Wyspy nienawiści

Wyspy nienawiści

Według danych brytyjskiego Biura Dziennikarstwa Śledczego, w pierwszym półroczu 2016 r., a więc w okresie najgorętszej debaty o przyszłości Wielkiej Brytanii w Unii i w decydujących miesiącach kampanii brexitowej, liczba czynów motywowanych nienawiścią wzrosła w samej Anglii i Walii o ponad 20% w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Tym samym osiągnęła liczbę ponad 60 tys. wykroczeń i przestępstw. Jeszcze bardziej szokujące są dane brytyjskiego Narodowego Biura Statystyk (ONS), które podało liczbę ok. 220 tys. przestępstw na tle etnicznym i rasowym popełnionych między czerwcem ub.r. i okresem przedreferendalnym. Hate crimes osiągnęły szczyt w weekend po głosowaniu w sprawie Brexitu, w sobotę 25 czerwca, kiedy w Anglii, Walii i Irlandii Północnej zarejestrowano aż 289 tego typu wykroczeń. Niemal równie niespokojne były pierwsze tygodnie nowego rządu, na początku lipca policja na Wyspach regularnie przyjmowała ok. 200 zgłoszeń dziennie.

Pobrexitowa fala przestępstw rasowych dotarła nawet w najodleglejsze zakątki Wielkiej Brytanii, czego najlepszym dowodem są dane z Walii. A przypomnijmy, że Walia jeszcze kilka tygodni przed referendum opowiadała się w większości za pozostaniem w Unii i była jedynym poza Szkocją bastionem liberalnym na Wyspach. Statystyki BBC Wales pokazują, że w czerwcu i w lipcu – a zatem tuż przed głosowaniem i zaraz po nim – liczba zgłaszanych na policję hate crimes wzrosła o 60% w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Jak nie dopatrywać się w tym gwałtownym wzroście nastrojów antyimigranckich?

Pilotażowa piątka

Kiedy fali przemocy na tle rasowym nie dało się już ignorować, pierwsza zareagowała londyńska policja, powołując komórkę do walki z przestępstwami motywowanymi nienawiścią rasową i etniczną. W jej skład wejdzie początkowo pięciu ekspertów, koncentrujących się przede wszystkim na groźbach i agresywnych przekazach publikowanych w mediach społecznościowych. Pilotażowy program, powołany na razie na dwa lata, ma się rozrastać i z czasem obejmować również szantaże, anonimowe listy z pogróżkami, wykroczenia słowne czy rasistowskie graffiti.
Brytyjski rząd na walkę z hate crimes przeznaczył już ponad 1,7 mln funtów. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że koncentracja na hejcie internetowym ochroni w większym stopniu brytyjskich nastolatków przed obraźliwymi komentarzami rówieśników niż imigrantów przed pobiciem czy kradzieżą.

Powodem jest jedna ważna cecha zjawiska przemocy rasowej. Mianowicie przy niemożliwym do zignorowania wzroście liczby tego typu przestępstw maleje niestety liczba ich zgłoszeń na policję. Wspomniany już raport brytyjskich dziennikarzy śledczych, czerpiących dane z MSW, wskazuje, że doniesień o popełnieniu przestępstwa na tle rasowym lub etnicznym w pierwszym półroczu 2016 r. było mniej o 10% w porównaniu z pierwszymi sześcioma miesiącami ubiegłego roku. Choć powodów takiego zjawiska jest wiele, od nieznajomości języka, nieufności wobec brytyjskich władz i chęci rozwiązywania sporów na własną rękę do kryminalnej przeszłości wielu imigrantów, to jednak, jak zauważa dziennik „The Independent”, kampania obozu na rzecz wyjścia z Unii poczyniła w tym zakresie jeszcze jedną szkodę. Imigranci, wzięci na cel przez UKIP i wielu konserwatystów, nie tylko poczuli się nieakceptowani przez brytyjskie społeczeństwo, ale też sami zaczęli podawać w wątpliwość swoje prawa jako rezydentów Wielkiej Brytanii. Z ekranów telewizorów i pierwszych stron bulwarówek atakowały ich komunikaty o ponoszonej przez nich winie za upadek brytyjskiej gospodarki i – co bardziej groteskowe – brytyjskiego społeczeństwa. To z pewnością osłabiło ich zaufanie do instytucji brytyjskiego państwa, zarówno związanych z ochroną ich praw, takich jak policja, jak i politycznych, np. władz lokalnych.

Trudno im się dziwić – w końcu Michael Gove, przyparty do muru przez dziennikarza telewizji Sky News, przyznał, że niewiele go obchodzą dane o pozytywnym wpływie imigrantów na brytyjską gospodarkę, bo „Brytyjczycy mają dość ekspertów”, a Boris Johnson stwierdził, że słowa imigranci używał za każdym razem, kiedy miał wrażenie, że wyborcy na jego wiecu zaczynają przysypiać.

Reakcja przesadzona?

Debata o związku Brexitu z kolejnymi napadami na imigrantów – bo od czasu referendum ofiarą przemocy padają przecież nie tylko Polacy, ale i Litwini, Rumuni, Hiszpanie, a nawet Amerykanie – szybko przeniosła się jednak na najwyższe szczeble polityki. Angielską elitę polityczną jako pierwszy otwarcie skrytykował Komitet ds. Likwidacji Dyskryminacji Rasowej, agenda Narodów Zjednoczonych zajmująca się zwalczaniem rasizmu w przestrzeni publicznej. Opublikowany przez nią w sierpniu raport nie pozostawiał wątpliwości co do interpretacji wydarzeń z ostatnich miesięcy – według jego autorów odpowiedzialni za ogromny wzrost przestępczości motywowanej nienawiścią są głównie brytyjscy politycy, przede wszystkim liderzy obozu wyjścia z Unii.

Eksperci ONZ zwrócili uwagę właś­nie na retorykę kampanii, w której dominował przekaz „ksenofobiczny, antyimigrancki, mający na celu podzielenie brytyjskiego społeczeństwa”. Zdaniem Davida Isaaca z komisji ds. równości i praw człowieka ONZ tendencje prowadzące do rozrostu ksenofobii w brytyjskiej debacie publicznej obserwowano od kilku lat, ale kwestia wyprowadzenia Londynu z UE podgrzała nastroje przeciwko przybyszom z innych krajów. ONZ zwraca jednak uwagę, że to wina nie tylko Johnsona i Farage’a. Odpowiedzialne są wszystkie partie polityczne, które wspólnie tworzą przekaz publiczny, a żadna z nich nie zdecydowała się, w opinii ONZ, na jasną obronę imigrantów w kampanii brexitowej.

Przy okazji pogrzebu Arkadiusza Jóźwika głos zabrał Arkady Rzegocki, nowy ambasador Polski w Wielkiej Brytanii. W czasie marszu milczenia zorganizowanego w Harlow dla uczczenia pamięci zabitego Polaka ambasador, który londyńską placówkę przejął z rąk Witolda Sobkowa zaledwie dwa tygodnie temu, powiedział, że od dnia referendum w sprawie opuszczenia Unii do polskiej ambasady wpłynęły zawiadomienia o kilkunastu hate crimes popełnionych wobec Polaków. Długo z reakcją nie czekał też polski rząd, choć trzeba przyznać, że była nieproporcjonalna do zaistniałej sytuacji. Przez polskie media prawicowe przelała się fala krytyki wobec brytyjskiego aparatu państwowego, sugerująca, że Londyn nie radzi sobie ze skutkami Brexitu we własnym społeczeństwie. To diagnoza może i trafna, ale cokolwiek groteskowa w ustach komentatorów otwarcie domagających się „Polski dla Polaków”.

Trzeba przyznać, że premier Szydło nie szczędziła środków, by zamanifestować niezadowolenie z sytuacji Polaków na Wyspach. Z misją dyplomatyczną do Londynu wysłała w ciągu kilku dni dwóch ministrów swojego rządu. Polska delegacja, w której znaleźli się m.in. szef MSW Mariusz Błaszczak i kierujący dyplomacją Witold Waszczykowski, spotkała się z brytyjską minister spraw wewnętrznych Amber Rudd oraz szefem MSZ Borisem Johnsonem. Wizyta miała charakter czysto informacyjny, a jej przebieg łatwo było przewidzieć. Polscy ministrowie wyrazili zaniepokojenie, angielscy zapewnili ich, że Polakom na Wyspach nic nie grozi i oni osobiście o to zadbają. Zabiegi te odbiły się głośnym echem w kraju i za granicą. Szeroko komentowano przede wszystkim fakt, że Polska wysłała dwóch konstytucyjnych ministrów, a niemal w tym samym czasie z wizytą w Londynie był wicepremier Mateusz Morawiecki, w brytyjskim MSW interweniował też prezydencki minister ds. zagranicznych Krzysztof Szczerski.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy