzieckim.
Wszystkie konkretnie, wiarygodnie opisują obserwacje i oceny ruchów, przegrupowań wojsk radzieckich dokonywane w dniach poprzedzających wprowadzenie stanu wojennego.
ŚWIADECTWO SADYKIEWICZA

Wysoki Sądzie,
Jeden głos przywołam – z uwagi na jego szczególną kompetencję i znamienną wymowę. Chodzi o Michała Sadykiewicza – emerytowanego pułkownika Wojska Polskiego, który skrzywdzony boleśnie, wyemigrował i od 1971 roku mieszka na Zachodzie. Jako wysokiej klasy specjalista wojskowy był wieloletnim konsultantem amerykańskiej The Rand Corporation, członkiem Amerykańskiego Instytutu Strategicznego w Waszyngtonie, a także Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych w Londynie oraz Brytyjskiego Komitetu Atlantyckiego. Studiował materiały oraz uczestniczył w różnych dyskusjach na temat problemów militarnych Układu Warszawskiego, Polski, w tym stanu wojennego. Jego wypowiedź, zamieszczoną w numerze 134 z maja 2001 roku „Zeszytów Historycznych” paryskiej „Kultury” – a więc na poważnych łamach – cytuję: „We wrześniu 1985 r., będąc wtedy konsultantem The Rand Corporation, zostałem członkiem delegacji amerykańskiej na międzynarodowe Sympozjum naukowe poświęcone 30-leciu Paktu Warszawskiego, które odbyło się na Riwierze francuskiej. Na zakończenie Sympozjum – bankiet w Cannes. Siedziałem przy jednym stoliku m.in. z francuskim generałem – nazwiskiem Jacques Laurent. Gdy generał dowiedział się o moim polskim pochodzeniu, opowiedział następującą historię.
W grudniu 1981 roku był on attaché wojskowym Francji w Moskwie. Jako, od dziecka, napoleonista zorganizował wycieczkę dla personelu ambasady francuskiej nad Berezynę, tam gdzie cesarz przeprawił w 1812 r. resztki Wielkiej Armii. W końcu listopada 1981 r. wagon sypialny z wycieczką został na Dworcu Białoruskim w Moskwie doczepiony do jednego z pociągów Moskwa-Warszawa-Berlin i ruszył na Zachód. W miarę jednak jak ubywało kilometrów, prędkość jazdy pociągu spadała. Coraz częściej i częściej wyprzedzały go jadące na zachód eszelony wojskowe, jeden za drugim, w dzień i w nocy, we wciąż wzrastającej liczbie. W pierwszych dniach grudnia 1981 (uwaga na daty) tempo jazdy pociągu z napoleonistami spadło niemal do zera, a poczynając od 5 grudnia, w ogóle odstawiono pociąg na boczny tor na jakiejś małej stacyjce. A eszelony wojskowe szły, jeden za drugim, z wciąż zmniejszającym się odstępem czasu. Dzień i noc dudniły ciężkie, długie eszelony z żołnierzami, czołgami, armatami, kuchniami polowymi i karetkami sanitarnymi.
Właśnie, właśnie, zapytałem generała „W jakim ugrupowaniu szły te eszelony: etatowym czy bojowym?”.
Generał na to: „Tak, to ważne rozróżnienie: otóż wszystkie eszelony szły wyłącznie w ugrupowaniu bojowym” (dla laików wyjaśnienie – gdy przewiduje się natychmiastowe wejście do walki na stacji docelowej lub wcześniej, to eszelony wojskowe tworzy się tak, aby były pod względem bojowym autonomiczne, a więc wraz ze wszystkimi normalnie przydzielanymi z wyższego szczebla środkami wsparcia bojowego i logistycznego. Nie sama piechota, ale z czołgami, artylerią, saperami itd.).
Więc jakże to: na zachód, w kierunku granicy z Polską, pędzą setki eszelonów wojskowych w pełnej gotowości do natychmiastowego wejścia do walki, a Biuro Polityczne KPZR nic o tym nie wie? Jeszcze w dniu 10 grudnia 1981 marszałek Ustinow, a także Andropow i Susłow, w obecności Breżniewa, odrzucają możliwość radzieckiej interwencji zbrojnej w Polsce. A eszelony sobie jadą. I ani słowo o nich nie pada na tych najwyższych gremiach kremlowskich.
No, dobrze. Mógł Susłow nie wiedzieć o nich i o tym, że postawiono radzieckie siły zbrojne w kraju i za granicą w stan najwyższej gotowości bojowej. Mógł i Andropow o tym nie wiedzieć, w co należy wątpić. Ale że i sam marszałek Ustinow nie wiedział, trudno w to uwierzyć.
Z tego wszystkiego wynika smutny dla historyków wniosek. Taki mianowicie, że archiwalne dokumenty – protokoły z posiedzeń najwyższych gremiów decydenckich w ZSRR są albo niepełne, albo „podretuszowane”, a w każdym razie zmanipulowane”. Pan Prokurator 26 marca br. stwierdza, że wiedza płk. Sadykiewicza nie ma znaczenia dla niniejszego śledztwa.
Jest też inny istotny świadek – attaché wojskowy RFN w Moskwie, ówcześnie major: S. (im Generalstab) Hartmut Digutsch. Uzyskałem kopię jego sprawozdania pt. „Przygotowanie operacji militarnej Związku Radzieckiego przeciwko Polsce”. Jest to szczegółowy, wręcz pedantyczny opis obserwacji przegrupowań wojsk radzieckich na trasie Moskwa, Mińsk, Brześć jesienią 1981 roku. Znamienna jest konstatacja na str. 17 – lub według innej numeracji 24 (druga, szczegółowa część sprawozdania): „Powyższa koncentracja wojsk może zostać wykorzystana jako rejon rozwinięcia, ześrodkowania przeciwko Polsce i może oznaczać zagrożenie stabilizacji na tym obszarze”.
10 listopada 2006 roku przesłałem Prokuratorowi IPN
wyżej wskazane Sprawozdanie. Pan Prokurator pismem z 27 listopada 2006 roku poinformował mnie, iż nie może ono być uznane za dowód w sprawie. Aby potwierdzić wagę tego dokumentu, skierowałem dodatkowo pismo, jakie 25 marca 1997 roku przesłał do – już wtedy – płk. Hartmuta Digutscha Dyrektor Wojskowego Instytutu Historycznego prof. Andrzej Ajnenkiel. Potraktował on to Sprawozdanie jako poważny, wiarygodny dokument – co więcej,
23 września 1997 roku utajnił je. Oryginał znajduje się obecnie w zasobach Archiwum Wojskowego Biura Historycznego w Modlinie. Proszę więc Wysoki Sąd, ażeby zechciał skłonić Prokuraturę IPN do włączenia Sprawozdania płk Hartmuta Digutscha oraz pisma prof. Andrzeja Ajnenkiela do akt sprawy.
Były też inne – pochodzące od szeregu wiarygodnych, kompetentnych osób – informacje, które znalazły się w książce „Stan wojenny. Dlaczego…” (m.in. str. 347-354). Jest i szczególny świadek na tę okoliczność. Otóż b. kanclerz RFN Schmidt w wywiadzie udzielonym Adamowi Krzemińskiemu („Polityka” 29 września 1995 roku) m.in. powiedział: „Dla nas zagrożenie Polski było wówczas widoczne. Wywiad donosił nam o koncentracji wojsk radzieckich wokół polskich granic”. Co więcej pokrywa się to ze wspomnianym już raportem połączonych wywiadów USA z 12 czerwca 1981 roku. Raport ten m.in. mówi, iż strona radziecka: „stopniowo nasila przygotowania swych sił w Polsce i wokół Polski do takich rozmiarów jak jesienią 1980 roku. Te siły i środki są podejmowane i rozwijane z miesiąca na miesiąc i obejmują:
• budownictwo komunikacyjne;
• rozbudowę łączności, która może być użyta w czasie interwencji;
• uzupełnienie wybranych jednostek wojskowych do pełnego stanu;
• przeprowadzenie ćwiczeń polowych zupełnie nietypowych dla danej pory roku”.
To w pełni potwierdza naszą ówczesną wiedzę i uzasadnione obawy. Tylko dla Prokuratury IPN nie ma znaczenia. Oficjalnej dokumentacji amerykańskiej – która ma cenną wartość dowodową – towarzyszy znamienne désintéressement.

WIDZIANE Z LEGNICY

Wysoki Sądzie,
Niech mi wolno będzie przywołać obszerne fragmenty niezwykłej wagi relacji, jaką 23 sierpnia 2007 roku przedstawił mi z własnej inicjatywy, osobiście, a następnie – na moją prośbę – również na piśmie, płk Maksymilian Korzeniowski (całość pozwolę sobie załączyć do tekstu mojego wyjaśnienia). Jako członek Zarządu Głównego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych czuł się w obowiązku – aby wobec zarzutów postawionych mnie przez Prokuraturę IPN, podzielić się swoją wiedzą. Cytuję: „W latach 1976-1986 byłem Szefem Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Legnicy. W tym mieście stacjonowało Dowództwo i Sztab Północnej Grupy Wojsk Radzieckich w Polsce. W tamtym czasie ich zainteresowanie wszystkim, co działo się w naszym kraju, było ogromne. Poprzez oficjalne i nieoficjalne kontakty oraz różnorodne obserwacje oceniali sytuację. Nieraz w cywilnych ubraniach przebywali w wielu miejscach, z kościołami włącznie. Zbierali informacje o „Solidarności”, o nastrojach polityczno-społecznych, o stosunku do Związku Radzieckiego. Interesowali się też kondycją partii, władz, a przede wszystkim Wojska Polskiego.
Z tytułu swej funkcji miałem częste kontakty z przedstawicielami Dowództwa i Sztabu Północnej Grupy Wojsk, w szczególności z samym jej Dowódcą, gen. Jurijem Fiodorowiczem Zarudinem. W moim gabinecie został nawet zainstalowany polowy aparat telefoniczny, na którym był napis „Zarudin”. Spotkania z nim miały charakter regularny, nieraz trwały po kilka godzin. Odbywałem je za wiedzą i z upoważnienia Dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego, gen. Henryka Rapacewicza (już nie żyje), który – jak sądzę – o najistotniejszych faktach informował Warszawę. Wiedział o nich również Szef Sztabu Okręgu, gen. Jan Kuriata. Informacjami wynikającymi z moich rozmów i obserwacji dzieliłem się też okazjonalnie z innymi osobami z Dowództwa i Sztabu Okręgu, a także z niektórymi moimi współpracownikami z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego. Istotną wiedzę na te tematy posiadał również Komendant Wojewódzki MO w Legnicy, gen. Marek Ochocki.
Realizację zadań zleconych przez Dowódcę Okręgu ułatwiała mi – jako „sybirakowi” i żołnierzowi frontowemu – znajomość rosyjskiej mentalności. Była też jeszcze inna okoliczność. Przez wiele lat byłem szefem oddziału operacyjnego Sztabu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu. Uczestniczyłem w wielu wspólnych, koalicyjnych ćwiczeniach wojsk i sztabów polskich, radzieckich, czechosłowackich oraz NRD-owskich. Jako doświadczony oficer, absolwent Akademii Sztabu Generalnego, znałem doktrynalno-operacyjne uwarunkowania oraz problemy dowodzenia, szkolenia, zaopatrywania i gotowości bojowej, wynikające z udziału Wojska Polskiego w Układzie Warszawskim. Wiedziałem też, jak ważne miejsce w sojuszu stanowi obszar naszego kraju.
Starałem się w swoich kontaktach, ażeby radzieccy rozmówcy uzyskiwali wiedzę rzeczową. Chodziło zwłaszcza o to, ażeby nie stracili zaufania do sojuszniczej wiarygodności Wojska Polskiego. Rozumiałem, co mogłoby to oznaczać. Jednocześnie udawało mi się poznać, uzyskiwać możliwie jak najwięcej informacji o tym, co myślą, jak oceniają sytuację i przede wszystkim co robią, jak się przygotowują nasi ówcześni sojusznicy. Rozmowy, które prowadziłem, plus różne obserwacje pozwalały operatywnie meldować o nich Dowódcy Okręgu. Wiem, że stosowne meldunki składali też moi koledzy.
Wracam do gen. Zarudina. Był to żołnierz z krwi i kości, z dużym doświadczeniem wojennym. Nieraz przypominał, iż dywizja, w szeregach której walczył, była „sąsiadem” 1. Kościuszkowskiej Dywizji w bitwie pod Lenino. Wyczuwało się jego sympatię do naszego kraju. Ale jednocześnie ogromny niepokój i wysoce krytyczną ocenę ówczesnej sytuacji w Polsce. Na tym tle – przywoływał i ostrzegał przed takim rozwojem wydarzeń, który może zakończyć się jak w Budapeszcie w 1956 roku. Był on tam wówczas dowódcą dywizji. Opisywał z własnego doświadczenia różne krwawe epizody. W rozmowach z oficerami radzieckimi – a było wśród nich wielu uczestników wojny, w tym walczących na terenie Polski – dało się zauważyć szczególne uwrażliwienie na stosunek naszego społeczeństwa do Związku Radzieckiego oraz Armii Radzieckiej. Mówiono nam, iż żołnierze radzieccy, oficerowie oraz ich rodziny czują się w Polsce zagrożeni. Że rozpowszechniane są adresowane do nich ulotki. Że pojawiają się prowokacyjne antyradzieckie napisy, jakieś chuligańskie wybryki, bezczeszczenie pomników itp.
Innym tematem było utyskiwanie, iż niedoceniana jest pomoc gospodarcza, jaką Związek Radziecki okazuje Polsce. M.in. wykorzystano taki przykład. Dyrekcja fabryki w Starachowicach zwróciła się do mnie o pomoc w uzyskaniu z jednostki radzieckiej pewnej ilości smaru niezbędnego dla produkcji. Zostało to zrealizowane. Dyrekcja publicznie podziękowała za pomoc Wojsku Polskiemu. O tym, że to faktycznie była pomoc radziecka – ani słowa.
Częstym tematem było przypominanie tego, kto gwarantuje Polsce nienaruszalność granicy zachodniej. W owym czasie – zwłaszcza na tle wielce krytycznego stosunku NRD wobec sytuacji w Polsce, brzmiało to groźnie. Najważniejsze jednak były fakty. Gołym okiem było widać, jak do Północnej Grupy Wojsk napływało uzupełnienie z terenu Rosji, w tym jednostki powietrzno-desantowe. Dało się zauważyć wielu żołnierzy narodowości nierosyjskiej. Jak powiedział mi jeden z radzieckich rozmówców – „to bardzo bitni ludzie Kaukazu”. W tym miejscu pragnę podzielić się taką zapamiętaną informacją. Pozostawałem – dzięki wspólnej myśliwskiej pasji – w bliskim kontakcie, w jakimś sensie nawet w przyjaźni – z dowódcą 4. Armii Lotniczej, gen. Wiktorem Kozłowem. Powiedział mi w wielkiej tajemnicy, iż otrzymał uzupełnienie w osobach pilotów, doświadczonych w walkach w Afganistanie. Od niego też dowiedziałem się o przerzuceniu z terenu Związku Radzieckiego dwóch pułków spadochronowych.
Ważnym faktem było pojawienie się na wiosnę 1981 roku w Legnicy grupy operacyjnej Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, pod dowództwem gen. Tiereszczenki. Pozostawała tam do końca 1981 roku. W skład tego specjalnego sztabu wchodzili narodowi zastępcy Szefa Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego: z Czechosłowackiej Armii Ludowej gen. Kuczera, z Narodowej Armii Ludowej NRD gen. Gottwald. Przebywał tam również generał Wojska Polskiego Stanisław Antos. Dało się zauważyć, iż był on marginalizowany, co wydawało się tym dziwniejsze, gdyż jego żona była Rosjanką. W grupie tej był też płk Volf z NRD i płk Eduard Klen z Czechosłowacji. Poza tym na teren Północnej Grupy przybywały uzupełnienia generałów i starszych oficerów. Pojawiały się nawet problemy z ich zakwaterowaniem. Kiedyś jeden z generałów powiedział mi, że ma ciasno w domu, bo przyjechali do niego generałowie z Moskwy. Potraktowałem to jako informację towarzyską. Ale już 7 listopada 1981 roku wszystko się wyjaśniło. Otrzymałem zaproszenie na akademię ku czci rocznicy Rewolucji Październikowej. Na sali naliczyłem ok. 60 generałów różnych stopni. Zapytałem siedzącego obok mnie dowódcę wojsk rakietowych, czy to jest uzupełnienie. Tak, padła odpowiedź, to przeważnie generałowie odpowiedzialni za ruch kolumn na trasach przemarszu wojsk.
W listopadzie i na początku grudnia sytuacja stawała się coraz bardziej napięta i nerwowa. Widoczne było osiąganie przez radzieckie dowództwa, sztaby i wojska pełnej gotowości bojowej. To mogliby potwierdzić: gen. Wiktor Fiedosiejew, zamieszkały w Moskwie, oraz gen. Titow, Szef Zarządu Operacyjnego Sztabu Układu Warszawskiego. Dopiero wprowadzenie stanu wojennego przyniosło odprężenie. Zapamiętałem jeszcze wiele innych szczegółów. W razie potrzeby mógłbym je odtworzyć. W szczególności wskazać osoby, z którymi wówczas miałem różne kontakty.
Częstym gościem w Śląskim Okręgu Wojskowym, we Wrocławiu oraz Legnicy był Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, marsz. Wiktor Kulikow. Brałem udział w spotkaniu z nim 8 listopada 1981. Było tam ok. 30-35 oficerów, w tym kilku polskich. Marszałek przywitał się zwykłym: „zdrawstwujtie towarzysze generałowie i oficerowie”. Dodał też: „zdrawstwujtie towarzysze Polacy. Sytuację w Polsce dobrze znam, jest bardzo zła. Solidarność i inne wrogie elementy zagrażają socjalizmowi i naszemu sojuszowi. Z tym godzić się nie można. Kontrrewolucję trzeba zdławić. Polskie władze powinny zrobić to już dawno. Tłumaczyliśmy gen. Jaruzelskiemu, innym członkom polskich władz, że konieczne jest wprowadzenie stanu wojennego. Ale reakcji nie ma, wciąż nadzieje na jakieś porozumienie. Z wrogiem nie da się porozumieć. Tak dalej być nie może. Armia Radziecka, Zjednoczone Siły Zbrojne są wystarczająco silne, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. Lepiej, ażeby polscy towarzysze zrobili to sami. Jeśli nie – to pamiętacie, co zrobił marszałek Jakubowski w Czechosłowacji. Szum był na cały świat, a jemu włos z głowy nie spadł”. Marszałek Kulikow powiedział to, pożegnał się i poszedł do willi gen. Zarudina. My – polscy uczestnicy spotkania – byliśmy tymi słowami wstrząśnięci. Meldowałem Dowódcy Okręgu, był bardzo przejęty. Wkrótce z rozmów z generałami i oficerami radzieckimi dowiedziałem się, iż marsz. Kulikow w wewnętrznym gronie mówił, że gen. Jaruzelski to szlachcic i nie będzie razem z towarzyszami radzieckimi bronił zdobyczy socjalizmu. Nie wyda on rozkazu, aby do wkraczających wojsk nie strzelano. To nie minister Dzur, który w 1968 roku, kiedy była interwencja w Czechosłowacji, wydał rozkaz, aby wkraczającym wojskom nie stawiano oporu. O tym również meldowałem gen. Rapacewiczowi. To wszystko mam w swoich notatkach. Gotów jestem złożyć zeznania przed Prokuratorem lub Sądem”.
Tu od siebie dodam, że dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego informował mnie o obserwacjach płk. Korzeniowskiego. Były zbieżne i sumowały się z innymi meldunkami.

GENERAŁ I AMBASADOR

Wysoki Sądzie,
Generał Zarudin dwukrotnie – raz w połowie maja, a drugi raz na początku listopada 1981 roku – złożył mi wizytę, na czele delegacji wojskowej. W pierwszej wizycie uczestniczył również Ambasador ZSRR w Polsce, Borys Aristow, który złożył mi oficjalne oświadczenie. Poinformowałem o tym na posiedzeniu Biura Politycznego w dniu 21 maja 1981 roku. Oto fragment protokołu: „Rząd ZSRR zwraca uwagę kierownictwu PRL na przypadki prowokacyjnego zachowania obywateli polskich w stosunku do radzieckich wojskowych oraz zjawiska antysowietyzmu występujące w całym kraju. Wypadki te nie znajdują oficjalnej oceny, nie są przecinane przez oficjalne organa władzy (w tym miejscu zareagowałem, że potępienie takich przejawów miało miejsce na plenarnych posiedzeniach KC oraz w Sejmie). Ambasador odpowiedział, że dostrzegają to, ale uważają, że brak jest ocen konkretnych przypadków antyradzieckiej propagandy w formie ulotek, karykatur itp. To wywołuje u ludzi radzieckich uzasadnione niezrozumienie, przynosi szkodę przyjaźni i współpracy, ma ujemny wpływ na Układ Warszawski…. Podał fakty chuligańskich wybryków np. 19 marca napad w Legnicy na 6 żołnierzy. Z kolei 13 maja pijany członek „Solidarności” napadł na radziecki patrol. Milicja Obywatelska mimo wezwań nie zjawiła się, a po kilku dniach biuletyn „Solidarności” informował, że to patrol napadł na członka „Solidarności”, co nie zostało zdementowane przez władze lokalne… Przytoczył też inne przykłady antyradzieckiej propagandy w formie plakatów, ulotek, wystaw karykatur, napisów itp. Podkreślił, że „Solidarność” przestała być związkiem zawodowym, że działa jako siła polityczna, co ujemnie wpływa na wzajemne stosunki”. Tu celowa jest dygresja. Ambasador Aristow niewątpliwie należał do głównych recenzentów naszej sytuacji. Stanisław Kania powiedział mi, że pewnego razu w rozmowie z Aristowem, usłyszał kąśliwą uwagę na mój temat – „gienierał-liberał”. Co słowo liberał oznaczało dla ówczesnych sojuszników, nie muszę wyjaśniać.
Gen. Zarudin do słów ambasadora dodał, iż podlegli mu żołnierze, oficerowie oraz ich rodziny, czują się w Polsce zagrożeni, że mają miejsce skandaliczne prowokacje. Wręczył mi pisemną informację na ten temat. W listopadzie było jeszcze ostrzej. To były bardzo niepokojące sygnały. Korespondowały one z innym zjawiskiem – do Komitetu Centralnego PZPR, rządu, Ministerstwa Obrony Narodowej, a także do prywatnych adresatów, szczególnie kombatantów, napływały wówczas masowo listy od radzieckich weteranów wojny – zwłaszcza uczestników walk w Polsce – pełne troski o losy pokoju, naszego kraju i socjalistycznej wspólnoty. Nietrudno było zorientować się, że była to korespondencja nie tylko spontaniczna, lecz także w znacznym stopniu inspirowana. Przez Polskę w czasie II wojny przeszły w walce cztery radzieckie fronty, kilka milionów żołnierzy. 600 tysięcy tu spoczęło na zawsze, około 1,5 miliona było rannych, m.in. ojciec Gorbaczowa. W świadomości żywych pozostawało: „my wyzwalaliśmy Polskę”. To przekonanie dziedziczą ich dzieci, wnuki, prawnuki. O niektórych, bolesnych dla Polaków, „kosztach ubocznych” często tam się nie wie, a w każdym razie się nie mówi. Dlatego wszelkie głosy o „zniewoleniu” czy „kolejnej okupacji” zwiększały w latach 1980-1981 wymiar realnego niebezpieczeństwa. Przecież ówczesna wyższa kadra dowódcza Armii Radzieckiej to z reguły żołnierze frontowi. Wielu walczyło w Polsce. Chociażby marsz. Wiktor Kulikow, jako szef sztabu brygady pancernej, w czasie walk o Gdańsk. Nie pozostawało to bez emocjonalnego wpływu na ich ocenę aktualnej sytuacji. Tę okoliczność musieliśmy też brać pod uwagę.
Wracam do gen. Zarudina. Zauważyłem jego wręcz obsesyjne nawiązywanie do tragicznych wydarzeń na Węgrzech, w 1956 roku. Po latach przypomniał to 21 czerwca 1994 roku, zeznający jako świadek na posiedzeniu sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej komendant wojewódzki MO w Legnicy gen. Marek Ochocki. Ponieważ Prokuratura IPN nie uznała za celowe jego przesłuchania, pozwolę sobie przytoczyć to, co wówczas zeznał: „W listopadzie 1981 roku byłem w sprawach służbowych u generała Zarudina. Powiedział on, że sytuacja w Polsce prowadzi do katastrofy. Jest kontrrewolucja, a my jej nie przeciwdziałamy. Mówił, że nad Polską wisi groźba wojny domowej, jeśli sami nie uporządkujemy problemu. Podał wówczas przykład Węgier. Snuł wizję niebezpieczeństw wiszących nad Polską i opisywał, jak wyglądał Budapeszt. Miasto było zrujnowane, rozbite, a ulica Lenina, najdłuższa w stolicy – cytuję słowa generała Zarudina – „obwieszona była komunistami i awoszami” (żołnierze wojsk wewnętrznych). Rozmowy sprowadzały się do tego, by nas zmobilizować. Chodziło o to, żebyśmy skłonili władze zwierzchnie do aktywnych działań, by nie doszło do narodowej tragedii… Bali się zapowiedzianej na dzień 17 grudnia ogromnej manifestacji. Uważali – mówił generał Zarudin – że byłby to początek takich wypadków, jakie doprowadziły do wydarzeń na Węgrzech. Taki sam scenariusz był w Budapeszcie w dniu 28 października 1956 roku. Węgierski scenariusz mógł się powtórzyć w Warszawie”.

Wysoki Sądzie,
Wrócę do tematu: 17 grudzień 1981 roku. Nierzadkie są opinie lekceważące podobne niebezpieczeństwo w Polsce. Mówi się, że demonstranci byliby nieuzbrojeni, organizatorzy nie wzywaliby do szturmu. To naiwne tłumaczenie. Wiadomo, jakie były nastroje, gorąca atmosfera, „benzyna rozlana”. Wystarczyłaby przysłowiowa zapałka. I wtedy nieuzbrojeni wkrótce staliby się uzbrojeni. Poza formacjami wojskowymi i milicyjnymi – gdzieś w Polsce, według meldunków MSW, w 1981 roku, znajdowało się około 3 tys. sztuk zaginionej lub skradzionej broni palnej. Ponadto około 200 tys. broni – w tym broń myśliwska, używana w studiach wojskowych, w Lidze Obrony Kraju, w więziennictwie, w straży leśnej, przemysłowej, pocztowej i bankowej, w Służbie Ochrony Kolei. W Budapeszcie rozbrajano milicjantów i żołnierzy. Przy tym do dnia dzisiejszego nie ustalono, czyj i skąd padł ten pierwszy strzał. Nikogo nie posądzam. „Solidarność” była ruchem, który nie używał przemocy. Jednakże są pewne procesy, zjawiska społeczne i psychologiczne, które niezależnie od woli ludzi, ich rzeczywistych intencji, na zasadzie żywiołu czy prowokacji przerastają w dramatyczną, bratobójczą postać. O tym trzeba było pamiętać. Niestety, dla Prokuratury nie ma to znaczenia.

W STANIE PODWYŻSZONEJ GOTOWOŚCI

Jeszcze raz gen. Zarudin. Przebywając w Moskwie z okazji 60. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem, spotkałem go 8 maja 2005 roku w Ambasadzie RP. Rozmawialiśmy o dawnych czasach, zwłaszcza o roku 1981. Powiedział, że Północna Grupa Wojsk znajdowała się w stanie podwyższonej gotowości. Pododdziały, kompanie zostały uzupełnione do pełnych stanów etatowych. Rozwinięto dodatkowe pododdziały rozpoznawcze i łączności. Meldunków o sytuacji w Polsce żądał często Minister Obrony ZSRR, marsz. Ustinow. Zdecydowanym zwolennikiem interwencji był Naczelny Dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych marsz. Kulikow.
Dwa nazwiska kluczowe w owej sytuacji: Dmitrij Ustinow i Wiktor Kulikow. Nie chcę, ażeby to, co powiem, oznaczało jakąś koniunkturalną „wycieczkę” personalną. W sytuacji stabilnej stosunki z nimi były rzeczowe i przyjazne. W sytuacjach pozasłużbowych, po słowiańsku serdeczne. Ja zaś – wiem, że narażę się różnym kręgom – Rosjan po prostu lubię. Wyśmiewane dziś „misie” i toasty „za drużbu” były zwyczajowe, a nie sztuczne i fałszywe. Podobnie – jak sądzę – nie są też fałszywe obserwowane współcześnie uściski i protekcjonalne poklepywania. Ale wracając do lat 1980-1981. Atmosfera uległa zmianie. Niekończące się uwagi, przestrogi, naciski. Marsz. Ustinow powtarzał wciąż jak mantrę: trzeba działać reszitielno, nastupatielno (zdecydowanie, ofensywnie). W tym miejscu przywołam jedynie znamienną z nim rozmowę. Otóż – w dniach 4-12 września 1981 roku na terenie graniczących z Polską republik: Ukrainy, Białorusi, Litwy, oraz na Bałtyku zostały przeprowadzone pod jego kierownictwem, wielkie – jedne z największych w historii Armii Radzieckiej – ćwiczenia pod kryptonimem „Zapad-81”. Miały wyraźnie charakter ostrzegawczej demonstracji, a jednocześnie „treningu” przed ew. wkroczeniem do Polski. Chociaż ćwiczenie odbywało się na poligonach radzieckich, to jego aplikacyjne, strategiczno-operacyjne założenie zakładało również działania na terenie naszego kraju. M.in. tzw. operacyjnej grupy manewrowej, która – już w pierwszych dniach operacji – miała opanować rubież: Tomaszów Mazowiecki, Kielce, Radom. Zakładano jej współdziałanie z desantem powietrznym na południe oraz wschód od Warszawy. Jako Minister Obrony Narodowej zostałem na te ćwiczenia zaproszony. Uczestniczyłem przez jeden dzień. Towarzyszący mi oficerowie – gen. Eugeniusz Molczyk oraz płk (obecnie generał w stanie spoczynku) Franciszek Puchała – przebywali tam do końca ćwiczeń. Odbyłem – na jednym z lotnisk wojskowych na Białorusi – ponaddwugodzinną rozmowę z marszałkiem Ustinowem (opisuję ją szczegółowo w książce „Stan wojenny. Dlaczego…” rozdział „Zaciskanie pętli”). Tu jedynie w skrócie. Ustinow dokonał katastroficznej oceny sytuacji w Polsce. Siłowa konfrontacja jest nieunikniona. Najwyższy czas podjąć zdecydowane działania. Powstała nowa sytuacja polityczno-strategiczna. Ekipa Reagana zmierza do naruszania równowagi. Poszerzają się obszary zagrożenia. Wizyta sekretarza stanu USA – do niedawna Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych NATO – Alexandra Haiga w Pekinie. Wspólny komunikat, w którym Amerykanie uznali Chiny za „państwo zaprzyjaźnione”. Wkrótce nastąpiła wizyta trzydziestoosobowej delegacji chińskich dowódców w Waszyngtonie. W rezultacie dostawy do Chin wielu nowoczesnych rodzajów uzbrojenia – część rozmieszczana jest w pobliżu granicy z ZSRR. Można mówić o próbach osaczania Związku Radzieckiego. W Afganistanie siły reakcyjne wspierane są przez Zachód. Wreszcie Polska. „Solidarność” czerpie nie tylko polityczną inspirację – w tym kierując do państw zachodnich swoje delegacje – ale również środki finansowe oraz różnego rodzaju sprzęt poligraficzny, radiofoniczny itp. Wyraźnie widoczne jest jej antyradzieckie nastawienie. Wszystko to powoduje, że Polska staje się „przyczółkiem”, który może być wykorzystany ze szkodą dla bezpieczeństwa Układu Warszawskiego.
Z tych wywodów stawało się jasne – Związek Radziecki oceniał, że powstały jak gdyby trzy fronty. Chiński – może być groźny, ale dopiero jutro, a raczej pojutrze. Afganistan – chociaż dokuczliwy, ale w istocie marginalny, peryferyjny. Wreszcie Polska – obszar kluczowy na linii Wschód-Zachód. W tym więc momencie to front główny, problem najostrzejszy. Oficerowie Wojska Polskiego, obserwujący ćwiczenie do końca, odnotowali wystąpienie-podsumowanie ćwiczenia przez marszałka Ustinowa, a w szczególności taki fragment: „Imperializm wykorzystuje wydarzenia w Polsce do demontażu ustroju socjalistycznego od wewnątrz. W zaistniałej sytuacji obawy o losy socjalizmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej są uzasadnione, ale sojusznicy „nie pozostawią socjalistycznej Polski w nieszczęściu””. Ćwiczenie „Zapad – 81” było dla nas kolejnym sygnałem.

KULIKOW I ZESZYT ANOSZKINA

Obecnie kilka słów nawiązujących do roli marsz. Wiktora Kulikowa. Ponieważ różne oskarżycielskie głosy wobec tzw. autorów stanu wojennego próbują „grać tą kartą”, przywołam jego wypowiedzi podczas międzynarodowej konferencji naukowo-historycznej, jaka w listopadzie 1997 roku odbyła się w Jachrance. Mówi on m.in. (zapis odtworzony z taśmy magnetofonowej w książce „Wejdą, nie wejdą” – Wyd. ANEKS, 1999 rok): „Wielokrotnie, jako Głównodowodzący miałem kontakty z towarzyszem Kanią i towarzyszem Jaruzelskim i innymi dowódcami wojskowymi i nikt z nich nigdy nie postawił problemu wkroczenia do Polski” (str. 156). „„Solidarność” w różny sposób, nie będę opisywał, wkroczyła na drogę konfrontacji z partią, z władzą, która wtedy rządziła. Takiej sytuacji dowództwo Układu Warszawskiego nie mogło przyglądać się bezczynnie” (str. 140). „Wszystko to zmuszało nas do utrzymywania wojsk w takim stopniu gotowości, by w odpowiednim momencie mogły działać, jeżeli wymagałaby tego sytuacja” (str. 157). „W Związku Radzieckim, a tym bardziej w Komitecie Centralnym, wszyscy oceniali „Solidarność” jako kontrrewolucję, jako ruch przeciwko któremu trzeba podjąć odpowiednie kroki. Dlatego nie ma co kręcić i mówić inaczej” (str. 258). Ale jednocześnie „kręcił”, mówiąc, że interwencja nie była planowana, a nawet – co zabrzmiało wręcz humorystycznie – że żadnego nacisku (dawlenija) na stronę polską nie było. A jak było z tym „dawleniem”, ilustrują – odnotowane przez moją adiutanturę – aż 22 spotkania i rozmowy, jakie marsz. Kulikow odbył ze mną w 1981 roku. Nie były to przecież rozmowy o pogodzie. W tym kontekście należy spojrzeć na przywoływany przez różne osoby, a niedawno „odgrzany” w niektórych mediach, tzw. zeszyt Anoszkina. Już na pierwszy rzut oka można dostrzec elementarną sprzeczność z tym, co marsz. Kulikow oficjalnie oświadczył na wspomnianej Konferencji. Przypomnę: „Jako Głównodowodzący miałem kontakty z towarzyszem Kanią i towarzyszem Jaruzelskim i innymi dowódcami wojskowymi i nikt z nich nigdy nie „postawił problemu wkroczenia do Polski”. Ale jego adiutant – Anoszkin zapisuje inaczej. W owym „zeszycie” aż roi się od sprzeczności i bredni. Ja i generał Florian Siwicki odnieśliśmy się konkretnie do tego bałamutnego preparatu w listach skierowanych odpowiednio 27 kwietnia
i 28 kwietnia 1998 roku – a więc ponad 10 lat temu – do prof. Andrzeja Paczkowskiego. W skróconej – niestety – wersji zostały one w tymże roku opublikowane w broszurze wydanej przez Instytut Nauk Politycznych PAN (pełne teksty ja i gen. Siwicki na życzenie Wysokiego Sądu oraz ew. innych zainteresowanych możemy udostępnić). Teraz tylko krótka uwaga podważająca wiarygodność owego „zeszytu”. Operuje on skrótami, strzępami myśli i haseł, zawiera różne dziwne adnotacje, w tym subiektywne wrażenia autora. Ma to być swoiste kalendarium czynności marsz. Kulikowa czasie pobytu w Polsce od 7 do 17 grudnia 1981 roku. Co najistotniejsze? Otóż w czasie tych 10-11 dni zeszyt odnotowuje jako jedynego rozmówcę ze strony polskiej gen. Siwickiego. Natomiast nie ma żadnej wzmianki o gen. Molczyku, który był jednocześnie Zastępcą Naczelnego Dowódcy Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, a więc właśnie marsz. Kulikowa. Nie ma też żadnej adnotacji o rozmowach z gen. Szczegłowem, który był Przedstawicielem Naczelnego Dowódcy przy Wojsku Polskim. Te uwagi można by mnożyć. Sądzę, że przynajmniej niektóre – najbardziej jaskrawe – przedstawi gen. Florian Siwicki.

Wysoki Sądzie,
Pozwoliłem sobie poruszyć ten temat, ponieważ różnego pochodzenia sensacyjne „odkrycia” pojawiały się, pojawiają i – być może – pojawiać się będą. Z reguły ich intencją jest upiększenie własnej wówczas dominującej strony – kosztem drugiej zależnej strony. Są też przykłady ewidentnego krętactwa. Do radzieckich, wojskowych „jastrzębi” zaliczaliśmy – mając ku temu pełne podstawy – Szefa Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, gen. Anatolija Gribkowa, na którego zresztą powołują się nieraz różni łowcy „sensacji”. W artykule, jaki został opublikowany we wrześniu 1989 roku na łamach czasopisma „Wojenno-Istoriczeskij Żurnał” znajdują się takie jego stwierdzenia:
• „Państwa – członkowie NATO otwarcie ingerowały w sprawy wewnętrzne kraju (Polski – WJ), a w szczególności okazywały „Solidarności” silne finansowe i materialno-techniczne wsparcie (po zawieszeniu stanu wojennego wszystkich internowanych zwolniono, przy tym niektórzy z nich wrócili do domów jako milionerzy, dzięki szerokiej materialnej pomocy Zachodu i Kościoła”);
• „Kierownictwo „Solidarności” przy pomocy Zachodu tworzyło swoje organy prasowe i w masowej skali rozpowszechniało je wśród ludności. Rozpoczęły nadawanie nielegalne radiostacje. Tworzone były kierownicze organy opozycji. Emisariusze krajów NATO otwarcie penetrowali obszar całego kraju”;
• „Środki oficjalnej masowej informacji – gazety, czasopisma, radio i telewizja – wyszły spod kontroli rządu, nawet centralna prasa partyjna przeszła na stronę „Solidarności”;
• „Zwielokrotniły się prowokacje oraz chuligańskie wyczyny skierowane przeciwko radzieckim wojskowym z Północnej Grupy Wojsk. Szerzył się rozpasany antysowietyzm…”;
• „Kierownictwo „Solidarności” przygotowywało się do decydującego starcia w celu zdobycia władzy”.
Wydawałoby się wszystko jasne. Ale nie – bo w innej części artykułu „jastrząb” zamienia się w „gołębia”, pisze jak na kpiny: „W powstałych warunkach trzeba było siąść przy stole obrad z kierownictwem „Solidarności” oraz z przywódcami religijnymi. Trzeba było znajdować kompromis i podejmować zdecydowane kroki na rzecz socjalnej osłony ludzi pracy”.

SELEKTYWNIE CZYTANY PROTOKÓŁ

Różne brednie na temat tzw. bratniej pomocy „prześwietliłem” konkretnie w opracowaniu – materiale opublikowanym na mocy decyzji Jerzego Giedroyca, w 126. numerze (1998 rok) „Zeszytów Historycznych” paryskiej „Kultury” Jest to obszerne opracowanie (od str. 3 do 54). Nie jest mi znana jakakolwiek jego merytoryczna ocena czy polemika. Natomiast wciąż przywoływane są fragmenty niektórych dokumentów z tzw. Archiwum Susłowa. Akt oskarżenia kwestionuje realność interwencji. Nie podaje dowodów, więc można domniemywać, iż podobnie jak historycy IPN – traktuje jako kluczowy protokół z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 10 grudnia 1981 roku.
Jak odczytywany jest ten protokół?
Po pierwsze – cytaty dobierane są selektywnie, tendencyjnie, z charakterystycznym pominięciem tych, które nie odpowiadają na zapotrzebowanie oskarżycieli tzw. autorów stanu wojennego. Tu trzeba dodać, iż jest to „selekcja z selekcji”. Bowiem stronie polskiej udostępniono tylko nieliczne – przy tym nawet nie kopie – a stosownie dobrane wypisy. Prof. Krystyna Kersten – jako ekspert – na posiedzeniu Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej 19 kwietnia 1994 roku stwierdza: „…Uważam, że zostały wyeliminowane wszystkie materiały, które mówiłyby mniej lub bardziej wyraźnie o przygotowaniach do interwencji”. Z kolei na posiedzeniu 21 czerwca 1994 roku mówi: „…Mamy do czynienia z wypisami i nie ma możliwości dokonania ekspertyzy ich autentyczności… Ponadto brak innych materiałów z KC KPZR, Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Obrony, KGB”. Wreszcie w ekspertyzie złożonej 15 marca 1995 roku prof. Krystyna Kersten pisze: „…Ani rosyjska służba archiwalna, ani Prezydent Jelcyn nie zamierzali zgromadzić i udostępnić polskiej stronie pełnego zestawu dokumentów dotyczących wprowadzenia stanu wojennego w Polsce czy nawet tylko pełnej dokumentacji Biura Politycznego. Co więcej, zestawienie dat protokołów, którymi dysponujemy, ujawnia brak zapisów z najważniejszych okresów”.
Podobnie analizuje i ocenia dokumentację zagraniczną, zwłaszcza radziecką, większość ekspertów Komisji. Jednakże Prokuratura IPN – co wynika ze strony 64 aktu oskarżenia – traktuje ją – bez żadnych wątpliwości – jako wystarczającą podstawę, ażeby postawić najcięższy zarzut.
Po drugie – są w zapisie z 10 grudnia takie stwierdzenia, które każdy myślący człowiek potrafi odczytać właściwie. Andropow: „Stosunek do sytuacji w Polsce formułowany niejednokrotnie przez Leonida Iljicza w jego wystąpieniach powinien – obok obecnej dyskusji lec u podstaw tej polityki, jaką my prowadzimy wobec Polski”. Tego, jak powszechnie znane wystąpienia Breżniewa miały się do tej wypowiedzi – nie warto chyba komentować. Podobnie mówi Susłow: „Nie wolno nam zmienić stanowiska wobec Polski – stanowiska, które zajęliśmy od początku wydarzeń w tym kraju. Niech towarzysze polscy sami decydują, jakie działania mają podejmować”. To skrajna obłuda, podważająca wiarygodność innych części zapisu. Jakie było stanowisko radzieckie „od początku wydarzeń”, pamiętamy aż nadto dobrze.
Po trzecie – co szczególnie istotne – jeśli ktoś uznaje brak zagrożenia interwencją za wiarygodny, to dlaczego nie zada sobie pytania, nie zastanowi się nad, potwierdzoną przez mnóstwo faktów i osób, jaskrawą sprzecznością tej tezy, z konkretnymi, oczywistymi, poświadczonymi m.in. przez bezpośrednich uczestników przygotowaniami do interwencji?! Dlaczego ta w istocie kluczowa okoliczność, ewidentna sprzeczność nie spotyka się z należnym zainteresowaniem? Nasuwa się znane powiedzenie: „Jeśli fakty mówią inaczej, tym gorzej dla faktów”.
Chcę powyższy wywód zamknąć przywołaniem fragmentu mojego oświadczenia złożonego w dniu 9 marca 1993 roku przed sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej: „Wysuwany bywa argument, że nie było decyzji o interwencji, co więcej, jakoby wiedziano, że jej nie będzie. Na początku sierpnia 1968 roku w Bratysławie Dubczek wymieniając z Breżniewem przyjacielskie uściski, wiedział tyle samo. To, że decyzja w sprawie interwencji nie zapadła, nie jest żadnym odkryciem. Gdyby stało się inaczej, spotkalibyśmy się dziś nie przy tym stole, ale być może na seansie spirytystycznym”.

Wysoki Sądzie,
Teraz zwrócę uwagę na manipulacyjną grę „roboczym zapisem” z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 10 grudnia 1981 roku. Otóż Breżniew – przewodniczący owemu posiedzeniu – wcześniej, tj. 7 grudnia odbył ze mną rozmowę telefoniczną. W niej jak zwykle pretensje, przestrogi, sugestie ofensywnych działań. Ja przede wszystkim prosiłem o pomoc gospodarczą, a konkretnie o przyjazd do Polski Przewodniczącego Komisji Planowania Gospodarczego ZSRR – wicepremiera Nikołaja Bajbakowa. W rozmowie tej nie było ani słowa o jakiejkolwiek „pomocy” wojskowej. I rzeczywiście – Breżniew otwierając i prowadząc posiedzenie, nie mówi, że ja o taką „pomoc” zabiegałem. Bajbakow był ostatnim z obecnych na tym posiedzeniu, który przed 10 grudnia (noc z 8 na 9 grudnia) rozmawiał ze mną. Uczestniczył w tej rozmowie również marszałek Kulikow. Jak wynika to z zapisu owego posiedzenia, Bajbakow przedstawił bardzo krytyczną ocenę sytuacji w Polsce, a także nasze wnioski dotyczące pomocy gospodarczej. Ale ani słowa, że była jakakolwiek prośba o „pomoc” wojskową.

PRZEMILCZANE FRAGMENTY

A teraz jakie fragmenty są skrzętnie przemilczane? Rusakow: „Z tego, co mówi Jaruzelski, najwyraźniej wynika, że wodzi nas za nos”. Gromyko: „„Solidarność” występuje jako główna organizacja kontrrewolucyjna, która dąży do władzy i otwarcie ogłosiła, że władzę zdobędzie…”. Andropow: „Ekstremiści „Solidarności” nadeptują kierownictwu PRL na gardło. Oczywiście w takich warunkach towarzysze polscy muszą szybko szykować się do ruchu „x” i przeprowadzić tę operację. Z rozmów z Jaruzelskim wynika, że oni na razie nie mają stanowczej decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego… Jaruzelski oświadcza: zdecydujemy się na operację „x”, gdy narzuci nam ją „Solidarność”. To bardzo niepokojący symptom. Tym bardziej że ostatnie posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR (5 grudnia 1981 – WJ) i podjęta na nim decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego świadczy o tym, że Biuro Polityczne postępuje bardziej zdecydowanie. Ta decyzja przycisnęła Jaruzelskiego i teraz musi się jakoś wykręcić… Wczoraj rozmawiałem z Milewskim i zapytałem go, jakie działania i kiedy są planowane. Odpowiedział, że o operacji „x” i konkretnym terminie jej wprowadzenia nie wie. Tak więc wychodzi na to, że albo Jaruzelski ukrywa przed swoimi towarzyszami plany konkretnych działań, albo po prostu uchyla się od przeprowadzenia tego przedsięwzięcia. …Raz jeszcze chcę powiedzieć, że postawienie sprawy o przydzieleniu towarów jako pomocy gospodarczej ma charakter nachalny i wszystko robi się po to, aby jeśli potem czegoś nie dostarczymy, oni mogli zrzucić winę na nas. Jeżeli tow. Kulikow rzeczywiście powiedział o wprowadzeniu wojsk, to ja uważam, że postąpił niesłusznie”. Ustinow: „Na razie nikt nie może otwarcie mówić o działaniach Jaruzelskiego i my o nich nie wiemy… Rozmawiałem z Siwickim. Powiedział wprost, że my nawet nie wiemy, co myśli generał. Tak więc człowiek pełniący teraz w istocie obowiązki ministra obrony PRL nie wie, co będzie dalej, jakie działania podejmie Prezes Rady Ministrów… Ja też skłonny jestem sądzić, że Polacy chyba nie zdecydują się na konfrontację i być może wystąpią dopiero wtedy, kiedy „Solidarność” weźmie ich za gardło. …Kulikow powtórzył to, co zostało powiedziane przez nas i Leonida Iljicza, że Polski w nieszczęściu nie zostawimy. I on doskonale wie, że sami Polacy prosili, aby nie wprowadzać wojsk. Jeżeli chodzi o nasze garnizony w Polsce, to my je wzmacniamy”… Susłow: „Jaruzelski wykazuje pewną chytrość. Chce odgrodzić się prośbami, które przedkłada Związkowi Radzieckiemu. Próśb tych, rzecz jasna, spełnić fizycznie nie jesteśmy w stanie, a Jaruzelski po tym powie, że przecież zwracał się do Związku Radzieckiego, ale tej pomocy nie uzyskał. Jednocześnie Polacy oświadczają wyraźnie, że są przeciwni wprowadzeniu wojsk. Jeśli wojska zostaną wprowadzone, będzie to oznaczać katastrofę”.
Podkreślę, zapytam – dlaczego tylko te fragmenty są z reguły nieuwzględniane. To przecież wprost nieprzyzwoita selekcja. Niektórzy historycy – przy tym głośni medialnie – emocjonują się głównie wybranymi stwierdzeniami Andropowa, np.: „Nie wiem, jak będą wyglądały sprawy z Polską, ale jeżeli nawet Polska znajdzie się pod władzą „Solidarności”, to będzie jedna strona sprawy. A jeśli na Związek Radziecki rzucą się kraje kapitalistyczne, a oni mają już odpowiednie uzgodnienia o różnego rodzaju sankcjach ekonomicznych i politycznych, to będzie dla nas bardzo ciężkie”. Do nas nie dotarł nawet cień, nawet okruch tego rodzaju informacji i ocen. W szczególności, że znane są „uzgodnienia o sankcjach ekonomicznych i politycznych” oraz że w oczywisty sposób one nam jeszcze bardziej groziły – nas nie poinformowano.
Wszystkie oświadczenia publikacje, wypowiedzi ówczesnych sojuszników aż kipiały od najcięższych oskarżeń pod adresem „Solidarności” i jednocześnie krytyki wobec władz polskich za ich miękkość i ustępliwość. Trzy tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego otrzymałem – zatwierdzone 21 listopada przez Biuro Polityczne KC KPZR – pisemne posłanie Breżniewa Oto fragmenty: „Nie ma dnia, aby liderzy „Solidarności”, kontrrewolucjoniści, nie wygłaszali różnych otwarcie podżegających przemówień, skierowanych przeciwko PZPR i socjalizmowi, wzbudzających namiętności nacjonalistyczne. Bezpośrednim skutkiem tej wrogiej działalności jest niebezpieczny wzrost antysowietyzmu w Polsce… Jak daleko można iść drogą porozumień bez groźby utraty kontroli nad sytuacją? Przecież przeciwnicy klasowi z pewnością spróbują nadać „Frontowi Porozumienia Narodowego” taką treść polityczną, która wzmocniłaby ich ideę, jako minimum podział władzy pomiędzy PZPR, „Solidarnością” i Kościołem, z idącym w ślad za tym demontażem socjalizmu… Teraz jest absolutnie jasne, że bez zdecydowanej walki z przeciwnikiem klasowym niemożliwe jest uratowanie socjalizmu w Polsce”.
Właśnie takie i jeszcze ostrzejsze treści napływały do nas od ówczesnych sojuszników. Roboczy zapis z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 10 grudnia brzmi na tym tle jak surrealistyczny spektakl. Ale jeśli traktuje się go z taką powagą jako arcyważne źródło, to jak w tym świetle wyglądają opinie, w tym wynikające z aktu oskarżenia:
• że „spowiadaliśmy się” z każdego kroku Moskwie;
• że potulnie spełnialiśmy jej życzenia;
• że decyzja o stanie wojennym zapadła wcześniej, że była od dawna przesądzona.

Wysoki Sądzie,
Nie neguję, iż nasi sąsiedzi mieli obawy i wahania. Wbrew uporczywie powtarzanym insynuacjom nigdy nie twierdziłem, że było inaczej. Wkroczenie to był dla nich też „czarny scenariusz”. Ale jednocześnie stosowali naciski i czynili widoczne gołym okiem przygotowania. Tu sparafrazuję słynne powiedzenie: „Nie chcieli, ale by musieli”. Obowiązkiem nas, władzy, było stałe odczytywanie, jaka jest rozpiętość między tymi dwiema pozycjami. Mieć świadomość, że logika wydarzeń wciąż je zawęża. A w sytuacji ekstremalnej nieuchronnie doprowadzi do interwencji. Taka ekstremalna sytuacja – zwłaszcza w obliczu 17 grudnia 1981 roku – „stała za progiem”.

BRATNIA CZESKA POMOC

Niezmiennie oświadczałem, że musimy nasze polskie problemy rozwiązywać we własnym zakresie, własnymi siłami. Jeśli zajdzie potrzeba, mogę przywołać udokumentowane tego przykłady, m.in. na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju 13 września – co zresztą na str. 52 potwierdza akt oskarżenia – oraz w orędziu, jakie wygłosiłem rano 13 grudnia 1981 roku. Zacytuję stosowny fragment: „Z tego kryzysu musimy wyjść o własnych siłach. Własnymi rękami musimy odsunąć zagrożenie. Historia nie przebaczyłaby obecnemu pokoleniu zaprzepaszczenia tej szansy”. W protokole z pierwszego posiedzenia Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, które odbyło się 14 grudnia, znajduje się moje stwierdzenie: „Wprowadzenie stanu wojennego pozwoli rozwiązać wewnętrzne problemy własnymi siłami”. I dalej: „niedopuszczenie do umiędzynarodowienia sprawy polskiej”. Prokuratura próbuje jednak wykazać, że było inaczej. W tym celu ucieka się nawet do pewnego zabiegu. Otóż – akt oskarżenia na str. 64 – mówiąc o ostatnim, przed wprowadzeniem stanu wojennego, tj. w dniu 5 grudnia, posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR – stwierdza: „Na tym posiedzeniu nie została podjęta decyzja ostateczna”. To bardzo ważna konstatacja w istocie rzeczy sprzeczna z wymową całego aktu oskarżenia. Dalej cytuję: „Rozważano koncepcje, gen. Wojciech Jaruzelski oświadczył, że czas, miejsce i sposoby działania zależeć będą od wielu okoliczności, w tym od działań „przeciwnika””. Co znamienne – akt oskarżenia obcina ostatnie słowa tego zdania, które wg protokołu brzmią: „…od wsparcia wewnętrznych sojuszników”. Podkreślam – wewnętrznych sojuszników. O zewnętrznych ani słowa. Ze strony Prokuratury to zabieg bardzo czytelny. Jednocześnie akt oskarżenia na tejże 64 stronie przedstawia, co najmniej dziwną, opinię o posiedzeniu Komitetu Ministrów Obrony Układu Warszawskiego, które wcześniej, bo w dniach 1-4 grudnia 1981 roku odbyło się w Moskwie. W moim zastępstwie uczestniczył w nim Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, gen. Florian Siwicki. On też niewątpliwie przedstawi Wysokiemu Sądowi jej przebieg. Dotychczas bowiem eksploatowane są głównie niektóre, wyrywkowe informacje, zwłaszcza na podstawie źródeł czechosłowackich. Ja ograniczę się do kluczowego zdania z informacji opracowanej w Ministerstwie Obrony Narodowej Czechosłowacji: „Tow. Siwicki… stwierdził, że PRL ma jeszcze dosyć sił własnych do rozwiązania sytuacji. Nie chodzi więc o żadne kroki wojskowe, ale moralno-polityczne poparcie dla partyjnego i państwowego kierownictwa PRL”. Kontynuując ten wątek, przywołam konkluzję raportu Komisji Śledczej Parlamentu Republiki Czeskiej, pod przewodnictwem deputowanego Pavla Tollnera, która m.in. badała przygotowania do interwencji w Polsce: „Można domyślać się powodów, dla których nie doszło do planowanego wkroczenia. Z pewnością niemałą rolę odegrała postawa armii polskiej pod dowództwem Wojciecha Jaruzelskiego, co w grudniu zakończyło się wprowadzeniem stanu wojennego”. Z materiałów czechosłowackich można dowiedzieć się też o ćwiczeniu „Karkonosze”. O wyposażeniu wojsk przygotowywanych do interwencji w pałki, gazy łzawiące i armatki wodne. O wymianie żołnierzy mniej pewnych politycznie na niebudzących w tym względzie wątpliwości. Wreszcie o operacji specjalnej „Sever”, zatwierdzonej przez Prezydenta Czechosłowacji – Gustawa Husaka. Więcej szczegółów może przedstawić Wysokiemu Sądowi prof. Jerzy Wiatr, który – jako Przewodniczący Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej – przebywał dwukrotnie (29 listopada 1994 i 2 maja 1995 roku) w Pradze. W tej drugiej wizycie towarzyszyli mu członkowie Komisji – posłowie: Jacek Taylor, Roman Borek, Andrzej Ostoja-Owsiany oraz Sekretarz Komisji Małgorzata Służewska-Idzikowska. Odbyły się rozmowy z Pavlem Tollnerem oraz innymi kompetentnymi osobami. Szczególnie istotne było oświadczenie eksperta ze strony Ministerstwa Obrony, płk. Antonina Kriża, który na podstawie zgromadzonych materiałów archiwalnych stwierdził, iż zagrożenie interwencją w Polsce pojawiło się w 1980 roku i trwało przez cały 1981 rok.

POWODY DO NIEPOKOJU

Wysoki Sądzie,
W tym miejscu w kontekście słowa „pomoc” nie mogę pominąć bardzo ważnego faktu. Opisywałem go kilkakrotnie – jeszcze przed pojawieniem się „Archiwum Susłowa”, m.in. 12 grudnia 1992 roku na łamach „Gazety Wyborczej”, a później we wspomnianym już 126. numerze z 1998 roku „Zeszytów Historycznych” paryskiej „Kultury”. Mówię tam o spotkaniu, jakie 12 grudnia o godz. 9.00 odbyłem z generałami: Michałem Janiszewskim, Czesławem Kiszczkiem i Florianem Siwickim. Oceniliśmy sytuację. Doszła do krawędzi. Wiedzieliśmy, że jeśli obrady w Gdańsku nie przyniosą cienia nadziei, pozostanie tylko wybór „mniejszego zła”. Gen. Siwicki, który był wciąż pod wrażeniem rozmów 4 grudnia w Moskwie, zapytał: „A jaka jest gwarancja, że jeśli nawet my rozpoczniemy akcję, to nie wejdą?”. W obecności generałów próbowałem połączyć się z Breżniewem. Poproszono Michaiła Susłowa. Był mało komunikatywny, chyba już ciężko chory, zresztą za miesiąc zmarł. Zapytałem: „Czy jeśli wprowadzimy stan wojenny, to będzie nasza wewnętrzna sprawa”. Odpowiedział: „Tak”. „A jeśli sytuacja się skomplikuje?”. Pamiętałem wciąż powtarzane: „My Polski nie pozostawimy w nieszczęściu”. Odpowiedź Susłowa: „Przecież zawsze mówiliście, że własnymi siłami dacie sobie radę”. My zaś obserwowaliśmy wciąż niepokojące fakty, zwłaszcza w sferze wojskowej, od których było aż gęsto. Co więcej – te właśnie fakty tym bardziej nakazywały spojrzeć nieufnie na owo stwierdzenie Susłowa. Można je było odczytywać: „nie wejdziemy, jeśli wy sami to zrobicie”.
W nawiązaniu do powyższego należy przytoczyć fragment z książki gen. Witalija Pawłowa pt.: „Byłem rezydentem KGB w Polsce”. Pisząc o mojej telefonicznej rozmowie z Susłowem, stwierdza on, iż Susłow: „potwierdził wówczas, że Związek Radziecki nie będzie bezpośrednio mieszał się do polskich spraw i że w żadnym wypadku nie skieruje do Polski swoich wojsk, czym – wydaje się – uspokoił Jaruzelskiego”. „Uspokoił”, a więc przyznaje, że były powody do niepokoju. Mówienie po latach, iż nie tylko interwencja nie groziła, ale nawet strona polska o nią prosiła i jej oczekiwała, to już nie tylko kłamstwo – to również szyderstwo ze zdrowego rozsądku, robienie „głupców” nie tylko z Polaków, ale i z polityków i wojskowych innych krajów, którzy zgodnie z brutalną logiką podzielonego wówczas świata mieli uzasadnione przekonanie, iż interwencja jest realna, a w określonej sytuacji nawet nieuchronna. Akt oskarżenia to ignoruje.

Wysoki Sądzie,
Żaden odpowiedzialny polityk nie może oceniać sytuacji statycznie – „nigdy nie powie nigdy”. Zagrożenie to nie meteor. Dziś jest tak, a jutro może być inaczej. Zmiany w sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej mogą w każdej chwili przynieść różne rozwiązania. Decyzja podjęta w dniu x może być zrewidowana w dniu y. Znane jest przecież dobrze falowanie, zmienność ocen, a co za tym idzie i decyzji podejmowanych wobec Węgier, Czechosłowacji, Afganistanu, Warto też pamiętać, jak rodziły się decyzje o różnych działaniach interwencyjnych, podejmowanych przez niektóre państwa zachodnie. Byłoby więc naiwnością i karygodną, wręcz zbrodniczą beztroską niebranie zarówno tych historycznych doświadczeń, jak i aktualnych przesłanek pod uwagę. Tym bardziej iż sytuacja zmierzała w coraz bardziej niebezpiecznym kierunku. Powyższe uzupełnię. Prof. Krystyna Kersten uczestniczyła jako ekspert w posiedzeniach Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej 24 października, 7 listopada i 12 grudnia 1995 roku. Stwierdziła: „Nie możemy powiedzieć jednoznacznie, że stan zagrożenia państwa był realny. Nie możemy także powiedzieć, że go nie było. Znamy bowiem konsekwencje decyzji, która została podjęta, nie znamy natomiast konsekwencji ewentualnego wstrzymania się od tej decyzji”. I dalej: „Odpowiadając wprost na postawione pytanie, uważam, iż gen. Jaruzelski i inne osoby podejmujące decyzje miały wszelkie podstawy ku temu, by sądzić, że działały w stanie wyższej konieczności”.

ZAUFANIE DO WOJSKA

Kwestią „życia i śmierci”, rozumu i honoru było niedopuszczenie do interwencji, uporania się z naszymi polskimi problemami, w ramach kraju, własnymi siłami. W przeciwnym wypadku mielibyśmy nie stan wojenny, ale stan wojny ze wszystkimi tego nieobliczalnie katastrofalnymi skutkami. W materiałach NRD-owskich i czechosłowackich znajdują się relacje z rozmów z polskimi oficerami, generałami, z których wynika ich zdecydowany sprzeciw wobec ewentualnego wkroczenia do Polski obcych wojsk. Wszyscy podkreślali, że jesteśmy w stanie własnymi siłami zapewnić stabilność i bezpieczeństwo naszego kraju. Imputowanie, że były rachuby na zewnętrzną wojskową tzw. pomoc, znieważa przede wszystkim Wojsko Polskie, podaje w wątpliwość jego patriotyczną postawę i motywacje. Świadomie – czy nieświadomie – zakłada, iż stanąć ono by mogło „ramię w ramię” z interwentami. Przecież nie mając pełnego zaufania i poparcia Wojska, żołnierzy, nie było możliwe podjęcie i zrealizowanie sprzecznej z ich przekonaniami decyzji i postępowania. Wreszcie elementarna logika – po co, jaki sens miałoby liczenie na tzw. pomoc?! Przecież ocena sytuacji w ostatnich miesiącach 1981 roku wskazywała, iż udręka zaopatrzeniowa, anarchizacja życia, gwałtowny wzrost przestępczości, powodują skrajne zmęczenie społeczeństwa i – niezależnie od politycznych orientacji – oczekiwanie na jakiś przełom, na spokój, na normalne ludzkie bytowanie. Można powiedzieć sytuacja dojrzewała psychologicznie. Po wprowadzeniu stanu wojennego, znalazło to zresztą potwierdzenie w ograniczonym wymiarze akcji strajkowych – mimo iż naród nasz do lękliwych nie należy.
Jedną z gwarancji była dobra kondycja Wojska Polskiego, jego poczucie państwowej, patriotycznej odpowiedzialności, zaufanie i sympatia, jakimi cieszyło się w społeczeństwie. Ewidentnym tego miernikiem były wyniki Ośrodka Badania Opinii Publicznej (OBOP), które wykazały, iż w listopadzie 1981 roku zaufanie do Wojska osiągnęło rekordowe 93 procent. Podobne informacje o nastrojach docierały z Wojskowych Terenowych Grup Operacyjnych. Nie była to więc loteria, igranie z losem, ale realistyczny rachunek konieczności i możliwości. W tym miejscu, bardzo ważna informacja. W ramach realizacji stanu wojennego zostały użyte znaczne masy wojsk i sprzętu, w tym ponad 1800 czołgów, około 4000 wozów bojowych piechoty i transporterów opancerzonych, wiele ciężkiej broni. Z tego bardzo niewielka część weszła do miast, głównie w celach demonstracyjno-ochronnych. Zdecydowana większość znajdowała się w rejonach ześrodkowania – przy tym z reguły pokrywających się z tymi, a więc w istocie blokującymi te – w których Sztab Generalny Armii Radzieckiej planował w grudniu 1980 roku rozmieszczenie interwencyjnych dywizji. Z tą myślą zabezpieczone zostały również lotniska. Rozmieszczono na nich grupy żołnierzy oraz transportery SKOT. Biorąc pod uwagę, iż każde zakłócenie w infrastrukturze na liniach komunikacyjnych Wschód-Zachód mogło mieć groźne następstwa, zaplanowano ich ochronę siłami wojskowymi – w sumie ponad 10 tysięcy żołnierzy. Co więcej – na zapasowe stanowiska dowodzenia wyszły dowództwo i sztab Frontu Polskiego oraz dowództwa i sztaby Armii wydzielone z Warszawskiego, Pomorskiego i Śląskiego Okręgów Wojskowych (nie trzeba być strategiem, specjalistą wojskowym, aby odczytać to właściwie). Była to więc swoista demonstracja, że własne siły są wystarczające dla sprostania każdej sytuacji.

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia na str. 69 ogranicza zeznanie świadka – gen. Eugeniusza Molczyka – do potwierdzenia, że przedstawiciele Związku Radzieckiego zapoznawali się z dokumentami dotyczącymi stanu wojennego. Natomiast pomija to, co najistotniejsze. Otóż – gen. Molczyk był Wiceministrem Obrony Narodowej PRL i Generalnym Inspektorem Szkolenia, a jednocześnie Zastępcą Naczelnego Dowódcy Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego. Z tego też tytułu stosunki z marsz. Kulikowem, z innymi radzieckimi dowódcami miał najczęstsze, najbardziej naturalne, oparte przy tym na szczególnym zaufaniu, a jego wiedza o zamierzeniach i działaniach ówczesnych sojuszników musiała być największa. Gen. Molczyk w dniu 6 czerwca 1995 roku składał jako świadek zeznania przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej.
Oto pytania zadane mu przez posła Jacka Taylora: „Co znaczy zastąpienie wojsk Układu Warszawskiego własnymi wojskami?”.
Odpowiedź: „Plan ten zawierał następujące główne tezy. Według koncepcji Układu Warszawskiego, Warszawę miały otoczyć 3 lub 4 dywizje radzieckie, w tym jedna dywizja powietrzno-desantowa oraz 2-3 dywizje pancerne. Podobne operacje miały mieć miejsce w głównych ośrodkach kraju. Były to straszne zamiary. Wprowadzenie do Polski wojsk Układu Warszawskiego, tj. wojsk radzieckich, niemieckich i czeskich, mogło oznaczać wszystko, co najgorsze. Przejęcie tych zadań przez Wojsko Polskie oznaczało opanowanie sytuacji naszymi polskimi rękoma, co też zostało uczynione”.
P.: „Czy w grudniu istniała jakaś obawa, czy niepokój o to, że jeśli wykonanie stanu wojennego napotka trudności, jeśli np. odbyłby się duży strajk generalny, czy pracownicy kluczowych zakładów pracy zabarykadowaliby się i polskie siły zbrojne oraz milicyjne nie umiałyby sobie poradzić z sytuacją, czy istniał wtedy jakiś plan sięgnięcia do pomocy interwencji z zewnątrz?”.
O.: „Groźba takiej interwencji istniała przez cały czas”.
P.: „Czy także w grudniu 1981?”.
O.: „Oczywiście, że tak”.
P.: „A czy plan przewidywał, że jeśli rodzime wojska nie dadzą sobie rady z sytuacją, to obce wojska im pomogą?”.
O.: „Taki plan nie istniał, w każdym razie mnie nic o nim nie wiadomo”.
Pytanie zadane przez posła Andrzeja Micewskiego:
„Dlaczego stan wojenny, który został przygotowany już rok wcześniej, został wprowadzony dopiero 13 grudnia 1981 roku?”.
O.: „Zagrożenie właściwie istniało przez cały czas, jednak nie kwapiono się do tego, aby wprowadzić stan wojenny. Miał on być zrealizowany własnymi siłami, co wynikało m.in. z potrzeby przeciwdziałania wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Polski. Liczyliśmy na to, że uporamy się własnymi siłami, i że nie dojdzie do obcej interwencji – co do tego jestem przekonany. Co się tyczy natomiast ewentualności, co stałoby się, gdyby Wojsko Polskie samo nie dało sobie rady z tą operacją, to nie wiadomo mi, aby istniał na tę okoliczność jakiś inny wariant działania”.
Pytania zadane przez posła Bogdana Borusewicza:
P.: „Czy był to plan mający na celu przeciwstawienie się ewentualnej interwencji, czy też plan realizacji stanu wojennego?”.
O.: „Plan realizacji stanu wojennego był zarazem planem, którego celem było przeciwdziałanie interwencji wojsk obcych”.
P.: „Jak Pan ocenia rzeczywiste zagrożenie interwencją w grudniu 1980 i w grudniu 1981 roku? Czy w obu tych okresach zagrożenie było równie realne?”.
O.: „Była to wyraźnie realna groźba zarówno w 1980, jak i w 1981 roku”.
P.: „A czy słyszał Pan o podobnych ruchach wojsk krajów sąsiednich w 1981 roku w grudniu?”.
O.: „Wszystkie elementy tych przygotowań były aktualne przez cały 1981 rok i można przypuszczać, że w pewnych okresach rygory tych gotowości bojowych były łagodzone, zaś okresowo były one podwyższane. Z całą pewnością w końcu 1981 roku stopień gotowości tych wojsk był wysoki”.

DOWODY ARCHIWALIÓW

Tu dodam jeszcze jedno – aspekt techniczno-sztabowy. Gdyby wariant jakiegoś udziału wojsk Układu Warszawskiego w naszym wewnętrznym konflikcie był brany pod uwagę, musiałoby wiedzieć o tym jakieś grono osób. Niemożliwe byłoby tego typu działanie czy skomplikowane współdziałanie bez uprzednich kontaktów i ustaleń. Żyją ówcześnie działający ludzie, są bogate materiały archiwalne. Kukliński – tkwiący w samym „jądrze” przygotowań stanu wojennego, którego świadectwo chętnie jest przywoływane – na ten temat nie mówi ani słowa. Wreszcie prof. Andrzej Paczkowski – w ekspertyzie skierowanej 10 lutego 1995 roku do Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej pisze, że nie natrafił na żaden tego rodzaju ślad. Jak długo jeszcze trzeba będzie to tłumaczyć?

Wysoki Sądzie,
Prokuratura w akcie oskarżenia kilkakrotnie zaznacza, że plany przygotowania stanu wojennego były udostępniane naszym ówczesnym sojusznikom, że udzielali różnych konsultacji oraz sprzętowej i poligraficznej pomocy. Wyprowadza stąd, na str. 54, wniosek, że „w 1981 roku nie było żadnej groźby interwencji państw Układu Warszawskiego w Polsce”. Realność była inna. Przecież pozostając w Układzie Warszawskim, mając jego przedstawicielstwa oraz liczne kontakty z Dowództwem i Sztabem Zjednoczonych Sił Zbrojnych, nie mieliśmy ani możliwości, ani chęci, aby to ukryć. Tym bardziej że na te przygotowania usilnie nalegano, chciano je przyspieszyć. Próbowano nawet – o czym zresztą na str. 97 mówi akt oskarżenia – narzucić stronie polskiej, radziecką wersję dokumentacji. Jej założenia były niezwykle radykalne. Zostały przez nas odrzucone. Podobnie jak do końca nie ulegliśmy naciskom, ażeby wszystkie dokumenty – włącznie z dekretami – zostały zawczasu podpisane. Jednocześnie – informując o prowadzonych pracach i dokumentach, uzyskując pewną materialną pomoc, potwierdzaliśmy sojuszniczą wiarygodność oraz determinację zapewnienia stabilności państwa własnymi siłami. I to właśnie było najważniejsze.

GORZKA PAMIĘĆ

Dzisiaj, żyjąc w innym historycznym czasie, w całkowicie odmiennej rzeczywistości – można „wybrzydzać” na treść i formę stosunków panujących w bloku. Treść była pochodną powojennego podziału świata. Ci, którzy twierdzą, iż Polska była zniewolona, zwasalizowana, nawet okupowana, jednocześnie kierują wobec władz PRL absurdalne oskarżenia. Że mogły one „robić swoje” wbrew tym uwarunkowaniom, postępować jak w warunkach pełnej, nieograniczonej suwerenności. Dlaczego suwerenność była ograniczona – to pytanie nie do naszego pokolenia. W ówczesnych realiach, chodziło o stworzenie i zapewnienie Polsce optymalnej pozycji. W tym też mieściła się i forma. Różne deklaracje, zaklęcia, gesty wobec sojuszników należały do pewnego rytuału, który paradoksalnie – nie zawężał, a niejednokrotnie poszerzał możliwość własnych rozwiązań. Fanfaronada, „kogucie” ruchy i odruchy Ceausescu nie na wiele się zdały, w ostatecznym rachunku ogromny koszt poniósł naród rumuński. W niedemokratycznym świecie – zresztą nie tylko – są zawsze „silniejsi i słabsi, ważni i ważniejsi, równi i równiejsi” – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Gorzką pigułkę słabszego musiało połykać wielu polityków i wojskowych. Chociażby Stanisław Mikołajczyk, od Premiera Wielkiej Brytanii, Winstona Churchilla. Podobnie gen. Władysław Anders. W swej książce pt. „Bez ostatniego rozdziału” pisze o rozmowie, która odbyła się 21 lutego 1945 roku w Londynie: „Churchill (bardzo gwałtownie). Wy sami jesteście temu winni. Już dawno namawiałem Was do załatwienia sprawy granic z Rosją Sowiecką i oddania jej ziem na wschód od linii Curzona. Gdybyście mnie posłuchali, dzisiaj cała sprawa wyglądałaby inaczej. Myśmy wschodnich granic nigdy nie gwarantowali. Mamy dzisiaj dosyć wojska i waszej pomocy nie potrzebujemy. Może pan swoje dywizje zabrać. Obędziemy się bez nich”. Jasno, dobitnie, nawet brutalnie. Przykłady można by mnożyć. Interesy mocarstw – niezależnie od ich ustroju – są ważniejsze niż sentymenty. O tym w latach 1980-1981 należało szczególnie pamiętać. Kto tego nie rozumie, będzie się oczywiście „gorszył” wyakcentowanymi w akcie oskarżenia relacjami w bloku.

Wysoki Sądzie,
Akt oskarżenia na str. 76-90 przedstawia oceny, decyzje, działania władz po wprowadzeniu stanu wojennego oraz zastosowane wówczas zakazy, rygory, represje. Rozumiem i szanuję gorzką pamięć ówcześnie nimi dotkniętych. Jednakże Prokuratura nie zauważa realiów i uwarunkowań owego czasu. Ale zanim o nich powiem, przypomnę pojęcie – „mniejsze zło”. Ma ono oczywiście swój konkretny wymiar, nie zamierzam go pomniejszać. To, co wykraczało poza normy, mające uzasadnienie w nadzwyczajnym charakterze sytuacji, zasługuje na zdecydowanie krytyczny osąd. Tym bardziej że podważało – w najlepszej intencji, z najwyższych trybun – składane oświadczenia: „odrzucamy odwet i porachunki” czy też „nie pytamy, kto skąd przychodzi, a jedynie dokąd chce iść”. To, co w praktyce temu przeczyło – chociaż nie o wszystkim mogłem wiedzieć i na wszystko mieć wpływ – przyjmuję również jako swoją moralną i polityczną odpowiedzialność. Byłem na szczycie piramidy władzy – i jeśli nawet jakiś milicjant bezzasadnie użył pałki, już nie mówiąc o poważniejszych nadużyciach władzy, niegodziwościach, wreszcie idiotyzmach – osobiście ubolewam, żałuję, przepraszam. W tym miejscu nie w trybie usprawiedliwienia, a jedynie uzupełnienia, przywołam słowa prof. Andrzeja Paczkowskiego z książki pod „rynkowym” tytułem: „Wojna polsko-jaruzelska”, z „Czasem Apokalipsy” na okładce. Na str. 109 pisze on: „Przewodniczący WRON kilkakrotnie występował przeciwko braniu odwetu na ludziach „Solidarności”, którzy tak mocno zaszli za skórę aktywistom partyjnym, zwłaszcza w zakładach pracy. Postponowali ich, zdarzało się, że im grozili… To, że generał musiał powtarzać takie upomnienia, świadczy o tym, że było to zjawisko dość rozpowszechnione”. Do tego dodam, niestety zdecentralizowaną i niekontrolowaną – wprost bezsensowną – skalę, a także niewłaściwą formę niektórych internowań czy weryfikacji oraz zwolnień z pracy, już nie mówiąc o czynach przestępczych. W książce „Stan wojenny. Dlaczego…” opisałem to w rozdziale – nieprzypadkowo zatytułowanym „Jak cierń”. Wszystko to „bumerangiem” wracało i godziło w wiarygodność intencji władzy. Szczególnie drastyczny przykład – to zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki w październiku 1984 roku. Dla osób najbliższych, dla Kościoła, dla wiernych i po prostu dla normalnych ludzi ta ohydna zbrodnia powodowała moralny sprzeciw i ból. Pojawiają się wciąż podejrzenia i pytania – kto za tym stał, w czyim to było interesie? Tylko polityczny gracz i spekulant lub po prostu głupiec – może adresować to do władz PRL, uznając je w ten sposób albo za samobójców, albo za kretynów. To przecież był przede wszystkim cios w naszą politykę, w proces stabilizowania nastrojów, w coraz pomyślniej kształtujące się stosunki państwo-Kościół.

POUFNA ROZMOWA

Chociaż akt oskarżenia tego faktu nie podejmuje, czułem się w obowiązku – mówiąc o latach 80. – przedstawić go Wysokiemu Sądowi. Wracam jednak do sytuacji powstałej bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego. Otóż, czego Prokuratura nie widzi czy nie chce widzieć? Był to „krajobraz po bitwie”. Ludziom władzy, jej zwolennikom – z konfliktów i zagrożeń 1981 roku – pozostały w pamięci różnego rodzaju lęki, zadry i urazy. Sumowały się one z nowymi okolicznościami i faktami. Wśród nich burzliwe demonstracje, liczne ekscesy, różnego rodzaju fakty sprzeczne z obowiązującym wówczas prawem. Po latach, w nowej rzeczywistości ustrojowej Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, faktycznie potwierdziło to w swych opracowaniach. Oczywiście ich celem, istotą było oskarżenie, napiętnowanie byłej władzy. Jednakże „po drodze” nie dało się pominąć tego, co na takie czy inne jej postępowanie miało bezpośredni lub pośredni wpływ. Wskażę przykładowo charakterystyczną pozycję – wydany w 1999 roku, liczący 565 stron, księgozbiór pt. „Stan wojenny w Polsce. Kalendarium wydarzeń 13 grudzień 1981 – 31 grudzień 1982”. Opatrzony notką „Od Wydawcy” podpisaną przez Bogdana Borusewicza oraz „Wstępem” autorstwa dr. Antoniego Dudka. Owa książka zawiera wyciąg z informacji przesyłanych z Wojewódzkich Komend MO do MSW. Wiele z nich ma charakter – dziś można powiedzieć – banalny. Ale były też sygnały groźne, w tym o faktach mających znamiona sabotażu i dywersji. Pan Antoni Dudek we wspomnianym „Wstępie” przyznaje, że aczkolwiek struktury „Solidarności” stanowiły trzon działającej nielegalnie opozycji, to funkcjonowały także inne organizacje, jak chociażby Konfederacja Polski Niepodległej, „Solidarność Walcząca”, Ruch Społeczny „Wolność, Sprawiedliwość, Niepodległość”, Organizacja „Niepodległość”, a także liczne grupy tworzone spontanicznie, zwłaszcza przez młodych ludzi. Należy też przypomnieć hasła: „zima wasza, wiosna nasza”, „pracuj jak żółw”, różne formy bojkotu, popieranie, a nawet przestrzeganie przed zniesieniem zachodnich restrykcji ekonomicznych, godzących przecież w warunki bytu całego społeczeństwa. To raziło szczególnie – w porównaniu z pobłażliwością, a nierzadko nawet z poparciem, z przyjaznymi gestami, jakie niektóre zachodnie rządy okazywały, okrutnym reżimom, od Ceausescu – poczynając, na różnych arabskich feudałach i krwawych południowo-amerykańskich dyktatorach kończąc. Znane też było finansowo-techniczne zasilanie „Solidarności” z zagranicy m.in. przez instytucje rządowe USA. Po latach potwierdził to kompetentnie były doradca Prezydenta Reagana, prof. Richard Pipes.
Zarówno w intencjach podziemnych władz „Solidarności”, jak i polityków zachodnich nie leżało – jak sądzę – zwiększenie ekonomicznego uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego, od Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG). Ale skutek był właśnie taki. Rzutowało to tym samym i na pole manewru politycznego. Są liczne, udokumentowane tego dowody. Szczególnie charakterystyczne zawiera protokół z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 26 kwietnia 1984 roku. Jest to sprawozdanie, jakie Andrej Gromyko i Dmitrij Ustinow – de facto najbardziej wpływowe wówczas postacie radzieckiego kierownictwa – złożyli z wielogodzinnej rozmowy ze mną, jaka odbyła się w poufnym trybie, na granicznej stacji kolejowej, w Brześciu nad Bugiem. Ten protokół jest dostępny – chociaż nie w aktach sprawy. A teraz krótko: była to relacja z tej rozmowy. Wobec mnie, ówczesnej polityki polskich władz, wielowymiarowo krytyczna – uwagi i pretensje, zastrzeżenia i ostrzeżenia. Sekretarz Generalny Konstantin Czernienko podsumowuje: „Rzeczywiście, nie mogą nie niepokoić wydarzenia w Polsce. Wychodzą one daleko poza ramy narodowe i dotyczą losów całej wspólnoty socjalistycznej, mają jak najbardziej bezpośredni związek z naszym bezpieczeństwem”.
Podkreślę – to już rok 1984. Wcześniej było dramatycznie trudniej, groźniej.
Wysoki Sądzie,
W akcie oskarżenia następuje swego rodzaju „przeskok” ponad historycznym czasem: od zniesienia stanu wojennego w lipcu 1983 roku – do listopada 1989 roku, kiedy to, cytuję ze str. 92: „W Komitecie Centralnym PZPR zostały podjęte działania, związane z zacieraniem śladów, wskazujących na rzeczywiste przesłanki wprowadzenia stanu wojennego… działania takie miały na celu przeciwdziałanie próbie podjęcia tematyki stanu wojennego oraz zdyskontowania jej dla dyskredytacji PZPR i ówczesnych oraz obecnych jej przywódców”. Jak widać, w KC myślano i przewidywano racjonalnie, choć mało skutecznie. Bowiem dyskredytacja wówczas rozpoczęta trwa po dzisiejszy dzień. A zacieranie – tylko innych – „śladów” czyni raczej Prokuratura IPN, zubożając akta sprawy o część wielce istotnych dokumentów i materiałów.
Ubolewam, iż Prokuratura sięgając w jesień 1989 roku, w ogóle nie zauważa drogi, jaka do tego historycznego momentu doprowadziła. Rozumiem, że wykracza to poza ramy aktu oskarżenia. Ale obrona, oskarżeni muszą przypomnieć, że wprowadzenie stanu wojennego to nie była po prostu droga „na ślepo”. Niezależnie od wszystkich błędów i przeszkód, przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez ogromnych ofiar, bez rzeki krwi, nie paląc mostów do przyszłych konstruktywnych rozwiązań. To jest, kiedy – i władza, i opozycja dojrzeliśmy wspólnie – dojrzały warunki wewnętrzne, a przede wszystkim zewnętrzne do wejścia na drogę zasadniczych przemian. Te zewnętrzne – dziś często niedoceniane. W rozmowie ze mną w Watykanie w 1987 roku Jan Paweł II określił słowami: „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa”. Wracał zresztą do tego tematu niejednokrotnie. Miał świadomość, iż bez zasadniczych przemian w Związku Radzieckim nie udałoby się dokonać historycznego przełomu w Polsce, a następnie w całym bloku. Bowiem wbrew niektórym polonocentrycznym sądom, to nie „Solidarność” „urodziła” Gorbaczowa. Nie stanął on przecież „na szczycie” w pierwszych latach 80., tj. wtedy, kiedy „Solidarność” stanowiła potęgę, a także później, gdy chociaż nielegalna, była wciąż silna i aktywna, ale wtedy – marzec 1985 roku – kiedy przeżywała faktycznie swój głęboki „niż”.
Już wcześniej widać było, że „solidarnościowa” aktywność gaśnie. We wstępie do książki „Stan wojenny w Polsce. Kalendarium wydarzeń 13.12.1981-31.12.1982” dr Antoni Dudek pisze: „…głównie nastroje apatii oraz zniechęcenia zmęczonego i zestresowanego społeczeństwa sprawiło, że protesty w dniu 10 listopada 1982 roku stały się największą porażką podziemnej „Solidarności”. Do krótkich przerw w pracy (trwających od 10 minut do 2 godzin zamiast zaplanowanych 8 godzin) doszło zaledwie w 28 zakładach pracy na terenie 13 województw”.

„LABORATORIUM” DLA PIERESTROJKI

W następnych latach kryzys „Solidarności” pogłębiał się. W roku 1984 powstała sytuacja, w jakiej dojrzała gotowość „czołówki solidarnościowych” więźniów do zaniechania na kilka lat aktywnej działalności opozycyjnej, przy tym połączona z możliwością wyjazdu za granicę. Szczegóły są dokładnie opisane i udokumentowane w książce „Czesław Kiszczak mówi… prawie wszystko” (str. 207-218) – Wyd. BGW, 1991 rok. Chcę jedynie podkreślić, że o załamaniu tej, uzgodnionej ze stroną kościelną koncepcji, przesądził zdecydowany, nawet gwałtowny sprzeciw Adama Michnika. Nie muszę chyba dodawać, co oznaczałaby jej realizacja. Krótko mówiąc, Michnik – w istocie rzeczy uratował „Solidarność” przed głębokim polityczno-psychologicznym wstrząsem. Oczywiście, wciąż pozostawał mocny „filar” – Lech Wałęsa.
„Nadrabianie miną” przez niektóre polityczne kręgi, z założeniem, iż można było wobec władzy przyjąć stanowisko bardziej radykalne lub też poczekać, aż sama upadnie, mija się z rzeczywistością. „Solidarność” w drugiej połowie lat 80. była jeszcze słaba. Przyznał to nawet Antoni Macierewicz w rozmowie z Jackiem Kurskim i Piotrem Semką, zamieszczonej w książce pt. „Lewy czerwcowy” – mówiąc, cytuję: „„Solidarność” była słabiutka, wręcz zdychająca”. Wszystko to nie podważa doniosłej, historycznej roli „Solidarności”. Powtarzam to niezmiennie. Kryzys lat 80. jej kadra, aktyw przetrwały, nadal działając tajnie, a im dalej – bardziej jawnie. Doszło do Okrągłego Stołu. Tu chcę z szacunkiem podkreślić, iż jego uczestnicy ze strony „Solidarności” potrafili wznieść się ponad doznane urazy, podjąć wspólne dzieło porozumienia i dalszych przemian. Jak już mówiłem na wstępie swego Wyjaśnienia, stały się one impulsem i wzorcem dla całego regionu. Przed tym jednak trzeba przypomnieć, iż dokonało się to – nie wbrew, a z udziałem władz. Wniosły one do tego procesu niezbędny i niezbywalny wkład.
Gorbaczow niejednokrotnie podkreślał, że reformy i doświadczenia polskie lat 80. stały się „laboratorium” dla pierestrojki. M.in. powstanie Trybunału Konstytucyjnego, Trybunału Stanu, Rady Konsultacyjnej, powołanie Rzecznika Praw Obywatelskich, Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), Narodowej Rady Kultury oraz Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. Wzrosła rola i partnerskie znaczenie ZSL i SD. Wprowadzona została do Konstytucji gwarantowana trwałość indywidualnej własności chłopskiej, a także instytucja – przeprowadzonego zresztą w 1987 roku – ogólnonarodowego referendum. Podjęte zostały i uporczywie realizowane starania o ujawnienie tzw. białych plam, a w szczególności prawdy o Katyniu. Uwieńczone to zostało oficjalnym przyznaniem przez Michaiła Gorbaczowa, iż zbrodnia ta została dokonana przez organy władzy radzieckiej, przez NKWD. Wyraził on głębokie ubolewanie i przekazał na moje ręce spisy zamordowanych polskich oficerów. Polska była aktywnym uczestnikiem procesu odprężenia. Miała istotny udział w inicjatywach i rokowaniach w sprawie ograniczenia zbrojeń, budowy wzajemnego zaufania, zmierzchu „zimnej wojny”. Z obiektywnymi przeszkodami i subiektywnymi oporami, ale wdrażana była reforma gospodarcza. Po załamaniu gospodarczym lat 1980-1981, w 1987 roku odbudowana została wysokość dochodu narodowego. Rząd Mieczysława Rakowskiego podjął na tej drodze szereg odważnych decyzji, określał nową systemową jakość.
Wciąż wraca zarzut: dlaczego w polskiej gospodarce nie zrobiono tego, co Pinochet w Chile? Jest to ahistoryczna, polityczno-ekonomiczna ekwilibrystyka. Po pierwsze – w Chile miał miejsce zamach stanu, obalenie istniejącej władzy, śmierć Prezydenta. W Polsce nikt władzy nie obalał, a to właśnie ona stan wojenny wprowadziła. Po drugie – w Chile istniał kapitalizm. Pinochet tylko „wyostrzył mu zęby”. W Polsce istniał socjalizm ze wszystkimi jego własnościowo-socjalnymi cechami, które wówczas aż w nadmiarze wyrażała „Solidarność” i w ogóle większość społeczeństwa. Po trzecie – w Chile czynnik zewnętrznego nacisku nie istniał. Wręcz przeciwnie – Pinochet miał bardziej lub mniej dyskretne poparcie i wsparcie ze strony USA oraz rządów innych, w tym ościennych państw. Wielowymiarową presję ze strony czynnika zewnętrznego w Polsce przedstawiłem wcześniej. Wreszcie po czwarte – i chyba najważniejsze – bezprzykładna, masowa, wielotysięczna skala morderstw, tortur, prześladowań i, jak się okazało, ogromnego majątku zagarniętego przez Pinocheta. W Polsce stanu wojennego nie udało się uniknąć ofiar, były też inne bolesne konsekwencje, ale porównywanie tego z sytuacją w Chile, jest nie tylko polityczną, ale i moralną nieprzyzwoitością. Wprost rażące było więc „pielgrzymowanie” do Pinocheta i hołdy mu składane – jak na ironię, z wręczeniem ryngrafu – przez niektórych znanych moralistów i głośnych, wpływowych dziś polityków.
Starałem się przedstawić procesy i problemy tych lat w rozdziale pt. „Obrachunki z przeszłością” zbiorowego opracowania: „Polska pod rządami PZPR” (Wyd. Profi, 2000 rok). Ta ważna książka – w istocie rzeczy dokument historyczny – przeszła bez echa. Lata 1982-1989 to nie była „czarna dziura” w „czarnej dziurze” PRL. Bez ich obiektywnej analizy ocena stanu wojennego staje się jeszcze bardziej ułomna. Potwierdzenie tej oceny można znaleźć w książce pt. „Boże igrzysko” bardzo prestiżowego dziś w Polsce historyka, Normana Daviesa. Mimo zdecydowanie anty-PRL-owskiego nastawienia pisze on: „Gdy minął pierwszy szok, okazało się nagle, że Jaruzelski nie jest polskim „Pinochetem” ani też nie ma najmniejszego zamiaru na nowo wprowadzać w Polsce rygorów stalinizmu. Przeciwnie, okazał się komunistycznym reformatorem… Z perspektywy czasu prowadzona przez niego polityka okazuje się pierwszą na świecie próbą wprowadzenia głasnosti i pierestrojki, choć oczywiście nie używał on żadnego z tych sloganów… Przedstawiano długofalowe projekty reform ekonomicznych, sygnalizując w ten sposób zmierzch panującego systemu gospodarki… Jaruzelski prowadził politykę Gorbaczowa na co najmniej trzy lata przed tym, zanim zaczął ją uprawiać Gorbaczow. Był Janem Chrzcicielem pierestrojki”.
Brzmi to przesadnie, dla mnie aż nadto pochlebnie. Widzę swoją rolę skromniej. Natomiast podzielam w pełni ocenę o awangardowości polskich przemian, o ich pionierskim znaczeniu.

Wysoki Sądzie,
Zbliżając się do końca mojego Wyjaśnienia, trzeba odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: czy stanu wojennego można było uniknąć? Czynię to, tym bardziej pamiętając – przywołane już na wstępie – stwierdzenie Jarosława Kaczyńskiego: „Jeśli stanu wojennego można było uniknąć, to Jaruzelskiemu należy się kula w łeb”. Otóż uniknąć nie można wybuchu wulkanu i trzęsienia ziemi, trąby powietrznej i gradobicia – jednym słowem wyroków ślepej natury. Wszystko pozostałe zależy od ludzi, od człowieka, jednakże usytuowanego w realiach historycznych, cywilizacyjnych, geopolitycznych, geostrategicznych, ustrojowych, mentalnościowych itd. Nie bez znaczenia są też psychologiczne imponderabilia. O wielu z tych uwarunkowań mówiłem obszernie wcześniej. Tu jedynie mogę je uzupełnić o pewne szczególne okoliczności, z których wynika, że jakaś szansa była.

ROLA KOŚCIOŁA

W tym miejscu jest czas najwyższy na nawiązanie do roli Kościoła. Omawiam ją na końcu, ale faktycznie była ona wielce znacząca. Akta sprawy oraz akt oskarżenia są na ten temat niezwykle oszczędne. Na str. 20 znalazła się jedynie wzmianka: „Premier Wojciech Jaruzelski spotkał się z Prymasem Stefanem Wyszyńskim, który przedstawił stanowcze poparcie Kościoła dla działań NSZZ „Solidarność””. Istotnie – takie spotkanie odbyło się 26 marca 1981 roku w Natolinie. Trwało blisko trzy godziny – od godz. 10.30 do 13.15. Zanotowałem główne treści tej rozmowy. Opisałem je w książce „Stan wojenny. Dlaczego…” w rozdziale pt. „Spotkanie z wielkością”. Prawdziwość tego zapisu nigdy nie była kwestionowana. Nie wiem, skąd Prokuratura IPN zaczerpnęła wiedzę sprowadzoną do „stanowczego poparcia” „Solidarności” przez Księdza Prymasa. Punkt wyjścia oraz znaczną część tego spotkania-rozmowy stanowiła groźna sytuacja, powstała w wyniku wydarzeń w Bydgoszczy. Ponadto Prymas usilnie zachęcał do zarejestrowania „Solidarności” Rolników Indywidualnych. Był krytyczny wobec różnych zjawisk występujących w Partii. Jak powiedział – informował o nich Edwarda Gierka. Jednocześnie bardzo realistycznie stwierdził: „Nie mam powodu do adorowania Partii, ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa i silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną”. Ja przedstawiłem szeroko ujętą sytuację w kraju. Omówiłem trudności i niebezpieczeństwa oraz na tym tle intencje rządu, władzy, aby znaleźć płaszczyznę kompromisu, porozumienia. Wskazałem na różne działania radykałów „Solidarności”. Prymas wyraził taką opinię: „W rozmowie z panem Kanią, potwierdziłem, iż „Solidarność” powinna iść po linii społeczno-zawodowej. Napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. „Solidarność” to taki romantyczno-renesansowy prąd. Obecnie następuje infiltracja, aby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucone z zewnątrz. Wałęsa to człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć… Mówiłem Wałęsie, niech nigdzie nie jeździ, a uczy robotników, jak służyć sprawom zawodowym. Niepotrzebnie pojechał do Włoch. Jego wizyta była wykorzystywana przez różne ugrupowania polityczne dla własnych interesów”.
Nie odwołuję się do tych słów, by sugerować w ten sposób dystans Kościoła wobec „Solidarności”. Nic podobnego. Kościół miał fundamentalnie krytyczny stosunek do ówczesnego ustroju. Istniały oczywiste sprzeczności, zdarzały się różne kolizyjne sytuacje. Natomiast był całym sercem z „Solidarnością”. Błogosławił ją, popierał i bronił. Udzielał pomocy jej strukturom, desygnował duszpasterzy i doradców, wypracowywał filozoficzno-etyczne założenia ruchu. Aktywność niektórych duchownych wychodziła nawet daleko poza ramy chrześcijańskiego umiaru i apolityczności. Ale jednocześnie wzywał do rozwagi, do roztropności, przestrzegał przed radykalizmem, miał świadomość, iż tylko krok po kroku, w dłuższym marszu można osiągnąć założone cele. Pisze o tym m.in. sekretarz Prymasa Stefana Wyszyńskiego, ksiądz Bronisław Piasecki w książce pod tytułem „Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”. Szczególną ilustrację stanowić może ostatnia publiczna wypowiedź skierowana 2 kwietnia 1981 roku do „Solidarności” Rolników Indywidualnych. „Pragnę całym sercem Wam życzyć, abyście działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami. Dobrze to rozumiemy. Największym osiągnięciem „Solidarności” jest to, że opiera się na podstawach społecznych, zawodowych, że skupia ludzi i już pracuje… Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja między postulatem, wymaganiem a środkiem, który się będzie stosowało”. Papież Jan Paweł II 11 lutego 1981 roku, na audiencji generalnej w Watykanie z udziałem delegacji „Solidarności” powiedział: „Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby dojrzewały w spokoju, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna”. W trakcie pamiętnego spotkania na Wawelu 22 czerwca 1983 roku Papież podkreślał mocno znaczenie dialogu oraz „podmiotowości społeczeństwa” – w domyśle demokracji. Powiedział jednak również: „Wiem, że socjalizm jest realnością, chodzi o to, ażeby był z „ludzką twarzą””. A więc konsekwencja we wskazywaniu celu. Jednocześnie realizm w widzeniu drogi i metod jego osiągania.
Tę linię realizował ksiądz Prymas Józef Glemp. Szczególne potwierdzenie znalazła ona w Spotkaniu Trzech (Józef Glemp, Lech Wałęsa, Wojciech Jaruzelski) 4 listopada 1981 roku. W ówczesnej pełnej napięć, groźnie nabrzmiewającej sytuacji było to wydarzenie niezwykłej wagi. Zostało poprzedzone moją długą rozmową z Prymasem w dniu 21 października. Uzgodniliśmy intencje, kontury przyszłych działań. Niewątpliwie Prymas, Kościół zachęcił Lecha Wałęsę do udziału w naszym spotkaniu.

SPOTKANIE TRZECH

Wysoki Sądzie,
Od tamtego czasu mija właśnie 27 lat – ponad ćwierć wieku. Było to wydarzenie, które z wielką uwagą i ogromną nadzieją spotkało się w Polsce. Sondaż opinii wykazał 77 procent społecznego poparcia. Zostało też z dużym zainteresowaniem odnotowane za granicą. Widziano w nim zapowiedź realnej szansy zahamowania i odwrócenia toczącej się lawiny napięć, konfliktów, wielowymiarowych zagrożeń. Rodzi się pytanie: dlaczego to wydarzenie, ta rocznica znalazła się w głębokim cieniu? Dlaczego wiedza o nim jest prawie żadna? Przecież, jakże wiele mniej znaczących faktów, incydentów, zdarzeń i wydarzeń przywoływanych jest – nieraz bardzo hucznie – z różnych okazji i powodów. Mówią o nich opracowania historyczne, podręczniki szkolne, różne publikacje i audycje. Spotkanie Trzech traktowane jest zdawkowo lub w ogóle przemilczane. Co więcej, akt oskarżenia – mówiąc delikatnie – mija się z prawdą, stwierdzając na str. 21, iż Lech Wałęsa odrzucił moją propozycję, „jako oczywistą próbę zrzucenia odpowiedzialności za sytuację w kraju na proponowaną Radę Porozumienia Narodowego”. Tylko tyle, Prokuratura IPN dostrzega w tym historycznym Spotkaniu. Pamiętam dobrze ten dzień, a właściwie wieczór, jego wagę i powagę – niewolną od różnicy zdań – rzeczową atmosferę. Uwieńczył to wspólny, oficjalny komunikat, a w nim kluczowe słowa: „Spotkanie uznano za pożyteczne i przygotowawcze do dalszych konsultacji merytorycznych”. Ja wskazałem jako przedstawiciela władz Kazimierza Barcikowskiego – członka Biura Politycznego, Sekretarza KC PZPR i członka Rady Państwa – tu dodam współprzewodniczącego Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu oraz sygnatariusza porozumień szczecińskich. Prymas wskazał, iż Kościół reprezentować będzie doświadczony, autorytatywny negocjator, biskup, późniejszy arcybiskup Bronisław Dąbrowski – wieloletni Sekretarz Episkopatu Polski. Co więcej – wkrótce, nawet z pewnym wyprzedzeniem, Kościół wytypował przedstawicieli do przyszłej Rady Porozumienia Narodowego, w osobach: Stanisława Stommy, Jerzego Turowicza, Andrzeja Wielowiejskiego, Stefana Sawickiego, Jerzego Pietrzaka. Wskazanie tych osób świadczy, z jaką nadzieją i powagą Kościół, Episkopat traktował realizację idei Spotkania Trzech. Zresztą nazajutrz, tj. 5 listopada, Prymas udał się do Watykanu, przedstawiając ją Papieżowi. O ile mi wiadomo – uzyskał pełną aprobatę. Lech Wałęsa do konsultacji merytorycznych ze strony „Solidarności” nie potrafił w tym momencie wskazać nikogo. Rozumiałem to – znajdował się pod ciężarem oporów, ze strony radykalnych działaczy, z jakimi zderzył się w Komisji Krajowej. Nie wiedząc jeszcze, „co dalej”, jakie będą propozycje – już z góry ustosunkowali się negatywnie. To zresztą zaważyło na dalszym biegu wydarzeń. W tym miejscu należy się odwołać do wspomnianej już książki Lecha Wałęsy pt. „Droga nadziei”. Znajduje się w niej następująca relacja jednego z jego współpracowników (bezimiennego) na ten temat: „W wypowiedziach Kościoła można zauważyć ton przygany dla zbytniego upolitycznienia się „Solidarności”… Prymas nie musiał znać przebiegu obrad Komisji Krajowej, podczas której kwestionowano w ogóle prawo przewodniczącego „Solidarności” do rozmów z generałem Jaruzelskim… Nikt nie może stać ponad nami, tj. Komisją Krajową. Wałęsa nie może jechać sam. I odpowiedź Wałęsy: proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: „moja głowa spadnie od ich ciosu albo od twojego, Jasiu””. Pisze dalej współpracownik Wałęsy: „Gdy Prymas Glemp gotował się do podróży do Watykanu, a Wałęsa podążał w stronę Gdańska, Komisja Krajowa przyjęła uchwały mające stanowić podstawę ewentualnego porozumienia społecznego. Komisja obwarowała wysuwane postulaty groźbą podjęcia przez związek koniecznych działań statutowych, do strajku generalnego włącznie, jeśli w ciągu trzech miesięcy nie nastąpi ich realizacja… Prymas, znający już w momencie wyjazdu do Rzymu uchwały krajówki, wysłał do Wałęsy telegram będący podziękowaniem za obecność i rozmowę w Warszawie. Ale treść telegramu jest enigmatyczna. W tej sytuacji Wałęsa, stając przed trudną decyzją, chciałby bardziej jednoznacznego poparcia. Uzyskuje telefoniczne połączenie z Rzymem. Jest dawno po północy. Wstrzymano druk rannych gazet w Gdańsku. Świta, gdy wreszcie dochodzi do uzgodnienia treści komunikatu”. Tyle w książce Lecha Wałęsy.

ODRZUCONA INICJATYWA

Ta relacja wymaga pewnych uzupełnień. Uchwała Komisji Krajowej została przyjęta 4 listopada 1981 roku. To był „nóż w plecy” odbywającego się właśnie Spotkania Trzech. 7 listopada zostaje wydany komunikat Prezydium Komisji Krajowej, który łagodzi wymowę tej uchwały. Wymuszone, jak widać, stanowisko Prezydium ma jednak niższą rangę i mniejsze realne znaczenie niż owa uchwała całej Komisji. To dało się odczuć w praktyce.
9 listopada 1981 roku odbyło się kolejne posiedzenie Prezydium Komisji Krajowej „Solidarności”. W opublikowanym komunikacie nie ma ani słowa o niedawnym Spotkaniu Trzech – żadnej wzmianki, żadnych wniosków. To był bardzo znamienny, kolejny sygnał, faktyczne odrzucenie inicjatywy. W tymże czasie Biuro Polityczne KC PZPR skierowało list do Podstawowych Organizacji Partyjnych, informujący o inicjatywie, zachęcający do jej poparcia w miejscach pracy i zamieszkania. 9 listopada przewodniczyłem posiedzeniu Rady Wojskowej Ministerstwa Obrony Narodowej. Wyjaśniłem koncepcję porozumienia, zaleciłem odpowiednią pracę wyjaśniającą w jednostkach. 11 listopada odbyło się posiedzenie Komisji Współdziałania PZPR, ZSL i SD. Uczestniczyli ze strony PZPR: Wojciech Jaruzelski, Kazimierz Barcikowski, Zbigniew Michałek, Mieczysław Rakowski i Marian Woźniak. Ze strony ZSL: Roman Malinowski, Józef Kukułka, Ryszard Nowak, Jerzy Szymanek, Waldemar Winkiel. Ze strony SD: Edward Kowalczyk, Alfred Beszterda, Józef Eliasiewicz, Jan Fajęcki, Józef Musioł, Marek Wieczorek. Kierownictwa ZSL i SD były bardzo uczulone na to, ażeby nie znaleźć się na marginesie tej inicjatywy. Zadeklarowały pełne dla niej poparcie. Odbywały się – szeroko nagłaśniane w mediach – posiedzenia, spotkania, narady w strukturach partii i stronnictw, w różnych instytucjach i organizacjach, a także wypowiedzi wielu znanych i szanowanych osób, popierających inicjatywę rozmów i szansę porozumienia. „Solidarność”, mimo apeli i zachęt, w tym ze strony Kościoła, wciąż milczała, robiła uniki, a nawet zaostrzała kurs. Było to tematem posiedzenia Komisji Wspólnej przedstawicieli Rządu i Episkopatu 23 listopada 1981 roku. Współprzewodniczący Komisji Kazimierz Barcikowski mówi: „Rada Porozumienia Narodowego. Chcielibyśmy po naszych rozmowach ogłosić dziś skład Komisji (Grupy) Inicjującej. Jeżeli „Solidarność” nie da przedstawiciela, to trzeba zostawić miejsce dla niego i dalej prowadzić rozmowy. Zwłoka w formowaniu Grupy grozi rozmazaniem inicjatywy. Porozumienie jest pod dużym naciskiem przeciwników, jest w Polsce dużo szaleńców. To byłaby klęska o wielkich następstwach. Prowadziłaby do konfrontacji”.
Po pięciu dniach, a więc 28 listopada 1981 roku, na VI Plenum KC PZPR tę przestrogę wyakcentował on publicznie słowami: „Zgłoszony wcześniej udział przedstawiciela „Solidarności”, w Grupie Inicjującej powołanie Rady Porozumienia Narodowego, został wycofany. Nie ma dziś przedstawiciela „Solidarności” w tej Grupie… Nie traktujemy Frontu Porozumienia Narodowego jako chwytu taktycznego… jeśli jego cele i możliwości zostaną odrzucone lub zniweczone, to następstwa będą więcej niż poważne”. Na wspomnianym wyżej posiedzeniu Komisji Wspólnej Kierownik Urzędu ds. Wyznań, Jerzy Kuberski, mówi: „Idzie pożoga przez kraj. Rząd i partia są stale pod presją spraw bieżących i nie mogą zająć się zasadniczymi. Jeżeli nie Rada Porozumienia Narodowego – to będzie fala anarchii, a już są jej elementy”. Strona kościelna przyjmowała te oceny z powagą. Podejmowała działania wyjaśniająco-mediacyjne. Jednakże nie przynosiły one efektu. Myślę, że można to uznać za swego rodzaju afront ze strony „Solidarności” wobec starań Kościoła, a także wyczerpywanie się jego mediacyjnych możliwości.
„Solidarność” stosowała dziwne tłumaczenia. Jedno – że najpierw trzeba rozwiązać problemy, dopiero później utworzyć Radę. Oczywisty absurd. Właśnie dlatego, że nie udawało się trudnych czy spornych problemów rozwiązać, należało powołać ciało, stworzyć płaszczyznę, na której można byłoby je poważnie, kompetentnie przedyskutować, przełamać impas. Drugie – to zwykły wykręt. Proponowaliśmy, ażeby w skład Komisji (Grupy) Inicjującej weszli przedstawiciele „Solidarności”, Kościoła, PZPR, ZSL, SD, związków branżowych oraz środowisk naukowych i twórczych. Biorąc pod uwagę wyłącznie roboczy, „techniczny” charakter Komisji, ten jej skład w niczym nie przesądzał proporcji, w jakich w przyszłej Radzie Porozumienia Narodowego reprezentowane byłyby poszczególne siły i ugrupowania. Bo właśnie owa Komisja miała przedstawić odpowiednie propozycje. Jednakże według „Solidarności” powinny być brane pod uwagę jedynie trzy podmioty: „Solidarność”, Kościół, PZPR. My uważaliśmy, iż nie można pozbawić stronnictw politycznych prawa głosu. Przy tym ich – stosowny, proporcjonalny do znaczenia – udział w Radzie Porozumienia Narodowego, stanowiłby nie tylko faktyczne, ale i formalne uznanie Związku Zawodowego „Solidarność” za partnerską siłę polityczną, za uczestnika ograniczonego pluralizmu politycznego. Czas pokazał, że mieliśmy rację. Po ośmiu latach „Solidarność” siadła również z nimi przy Okrągłym Stole, a później z ZSL i SD nawet stworzyła rząd. Ale był jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Przypomnę, że we wspomnianym już Posłaniu Breżniewa z 21 listopada 1981 roku znajdują się takie słowa: „Jak daleko można iść drogą porozumień bez groźby utraty kontroli nad sytuacją. Przecież przeciwnicy klasowi z pewnością spróbują nadać „Frontowi Porozumienia Narodowego” taką treść polityczną, która wzmocniłaby ich ideę, jako minimum podział władzy pomiędzy PZPR, „Solidarnością” i Kościołem, z idącym w ślad za tym demontażem socjalizmu”. To wyraźna przestroga, a „demontaż socjalizmu” zabrzmiało jak groźba. Podział taki oznaczałby bowiem tylko 1/3 dla władzy – PZPR i jej sojuszników. A jeśli przyjąć odwrotne proporcje, jakie uzgodniono przy Okrągłym Stole. To byłoby przecież włożenie przysłowiowego buta w uchylone drzwi. Odrzucenie powołania Komisji (Grupy) Inicjującej i w konsekwencji Rady Porozumienia Narodowego uniemożliwiło podjęcie takiej próby. Tu przypomnę, iż jeszcze na przysłowiowe „pięć minut przed 12”, przedstawiliśmy czytelną sugestię. Otóż 9 grudnia 1981 roku na łamach centralnego organu PZPR „Trybuny Ludu” zostało, z odgórnej inspiracji, opublikowane następujące stanowisko: „Nie ulega wątpliwości, że Rada Porozumienia Narodowego, nawet nie dysponując sankcjami wykonawczymi, gdyby tylko ukształtowała się jako emanacja głównych sił polityczno-społecznych i zaczęła funkcjonować – stałaby się najwyższym autorytetem, któremu nikt nie ośmieliłby się sprzeciwić… Niewykluczone, że Sejm następnej kadencji, wybrany wedle uzgodnionej wewnątrz Rady demokratycznej ordynacji, przejmie funkcje Rady, czyniąc zbędnym dalsze jej istnienie”. Znamienne stwierdzenie: „uzgodniona wewnątrz Rady demokratyczna ordynacja”. Właśnie to, co dokonało się po latach przy Okrągłym Stole. Szkoda, że ten ważki sygnał w czasie posiedzenia władz „Solidarności” w Gdańsku nie został zauważony, a w istocie zlekceważony.

TRZY NURTY

Wysoki Sądzie,
PZPR, jej kierownictwo, tak zresztą jak cała partia, nie były monolitem. Istniały różne orientacje. Nazywane – reformatorska i zachowawcza. Był i nurt centrowy. Wówczas m.in. mnie w nim lokowano. Ale jedno jest niewątpliwe. W obszarze władzy, jej zwolenników istniało powszechne poczucie, iż porozumienie jest konieczne. Oczywiście różne były tego motywacje i rachuby. Gdy dwóch mówi to samo – to nie zawsze znaczy to samo. Najważniejsze jednak, że takie było oczekiwanie naszej szeroko rozumianej bazy. Po ogłoszeniu propozycji powołania Rady Porozumienia Narodowego odzew był masowy, spontaniczny. Dlatego też mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem – mamy różne grzechy, ale nie należy do nich grzech bojkotu, niechęci, uchylania się w 1981 roku od rozmów, od porozumienia.
„Solidarność” była w innej sytuacji. Stanowiła wielki ruch społeczno-polityczny, który na drodze rozpoczętej w sierpniu-wrześniu 1980 roku, osiągnął ogromne sukcesy. Mimo iż dalece wykroczył poza ramy ówczesnych porozumień, to nie osiągnął jeszcze wszystkiego. Obalanie władz „na raty” wynikało z realiów, a nie z celów. Te zaś, dla uzyskującego coraz większą przewagę nurtu radykalnego, sięgały daleko, powodowały przyspieszenie kroku. Dobitnie i ostatecznie potwierdził to przebieg – treść i forma obrad Komisji Krajowej 11-12 grudnia 1981 roku w Gdańsku. „Solidarność” wiedziała i widziała, że jej polityczno-psychologicznym atutem jest dynamizm, ofensywa. Wszelkie rokowania, pertraktacje z władzą, z natury rzeczy „rozmagnesowują”, rozmiękczają, przenoszą szczytne hasła i stanowcze, w tym populistyczne żądania na grunt rzeczowej rozmowy. Ta zaś ujawnia realne możliwości, sprowadza sprawy na ziemię, co więcej – „uczłowiecza” władzę. W rezultacie niechętny stosunek do wspólnych komisji, do stołu obrad.

POCIĄG POZA ROZKŁADEM

Jacek Kuroń bardzo sugestywnie porównał ówczesną sytuację do sieci kolejowej, gdzie jeden pociąg – „Solidarność” – kursuje poza rozkładem jazdy. Stąd logiczny wniosek: albo ten rozkład będzie zmieniony, albo nastąpi katastrofa. Jednakże, aby ten rozkład zmienić, trzeba najpierw przystąpić do – przynajmniej wstępnych – rozmów, w jakim trybie i czasie można tego dokonać. Brak tego pierwszego kroku, owych konsultacji merytorycznych uniemożliwiał kroki dalsze. Można więc przyjąć, że niektóre kręgi „Solidarności” musiały liczyć się z wariantem katastrofy. Mówię nieprzypadkowo „niektóre kręgi”. Bowiem to one, wbrew Lechowi Wałęsie oraz innym realistycznym działaczom – coraz bardziej narzucały kierunek i ton. Ludwik Dorn 11 grudnia 1981 roku, na posiedzeniu Komisji Krajowej „Solidarności” w Gdańsku przedstawił wyniki badań opinii społecznej, przeprowadzonych w całym kraju, przez Ośrodek Badań Społecznych Regionu „Mazowsze”. Zacytuję charakterystyczny fragment: „Otóż proszę Państwa, opinia związkowa, Związek jako właśnie szeroka, myśląca, dyskutująca całość, niewątpliwie przeżył pewien szok… Spotkanie Glemp-Wałęsa-Jaruzelski było generalnie akceptowane, właściwie nie było oponentów. Postawa, jaką zajął na tym spotkaniu Lech Wałęsa, była też generalnie aprobowana… Więc teraz, po tym, co stało się w Radomiu – Związek, związkowcy przeżyli – nie twierdzę, że duży, ale pewien szok”. Dodam – dla nas, dla władzy, Radom to tym bardziej był szok.

Wysoki Sądzie,
Kluczowe jest pytanie: kto do rozmów, do zapowiedzianych na Spotkaniu Trzech konsultacji merytorycznych dążył, do nich zachęcał i apelował, a kto i dlaczego od nich się uchylił?! To też swego rodzaju „biała plama”. Jej wyświetlenie przez IPN i jego Prokuraturę mogłoby stanowić jedną z bardzo ważnych dróg do odpowiedzi na pytanie: czy do stanu wojennego musiało dojść? Jarosław Kaczyński w książce pt. „Czas na zmiany” (Wyd. Editions Spotkania 1995 rok, Warszawa) pisze o wysuniętej jesienią 1981 propozycji: „…powołania czegoś, co można by nazwać Radą Jedności… Różne są sądy na temat tej inicjatywy. Jedni utrzymują, że był to czysty chwyt osłonowy i propagandowy ze strony PZPR. Inni uważają, iż ówczesne władze z Jaruzelskim na czele były przekonane, że może uda się tą drogą spacyfikować „Solidarność” i przynajmniej częściowo ją kontrolować. Są też tacy, którzy twierdzą, jakoby Geremek i spółka od początku torpedowali całe przedsięwzięcie, gdyż przewidziano w nim zbyt wielką rolę Kościoła. Sprawa ta do dzisiaj nie jest wyjaśniona i czeka na rzetelne opracowanie przez historyków”.
Od tej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego mija 13 lat, a sprawa wciąż „czeka”. IPN znajduje czas na przekopywanie się przez dziesiątki kilometrów teczek – a nie znalazł go na gruntowną, obiektywną analizę i ocenę tego niezwykle ważnego, historycznego wydarzenia. Akt oskarżenia lekceważy je również. W tym miejscu przypomnę list, inicjatywę – zgłoszoną publicznie w 2001 i ponowioną w 2003 roku przez Związek Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych oraz Związek Inwalidów Wojennych, a następnie 12 października 2004 roku przez Instytut Badań Naukowych – proponującą wznowienie po latach Spotkania Trzech. Przy tym sugerowano swego rodzaju patronat IPN, udział historyków i co za tym idzie, możliwość poważnego, bezpośredniego skonfrontowania oraz aktualnego zweryfikowania ówczesnej wiedzy, intencji, opinii u autorytatywnych źródeł, z „pierwszej ręki”. Biorąc pod uwagę czynnik biologiczny, dodam – póki czas. Ja gotowość do takiego spotkania deklarowałem niezmiennie. Wyraziłem to również w liście skierowanym 29 października 2004 roku do ówczesnego Prezesa IPN, prof. Leona Kieresa. Piszę w nim: „Prezes Instytutu Badań Naukowych dr Zbigniew Kumoś przesłał mi – do wiadomości – list, jaki skierował do Pana Prezesa 12.10.br. Przedstawioną w nim inicjatywę gorąco popieram. Gotów jestem uczestniczyć w proponowanym spotkaniu – w dowolnym czasie, składzie i formie. Znam wiele wypowiedzi Pana Profesora oraz innych przedstawicieli IPN, które podkreślają konieczność dogłębnego dotarcia oraz obiektywnej oceny zwłaszcza wydarzeń i problemów szczególnej wagi i kontrowersyjności…. Byłoby z wielką szkodą dla prawdy historycznej, jeśli ich rozpatrzenie w kompetentnym gronie – a następnie przedstawienie opinii publicznej – nie mogłoby zostać zrealizowane”. Odpowiedzi nie otrzymałem. Natomiast wkrótce, bo siedem dni, po moim liście, tj. 5 listopada 2004 roku na łamach gazety „Rzeczpospolita”, a także w innych mediach ukazała się informacja, że 18 października Prokuratura IPN wszczęła śledztwo: „czy 13 grudnia 1981 roku została popełniona zbrodnia komunistyczna”. Można było to odczytać, iż według Instytutu Pamięci Narodowej – „pamięć narodową” o Spotkaniu Trzech najskuteczniej jest krzewić „orężem” prokuratury.

ZBIOROWA HALUCYNACJA

Ubolewam, iż po latach nie doszło do tego Spotkania. Byłaby to również okazja do przywołania pamiętnikarskich zapisów wieloletniego Sekretarza Episkopatu Polski, biskupa, a później arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego pt.: „Rozmowy watykańskie arcybiskupa Dąbrowskiego” (Wyd. Instytut Wydawniczy „PAX”). Znajduje się w niej relacja złożona 22 grudnia 1981 roku – a więc 9 dni po wprowadzeniu stanu wojennego – Papieżowi Janowi Pawłowi II. Obok – co oczywiste – opisu różnych bolesnych i dokuczliwych skutków, jakie przyniósł stan wojenny, są w niej następujące stwierdzenia (str. 239-240): „„Solidarność” wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia Narodowego, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981 roku zgodził się na wejście razem z Księdzem Prymasem, u premiera. Po spotkaniu z premierem Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że „Solidarność” nie wejdzie do Rady Porozumienia… Zebranie „Mazowsza” w Politechnice 5-6 grudnia i powzięte uchwały zaalarmowały władze, szczególnie wyznaczenie manifestacji ulicznej na 17 grudnia 1981 roku. Nasze rozmowy na wszystkich szczeblach „Solidarności” nie dały wyników (szczególnie 9 grudnia spotkanie u ks. Prymasa). Komisja Krajowa w Gdańsku 11-12 grudnia 1981 roku. Opinia Wałęsy – zbiorowa halucynacja, wielu uległo prowokacji”. To przecież rewelacyjny dokument, wielce autorytatywna ocena przedstawiona w imieniu Episkopatu Papieżowi Polakowi. Pokrywające ją milczenie, nieobecność w aktach sprawy jest – aby nie powiedzieć skandaliczne – wielce znamienne. Pan Prokurator 26 marca br. komentuje to następująco: „Rozmowy watykańskie…. nie mają znaczenia dowodowego dla niniejszego postępowania”. Podobnie potraktowany został Komunikat na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski, w którym znalazły się słowa o „groźbie walki bratobójczej”.
W tym miejscu trzeba również przywołać protokół z posiedzenia Komisji Wspólnej przedstawicieli Rządu i Episkopatu (współprzewodniczący Kazimierz Barcikowski i kardynał Franciszek Macharski) z 18 stycznia 1982 roku, w czasie którego strona kościelna, obok oczywistych w tej sytuacji uwag na temat stanu wojennego – jednocześnie stwierdziła: „Nie negujemy, że po stronie działaczy „Solidarności” nie było wyrobienia politycznego, siły ekstremalne opanowały ją”. Dalej powołując się na Lecha Wałęsę: „Przyznaje on, że Związek popełnił wiele błędów, że w końcowej fazie nie był już w stanie opanować całości” (Wyd. ANEKS: „Tajne dokumenty Państwo-Kościół 1980-1989”). Wcześniej zaś – tu zacytuję kilka wielce znaczących zdań z – sygnalizowanego już przeze mnie – komunikatu na zakończenie 181. Konferencji Plenarnej Episkopatu Polski, która obradowała w Warszawie 25-26 listopada 1981 roku: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury grożące bratobójczą walką… Muszą ustąpić wszelkie uprzedzenia i interesy partykularne czy grupowe. Dobro Ojczyzny – jako wartość nadrzędna – musi znaleźć swe zabezpieczenie. Wypróbowaną drogą do osiągnięcia tego celu są rozmowy wszystkich zainteresowanych stron przy wspólnym stole, chodzi oczywiście o rozmowy szczere, rzetelne”.
Zwracam uwagę – oto Kościół oficjalnie, mocą autorytetu Konferencji Plenarnej Episkopatu Polski, wzywa „do wspólnego stołu”. Mówi o „rozmowach wszystkich zainteresowanych stron”, a więc w szerokiej formule. Wreszcie zwrot o groźbie „walki bratobójczej”, innymi słowami wojny domowej. Kościół wie, co mówi, nie rzuca słów na wiatr. My – zwłaszcza w obliczu zapowiedzianych na 17 grudnia wielkich demonstracji protestu – widzieliśmy to podobnie. Kolejna uwaga. Słyszy się nieraz, że „Solidarność” wątpiła, czy ze strony władzy rozmowy będą szczere i rzetelne. Istotnie, przekleństwem stała się wówczas – obustronna zresztą – podejrzliwość. A przecież nie było żadnego ryzyka. Po pierwsze: mieli w nich uczestniczyć – podobnie zresztą, jak w latach 1988-1989 przedstawiciele Kościoła – moralny gwarant i żyrant ew. porozumień. Tu muszę przypomnieć, iż – w różnych fazach drogi ku Okrągłemu Stołowi – aktywnie, nieraz nawet w kordialnej atmosferze, uczestniczyli arcybiskupi: Bronisław Dąbrowski, Tadeusz Gocłowski oraz biskupi: Alojzy Orszulik, Bronisław Dembowski i Jerzy Dąbrowski. Niektórzy z nich po latach nazywają tzw. autorów stanu wojennego „zbrodniarzami”. Komentować tego nie będę. To ich sprawa. Wracam do przerwanego wątku, a więc po drugie: jeśli strona solidarnościowa uznałaby, że strona rządowa postępuje niesatysfakcjonująco, zwodniczo, można byłoby to publicznie zdezawuować, odrzucić, opuścić wspólny stół. W świetle powyższych okoliczności różne opinie, iż działania władzy miały charakter pozorowany – nie dadzą się obronić.

HISTORYCZNY BALAST

Wysoki Sądzie,
Reasumując – można zrozumieć historycznie ukształtowaną nieufność w stosunku do władzy. To był gorzki spadek przeszłości, ciążył historyczny balast. W tym jednak wypadku nie było powodu do obaw. Tu przywołam jedynie to, co powiedziałem 11 grudnia 2001 roku w czasie konferencji naukowo-historycznej w Centralnej Bibliotece Wojskowej: „Teraz po latach myślę – dostajemy wtedy sygnał z Gdańska: zgadzamy się na rozpoczęcie rozmów, wyznaczamy przedstawicieli do Grupy Inicjującej. Ze strony Kościoła, PZPR, pozostałych potencjalnych negocjatorów nie byłoby żadnych wahań. Co więc mogłoby nastąpić później, dalej? Spotkanie – publiczna o nim informacja. Jej powszechny, wręcz sensacyjnie pozytywny odbiór. Przypomnę, że po latach, w sierpniu 1988 roku, wyrażona publicznie obustronna gotowość do rozmów szybko zdjęła napięcie. Tak mogło być w grudniu 1981. Czy w takiej sytuacji można sobie wyobrazić wprowadzenie stanu wojennego?”. W tym miejscu uzupełnię – iż bezpodstawne są wielokrotnie powtarzane w akcie oskarżenia oceny, że był on przesądzony, że nie było od niego odwrotu. Dopóki ostateczna decyzja nie została podjęta, doprowadzona do bezpośrednich wykonawców i przez nich „uruchomiona”, niczego nie trzeba było odwoływać i cofać. Zadania dla dowódców dywizji oraz komendantów wojewódzkich MO znajdowały się w zalakowanych kopertach, w ich sejfach. Otwarcie tylko na rozkaz, na ustalony sygnał. Gdyby go nie było – nie byłoby „operacji”. Czy również w warunkach odprężenia, w takiej negocjacyjnej sytuacji, mogła być podjęta interwencja militarna z zewnątrz? Trudno to sobie wyobrazić. Samo podjęcie rozmów – niewątpliwie trudnych i żmudnych – już na wstępie obniżyłoby społeczną temperaturę, pozwoliłoby ustalić jakieś zasady zahamowania strajków w okresie zimy, zapobiegłoby przygotowaniom do wielkich demonstracji 17 grudnia – a jeśli nawet, gdyby się one odbyły, to w zupełnie innym politycznie klimacie. Wszystko to miałoby ogromne znaczenie również na zewnątrz. Ukazałoby, iż Polacy – mimo wszystkich dzielących ich różnic i sprzeczności – poszukują wspólnego języka, gwarantującego stabilność kraju, a tym samym i całego geostrategicznego obszaru. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się sprawy dalej. Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego przedstawiciele „Solidarności”, dlaczego IPN oraz liczni historycy, politycy, publicyści, którzy potrafią dzielić – zwłaszcza gdy dotyczy to obciążenia Polski Ludowej, „włos na cztery”, w tej tak istotnej sprawie ograniczają się do opinii, że Spotkanie Trzech stało się jedynie zasłoną dymną, czczą formalnością. Konkretne, udokumentowane fakty świadczą o czymś wręcz przeciwnym”. Jak widać, zmarnowana została wielka, historyczna szansa. Prokuratura IPN w ogóle tego nie zauważa. To swoisty „test” na intencję aktu oskarżenia.

WAŻNI ŚWIADKOWIE

Wysoki Sądzie,
Prokuratura przesłuchała ponad 50 świadków. Wśród nich około 20 to tłumacze oraz urzędnicy Kancelarii Sejmu, Rady Państwa i Rady Ministrów. Przesłuchanych też zostało ponad 30 świadków wojskowych, z MON i – co kuriozalne – zaledwie – podkreślę zaledwie – jeden z MSW, który zresztą niedawno zmarł. W tej sytuacji – biorąc również pod uwagę ciężkie schorzenia gen. Czesława Kiszczaka, które nie dają mu możliwości złożenia zeznań, jak też oddalenie przez Prokuraturę mojego Wniosku dowodowego z 28 marca 2007 roku o włączenie do akt sprawy szeregu dokumentów, a w szczególności meldunków i informacji pochodzących z MSW – stawia postępowanie procesowe – przepraszam za wyrażenie – faktycznie „na jednej nodze”.
Pan Prokurator stwierdził, iż złożenie zeznań przez wicepremierów Janusza Obodowskiego oraz Zbigniewa Madeja jest niecelowe, ponieważ byli oni już przesłuchani w charakterze świadków w trakcie posiedzeń sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Tych zahamowań Prokuratura nie miała, przesłuchując ponownie generałów: Eugeniusza Molczyka, Mieczysława Dachowskiego i Wacława Szklarskiego.
Oddalając w całości mój Wniosek dowodowy – w tym dotyczący przesłuchania wskazanych przeze mnie świadków – Prokuratura IPN uwolniła się od tej czynności, mając przecież świadomość, iż tym samym może to spaść na barki Wysokiego Sądu. Obecnie nie mam więc innej możliwości niż przedstawienie Wysokiemu Sądowi wniosków, ażeby złożyli zeznania ważni dla obrony świadkowie:
• Mieczysław Rakowski – Wicepremier, Przewodniczący Komitetu Rady Ministrów do spraw Związków Zawodowych;
• Stanisław Ciosek – Minister w Komitecie Rady Ministrów do spraw Związków Zawodowych.
Osoby te znajdowały się na „pierwszej linii” relacji: rząd – „Solidarność”. Z jej czołowymi działaczami i ekspertami odbywali liczne spotkania, prowadzili rozmowy – z wolą partnerstwa i porozumienia. Wielce kompetentni w ocenie ówczesnej sytuacji, a w szczególności zagrożeń i konfliktów, których spiętrzenie – w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym – doprowadziło do stanu wojennego. Mogą przedstawić konkretne okoliczności i fakty, które na to się złożyły. Stanisław Ciosek ponadto – jako ambasador w Moskwie w latach 1989-1996 – powinien złożyć zeznania na temat prowadzonych tam licznych rozmów i wyjaśnień dotyczących realności zagrożenia w roku 1981 interwencją w Polsce.
• Zbigniew Madej – Wicepremier, Przewodniczący Komisji Planowania przy Radzie Ministrów. Ma pełną wiedzę o gwałtownie pogarszającym się w 1981 roku stanie polskiej gospodarki. Ponadto powinien złożyć zeznanie dotyczące jego wizyty w dniach 6-10 grudnia 1981 roku w Stanach Zjednoczonych. O przeprowadzanych tam rozmowach m.in. z Wiceprezydentem George’em Bushem i braku jakichkolwiek sygnałów, uwag, ostrzeżeń ze strony amerykańskiej w związku ze spodziewanym wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce;
• Janusz Obodowski – Wicepremier, Szef Operacyjnego Sztabu Antykryzysowego Rządu;
• Roman Malinowski – Wicepremier, Szef Operacyjnego Sztabu Rolnego Rządu;
• Janusz Kamiński – Minister Komunikacji;
• Antoni Rajkiewicz – Minister Pracy i Spraw Socjalnych;
• Władysław Baka – Minister do spraw Reformy Gospodarczej;
• Zbigniew Messner – Członek Biura Politycznego KC PZPR, Przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach;
• Stanisław Długosz – Wiceprzewodniczący Komisji Planowania.
Wszyscy ww. powinni złożyć zeznania, dotyczące ówczesnej sytuacji gospodarczo-społecznej, jej wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań oraz realnych, narastających zagrożeń. Janusz Obodowski ponadto, o rozmowach prowadzonych z Nikołajem Bajbakowem 24-25 września oraz 8-9 grudnia 1981 roku. Roman Malinowski – o załamaniu relacji produkcyjno-zaopatrzeniowych wieś-miasto, a także o poparciu ze strony ZSL dla inicjatywy powstania Rady Porozumienia Narodowego, o gotowości do uczestnictwa w zmierzających do tego celu rozmowach. Janusz Kamiński o postępujących, na przełomie listopada-grudnia 1981 roku, zakłóceniach funkcjonowania transportu samochodowego, z uwagi na braki paliw oraz o spiętrzonych zatorach na kolejowych stacjach granicznych z ZSRR. Wreszcie – o czym powiedziałem już wcześniej – na posiedzeniu Rady Ministrów 13 grudnia 1981 roku (według stenogramu znajdującego się w aktach sprawy) poinformował: „W dniu dzisiejszym „rozkorkowało się” na trasie Wschód-Zachód”. To bardzo znamienny fakt – potwierdzający liczne informacje, w tym meldunki DYSOR-u o wcześniejszym „zakorkowaniu” i oczywistych tego przyczynach. Antoni Rajkiewicz o dramatycznej sytuacji społeczno-bytowej. Również o rozmowach, jakie w listopadzie-grudniu prowadził z ekspertami „Solidarności”, ostrzegając, informując o wewnętrznych i zewnętrznych niebezpieczeństwach. Władysław Baka o pracach nad reformą gospodarczą, o roboczych kontaktach z przedstawicielami „Solidarności”, faktycznie z ich strony zerwanymi – w wyniku stanowiska zajętego w Radomiu 3 grudnia 1981 roku. Zbigniew Messner o krytycznej sytuacji na Śląsku, a w szczególności o problemach dotyczących wydobycia węgla. Stanisław Długosz o swej wizycie 9 września 1981 roku w Moskwie, o przeprowadzonych tam rozmowach oraz zapowiedziach strony radzieckiej w sprawie radykalnego ograniczenia dostaw do Polski.
• Zbigniew Nowak – Wiceminister Obrony Narodowej, Główny Inspektor Techniki. Powinien złożyć zeznania na okoliczność perturbacji w przemyśle zbrojeniowym – zwłaszcza w II połowie 1981 roku – co powodowało zakłócenia w kooperacji i realizacji wcześniej uzgodnionych dostaw sprzętu wojskowego, remontów oraz części zamiennych dla armii Układu Warszawskiego. Wywoływało to z ich strony ostre – pisemne i ustne reakcje, m.in. w czasie wizyt w Polsce delegacji Komitetu Technicznego Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego. Gen. Nowak zna również skutki dla Wojska Polskiego zapowiedzianych i stopniowo (na przełomie listopada-grudnia 1981 roku) już realizowanych ograniczeń dostaw niektórych paliw oraz materiałów.
• Józef Czyrek – Minister Spraw Zagranicznych. Na okoliczność ówczesnej sytuacji zewnętrznej. Reakcje państw Wschodu i Zachodu, ich konsekwencje dla Polski, w tym zrelacjonowanie spotkań i rozmów z przedstawicielami wielu państw Zachodu, m.in. podczas wrześniowej – 1981 rok – Sesji ONZ. Główny akcent, aby polskie sprawy rozwiązywać we własnym zakresie. 1-3 grudnia narada Ministrów Spraw Zagranicznych państw Układu Warszawskiego w Bukareszcie. Ostra krytyka sytuacji w Polsce. Wcześniej rozmowa z Andrejem Gromyko – oskarżenia, w tym przypomnienie – kto jest jedynym, realnym gwarantem zachodnich granic Polski. Józef Czyrek ponadto może przedstawić szczegółowo – dokonany przez Polskę w ONZ – akt notyfikacji stanu wojennego.
• Jerzy Wiatr – jako przewodniczący sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej – 29 listopada 1994 roku odbył w Pradze długą rozmowę z Wiceprzewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej i jednocześnie Przewodniczącym Komisji Śledczej tego Parlamentu, deputowanym Pavlem Tollnerem. Komisja ta badała i oceniała działalność władz czechosłowackich w latach 1945-1989, w tym również ich przygotowania do interwencji w Polsce w latach 1980-1981. Jerzy Wiatr – przewodnicząc Zespołowi sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej – przebywał ponownie w Pradze 2 maja 1995 roku. Jak wynika ze znajdującego się w aktach sprawy sprawozdania, Zespół dotarł jedynie do części interesującej go dokumentacji. Deputowany Pavel Tollner pośredniczył w jej udostępnieniu, wyjaśniając przy tym, że znaczna część została zniszczona. Ze strony Ministerstwa Obrony dokumenty przedstawiał ekspert – współpracujący z Komisją Śledczą Parlamentu Czeskiego – płk Antonin Kriż. Przesłuchanie jako świadka Jerzego Wiatra jest w pełni uzasadnione.
• Adam Strzembosz – I Prezes Sądu Najwyższego wniósł Rewizję Nadzwyczajną w sprawie Ryszarda Kuklińskiego. W Uzasadnieniu dobitnie podkreśla zagrożenie interwencją. Celowe jest uzyskanie pogłębionego naświetlenia tej oceny, która została dokonana, kiedy już szeroko znane było tzw. Archiwum Susłowa.
• Aleksander Merker – Dyrektor w Urzędzie ds. Wyznań. Po śmierci Kazimierza Barcikowskiego i Jerzego Kuberskiego jest ze strony władz jedynym, najlepiej poinformowanym uczestnikiem i świadkiem stanu stosunków państwo-Kościół w latach 80., w szczególności związanych ze stanem wojennym.
• Roman Misztal – Szef II Zarządu Sztabu Generalnego WP, uzyskiwał z attachatów wojskowych akredytowanych w państwach Układu Warszawskiego oraz NATO informacje-meldunki, jak oceniana jest sytuacja w Polsce oraz jakie są przewidywane i możliwe na nią reakcje. Suma tych meldunków budziła duży niepokój.
• Maksymilian Korzeniowski – uzasadnienie przesłuchania jako świadka wynika z jego obszernej relacji, jaką przedstawiłem Wysokiemu Sądowi wcześniej.
• Marek Ochocki – Komendant Wojewódzki Milicji Obywatelskiej w Legnicy. Posiadał istotne obserwacje oraz liczne kontakty z generałami i oficerami – w tym z dowództwem Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Podobnie ze swymi NRD-owskimi i czechosłowackimi „odpowiednikami” z przygranicznych województw. Posiada dużą wiedzę w sprawie zagrożenia interwencją w Polsce.
• Jerzy Ćwiek – jako Komendant Stołeczny MO miał wiedzę o procesach i narastających zjawiskach rozchwiania porządku publicznego, a zwłaszcza o realnej groźbie, jaką była zapowiedź wielkiej demonstracji 17 grudnia.
• Jerzy Zych – Szef Sztabu Wojsk Lotniczych. Zetknął się bezpośrednio z penetracyjną działalnością przedstawicieli Dowództwa Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego. M.in. był świadkiem zapytania skierowanego przez gen. Katricza do – nieżyjącego obecnie Dowódcy Wojsk Lotniczych WP gen. Krepskiego o to, jak postąpi, jeśli rozkaz przyjdzie od kogoś innego, a nie od Ministra Obrony Narodowej. To była bardzo czytelna sugestia, świadcząca o daleko idących próbach i rachubach.
• Edward Łukasik – Zastępca Dowódcy Wojsk Lotniczych ds. politycznych – przesłuchanie na okoliczność jak wyżej.
• Jerzy Kołodziejczyk – pracownik Ambasady PRL w Moskwie od 1979 do 1983 roku. Uzyskał z własnych obserwacji oraz z różnych rozmów znaczną wiedzę o transportach wojsk radzieckich przegrupowujących się intensywnie na przełomie listopada-grudnia 1981 roku w kierunku zachodnim.
• Antoni Bossowski – Konsul Generalny w Mińsku w latach 1980-1984. Poprzez osobiste obserwacje oraz liczne rozmowy, w tym z generałami i oficerami Białoruskiego Okręgu Wojskowego, poznał sytuację z przełomu listopada-grudnia 1981 roku. Przygotowania do interwencji były ewidentne.
• Mieczysław Chodyniecki – pracownik Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Białymstoku. Wracał do kraju w połowie listopada 1981 roku z pobytu w Jugosławii. Na trasie Tarnopol-Stanisławów-Lwów (granicę przekraczał w Medyce) widział stojące – w kierunku północno-zachodnim – kolumny radzieckich wojsk zmotoryzowanych.
Wnoszę również o przesłuchanie:
• płk. Michała Sadykiewicza. Uzasadnienie wynika z jego relacji przedstawionej przeze mnie Wysokiemu Sądowi.
• Hartmuta Digutscha na okoliczność sprawozdania, jakie złożył w wyniku obserwacji dokonanych jesienią 1981 roku w obszarze graniczącym z Polską.
Obaj ww. wyrazili gotowość stawienia się przed Wysokim Sądem.

WARTOŚĆ DOBRA RATOWANEGO

Wysoki Sądzie,
We wnioskach dowodowych skierowanych do:
• Prokuratury IPN;
• Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia;
• Sądu Okręgowego w Warszawie Wydział VIII Karny,
wskazałem również jako świadków polityków zagranicznych. Postanowienie Sądu z 14 maja 2008 roku spotkało się z gwałtowną, zmasowaną krytyką. Najczęściej podważane było uzyskanie zeznań osób z zewnątrz, spoza naszego kraju, jako rzekomo zmierzające do opóźnienia procesu. W tej sytuacji 27 maja skierowałem do Sądu Apelacyjnego w Warszawie (za pośrednictwem Sądu Okręgowego w Warszawie – Wydział VIII Karny) oświadczenie, iż „przyjmę ze zrozumieniem ew. decyzję Sądu, pomijającą uzyskanie zeznań zagranicznych świadków w formie ich przesłuchania”. Mimo iż są to świadkowie bardzo ważni – muszę konsekwentnie podtrzymać to oświadczenie.
Kilku kluczowych uczestników rozpatrywanych przez Wysoki Sąd wydarzeń albo nie żyje, albo pozostaje w stanie zdrowia uniemożliwiającym złożenie zeznań. Są to zwłaszcza: Henryk Jabłoński, Kazimierz Barcikowski, Michał Janiszewski i Czesław Kiszczak. Ich obszerne zeznania znajdują się w protokołach z posiedzeń sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Z aktu oskarżenia wynika, iż Prokuratura IPN nie wzięła ich pod uwagę. Dotyczy to zresztą szeregu innych – istotnych dla sprawy świadków. Proszę, ażeby Wysoki Sąd zechciał w toku procesu uwzględnić tę okoliczność.
Reasumując: w grudniu 1981 roku pozostawałem i nadal pozostaję w głębokim przekonaniu:
że wprowadzenie stanu wojennego uchroni i rzeczywiście uchroniło przed:
• paraliżem elementarnych funkcji państwa;
• całkowitym załamaniem gospodarki i w konsekwencji katastrofą społeczno-egzystencjalną;
• konfliktem bratobójczym;
• interwencją militarną państw Układu Warszawskiego.
Stan wojenny – jeśli nawet założyć – iż był obciążony formalno-prawnym uchybieniem (co nie jest zresztą powszechnie podzielaną opinią, w tym konstytucjonalistów, ekspertów), był jednak podyktowany wyższą koniecznością. Co więcej, z aktu oskarżenia wynika, że postawieni przed Sądem członkowie najwyższych władz państwa polskiego w latach 1980-1982 byli uczestnikami „związku… mającego na celu popełnienie przestępstwa”. Wynika stąd absurdalny wniosek, że ówczesna władza, premier, ministrowie, członkowie Komitetu Obrony Kraju byli jednocześnie i legalną władzą, i nielegalną przestępczą organizacją.
Oczywiście nigdy nie zapominam, iż stan wojenny obciążony był dokuczliwymi społecznie rygorami oraz nadużywaną przez niektóre ogniwa władzy represyjnością, tragedią w kopalni Wujek oraz innymi ofiarami i krzywdami. Stanowiło to jednak „mniejsze zło”. Jak stwierdziła sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej – wartość dobra ratowanego była bez porównania większa niż wartość dobra poświęconego. To oczywiście oceni i zadecyduje Wysoki Sąd.

Na tym kończę moje wyjaśnienia i wnioski. Były bardzo obszerne. Towarzyszący temu procesowi polityczno-medialny „akompaniament” i jego dominująca tonacja wymagały bowiem w sposób szczególny przedstawienia uzasadnionych, udokumentowanych i uargumentowanych racji obrony. Tym bardziej iż złożone przed Wysokim Sądem, nabierają one – w jakiejś mierze – rangi dokumentu. Po opublikowaniu całości trudno będzie go nie zauważyć, jak również trudniej zniekształcać oraz fałszywie, selektywnie interpretować. Liczę na to – zwłaszcza iż – być może – jest to moje ostatnie słowo.

Wojciech Jaruzelski

25 września, 2, 6, 14, 21, 28 października 2008 roku

Generał zakończył składanie Wyjaśnienia 28 października o godz. 13.50, na Sali nr 200 Sądu Okręgowego w Warszawie.
Na pytanie Sądu, czy będzie odpowiadał na pytania prokuratora, odpowiedział: „Nie”. Odczytał przygotowany tekst, który przekazał Sądowi.

(Śródtytuły i wszelkiego rodzaju wyróżnienia w tekście pochodzą od redakcji)

Wydanie: 46/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy