Wyspy nienawiści

Wyspy nienawiści

Śmierć Polaka i przestępstwa na tle etnicznym pokazują, że Brexit to coś więcej niż decyzja o ekonomicznej przyszłości Wielkiej Brytanii

Pierwsze ulotki z hasłami obrażającymi Polaków i żądaniami, by opuszczali Wielką Brytanię, były rozrzucane pod domami imigrantów w hrabstwie Cambridge kilka dni po zwycięskim dla obozu Brexitu referendum z 23 czerwca. Większość komentatorów politycznych uspokajała wówczas, że to pojedyncze wybryki. Podobne hasła stawały się jednak z każdym dniem coraz powszechniejsze przede wszystkim w mediach społecznościowych, gdzie powstawały grupy zrzeszające użytkowników pod hasłami: „Czas wyrzucić imigrantów z Europy Wschodniej” i „Odzyskajmy nasz kraj dla siebie”.

Choć lewicowe i liberalne media szybko podchwyciły alarmujący ton w sprawie potencjalnego wzrostu wykroczeń i przestępstw na tle rasistowskim i etnicznym (w języku angielskim istnieje tak potrzebna również w Polsce kategoria hate crimes, przestępstw inspirowanych nienawiścią, do których zalicza się hejt internetowy), rząd długo nie chciał łączyć z tym oficjalnej retoryki kampanii brexitowej. A ta nawoływała przecież do wyjścia z Unii m.in. właśnie z powodu zagrożenia imigracją. I obrażała polskich, rumuńskich i litewskich robotników, dostawców pizzy czy nawet dzieci w szkołach.

Wypieranie się tego – nie ma co się oszukiwać – bezpośredniego związku było dość oczywiste, zwłaszcza w świetle późniejszych decyzji politycznych liderów obozu wyjścia. Ani obecny szef MSZ Boris Johnson, ani były minister sprawiedliwości Michael Gove, ani lider nacjonalistycznej partii UKIP Nigel Farage nie przyznali się, że strachem przed imigrantami napędzali popularność swoim antyunijnym postulatom. Podobnie jak uniknęli politycznej odpowiedzialności za Brexit, odmawiając ubiegania się o przywództwo w Partii Konserwatywnej, tak teraz utrzymują, że udało im się przekonać brytyjskie społeczeństwo do opuszczenia Unii racjami ekonomicznymi. A sytuacja imigrantów stanowi tylko ich cząstkę.

Dowodów brak

Kilka miesięcy po referendum rzeczywistość zadaje jednak kłam brexitowej linii argumentacji. 40-letni Arkadiusz Jóźwik, mieszkający w niewielkiej miejscowości Harlow na północ od Londynu, zginął 30 sierpnia na skutek brutalnego pobicia przez grupę nastolatków. Towarzyszący mu 43-letni kolega również trafił do szpitala, na szczęś­cie jego obrażenia nie były tak rozległe i po obserwacji został wypisany do domu. Do dziś nie ustalono motywów morderstwa, nieznani są też wszyscy sprawcy. Świadkowie i mieszkańcy okolicznych osiedli zeznali jednak, że czynnikiem, który najpewniej sprowokował młodocianych przestępców do pobicia, był fakt, że Jóźwik miał rozmawiać ze spotkanym w sklepie znajomym po polsku. Tamtejsza policja szybko zmieniła kwalifikację czynu najpierw z pobicia na morderstwo, a potem uznała go za potencjalną zbrodnię z nienawiści. Oczywiście nie ma dowodów, że sprawcy zabili Polaka tylko z powodu jego narodowości. Co więcej, ich zdobycie może okazać się niemożliwe, chyba że chuligani sami opowiedzą o kierujących nimi motywach.

Najbardziej w całej sprawie przeraża to, że zbrodni dokonała szóstka nastolatków, w wieku zaledwie 15-16 lat, według niektórych świadków w całym zajściu mogło brać udział nawet 20 osób, a lokalne media donoszą o gangu ok. 50 młodych ludzi włóczących się po ulicach miasteczka i zaczepiających przechodniów, przede wszystkim o innych rysach twarzy i cechach etnicznych.
Śmierć Arkadiusza Jóźwika była najpewniej najtragiczniejszym aktem przemocy wobec polskich imigrantów na Wyspach od czasów referendum, choć na pewno niejedynym – dlatego należy na nią patrzeć w szerszym kontekście.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy