Wykładowca pod lupą – rozmowa z prof. Markiem Rockim

Wykładowca pod lupą – rozmowa z prof. Markiem Rockim

Dla uczelni najbardziej opłacalni są profesorowie, potem doktorzy habilitowani i doktorzy. Asystenci magistrzy są jedynie kosztem

– Problemy z kadrą dydaktyczną to jeden z głównych powodów, dla których uczelnie dostają negatywne lub warunkowe oceny Państwowej Komisji Akredytacyjnej.
– To prawda. Problemem jest przede wszystkim to, co wynika także z ogólnopolskich danych statystycznych. Przez ostatnie lata znacznie wzrosła liczba studentów, natomiast kadra naukowo-dydaktyczna rośnie dużo wolniej, co wynika ze ścieżki karier akademickich. Skutkiem jest to, że w Polsce jest za mało „profesorów” w stosunku do liczby studentów. Zwłaszcza na najpopularniejszych kierunkach, cieszących się największym popytem, brakuje nieraz osób, które mają tytuły czy stopnie naukowe uzyskane w danej branży lub aktualne publikacje w danej dziedzinie. Nauczycielem akademickim powinna być osoba mająca kompetencje do prowadzenia zajęć z określonego obszaru wiedzy.

– Czyli mająca wykształcenie ściśle w tym obszarze?
– Nie tylko. W praktyce oznacza to, że np. osoba mająca formalne wykształcenie w zakresie matematyki może – ze względu na publikacje w zakresie ekonomii – mieć kompetencje, aby prowadzić zajęcia na ekonomii. Z formalnego punktu widzenia potrzebne są także osoby „firmujące” dany kierunek. To oznacza, że jeśli kierunek nazywa się np. zarządzanie, to muszą firmować go osoby, które mają dorobek naukowy w tej dziedzinie. Zgodnie z nowymi, proponowanymi w projekcie zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym, przepisami może się zdarzyć, że będą to osoby nawet bez tytułu czy stopnia naukowego, ale z wybitnym dorobkiem w danej dziedzinie. Np. przy szkoleniu menedżerów istotne jest, żeby uczyli ci, którzy osiągnęli sukces w zarządzaniu korporacjami, a niekoniecznie ci, którzy mają habilitację. Dobry prezes firmy na pewno ma wiele do powiedzenia o tym, jak nią zarządzać, często więcej niż doktor albo nawet profesor. Np. w SGH zawsze dobrym obyczajem było to, że bankowości uczył prezes banku, a nie osoba, która jedynie zna podręcznik do bankowości.

– Czy liczba studentów przypadających na wykładowcę ma znaczenie?
– Nie bezpośrednio. Ważniejsze jest pytanie, czy liczba studentów pasuje do typu zajęć. 100 czy 200 studentów na wykładzie nie stanowi problemu, ale jeśli będzie ich 50 na ćwiczeniach, z pewnością zwrócimy uwagę. Porównujemy liczbę studentów z liczbą sal i profesorów. Zwracamy uwagę, czy promotorzy prac dyplomowych nie mają zbyt wielu dyplomantów. Czytamy też losowo prace dyplomowe.

Na kilku uczelniach

– A co z wieloetatowością wykładowców? Jest akceptowana?
– Są dwa aspekty tego zjawiska. Problem czasem tkwi w tym, że nawet jeśli ktoś jest świetnym dydaktykiem, to ucząc w kilku miejscach, może mieć mało czasu na prowadzenie badań naukowych. Ale skoro jest tak duży popyt na kształcenie, tak wiele osób chce się uczyć, a brakuje kadry, to nie ma innego wyjścia, jak zaakceptować tę wieloetatowość. Jeśli ktoś pracuje na kilku uczelniach, ale uczy dobrze, to wszystko w porządku. Najważniejsze, aby uczelnia miała własny system zapewniania jakości. Jeśli ktoś wszędzie jest wybitnym dydaktykiem, to nie ma problemu, chyba że jest niedostępny dla studentów. Ale jeśli dwa dni poświęca na jedną uczelnię: jednego dnia wykłada, drugiego ma konsultacje i seminaria, to przy dobrej organizacji może w tygodniu być nawet na trzech uczelniach.

– Ale pracy naukowej nie może prowadzić.
– Raczej już nie, choć zawsze pozostaje siódmy dzień tygodnia… Sam pracuję w kilku miejscach, choć nie na kilku uczelniach. Tak się da, tylko trzeba umieć to zorganizować. Dla mnie wieloetatowość jest do zaakceptowania.

– Powiedział pan o dwóch jej aspektach.
– Z punktu widzenia komisji ważniejszy przy ocenie kierunku jest fakt, że wykładowca może firmować kierunek tylko na dwóch uczelniach, czyli tylko w dwóch miejscach daje uprawnienia do jego prowadzenia. Zresztą przepisy nowej ustawy o szkolnictwie wyższym i tak zakładają maksymalnie dwa etaty, przy czym drugi – za zgodą rektora jednostki macierzystej. Trudno przewidzieć, jakie będą skutki tej decyzji. Można się spodziewać, że wzrosną wynagrodzenia oferowane w instytucjach, które będą miały braki kadrowe. Może to też wpłynąć na tempo robienia doktoratów i habilitacji, bo wykładowcy będą bardziej zmotywowani, żeby szybciej starać się o zdobywanie kolejnych stopni, co pozwoli im znaleźć instytucję, która więcej zapłaci.

– Ograniczenie dotyczy tylko etatów, a co z innymi formami zatrudnienia?
– Jeśli ktoś prowadzi wykład na zlecenie, jako profesor goszczący, to oczywiście nie jest to problem, chodzi o stałe zaangażowanie w innej placówce. Choć zapewne polska przedsiębiorczość spowoduje, że uczelnie, które będą miały braki kadrowe, zaczną szukać wszelkich możliwości obejścia przepisów.

Profesor po osiemdziesiątce

– Problemem bywa też wiek wykładowców.
– Nikogo nie dyskryminujemy z tego względu, ale chodzi o zagrożenie dla stabilności minimum kadrowego. Jeśli średnia wieku osób firmujących kierunek przekracza 85 lat – co się zdarza – a liczba tychże profesorów jest niewielka, ubycie choćby jednej osoby powoduje, że kierunek traci minimum kadrowe. A w wieku 85 lat wysokie jest choćby prawdopodobieństwo choroby. Co innego, jeśli profesorów jest 50, a wśród nich kilku osiemdziesięciokilkulatków – wtedy nie ma niebezpieczeństwa. Gorzej, jeśli ci 80-latkowie mają publikacje sprzed 10 lat.

– Dlaczego więc uczelnie ich zatrudniają?
– Bo nie mają do dyspozycji młodych. Liczba profesorów jest ograniczona, więc szuka się wśród tych wiekowych, odchodzących na emeryturę albo wśród obcokrajowców, stąd na uczelniach znacząca liczba Słowaków, Ukraińców, a na zachodzie Polski – Niemców.

– Jednocześnie doktoranci mówią, że mają niewiele szans na zatrudnienie.
– Przede wszystkim dlatego, że liczba doktorantów wzrosła przez ostatnie lata. Według algorytmu podziału dotacji budżetowej, doktorant jest znacznie lepiej finansowany niż student pierwszego czy drugiego stopnia. Zwiększanie liczby doktorantów jest więc dla uczelni korzystne, nawet jeśli nie zrobią oni doktoratów. Co więcej, finalizowanie doktoratu jest dla uczelni kosztem. Przysparza co prawda uczelni chwały, ale oznacza też, że trzeba zapłacić promotorowi, recenzentom… Paradoksalnie więc uczelni opłaca się mieć doktorantów, a niekoniecznie doktorów. A to, że po zrobieniu doktoratu nie ma się pewności zatrudnienia, wynika z kilku czynników. Jeśli nawet wzrasta pula środków, które otrzymuje uczelnia, to pieniądze dostają przede wszystkim ci, którzy już są zatrudnieni, bo do tej pory zarabiali nie najlepiej. Tak więc środków na nowych pracowników może być za mało. Innym ograniczeniem, w niektórych placówkach dramatycznym, jest brak powierzchni. Bywa, że na uczelni nie ma już nawet miejsca, by wstawić nowe biurko. Ten sam problem dotyczy np. badań naukowych – jeśli brakuje pieniędzy i przestrzeni na pracownie, laboratoria, to praca naukowa nie może być rozwijana, bo nie ma gdzie. Niestety, dramat może polegać na tym, że młodzi naukowcy wyjadą za granicę, szukając tam miejsca, pracowni i pieniędzy.

Tradycja

– Z diagnozy stanu szkolnictwa wyższego wynika, że wśród kadry istnieje luka pokoleniowa.
– To też wynikło z algorytmu podziału dotacji budżetowej. Dla uczelni najbardziej opłacalni są profesorowie, bo mają trzykrotną wartość przeliczeniową, doktorzy habilitowani dwukrotną, doktorzy bez habilitacji – jednokrotną. Asystenci magistrzy w ogóle nie przynoszą pieniędzy z dotacji, są jedynie kosztem dla uczelni. Dlatego już w końcu lat 90. część uczelni z nich zrezygnowała, powierzając obowiązki asystenckie doktorantom. Aby uzupełnić kadrę, potrzebne są zmiany strukturalne, trzeba ustalić, w jakim kierunku mamy się poruszać. Niektórzy radzą spłaszczenie tej struktury, zmniejszenie liczby stopni, żeby przyspieszyć ścieżkę awansu, czyli choćby zlikwidowanie habilitacji.

– Pan jest zwolennikiem jej zlikwidowania?
– Nie. W polskiej tradycji istnieje pewna gradacja stopni naukowych i nie widzę powodu, żeby to zmieniać. Nie musimy za wszelką cenę kopiować rozwiązań z innych państw. Tym bardziej że niedobrze jest przyjmować wybrane elementy z zagranicznych wzorów przy pozostawieniu niezmienionej całości. Skoro w zrezygnowaniu z habilitacji mielibyśmy wzorować się na Stanach, czy to znaczy, że powinniśmy wprowadzić też pełną odpłatność za studia? Przenieśmy albo całość systemu, albo trzymajmy się swoich rozwiązań, bo takie sztucznie wyjęte kawałki mogą nie pasować do kompletu.

Ocena

– W większości uczelni wprowadzane są ankiety studenckie. Czy przy ocenach PKA liczą się opinie słuchaczy o wykładowcach?
– Mogą być języczkiem u wagi, ale to nie one decydują. Bardziej istotne są dla nas opinie o samej uczelni niż o poszczególnych nauczycielach. Natomiast, jak wspomniałem, zawsze zwracamy uwagę, czy uczelnia ma własny system zapewniania jakości, i istotnym, najczęściej stosowanym elementem tego systemu są właśnie ankiety. Sprawdzamy, czy są prowadzone, w jaki sposób są wykorzystywane. Ocena jest sygnałem dla wykładowcy – żeby w następnym semestrze mógł lepiej poprowadzić zajęcia, dla szefostwa – komu dać podwyżkę, komu pomóc, wysyłając np. na kursy dydaktyczne, i dla instytucji zewnętrznej – jako znak, że uczelnia dba o jakość kształcenia.

– Pan też jest oceniany na swojej uczelni…
– Jestem.

– I co wynika z tych ocen?
– Że muszę dbać o punktualność i unowocześnianie wykładów, uzupełniać je o to, co się pojawia nowego w nauce. Ale studenci muszą najpierw mieć wiedzę podstawową – jeśli tej nie zdobędą, nie mogę przekazywać najnowocześniejszej. Czytam wyniki tych ankiet i śledzę fora internetowe, gdzie studenci pytają siebie nawzajem o różne rzeczy. Dość często zabieram głos w tych dyskusjach, pod własnym imieniem i nazwiskiem, wyjaśniając sprawy, które dla mnie są oczywiste, a dla studentów, którzy przecież są krótko na uczelni, mogą być nieznane. Internet jest takim forum, gdzie wszyscy wypowiadają się nieoficjalnie i szczerze, więc można dowiedzieć się więcej. Studenci z reguły są anonimowi, występują pod nickami, więc piszą otwarcie.

Wciąż aktualne

– Jakie są największe bolączki kadry naukowo-dydaktycznej?
– Brakuje czasu na to, żeby dobrze przygotować zajęcia, żeby były zawsze aktualne i by się nie powtarzać. Sam czuję się lepiej, jeśli mam świeżo przygotowane przykłady, sam wszystko przepracuję. Nie da się prowadzić zajęć w ten sam sposób, na tych samych podręcznikach przez 20 lat.

– A jeśli ktoś jednak próbuje?
– To uczelnia dostaje słabszą ocenę PKA.

——————————–

Prof. Marek Rocki, profesor i b. rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, przewodniczący Państwowej Komisji Akredytacyjnej, senator PO

Wydanie: 19/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Agata Grabau

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy