Studenci zadłużeni na wieczność

Studenci zadłużeni na wieczność

Koszty edukacji wyższej w Stanach Zjednoczonych wymknęły się spod kontroli

Korespondencja z USA

Zachęcamy do udziału w naszej loterii, masz szansę spłacić swój dług studencki! Główna wygrana to 100 tys. dol., kolejnych 300 szczęśliwców zredukuje zadłużenie o 500 dol. każdy. By wziąć udział w losowaniu, wystarczy załadować naszą aplikację i… zamówić jedzenie za przynajmniej 5 dol.!

Różne są pomysły na biznes, ale Burger King trafił w dziesiątkę. Liczba amatorów whopperów od razu strzeliła w górę, bo i zdesperowanych ludzi, którzy spłacają studia nawet dziesiątki lat po ich ukończeniu, jest w USA zatrzęsienie. Statystyki mówią o 44 mln, czyli o co czwartym dorosłym obywatelu. Sam dług niedawno przekroczył 1,5 bln dol., czyli wynosi średnio 30 tys. dol. na dłużnika i nadal rośnie o ok. 4% rocznie.

Loteria Burger Kinga to zagrywka ekonomiczna obliczona na zwiększenie obrotów i poprawę samopoczucia akcjonariuszy. Ale jeżeli dzięki niej przynajmniej jedna osoba wydobędzie się z dołka, a kilkaset innych nie będzie musiało się martwić o spłatę rat przez miesiąc lub dwa, i tak jest to rozwiązanie o niebo lepsze niż propozycje płynące z Białego Domu. Ivanka Trump, tak samo jak ojciec oderwana od rzeczywistości, przekonuje, że antidotum na dług studencki powinny być… ograniczenia w dostępie do pożyczek na naukę.

Lekkomyślni czy rozważni?

Kto nie zna realiów amerykańskiej edukacji, może pomyśleć – i słusznie! – że mamy kolejny dowód skrajnej lekkomyślności i nieodpowiedzialności Amerykanów. Bez opamiętania pożyczają, a potem rwą włosy z głowy. Czy krach finansowy sprzed 10 lat nie był wynikiem tej samej lekkomyślności? Za proceder bezmyślnego udzielania pożyczek hipotecznych bezmyślnym ludziom, którzy przy najmniejszym tąpnięciu rynku nie będą w stanie sprostać zobowiązaniom finansowym, zapłacił cały świat. Amerykanie osiągnęli mistrzostwo w nabywaniu dóbr, na które ich nie stać.

Edukacja, tak jak domy czy samochody, też jest dobrem, ale innego rodzaju. Jej wartość nie poddaje się nadmiernym zmianom, a powiedzenie, że „nie ma takiej ceny, której nie warto zapłacić za porządną edukację”, jest tak samo aktualne dziś jak w całej erze nowożytnej. Skala zadłużenia na naukę pokazuje w takim razie skalę inwestycji w siebie i swoją przyszłość, która ma sens tym większy, że wykształcenie wyższe przekłada się w Ameryce na znaczący skok w zarobkach. Mówimy o przynajmniej 1 mln dol. więcej w ciągu życia zawodowego dla osoby z dyplomem bakałarza i o 2 mln więcej dla magistra, niż będą wynosić dochody osoby z dyplomem ukończenia liceum. W tym świetle dług studencki wydaje się świadczyć raczej o rozwadze i odpowiedzialności.

Problem leży gdzie indziej – w kosztach edukacji wyższej, które wymknęły się spod kontroli w ostatnim ćwierćwieczu. Niestety, Ameryka wciąż się upiera, że jedyną opcją ekonomiczną jest dla niej wolny rynek.

Uczelnia publiczna made in USA

Nauka w kapitalistycznym świecie przez większą część jego historii nie była darmowa. W USA, gdzie idea kapitalizmu i absolutystyczne podejście do minimalizacji ingerencji rządu w życie obywatela od początku stanowiły główne elementy państwowości i tożsamości, opłaty za naukę zawsze były wyższe niż gdzie indziej. Niekoniecznie jednak świadczyło to o jakości, raczej – jak rozpaczał „New York Times” już w 1875 r. – o tym, że uniwersytety oferowały studentom zbędne luksusy, jeśli chodzi o zakwaterowanie, wyżywienie, a nawet „rekreacje atletyczne”. Na fali idei oświeceniowej, która w Ameryce zbiegła się z ruchem abolicjonistycznym i reformami po wojnie secesyjnej, zaczęły powstawać pierwsze uniwersytety publiczne. Publiczne – bo choć wciąż pobierały od studentów czesne, było ono dużo niższe niż na uczelniach prywatnych, gdyż głównym źródłem ich finansowania były rządy stanowe. Ten typ uniwersytetu do dziś skupia 80% uczących się w USA. Jeszcze do lat 80. opłaty za uczelnie publiczne były na tyle niskie, że pracując na pół etatu za najniższą stawkę godzinową, student mógł zarobić i na czesne, i na utrzymanie, nawet jeśli kształcił się z dala od domu.

Termin pożyczka studencka do lat 60. nawet nie istniał. Pojawił się dopiero, gdy na uniwersytety masowo ruszyło pokolenie baby boomerów (wyżu demograficznego). Najliczniejsze w powojennej historii kraju i zaangażowane w walkę o równouprawnienie domagało się od rządu zlikwidowania bariery w dostępie do edukacji. Wtórowali mu ekonomiści, alarmując, że wykształcenie jest najważniejszym kapitałem i tylko ono zapewni Ameryce globalny prymat.

Europa Zachodnia mniej więcej w tym samym czasie zaczęła eksperymentować ze studiami całkowicie finansowanymi z budżetu państwa. Amerykańscy reformatorzy wybrali drogę rynkową. W 1972 r. Kongres przegłosował Ustawę o edukacji wyższej, która powoływała do życia instytucję finansową Sallie Mae do udzielania studenckich pożyczek federalnych oraz automatycznego poręczania przez rząd pożyczek prywatnych. Ustawa gwarantowała jednocześnie odroczenie obowiązku spłaty długu do chwili, aż student odbierze dyplom i znajdzie pracę.

– W założeniu system ten powinien był działać wzorowo i być narzędziem awansu społecznego dla osób biednych i mniejszości. Ale okazało się, że wypuściliśmy z klatki potwora. Większy dostęp do szkół w parze z większym dostępem do pożyczek zmieniły rynek edukacji wyższej w USA w Dziki Zachód. Rozpoczął się morderczy wyścig po federalne pieniądze – powiedziała po latach Alice Rivlin, ekonomistka rządowa odpowiedzialna za kształt ustawy z 1972 r.

Tu się liczy kasa, głupcze!

Rząd, w imię dostępności, nie chciał nakładać ani na studentów, ani na uczelnie żadnych ograniczeń, kto może lub nie kwalifikować się do pożyczki. Nie było też żadnych regulacji odnośnie do maksymalnego wzrostu czesnego w skali roku. Czesne rosło więc bez kontroli, a instytucje edukacji wyższej dodatkowo zaczęły obniżać progi kwalifikacyjne, by przyciągnąć jak najwięcej chętnych. Nastawione były na zarobek, a nie na roztrząsanie, kto na studia się nie nadaje i ich nie ukończy, choć się zadłuży. Przed rokiem 1970 opłaty za studia rosły o ok. 2-3% rocznie. Od połowy lat 70. mówimy już o 8-, 10-procentowym wzroście. Od początku nowego tysiąclecia wzrost pozostaje nieodmiennie dwucyfrowy.

Prawdziwa trąba powietrzna pojawiła się jednak nad Ameryką w czasie recesji w latach 2007-2009. Pracę straciło 8 mln ludzi, logiczną odpowiedzią na ten dramat był run na szkoły, by podnieść bądź zdobyć wykształcenie. Nabór na uczelnie stanowe podskoczył o 30%. Niestety, w tym samym czasie zduszone kryzysem niemal wszystkie stany rozpoczęły drakońskie cięcia finansowania tych szkół – trend, który trwa do dzisiaj. Efektem był dalszy drenaż kieszeni studenta. Dla porównania: rok studiów wraz z zakwaterowaniem na Stanowym Uniwersytecie Kolorado, przy którym mieszkam, kosztował rezydenta stanu (ci płacą kilka tysięcy dolarów mniej niż przybysze spoza stanu) 13 tys. dol. u progu 2008 r. Dzisiaj to koszt 23 tys. dol. Na uczelniach prywatnych dolny próg opłat to 40 tys. dol. rocznie. Najlepsi mogą liczyć na stypendia naukowe, a najbiedniejsi na socjalne (tzw. granty Pell), ale zawsze jest to tylko częściowe pokrycie kosztów, w najlepszym wypadku do ok. 15 tys. dol. rocznie.

Monopolista Fed

Nie byłoby bonanzy dla uniwersytetów, a zjazdu po równi pochyłej studentów w ostatniej dekadzie, gdyby nie jeszcze jedno zjawisko. W jak najlepszej wierze, by dodatkowo zabezpieczyć pożyczki studenckie i tym samym zachęcić ludzi do nauki, prezydent Barack Obama praktycznie wyprowadził z tego rynku banki prywatne, robiąc z banku centralnego (Fed) de facto monopolistę. Darmowe pieniądze federalne – tak w oczach uczelni wyglądały i wyglądają do dziś studenckie kredyty – kto by nie skorzystał i nie wycisnął z nich, ile się da? Mimo propozycji ustaw ze strony demokratycznych kongresmenów i oddolnych akcji obywatelskich, by Ameryka wzorem innych państw zaczęła przynajmniej regulować wzrost opłat za studia, Obamie nie udało się wprowadzić tej zmiany. Uczelnie mogą więc dowolnie windować ceny. Co ciekawe, wpływy z czesnego mogą spożytkować na różne sposoby, nie tylko pensje dla profesorów czy remont sal wykładowych. Stanowy Uniwersytet Kolorado wybudował w ostatnich pięciu latach nowy stadion dla uczelnianej drużyny futbolowej, choć „stary” miał się świetnie, a przytłaczająca większość mieszkańców stanu i studentów opowiadała się przeciw projektowi.

Jak oderwany od finansowych możliwości przeciętnego człowieka jest obecny koszt studiów w USA, najlepiej uzmysłowimy sobie, wstawiając go w kontekst zarobków. Student zatrudniony na pełny etat w branży handlowej, hotelarskiej czy gastronomicznej – tradycyjnych miejscach pracy dla osób uczących się, tzw. entry-level jobs – może liczyć maksymalnie na zarobki rzędu 20-26 tys. dol. brutto rocznie. Gdyby więc nawet jakimś cudem udało mu się efektywnie łączyć pracę ze studiami dziennymi, i tak na te studia nie zarobi. Chyba że weźmie drugi etat, ale kiedy?

Starość cię nie obroni

Dług studencki w USA wyróżnia na tle reszty świata nie tylko jego astronomiczna wielkość odpowiadająca trzykrotności PKB Polski, ale i fakt, że dłużnicy są w każdym przedziale wiekowym, nawet wśród emerytów. Więcej – amerykańscy seniorzy to grupa, w której ten rodzaj długu wzrasta obecnie najszybciej. Między 2010 a 2017 r. niemal się potroił. Jak to możliwe? Długu studenckiego, w przeciwieństwie do innych rodzajów długu konsumenckiego, nie można bowiem w żaden sposób zlikwidować, nawet na drodze bankructwa. Jedyne formy dostępnej pomocy to programy umorzeniowe, dobroczynność pracodawcy, który może oferować pracownikowi spłatę jakiejś części w ramach pakietu socjalnego, ewentualnie podzielenie się tym długiem z rodziną. Może ona skonsolidować go z innymi formami swojego zadłużenia, np. hipotecznego. Amerykańscy emeryci z długiem studenckim to w sporej części właśnie osoby pomagające finansowo krewnym. Nie ma znaczenia, czy są biedni, czy bogaci. Rząd automatycznie obcina im na to konto z emerytury Social Security nawet 15% miesięcznej wypłaty.

Czy zatem dług studencki dobije Amerykę? W mediach raz po raz pojawiają się kasandryczne doniesienia, że mamy do czynienia z kolejną bańką i lepiej szykujmy się na jej pęknięcie. Eksperci, wśród nich John Brooks, profesor prawa podatkowego na Uniwersytecie Georgetown, uspokajają jednak, że o krach porównywalny do tego z 2008 r. martwić się nie musimy, gdyż pożyczkodawcą jest Fed, więc nawet jeśli wybuchnie epidemia niewypłacalności, nie uderzy ona w banki prywatne, a tym samym nie zdusi rynku. Ale są inne, nie mniej ważne społecznie i ekonomicznie koszty tego zadłużenia.

– Mówimy o całym pokoleniu, które już u progu dorosłości jest obciążone poważnym długiem. To nie pozostaje bez wpływu na najważniejsze życiowe decyzje tych osób i już widzimy, jak zmienia się w związku z tym oblicze Ameryki – mówi John Brooks.

Po pierwsze: własność mieszkaniowa, wyróżnik ekonomiczny do dziś uważany w Ameryce za dowód przepoczwarzenia się młodego człowieka w osobę prawdziwie dorosłą. Dług studencki w parze z faktem, że ceny domów w USA w ostatnich 30 latach poszły w górę o prawie 40%, sprawia, że najmłodsze pokolenie amerykańskich dorosłych, czyli urodzeni w latach 1981-1996 milenialsi, odwleka moment inwestycji we własne cztery kąty. Ma je tylko jedna trzecia, pozostali wieszczą pesymistycznie, że nie uda im się zrealizować tego celu szybciej niż za 20 lat. Tyle czasu zajmie bowiem zgromadzenie kapitału na 20-procentowy wkład. Dla porównania: prawie połowa baby boomerów – rodziców milenialsów oraz gen-X-erów, ich starszego rodzeństwa – mieszkała na swoim jeszcze przed ukończeniem 34. roku życia. Ale cierpią i inne obszary konsumpcji. Jak podaje Bureau of Labor Statistics (styczeń 2019), milenialsi kupują i akumulują o całe 30% mniej niż ich rodzice i dziadkowie, częściej wybierają rzeczy używane, w tym samochody, i nie są lojalni wobec marek, bo ważniejsza jest dla nich cena towaru. A i tak mimo zakupowej wstrzemięźliwości ponad połowa (52%) nie jest w stanie na bieżąco spłacać zadłużenia z karty kredytowej, a prawie połowa (48%) żyje od wypłaty do wypłaty.

Amerykańska gospodarka od dziesięcioleci konsumpcją swoich obywateli stoi. Co ją czeka? Ekonomiczny establishment żyje nadzieją, że milenialsi otworzą szerzej portfele, gdy zaczną awansować i więcej zarabiać. Bo kiedyś chyba w końcu… zaczną.

Poza tym dług studencki powstrzymuje młodych Amerykanów przed zakładaniem rodziny. Oczywiście mamy tu do czynienia z ogólnoświatowym trendem, ale trudno nie zauważyć, że istotny spadek w statystykach ślubów i narodzin (dane Center for Disease Control, CDC) zaczął się w USA po roku 2008. CDC alarmuje, że w 2017 r. urodziło się najmniej dzieci od 30 lat, a jednocześnie pikowała liczba narodzin wśród matek poniżej 35. roku życia. „Matki z pokolenia milenialsów będą pierwszymi w historii USA, które nie zrealizują ambicji rodzinnych, bo te rozbiją się o realia biologiczne, czyli o obniżoną na skutek wieku płodność”, podsumowało CDC. Anne Petersen, dziennikarka serwisu BuzzFeed, tak odniosła się do tej „rewelacji”: „Setki tysięcy z nas nie dają rady zaoszczędzić na własne życie, co więc mówić o wychowywaniu i kształceniu dzieci. Moglibyśmy je co najwyżej wyposażyć w ich własny, kolosalny dług”.

Wreszcie wizja wysokiego zadłużenia nie pozostaje bez wpływu na decyzje o wyborze studiów. Z kalkulatorem w ręku Amerykanie coraz szerszym łukiem omijają nauki humanistyczne i pedagogiczne. Problem z niedoborem pracowników w sferze budżetowej zauważył już prezydent George W. Bush. Odpowiedział na niego w 2007 r. ustawą o możliwości „umorzenia” długu studenckiego osobom decydującym się na wykształcenie potrzebne w sektorze publicznym i zatrudnionym w tym sektorze przez co najmniej 10 lat. W ubiegłym roku do Departamentu Edukacji zgłosili się pierwsi kandydaci do umorzenia długu. Niestety, 98% z 29 tys. złożonych wniosków odrzucono, korzystając z rozmaitych kruczków, o których, jak się okazało, większość wnioskodawców dowiedziała się dopiero teraz. Swego czasu nie mieli o nich pojęcia nawet doradcy finansowi na uniwersytetach. Raczej nie zachęci to dzisiejszych licealistów do podobnego eksperymentowania.

Kto przejdzie na emeryturę

Ale najbardziej dramatyczne piętno, jakie dług studencki może odcisnąć na Ameryce, dotyczy jeszcze innej sfery – emerytalnej. Amerykański rząd już od co najmniej 15 lat oswaja obywateli z tym, że ok. 2035 r. federalny fundusz emerytalny Social Security, ustanowiony w 1935 r. przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta jako powszechne zabezpieczenie socjalne dla każdego Amerykanina, wyschnie na wiór. Odkąd przed ośmiu laty na emeryturę zaczęli przechodzić baby boomerzy, wypłaty robione dzisiaj płyną z bieżących składek osób pracujących. Niewypłacalność funduszu jest kwestią czasu. Amerykańscy seniorzy zaś polegają teraz na Social Security bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości. Po pierwsze, czasy, gdy amerykańskie przedsiębiorstwa powszechnie uposażały pracowników w firmową emeryturę, dawno za nami. Robi to tylko co szósty pracodawca w firmie do 500 osób i mniej niż co 10. w firmie z personelem poniżej 100 osób. Po drugie, choć firmowa emerytura zastąpiona została pracowniczymi planami oszczędnościowymi 401K (odpowiednik polskiego indywidualnego konta emerytalnego) i większość pracodawców w nich uczestniczy, to grubo ponad połowa pracowników nie oszczędza tyle, ile powinna, by choć minimalnie zabezpieczyć się na starość, bo… nie ma na składki.

Najnowsze dane think tanku National Institute on Retirement Security wykazują, że dwie trzecie obywateli poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Ameryka już należy do światowej czołówki państw, w których z pracoholizmu uczyniono wartość, choć niekoniecznie z pobudek korzystnych dla pracownika.

W przyszłym roku Amerykę czekają kolejne wybory prezydenckie. Temat długu studenckiego obowiązkowo jest w programie każdego kandydata z każdej frakcji politycznej. Najgłośniej oczywiście zrobiło się o „rewolucyjnym” postulacie Berniego Sandersa, by cały dług umorzyć i by studia stały się darmowe, jak w wielu innych krajach, finansowane z budżetu państwa. Na to nie zgodzi się przynajmniej połowa elektoratu, która rozwiązanie wszystkich ekonomicznych problemów widzi wyłącznie w obniżaniu podatków i dalszym uwalnianiu rynku.

John Brooks jest zdania, że najbardziej realnym scenariuszem reform będzie plan „małych kroczków”. – W obecnym klimacie politycznym nie ma szans na żadne przełomowe ruchy. Dla własnego dobra powinniśmy jak najszybciej dogadać się w trzech sprawach. Po pierwsze, umorzyć przynajmniej część długu, by ocalić przyszłość całemu pokoleniu. Po drugie, ulepszyć program wymazywania tego długu dla wszystkich po upływie pewnego okresu, bo emerytura to nie czas na borykanie się z takimi obciążeniami. I po trzecie, lepiej wspierać studentów, by nie przerywali nauki. Wiemy, że zadłużenie jest największym problemem dla grupy, która wzięła pożyczkę, lecz studia przerwała. Ona jest najbardziej dotknięta niewypłacalnością, bo to ludzie bez wykształcenia i kwalifikacji, z najniższymi zarobkami – wyjaśnia Brooks.

A jeśli nic się nie zmieni i nie poprawi? Los gospodarki pozostaje niewiadomą, ale dłużnicy już dziś mogą sięgnąć po rozwiązanie prawdziwie radykalne, ucieczkę z kraju. Rząd USA ma prawo automatycznie ściągać raty zadłużenia z zarobków pobieranych w USA, ale nie za granicą. Historie „radykałów”, którzy zdecydowali się osiedlić w Chinach, Japonii, na Ukrainie, a nawet w dżungli, by uwolnić się w ten sposób od studenckiego długu, zdominowały wiosenne wydania opiniotwórczych mediów w USA. Nie ma na razie danych, jak znaczący to trend i czy rośnie, są za to inne – wskazujące, że zwiększa się liczba Amerykanów na uczelniach zagranicznych, głównie w Europie. Wykształcenie zdobywa tam ponad 300 tys. obywateli USA, o 100 tys. więcej niż przed dekadą. Czy ktoś by pomyślał, że Amerykaninowi będzie łatwiej w dalekim świecie niż na łonie ojczyzny?

Fot. AP/East News

Wydanie: 27/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy