Wyznania kłamcy

Wyznania kłamcy

Pisałem nie tak dawno w PRZEGLĄDZIE o wolności wypowiedzi, ale okazuje się, że trzeba jeszcze. W „Gazecie Wyborczej” (12 grudnia 2016 r.) cytuje Mariusz Zawadzki senatora Johna McCaina: „Bo trzeba pamiętać, że Putin jest bandytą i mordercą, i kłamie każdy, kto próbuje przedstawić go inaczej…”.

Czy Putin jest „bandytą i mordercą”? W takiej samej zapewne mierze jak Ronald Reagan, George Herbert Walker Bush, George Walker Bush, Bill Clinton, Nicolas Sarkozy, Laurent Fabius, Recep Tayyip Erdogan itd. Wszyscy oni napadali na obce, niepodległe państwa, wywoływali krwawe wojny, dokonywali zamachów terrorystycznych na przeciwników, ograniczali lub obchodzili prawa człowieka i – z wyjątkiem może Francuzów – dopuszczali się stosowania tortur rękami własnych żołnierzy (Irak, Guantanamo) lub do tego podżegali, nie siląc się nawet na próżną skądinąd dyskrecję (Argentyna, Nikaragua, Panama). Taka jest dzisiaj polityka wielkich, a ich śladem także lokalnych mocarstw, co winno być stanowczo potępiane, acz niekoniecznie wybiórczo. McCain wybiera sobie jednego spośród możliwych mężów stanu i robi zeń demona. Z rzetelnością polityczną, a nawet rudymentarnym obiektywizmem nie ma to nic wspólnego. Ostatecznie to dosyć rozpowszechniona praktyka, więc nie ma w tym szczególnych znamion oryginalności.

Amerykański senator idzie jednak dalej. Kto nie myśli tak jak on, jest kłamcą. Już nawet nie „zbłąkaną owieczką”, „użytecznym idiotą”, „uniwersyteckim mędrkiem”, ale po prostu kłamcą, podłym łgarzem, mistyfikatorem. Mając o Władimirze Putinie zdecydowanie bardziej zniuansowane zdanie, wpisuję się chętnie w ten poczet grzeszników, wiedząc, że na nie najgorsze natrafię tam towarzystwo, bo np. na Noama Chomskiego, François Fillona, Michela Collona, Timothy’ego Gartona Asha, nie licząc tej większości Rosjan, którzy głosowali na Putina w wolnych wyborach. Przede wszystkim znajdę się jednak w obozie ludzi, którzy nie znoszą politycznych prawd objawionych, jedynie słusznych racji, posiadaczy aksjomatów. Michel Collon pisze, że wszelkie krwawe konflikty zaczynają się z winy mediów, gdy te diabolizują określone cele, sieją strach, a nade wszystko monopolizują dyskusję. Kubek w kubek to, co robi w Polsce wielu dziennikarzy – za malutkich na to, by powodować realne starcia, ale w sam raz, żeby siać nienawiść.

Ślepa rusofobia ma w Rzeczypospolitej długie i uparte tradycje. Może upływać czas, iść naprzód historia, przekształcać się postać świata, zmieniać się mapa planety. Będzie to miało wpływ na stosunki polsko-germańskie (zapomnieliśmy nawet o tym, jak Niemiec pluje nam w twarz), polsko-czeskie, także polsko-litewskie. Wykładnią spojrzenia na Rosję i Rosjan pozostanie jednak na wieki – jak widać – datujący się z pierwszej połowy XIX w. głupkowaty polonez pióra Rajnolda Suchodolskiego:

Kto powiedział, że Moskale
Są to bracia nas Lechitów,
Temu pierwszy w łeb wypalę
Przed kościołem Karmelitów.

W tej mierze w jasne ślady Suchodolskiego idzie inny dziennikarz „Gazety Wyborczej”. W artykuliku „Katastrofa pod domem Putina” (27 grudnia 2016 r.) Wacław Radziwinowicz pisze o katastrofie samolotu wiozącego chór Aleksandrowa. Najpierw nie bardzo wiadomo a propos czego zwraca uwagę na głupotę Rosjan: „15 lutego 2013, gdy pod uralskim Czelabińskiem spadło »coś wielkiego«, przez cały dzień moskiewscy eksperci próbowali wyjaśnić, co to było. Mówili o rakiecie, eksplozji nuklearnej, próbie nowej broni. Dopiero wieczorem »jasność« wniosła NASA, która z drugiej strony globu dowiodła, że na Rosję spadł meteoryt, określiła jego trajektorię i masę”. Oto, jakie nieuki ci Ruscy. Nawet na kosmosie się nie znają. Chyba więc rację mają ci, co twierdzą, że Gagarin nigdy nie istniał. Potem przechodzi Radziwinowicz do rzeczy. Choć żadne poważne źródło tego nigdzie nie potwierdziło, sugeruje (a zna nawet treść rozmów pilota z dyspozytorami), że samolot był przeciążony. „Co wiózł? Przedstawiciele ministerstwa obrony zapewniają, że na pokładzie nie było broni”. I oto mamy już rozwiązanie. Ponieważ Ruskie zawsze kłamią, oczywiście TU-154 był przeładowany śmiercionośnym orężem. Po co było go upychać w maszynie wiozącej artystów, skoro Moskwa dysponuje stałą łącznością ze swoimi bazami i może do nich wysyłać, kiedy zechce, przystosowane samoloty transportowe? O to już mniejsza. Tak bowiem wpada rusofob we własne sieci. Jeżeli w Rosji żaden wypadek nie może nastąpić z normalnych przyczyn technicznych czy na skutek błędu pilotażu, to kto śmie jeszcze powątpiewać w religię smoleńską i jej objawienia? Kto się nie zgadza, ten kłamca! Czytam Zawadzkiego i Radziwinowicza i nie wiem dlaczego, ale zdaje mi się, że słyszę, wcale nie z oddali, szczery chichot Macierewicza.

Wydanie: 4/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma
Tagi: rusofobia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy