Za katastrofę obwinia się ofiary – rozmowa z prof. Davidem Harveyem

Za katastrofę obwinia się ofiary – rozmowa z prof. Davidem Harveyem

Obecny kryzys jest pierwszym w historii, który ma ściśle miejskie podłoże. To nie przypadek, że rozpoczął się od załamania rynku nieruchomości Korespondencja z Nowego Jorku – Był pan jedną z nielicznych osób, które już w 2006 r. przepowiadały krach systemu finansowego. – Tak, choć sprawa najważniejsza uszła mojej uwagi. Już w 2002 r. w miastach takich jak Baltimore można było zaobserwować zalążek katastrofy. Rozpoczęła się fala forklozji, tj. zajmowania przez banki zadłużonych nieruchomości i wyrzucania ludzi na ulicę. Początkowo, gdy forklozje dotykały głównie ludność afroamerykańską, latynoską i samotne matki, nikt nie zwracał na to uwagi. Problem dostrzeżono w 2007 r., gdy pojawił się w bardziej zamożnej Kalifornii i na Florydzie i objął białą klasę średnią. Tylko w zeszłym roku dach nad głową straciły 3 mln Amerykanów. To daje łącznie już 5,4 mln osób. Szacuje się, że w następnych trzech latach zagrożone forklozją jest kolejne 6 mln amerykańskich rodzin. – Jak mają się forklozje do krachu finansowego? – Obecny kryzys jest pierwszym w historii, który ma ściśle miejskie podłoże. To nie przypadek, że rozpoczął się od załamania rynku nieruchomości. Od jakiegoś czasu miasta zaczęły służyć jako stabilizator systemu finansowego, pochłaniający nadwyżki kapitału. Związane jest to z procesem globalizacji. W 1750 r. wartość światowej gospodarki wynosiła ok. 135 mld dol. W 1950 r. urosła do 4 trylionów, obecnie stanowi ok. 50 trylionów. Ekonomiści twierdzą, że aby system funkcjonował sprawnie, potrzebna jest stopa wzrostu gospodarczego w wysokości 2,5% rocznie. O ile w 1750 r. można było to łatwo osiągnąć poprzez produkcję przemysłową, tak teraz jest to po prostu niemożliwe ze względu na skalę. Po II wojnie światowej inwestycje w miasta, w budowanie przedmieść, potem rewitalizację śródmieść czy wznoszenie przestrzeni biurowych, stały się głównym motorem wzrostu. Miasta zastąpiły fabryki jako maszynki do robienia pieniędzy. – W jaki sposób inwestycje w miasta utrzymywały wzrost gospodarczy? – Nadwyżki kapitału, w formie kredytu, wkładano w inwestycje budowlane czy infrastrukturę. Dziś sektor finansowy stoi za praktycznie każdym elementem procesu urbanizacji. Np. banki pożyczają pieniądze deweloperom. Ci budują nowe mieszkania. Mieszkanie trzeba sprzedać. Udzielając kredytu mieszkaniowego, banki kupują mieszkania, które same wybudowały. Ludzi przekonuje się, że jeśli wezmą kredyt na dom, to jego wartość wzrośnie. Na początku rzeczywiście tak jest. Rynek nieruchomości przypomina trochę piramidę finansową: zyski rosną wtedy, gdy do systemu wchodzą kolejni ludzie. Dlatego wciąż potrzebni są nowi kredytobiorcy. W pewnym momencie zaczęto udzielać kredytu ludziom, którzy praktycznie nie wykazywali dochodów. Tak powstały sławetne „toksyczne aktywa”. Nowe skomplikowane mechanizmy finansowe umożliwiły obrót takimi hipotekami na międzynarodowych rynkach. W ten sposób ukrywano i rozpisywano ryzyko. Zwłaszcza po krachu internetowym końca lat 90. nieruchomości zdawały się bardzo stabilną inwestycją. Ale do czasu. Rozpisanie ryzyka nie oznacza jego wyeliminowania. Przeciwnie: zachęca do bardziej nieodpowiedzialnych działań, gdyż ewentualne straty mogą być przeniesione gdzie indziej. W pewnym momencie możliwości te się wyczerpały. – Mówi się, że krach spowodowali nieodpowiedzialni kredytobiorcy. – W ten sposób za katastrofę obwinia się ofiarę. Na początku problem forklozji dotyczył głównie populacji afroamerykańskiej, więc ludzie mówili: „cóż, tego można było się spodziewać po czarnych”. To nie był problem braku odpowiedzialności, ale braku środków. Stagnacja zarobków, jaką obserwujemy od lat 70., pociąga za sobą brak popytu na mieszkania. Zamiast podnieść zarobki, dawano ludziom karty kredytowe, zachęcano do zadłużania się po uszy i kupowania domów. W ciągu ostatnich 20 lat zadłużenie amerykańskich rodzin wzrosło trzykrotnie. Stagnacja zarobków szła w parze ze wzrostem rozwarstwienia społecznego. I to na całym świecie. 358 najbogatszych ma w posiadaniu majątek równy temu, czym dysponuje 2,3 mld najbiedniejszych ludzi, 45% całej ludzkości. Teraz ponosimy tego konsekwencje. – Czy oznacza to koniec neoliberalizmu? – Niekoniecznie. Liderzy zgromadzeni np. na szczycie G20 w gorączkowy sposób starają się wymyślić ten sam system, tylko nieco przypudrowany. Neoliberalizm opiera się na założeniu, że państwo powinno chronić instytucje finansowe. Zaczęło się od kryzysu fiskalnego miasta Nowy Jork (które ma budżet większy od wielu państw narodowych) w połowie lat

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 20/2009, 2009

Kategorie: Wywiady