Wytłumaczcie to moim dzieciom

Wytłumaczcie to moim dzieciom

25 lat płacił podatki, a teraz karmi go jadłodajnia brata Alberta

Jest jeszcze ciemno, gdy Janusza Pierzchalskiego budzi sen: kończy pierwszą zmianę w stołówce i wpada prosto na burzę słomkowych włosów. – Proszę pani, która godzina? – jeszcze chce zatrzymać malignę, gdy już budzik ściąga go ze snu w realność. 40-letniego mężczyznę dobudza też mus – trzy słomkowe czupryny, jedna w drugą wypisz, wymaluj Joanna.
Pierzchalski, sycząc z bólu, podnosi się z tapczanu. Najgorzej jest po nocy, kiedy człowiek długo nie używa prawej nogi. Zanim postawi ją twardo na ziemi, balansuje wzdłuż parapetu tam i z powrotem. Rozruszanie guza w stopie zajmuje zwykle trzy zdrowaśki. 6.30. Gdy Pierzchalski drobi bochen do gorącego mleka, budzi się 11-letnia Patrysia, najstarsza z trójki. Potem Karolinka i Łukasz.
– Dzieci najłatwiej oduczyć smaku dobrego, przyzwyczaić do bylejakości – ojciec głaszcze główkę połykającej w pośpiechu Patrysi, która dobre pamięta najintensywniej. Skończyło się, gdy miała iść do drugiej klasy. Tata, kucharz Wyższej Szkoły Oficerskiej w Poznaniu, upuścił sobie na nogę 50-litrowy kocioł z ziemniakami. Ale za to, że tata dziś jest bez renty, Patrycja wini plaster cebuli, na którym się poślizgnął, a nie błędne koło bezdusznych urzędów. Partycja nie wie, ile znaczą wyroki. Więcej może powiedzieć o smaku chleba z najtańszą margaryną.
Choć scenariusz ze śniadaniem monotonnie powtarza się dzień po dniu, nie on najbardziej torturuje duszę Pierzchalskiemu. Bo chleb jest do zdobycia. Wystarczy przełamać wstyd. Ale prawdy nie pożyczysz na szklankę. Dyplomowany kucharz garmażer, który 25 lat odprowadzał ojczyźnie podatki, a od niedawna wdowiec z trójką jasnowłosych brzdąców, nie chce jałmużny. Puka do urzędniczych drzwi, żeby jemu, solidnemu kuchmistrzowi, oddali sprawiedliwość, czyli rentę. Bo renta to godność jego gromady. Godność zaś to chleb z wędliną, który skończył się po dziewięciu miesiącach chorobowego, gdy wojsko zwolniło kalekę, bo przekroczył 360 ustawowych dni. Powiedzieli: albo renta, albo praca. Ale ZUS wiedział lepiej niż zwijający się z bólu Pierzchalski, że nadaje się do pracy, nie do renty. – Masz zdrowe ręce, możesz być portierem – orzekli lekarze z Konina, gdy skończył się roczny zasiłek rehabilitacyjny. A Pierzchalski był wtedy krzepki, owszem, ale tylko nadzieją, bo właśnie czekał w kolejce na operację prawej nogi i liczył na cud, że wstanie i wróci do swojego powołania, czyli kuchni.
– Mogę być nawet portierem – wyrzuca z rezygnacją. – Ale gdzie w Słupcy potrzebni portierzy? Czego tu pilnować?
Śp. Joanna Pierzchalska też nie zdążyła nacieszyć się zatrudnieniem. Potem niby wszyscy współczuli półsierotom, niby zrobili wszystko w ramach obowiązującego prawa, tylko o rentę po mamie trzeba było długo walczyć z zawiłą machiną urzędowych pism. Bo urzędy nie są po to, żeby mieć sumienie. Zresztą to tylko sprawa szarego człowieka ze świata, który w skali Konina też jest podzielony na górną półkę, czyli miejscowe szychy – aptekarza, sędziego, właściciela baru – i dolną, czyli Pierzchalskich.

Umarli głosu nie mają

– Gdyby nie ten plaster cebuli, może żona nie szukałaby zarobku? – pan Janusz miesza kawę, bezmyślnie obijając łyżeczką o szklankę.
Znaleźć pracę w Słupcy to jak złapać pana Boga za nogi. Joanna Pierzchalska złapała Go za nogi, gdy wyczytała w Urzędzie Pracy w Koninie, że bar Vegas przyjmie pomoc kuchenną. Od grudnia 2000 r. była już kucharką i sprzątaczką. Przedzierała się pekaesem do Golina przez największe zaspy nawet w Boże Narodzenie. Z szacunku dla magicznego w Słupcy słowa „zatrudnienie”.
Styczeń. Wracała do domu. Błysk samochodowej lampy akurat wtedy, gdy przechodziła przez jezdnię. Niby nic się nie zdarzyło tamtego wieczoru. Może tylko mżawka mocniej niż zwykle przymarzła do asfaltu?
Na cmentarzu w miejscu, gdzie szerszenie zrobiły sobie gniazdo, z paszportowego zdjęcia uśmiecha się Joanna w różowym sweterku. Grobem podzieliła się z Pierzchalskim znajoma staruszka, bo nie stać go było na wieczną inwestycję. Tylko przerobił dół na podwójny… Przysięga jest przecież na wieczność.
I znów zaczął dreptać w diabelskim kole bezdusznych sądowych orzeczeń, które nie są od karmienia cudzych dzieci. Chlebodawca żony, mimo trzech wyroków skazujących, nie kwapił się wystawić świadectwa pracy i protokołu powypadkowego, przez co ZUS nie mógł przyznać renty dzieciom, sąd odsyłał do Państwowej Inspekcji Pracy, a ta do komornika, który rozkładał ręce, że jest od egzekwowania pieniędzy, nie papierów. I w tym miejscu koło się zamykało.
– Zwykłe bydlę! – wywrzeszczał Pierzchalski, gdy na rozprawie biuraliści rozłożyli ręce, że nikt właścicielowi baru Vegas do głowy pistoletu nie przyłoży. Nie wytrzymał kłamstw w żywe oczy. I tego, że wszyscy wszystko wiedzą, ale nic nie mogą czy nie chcą zrobić.
Tyle dróg musiał wydeptać uszkodzoną przez kocioł nogą, zanim wychodził 561 zł renty po żonie. Półtora roku szarpaniny. Niby nic, ale jak sobie przeliczy swój tani czas na bilety do Konina (6 zł w jedną stronę, czyli równowartość dorodnego kurczaka w hipermarkecie), złości się sam na siebie, że tak wyszarpuje uczciwość na raty, okradając własne dzieci.
Słowa, słowa, pisma… Siedzi godzinami nad stertą teczek, żeby zrozumieć prawdę ujętą w paragrafy. Pamięta jeden moment, niby nic… Ot, sędzia zakomunikowała mu: – Sprawa umorzona z tytułu wtargnięcia żony na jezdnię. – Przepraszam, czy jest od tego odwołanie? – przeciągał sądową ostateczność. – Nie. Może pan iść do domu. – Był pies, przeleciał ulicę, zakopany – duma. „Umarli głosu nie mają”, napisał do Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministerstwo napisało do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, ten do Sądu Okręgowego w Koninie. I prawda znów zatoczyła koło. – Jak mogła wtargnąć na jezdnię? – Pierzchalski rysuje na kartce papieru ten sam scenariusz, polemizując sam ze sobą. – Przecież uszkodzona byłaby prawa strona samochodu. Dlaczego był taki odrzut, że znaleziono żonę w autobusowej zatoczce po drugiej stronie ulicy? Prokurator okręgowa powiedziała: – Kłania się panu prawo fizyki. Pierzchalski nie rozumie tego prawa. Świadek słyszał tępy „huk uderzanej zwierzyny”. Nie słyszał pisku hamowania opon. Dlaczego samochód nie miał czasu zahamować?
Aptekarka z Konina, właścicielka poloneza, napisała w zeznaniach, że nie potrafi ocenić strat w samochodzie…

Państwo to nie niebo

Między wnioskami o apelację od kolejnych orzeczeń zaplątało się zdjęcie z polaroidu: na pierwszym planie, tuż za mamą, Patrycja ma skrzywioną ze wzruszenia twarz. To pierwsza komunia święta, urządzona przez Pierzchalskiego za „6% uszczerbku na zdrowiu”, za które dostał odszkodowanie z wojska. Potem jeszcze tak pysznie pachniało w domu na Boże Narodzenie. Teraz pachnie monotonnym wiązaniem końca z końcem.
12.15. Łukasz jest już w przedszkolu, gdy Pierzchalski starannie chowa do siatki trzylitrowy pojemnik. Zwykle w drugą środę miesiąca zaczyna się już bieganie ukradkiem po zupy do domu brata Alberta. Mężczyzna przemyka tą samą trasą prosto do drzwi z napisem: „Stąd nie odejdziesz głodny”, z których buchają na zewnątrz kłębki ciepłej pary. Okienko otwierają o 13. Ale dobrze ustawić się później, bo najlepsza zupa jest z dna. Woli dłużej postać i poczekać na gęste. W stercie, gdzie rozrzucone są długie plisowane spódnice z PCK, nie przebiera, odkąd Patrycja przyszła ze szkoły z płaczem. Bo w dzisiejszej szkole dzieci zaglądają drugim nawet do kanapek, najbardziej śmiejąc się z chleba przekładanego smalcem. A co dopiero z plisowanych nienowoczesnych spódnic.
Pierzchalski wraca do domu między osiedlowymi oknami, z których dolatuje zapach obiadowej pory, upokorzony, ale wyprostowany. Nawet dumny. Wraca od Alberta, tak jakby niósł chleb z hipermarketu, uważając na przeszkody w chodniku, żeby zupa nie bulgotała w reklamówce. Choć na osiedlu znieczulica dziś taka, że nikt się nie interesuje tym, czy drugi ma w siatce chleb, czy na chleb nie ma, Pierzchalski prostuje plecy na wszelki wypadek. Żeby ludzie nie wzięli go na języki.
Jeszcze trzeba zdążyć przelać albertowską zalewajkę do niebieskiego garnka, zanim pierwsza córka przyjdzie ze szkoły. A jak nie zjedzą, dolewa się wody i woda udaje zupę na drugi dzień. Bieda uczy rozsądku w dawkowaniu pożywienia. Jednym kurczakiem można załatać nawet cztery dni: niedziela – po cienkim kotlecie dla każdego, poniedziałek – rosół z korpusu, wtorek – rosół plus przecier za 60 gr, czyli pomidorowa, środa – podsmażane kostki z korpusu plus ziemniaki, czyli drugie danie.
Odkąd Pierzchalski stracił pracę, rentę i żonę, nie mówi, że żyje, ale że „ciągnie życie”, „łata”. A łata, bo nie może sobie pozwolić na bezradność. – Jestem mistrz cukierniczy, kucharz garmażer, dekorator – rozwija pożółkłe dyplomy, powtarzając wyrzut jak refren. Zdrowymi nogami pracował uczciwie. 10 godzin dziennie stał i mieszał w kotłach, gotując nawet dla 700 osób, w tym oficerów polskiego wojska. A ilu studentów dla tej Polski wykarmił, gdy jako kloper bił mięso w kuchni na Uniwersytecie Poznańskim? Ile magazynów mięsa miał pod sobą i rozliczał się co do grama, bo krętacz z niego żaden? Mistrzów cukierniczych, których wykształcił, nawet nie zliczy.
Najbardziej czuł się potrzebny, gdy urządzał bankiety dla prominentów. Najpierw na widelcu robił z serwetek papierowe łabędzie, potem układał zimny bufet, dalej szły marcepanowe torty. Co w tym zamiłowaniu do kucharzenia siedzi? – Trzeba ludziom pokazywać, że nawet jeść można pięknie – ożywia się.
W tym kraju, gdzie Pierzchalski się wykształcił, teraz kształci dzieci. A kraj mu co? Czasem czuje taką złość, że chciałby zapytać Polskę, jak je wykarmić. Dać tym na górze 6 zł na całą czwórkę i powiedzieć: proszę żywić.

Mamy ciebie, tatusiu

Mieszkanie zdążyło już zapachnieć słodkawym aromatem odgrzewanej pomidorówki, gdy Karolina kłapnęła drzwiami. Zanim zdejmie buty, jak zwykle, sięgając na palcach do kredensu, kładzie na serwetce kilka darmowych rarytasów ze szkolnego śniadania. Celebrując ruchy, dzieli drożdżówkę równiutko na trzy. Jogurt wymieszają z ryżem na kolację.
Ale Pierzchalski nie mówi o sobie, że jest biedny. Są biedniejsi. W nocy nawet dziękuje Bogu, że nie wykształcił się na elektryka. Nie dość, że umie zapełnić dzieciom „niczym” żołądki, to jeszcze potrafi zapleść córkom te słomkowe warkocze do szkoły, bo jako mistrz cukierniczy plótł chałki pół życia. Najgorzej jest z szyciem. Dzieci gubią guziki. No i pranie. To Patrycja nauczyła tatę oddzielać białe od kolorowego. Czy to przypadek, że gdy mama wyszła z domu ostatni raz, zostawiła kartkę: „Patrysiu, tu wsyp proszek”?
Piąta po południu. 11-letnia dziewczynka w wypłowiałej kurteczce z napisem „Lady” już biegnie z plastikową butelką po oranżadzie do pani Jadzi, która niedaleko ma krowę i codziennie za darmo wlewa do butelki półtora litra mleka dla Pierzchalskich. Choć kobiecina lubi polamentować nad losem sierot, Patrycja nie płacze. W końcu nosi już rozmiar 146, tłumaczy. Zmężniała od tamtego czasu. Już wie, o co chodzi w śmierci, i wcale nie ma pretensji do pana Boga. Tak jak cebulę obwinia za bezrobocie taty, odpowiedzialnością za brak mamy obarcza mżawkę.
A gdy wieczór już pachnie gotowanym mlekiem, cała trójka klęka rzędem przy tapczanie. Każde modli się w pacierzu po swojemu, żeby urzędy stanęły po stronie taty. Patrycja modli się jeszcze, żeby nie chorować i nie obciążać tatusia. Gdy ostatnio zaatakowały ją oskrzela, pani doktor wypisała lekarstwo. – Tak. Szpital – rozłożyła ręce, gdy Pierzchalski zapytał, czy istnieje tańsze. No to Patrycja poszła do szpitala. W zimie trzeba się dużo modlić o zdrowe gardła, tłumaczą mi dzieci, klęcząc przed Matką Boską w pozłacanych ramach. Na koniec Patrycja jeszcze dziękuje Bogu, że prezes spółdzielni mieszkaniowej kazał uszczelnić im okna i cała trójka już nie musi spać w kombinezonach pod pierzyną. – Życie to nie bajka – tak tata uczy jasnowłose czupryny.
Bajka była, minęła. A dni lecą dalej, to trzeba łatać, walczyć, pukać, nie unosić się honorem, jeszcze raz pukać. Tylko czasem Pierzchalski przestaje mieć siły do łatania. Jak wtedy, gdy krzyczał w duszy, że potruje te sieroty, czy co… – Jeśli pan sobie nie radzi, to my panu pomożemy. Potomstwo zawsze można zabrać – kierowniczka z opieki społecznej kiwała łaskawie głową. Ale tylko raz. I Pierzchalski nawet to rozumie. Ta pani nie miała swoich dzieci, nie wiedziała, że człowiek za swoje oddałby duszę i ciało. Zresztą teraz jest nowa kierowniczka. Macierzyństwo zna. A dzięki niej dzieci Pierzchalskiego znają smak tyrolskich mielonek z napisem „Produkt nie do sprzedaży” (ponad kilo konserwy na każdego).
– To dla nich człowiek pokonuje wstyd. Dla siebie by nie ruszył nogami – wzdycha ciężko ojciec, pokazując starannie kreślone literki w dziecięcych zeszytach. Oprócz smarowania chleba margaryną może tylko rozniecić w nich pilność w nauce. Jedyne ojcowskie inwestycje. No i jeszcze zaszczepić hart i wiarę w Pana Boga na przekór wszystkiemu. Bo jego logika to nie Pierzchalskich logika.
Ile kartek papieru jeszcze zapisze? Nie, w gazety nie wierzy. Ludzie przeczytają i rzucą do pieca na rozpałkę. Było, minęło. Po policzku zgarbionego mężczyzny wolno płynie ciepła łza, gdy spogląda na nowiutkie laczki, które Joanna dostała od dzieci na swoją ostatnią gwiazdkę. Już nie zdążyła zdeptać spodów.
– A po co nam sprawiedliwość, skoro mamy ciebie, tatusiu? – nocą pewnie tata odwróci się od pytań dziecka, które patrzy oczami wielkimi jak guziki.

 

Wydanie: 51/2003

Kategorie: Reportaż
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy