Zagadka stulatków

Zagadka stulatków

W Polsce jest 4242 stulatków, dwie panie mają ponad 110 lat

– Zawsze starałam się korzystać z życia i nie zawsze słuchałam lekarzy – odpowiadała pytana o sekret długowieczności najdłużej żyjąca osoba świata – Francuzka Jeanne Calment, która przeżyła 122 lata. Palenie papierosów i picie wina rzuciła dopiero pięć lat przed śmiercią. Z marzeń nie zrezygnowała nigdy. Mając 120 lat, zadebiutowała jako aktorka w filmie autobiograficznym.

Jest najlepszym dowodem tego, że osoby długowieczne, jeśli zdrowie im pozwoli, mogą żyć i funkcjonować jak za młodu. To tylko społeczeństwo wyznacza im rolę staruszków, z którą często się nie identyfikują. Izolacja ludzi starych to symbol naszych czasów, a związana jest z szybkimi przemianami obyczajowymi, nowymi technologiami, rozwojem nauki, które jakby wyłączają seniorów z aktywnego życia. Towarzyszy temu zanik więzi międzypokoleniowych, młodych i starych zaczyna dzielić mur niezrozumienia i uprzedzeń. Tymczasem aktywność na Facebooku i spotkania face to face są realizowaniem tej samej potrzeby komunikacji z drugim człowiekiem, tyle że w inny sposób.

Wystarczyłoby odrzucić obyczajowo-technologiczny filtr, poprzez który patrzymy na starszych ludzi, by stwierdzić, że obraz, jaki sobie na ich temat stworzyliśmy, nie ma nic wspólnego z prawdą i że są takimi samymi osobami jak my, chociaż nie udzielają się na Twitterze albo nie rozumieją słowa gender. Mówi o tym dr Wacław Kroczek z Gerontology Research Group (Światowego Towarzystwa Gerontologicznego), instytucji badawczo-naukowej z Los Angeles zajmującej się stulatkami, mającej swój oddział w Polsce. 25-letni dr Kroczek spotyka się i przyjaźni z wieloma seniorami: – Uwielbiam z nimi przebywać, ponieważ kontakt ze starszymi ludźmi jest dla mnie pasjonujący i wzbogacający, w końcu przeżyli tyle lat i mają tak wiele do powiedzenia, nie wspominając już o tym, że nie odczuwam między nami żadnej różnicy wieku.

Wielu stulatków czuje się tak samo jak kiedyś i są zaskoczeni swoją starością. – Bo często tylko ciało się starzeje, a nie umysł – tłumaczy dr Kroczek, co potwierdza współczesna odmiana psychologii – coaching, który udowadnia, że to, jak postrzegamy innych i samych siebie, zależy wyłącznie od naszego myślenia. Jeśliby więc uwolnić stulatków od obowiązku „bycia starymi”, niejednokrotnie zaskakiwaliby nas młodzieńczą pomysłowością i apetytem na życie. Jak choćby portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który robił filmy do końca życia, a umarł w wieku 106 lat.

Świadczą o tym także historie naszych rodzimych superstulatków.

Siostra Dominika, niepokalanka z Nowego Sącza, twierdzi, że zatańczyłaby jeszcze mazura, gdyby ktoś jej zagrał, a potwierdza to wiceprzełożona Białego Klasztoru, która codziennie patrzy z zachwytem, jak 106-letnia zakonnica dosłownie śmiga po schodach. Energiczna seniorka mówi, że zawsze była „do tańca i do różańca” i taka pozostała do dziś. Kiedy rozmawiałam z nią przez telefon, miałam wrażenie, że po drugiej stronie jest młoda dziewczyna.

107-letni Józef Prończuk z Warszawy, emerytowany profesor SGGW, znawca traw, wygląda, jakby czas się zatrzymał, co potwierdza syn Grzegorz, który podkreśla, że ojciec prawie się nie zmienił, zachowując szczupłą, młodzieńczą sylwetkę. Pan Józef całe życie szerokim łukiem omijał lekarzy. Naprawdę chory był tylko dwukrotnie. Raz, gdy miał ponad 40 lat i stwierdzono u niego problem z nadnerczami. Diagnozę postawił lekarz, ale pana Józefa ostatecznie wyleczył zielarz. Za drugim razem, gdy dobijał setki, pan Józef zachorował na zapalenie płuc i wtedy już trafił do szpitala. Był leczony antybiotykami, ale kiedy wrócił do domu, przerwał kurację, a opakowanie z resztą tabletek wyrzucił. Mocny organizm dał sobie radę bez nich. Równie imponująca jest aktywność naukowa profesora, który dopiero po przejściu na emeryturę pokazał, co potrafi. To on jest bowiem pomysłodawcą nowej technologii zakładania trawników, znanych dziś pod nazwą trawników rolowanych, które otaczają m.in. Stadion Narodowy w Warszawie.

– Gdyby mama dobrze widziała, nadal intensywnie uczyłaby się języków obcych, a zwłaszcza włoskiego, bo to była ostatnio jej olbrzymia pasja, obok szycia szmacianych lalek, którymi lubiła obdarowywać dzieci z domu dziecka – mówi Wojciech Dańko, artysta malarz, syn pani Krystyny, która rozpoczęła setny rok życia. Jedynie ostatnie problemy ze wzrokiem spowodowały, że musiała zrezygnować z dotychczasowych zainteresowań i aktywności. – Na szczęście nadal jest pogodna, jak to moja mama – zapewnia Wojciech Dańko, który razem z nią mieszka.

Szukają dobra

Według danych ONZ na świecie żyje 455 tys. stulatków, najwięcej – ponad 53 tys. – w Stanach Zjednocznonych, co wynika z ogólnej dużej liczby mieszkańców USA. W Japonii – kraju długowieczności – mieszka ponad 51 tys., we Francji – 20 tys., a w Wielkiej Brytanii – 11 tys. W Polsce mamy 4242 osoby, które przekroczyły setkę, w tym dwie panie, które żyją 110 lat lub dłużej. Najstarszą Polką jest Jadwiga Szubartowicz z Lublina, która skończyła 111 lat. O rok mniej ma Tekla Juniewicz z Gliwic. Kredo najstarszej Polki brzmi: „Życie człowieka nie jest łatwe ani lekkie. Ciągle trzeba się dokształcać i doskonalić, a z pomocą Boga szukać dobra i piękna w każdym człowieku i każdym dniu”. Pani Tekla, rodowita lwowianka, ma podobną filozofię: najważniejsza jest miłość do ludzi, a także aktywność. Jej pasją były kino, karty i podróże, lubiła też pracę w ogrodzie i dobre towarzystwo. Jej wnuczka Anna dodaje, że babcia „zawsze tłusto jadła, smażyła na smalcu, używała pełnotłustego sera i majonezu, a tort robiła z 18 jaj… Poza tym nigdy nie wracała do przeszłości, nie rozpamiętywała, kto jej co złego zrobił. Odcinała się od stresu i złych rzeczy”.

Jak widać, długowieczni wcale nie są specjalnie wyczuleni na dbałość o swoje zdrowie, nie trzymają się diety, nie ćwiczą ani się nie badają. Niektórzy prawie nie używają leków, tak jak siostra Dominika, która twierdzi, że nigdy nie brała proszków nasennych ani środków przeciwbólowych, nawet wtedy, gdy się przewróciła i potłukła. Zażywa „jakieś pastylki na krążenie”, które podaje jej infirmerka – zakonnica i pielęgniarka dbająca o zdrowie w klasztorze.

Skąd więc biorą się stulatkowie? Czy to sprawa genów i długości telomerów, czyli końcówek chromosomów, które miałyby wyznaczać długość życia? Albo diety i stylu życia? Nauka cały czas bada ten temat. Natomiast biorąc pod uwagę historie życia stulatków, można powiedzieć jedno: nie byli skoncentrowani na sobie, myśleli o innych, choć los ich nie oszczędzał.

Stoicki spokój

Prof. Józef Prończuk jest przez całe życie aktywny i oddany nauce. Dopiero trzy lata temu zrezygnował z badań i pracy w ogrodzie. Filozofia życia? – Miał zawsze zdrowe podejście do wszystkiego. Kłopoty go nie załamywały, a z powodu sukcesu nigdy nie wpadał w euforię, w każdej sytuacji zachowywał stoicki spokój – mówi syn Grzegorz, który mieszka z ojcem, jest technologiem drewna i właścicielem pracowni stolarskiej w Wawrze.

– Ojciec nigdy w życiu się nie nudził – podkreśla pan Grzegorz. Nawet po przejściu na emeryturę umiał zorganizować sobie czas. Kiedy w 1978 r. odszedł z SGGW, kompletnie wyłączył się z dotychczasowego życia – nie jeździł na uczelnię, nie dzwonił, nie narzucał się z radami. Po prostu ten okres uznał za zamknięty, a to, co zrobił, jak mówił, pozostało w podręcznikach.

Najbardziej twórcze lata profesora przypadają na późniejsze czasy. Dopiero bowiem na emeryturze wymyślił słynne dziś trawniki rolowane, które dostarcza się do klienta gotowe. Układa się je na ziemi, a w ciągu tygodnia zakorzeniają się na dobre. Nie trzeba samemu siać trawy i czekać, aż wyrośnie. Trawniki prof. Prończuka są wykorzystywane zwłaszcza na boiskach piłkarskich, gdzie często dochodzi do uszkodzenia trawy, a trzeba ją szybko wymienić. Ale kupują je także prywatni klienci do swojego ogrodu. Do pomysłu rolowanych trawników profesor doszedł metodą prób i błędów, robiąc doświadczenia na swojej ziemi. Potem zainteresował tym starszego syna Sławomira Prończuka, także profesora SGGW i „łąkarza”, który wraz z synami stworzył firmę Roll-Traw produkującą owe trawniki. Józef Prończuk został tam konsultantem. Wszystko odbywa się na wspólnym terenie, bo Prończukowie mieszkają obok siebie. Dzięki temu łatwiej zachować bliskie więzi. Może dzięki nim i wzajemnemu wsparciu profesorowi udało się nie tylko nie zestarzeć, ale tak naprawdę być motorem rodzinnego biznesu. Bo to przecież on, senior rodu, w tzw. zaawansowanym wieku był pomysłodawcą firmy.

Kiedy staram się zrozumieć filozofię życia 107-latka, słyszę z ust syna Grzegorza, że tata do wszystkiego podchodzi z pewną dozą stoicyzmu. – Jeśli nieraz coś zaplanował, a nie wyszło, przyjmował porażkę z takim samym spokojem jak wcześniejszy sukces, jedynie wyciągał potem wnioski na przyszłość. Dalekowschodnie podejście do życia dało być może plon w postaci pogody ducha i zdrowia, bo jak wiemy, jest ono w dużej mierze związane z brakiem stresów lub dobrym radzeniem sobie z trudnymi sytuacjami.

Jeśli chodzi o dietę, supersenior ma w zwyczaju jadać umiarkowanie. – Ojciec zawsze powtarzał, że należy wstawać od stołu, czując lekki głód – precyzuje pan Grzegorz. Zresztą widać to po szczupłej sylwetce profesora, która od lat się nie zmienia. Do tej pory rozpoczyna on dzień od lekkiej zupy mlecznej, najczęściej owsianki, którą sam sobie przygotowuje.

Używki? Za alkoholem nie przepadał, na uroczystościach rodzinnych można było go namówić tylko na kieliszek wina. Papierosów też nie palił, podobno popalał w młodości, ale krótko, bo mu papierosy nie smakowały. Żona Irena prowadziła podobny tryb życia, jedząc prosto i mało. Zmarła półtora roku temu, a była rówieśniczką pana Józefa – razem obchodzili setne urodziny. Kiedy na przyjęciu ktoś zapytał prof. Prończuka o receptę na długowieczność, odpowiedział: – To nic szczególnego. Wystarczy niczym się nie przejmować, jeść o połowę mniej i unikać lekarzy.

Józef Prończuk pochodzi ze wsi Kamionka koło Białegostoku. Rodzice mieli małe gospodarstwo, ojciec był krawcem. Od małego Józef był prymusem, a po zajęciach w szkole zawsze pomagał rodzicom w pracach polowych. Potem studiował w Cieszynie, następnie dostał pracę w białostockiej izbie rolnej, gdzie zajmował się typologią łąk. Takie były pierwsze kroki naukowca. Wszystko przerwała wojna, ale udało mu się ją przetrwać. Syn twierdzi, że być może dzięki owemu stoickiemu podejściu do życia. Bo kiedy wokół świstały kule i wszyscy się chowali, ojciec potrafił ze spokojem pójść do gospodarza i poprosić o szklankę mleka. Wierzył w opatrzność. – Jak mam żyć, to nic mi się nie stanie, a jak mnie mają zabić, to i tak zginę – mówił zdziwionym kolegom. A służył wtedy jako podporucznik w Korpusie Ochrony Pogranicza na Lubelszczyźnie. Po wejściu Rosjan znalazł się w kolumnie wziętych do niewoli oficerów. Poprowadzono ich w kierunku dworca PKP w Brześciu. Wtedy udało mu się zbiec. Inaczej zginąłby w Katyniu. Zdobył cywilne ubranie, na stacji usiadł z „Prawdą” i w ten sposób przechytrzył enkawudzistów, którzy szukali uciekinierów. Po powrocie do domu działał w podziemiu. Gdy skończyła się wojna, wyjechał z rodzinnych stron do Warszawy, ponieważ obawiał się, że na miejscu może go szukać bezpieka. Niestety, funkcjonariusze dotarli do niego i w stolicy. Wezwano go na przesłuchanie. Tutaj znowu wykazał się sprytem i przezornością, bo tak fachowo przygotował życiorys, że spodobał się ubekom i został zwolniony. Potem jeszcze kilkakrotnie go przesłuchiwano, ale zawsze mówił to samo, bo nauczył się życiorysu na pamięć.

Jako czynny profesor, wykładający łąkarstwo na Wydziale Melioracji warszawskiej SGGW, Józef Prończuk krytycznie odnosił się do osuszania gruntów na Polesiu Lubelskim. Był także przeciwnikiem budowy kanału Wieprz-Krzna. Uważał, że spowoduje to erozję gleby – nie tylko na tych terenach, ale i na sąsiednich. Niestety, był osamotniony w swoich poglądach, a w środowisku traktowany jak czarna owca. Rację przyznano mu kilkadziesiąt lat później, ale on już od dawna działał poza murami uczelni i był pochłonięty eksperymentami, które doprowadziły do opracowania nowej technologii kładzenia trawników. Jeszcze trzy lata temu badał trawy w swoim ogrodzie. Dopiero teraz przebywa głównie w domu, lubi dłużej pospać i posiedzieć w fotelu z gazetą w ręku. Może znowu cieszyć się lekturą, bo po niedawnej operacji zaćmy odzyskał wzrok. – Nie zauważam tego, że mam w domu bardzo starego ojca. Nie muszę się nim opiekować, bo wszystko koło siebie robi sam, nawet ugotuje zupę. Czasami tylko mam wyrzuty sumienia, że poświęcam mu za mało czasu, ale zabiera mi go moja firma, którą sam prowadzę. Na szczęście mieszkamy razem i w razie czego tata może liczyć na moją pomoc – opowiada Grzegorz Prończuk.

Według relacji syna pan Józef nigdy nie należał do konkretnego Kościoła, nie wyznawał określonej wiary, ale wierzył w życie pozagrobowe i szukał odpowiedzi na podstawowe pytania, studiując pisma filozoficzne. W bibliotece na półce obok Pisma Świętego stoi u niego Bhagavadgita – jedna ze świętych ksiąg hinduizmu. – Umiał łączyć chrześcijaństwo z religiami wschodu. Czerpie z jednego i drugiego – mówi syn. – Czasami widzę, jak rano i wieczorem się modli.

Poczucie humoru

Po 106-letniej siostrze Dominice do dziś widać, że kochała sport. O jej młodzieńczości świadczy szybki chód i zainteresowanie drugim człowiekiem. Podczas rozmowy wymieniamy uwagi na temat górskich szlaków, bo obie lubimy takie wspinaczki; zresztą niepokalanka chodziła dość długo po Tatrach, w wieku 79 lat była na Giewoncie, a mając 92 lata, weszła na Gubałówkę. W młodości natomiast uprawiała lekkoatletykę, łyżwiarstwo i strzelectwo. – Brałam nawet udział w zawodach ogólnopolskich. Dobrze strzelałam z karabinu, ale nie najlepiej z pistoletu i to psuło wyniki – dowcipkowała na ostatnich urodzinach, na które przybyli goście, a wśród nich burmistrz Nowego Sącza z dużym bukietem kwiatów.

Aurelia Burczanowska, bo tak naprawdę nazywa się siostra Dominika, urodziła się w Warszawie, tu spędziła dzieciństwo i młodość. Należała wtedy do towarzystwa krajoznawczego i uwielbiała w czasie wolnym włóczyć się po podwarszawskich miejscowościach. W powstaniu warszawskim straciła matkę. Siostra Dominika mocno to przeżyła, ale nie chce wracać do tego wspomnienia. Powtarza tylko, że wszystko zawdzięcza miłości do ludzi i poszanowaniu pracy. Po wojnie wstąpiła do zakonu niepokalanek i zamieszkała najpierw w Częstochowie, a potem w Nowym Sączu. Przez wiele lat była nauczycielką, katechetką i dyrektorką technikum gastronomiczno-hotelarskiego prowadzonego przez niepokalanki w Nowym Sączu.

Na pytanie o samopoczucie odpowiada: – Kochana, chodzę, żyję, listy piszę… Czy może pani mówić wolniej? Bo tylko słabiej słyszę. Chociaż i tak jest lepiej, od kiedy zainstalowali mi „trzecie ucho” (aparat słuchowy). Słabo też widzę, a kiedyś miałam orli wzrok, więc już nie mogę czytać. Ale to przecież nic złego, oczy nie bolą.

Na pytanie, czy jest zdrowa, odpowiada: – Moja miła, najcięższą chorobą jest myślenie o niej i gadanie o tym do ludzi. Od tego są lekarze, aby nas leczyli. Natomiast choroba przychodzi i odchodzi. Trzeba się z tym pogodzić i traktować ją jak dar boży, tak samo jak życie.

Siostra jest okazem zdrowia i prawie nie choruje. – Tylko jako dziecko się przeziębiałam, ale pewien mądry lekarz nauczył mnie hartowania organizmu i jakoś się trzymam do dziś.

Recepta na długowieczność? – Nie ma w tym żadnej mojej zasługi, że tak długo żyję. Nic w tym kierunku nie zrobiłam, nawet palcem nie kiwnęłam. – A może siostra zdrowo się odżywia? – Nic z tych rzeczy, to mnie nigdy nie interesowało. W życiu zajmowałam się przede wszystkim nauczaniem, także dużo czytałam.

Siostra Dominika mówi, że lubiła ciężko pracować. Jeszcze w wieku 90 lat uczyła religii w przedszkolu. A jak jest teraz? – Kochana, dotąd na święta wysyłam po sto listów do moich dziewczątek. – Nie wszystkie mi odpisują, bo to często staruszki są – śmieje się.

– Czy siostra się gimnastykuje? – Nie rozumiem, niech pani powtórzy… – No czy siostra ćwiczy? – W młodości, owszem, zajmowałam się sportem. A potem w zakonie kazano mi robić parę skłonów co rano i tak jest do tej pory, jeśli nie zapomnę.

Kiedy pytam o kontakt z naturą, rozpływa się, opowiadając o obozach wędrownych. – W młodości zeszłam Wołyń, Podhale, całe Karpaty Wschodnie… Bo co to za rozkosz leżeć na piasku? A jak została dyrektorką szkoły, organizowała wspinaczki górskie dla uczennic.

Skąd decyzja o wstąpieniu do zakonu? – Poszłam służyć Panu Bogu, bo zawsze miałam więcej pytań o sens życia, szukałam czegoś innego – tłumaczy. Teraz modli się za rządzących. – Niech Bóg ci błogosławi – mówi na pożegnanie. – I proszę mnie odwiedzić, jak będzie pani w Nowym Sączu. Zapraszam do Białego Klasztoru.

Grunt to pogoda ducha

Chociaż Krystyna Dańko prawie już nie widzi, nie traci pogody ducha i chętnie wychodzi z synem na spacery. Najbardziej żałuje, że nie może już czytać, bo bardzo lubiła książki. Trudniej też przychodzi nauka języka włoskiego – dużą pomocą był w niej podręcznik, z którego mogła nauczyć się gramatyki.

Jako 22-letnia dziewczyna ryzykowała życie, ratując w Otwocku Żydów. Pomogła rodzinie Kokoszków, wyprowadziła z getta ich najmłodszą córkę, a potem umieściła ją w przedszkolu w Warszawie. Pozostałych członków rodziny odwiedzała w Celestynowie, przynosząc im po kryjomu jedzenie. Przechowywała też w swoim domu przez pewien czas Jasię z zaprzyjaźnionej rodziny Zybertów. Wojciech Dańko nie miał o tym pojęcia, dopóki nie dowiedział się, że mama dostanie medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Bo pani Krystyna się tym nie chwaliła, uważając, że była to normalna ludzka powinność. Zresztą jej mąż Mieczysław Dańko, wiceprezydent Warszawy w pierwszych dniach wolności, zachowywał się podobnie. Wyprowadził z getta dwoje dzieci – dziewczynkę wziął do domu i wraz z pierwszą żoną Jadwigą zaopiekowali się nią jak córką.

Potem pan Mieczysław ożenił się z Krystyną. Niedługo po wojnie aresztowano go za działalność partyzancką. Pani Krystyna została sama z dwójką dzieci, musiała pójść do pracy, by utrzymać rodzinę. Po 1956 r. mąż wyszedł na wolność i chociaż sporo przeszedł, nie stracił poczucia humoru. – Nie poznałem w swoim życiu człowieka bardziej dowcipnego niż ojciec – mówi syn Wojciech. Może więc szczęśliwe lata małżeństwa w jakiś sposób przełożyły się na długość życia pani Krystyny. W końcu nie od dziś wiadomo, że stres i problemy, a właściwie ich mnożenie, doprowadzają do chorób i skracają nasze istnienie.

Kiedy pytam Wojtka o tajemnicę długowieczności mamy, odpowiada, że może to kwestia tego, że pochodzi z Otwocka, gdzie są wspaniałe lasy sosnowe i ogrody pełne kwiatów. – Myślę, że jej sędziwy wiek to skutek dobrych genów, charakteru i tej bajkowej krainy, w której spędziła dzieciństwo i młodość.

Sama pani Krystyna przyznaje, że choć los jej nie rozpieszczał, zawsze umiała zachować pogodę ducha. – Jestem pogodzona z życiem, nigdy nie narzekam – dodaje.

Teraz jej pogoda ducha zostanie wystawiona na ciężką próbę. Krystyna Dańko zostanie niebawem wyeksmitowana ze swojego domu, w którym mieszkała 66 lat. Pojawił się bowiem właściciel kamienicy, o paradoksie, żydowskiego pochodzenia, który od razu pięciokrotnie podniósł czynsz – do 2,5 tys. zł miesięcznie, a takiej sumy państwo Dańkowie nie są w stanie płacić co miesiąc. W międzyczasie dodatkowe nieszczęście – pani Krystyna poślizgnęła się, przewróciła i złamała kość udową. Nie poddała się jednak, w szpitalu skręcono kość na śruby, trochę ją podkurowano i wypuszczono do domu, gdzie – także dzięki opiece syna – doszła do siebie. Niestety, potem z kolei złamała rękę, ale silny organizm i to przetrzymał – ręka się zrosła.

Teraz seniorka jest prawie zdrowa, ale przed nią przeprowadzka, gdyż urząd dzielnicy przydzielił inne mieszkanie kwaterunkowe. Pan Wojtek się niepokoi, czy przeprowadzka nie zaszkodzi mamie, bo przecież starych drzew się nie przesadza. A na razie seniorka chodzi utartymi ścieżkami po obecnym mieszkaniu. – Jak tylko mogę, staram się jej towarzyszyć. Zawsze po śniadaniu robimy sobie spacerek, ponieważ boję się zostawić ją samą, aby znowu nie upadła, bo przecież nie widzi. Jestem spokojny, dopiero gdy ją posadzę w fotelu i puszczę ulubioną muzykę… Wiem, że sobie wtedy duma.

Gdyby nie wolny zawód syna, taka pomoc nie byłaby możliwa, ale Wojciech Dańko nie narzeka. – Oddaję mamie tylko to, co dostałem od niej w dzieciństwie. A miałem najwspanialszą matkę na świecie! Jeśli więc mogę coś dla niej zrobić, czuję się szczęśliwy – mówi artysta, który lubi posadzić seniorkę na wózek i wybrać się z nią do Łazienek. – Po tych złamaniach jest jeszcze osłabiona i boję się, żeby nie upadła – wyjaśnia. Dwa razy w tygodniu panią Krystynę odwiedza też córka, która gotuje wtedy porządny obiad. Innym razem wpadają dzieci Wojtka ze swoimi pociechami, aby zobaczyć się z babcią i prababcią. Wtedy Wojtek ma czas dla siebie – może wyjść na miasto, będąc pewnym, że mamie nic się nie stanie. – Muszę na koniec dodać, że zawsze była radosna, przyjazna ludziom i nigdy nie narzekała – może to jest właśnie klucz do długowieczności.


Co trzeba zrobić, żeby Polska była krajem przyjaznym dla seniorów?

Małgorzata Bortko,
pracownica socjalna z 20-letnim stażem, dyrektorka Środowiskowego Domu Samopomocy w Warszawie

Trzeba zmienić mentalność. Konieczne jest wychowywanie ludzi do starości, przygotowywanie do tego, co ich czeka. Umyka nam fakt, że ludzie się starzeją, bo przestajemy żyć w rodzinach wielopokoleniowych, oddzielamy się od ludzi starych, nie mamy z nimi relacji i ich nie rozumiemy. Trzeba odkłamać fakt, że starość to zjawisko marginalne, jak dziś powszechnie się sądzi.

Czy starzy ludzie sobie radzą? Pokutuje opinia, że nie. Ale nie zawsze tak jest. Jeśli nawet potrzebują pomocy, to nasza wina, że my jako społeczeństwo nie możemy im jej zapewnić, bo nie wypracowaliśmy odpowiedniego systemu pomocy dla seniorów. Z zazdrością patrzę na miasta niemieckie, gdzie na ulicach jest pełno staruszków. Takim przykładem jest uniwersyteckie Karlsruhe. Ku mojemu zdziwieniu przeważali tam ludzie starzy. Przemieszczali się swobodnie dzięki pojazdom dopasowanym do ich potrzeb – ktoś jechał na wózku, ktoś inny elektrycznym rowerkiem, motorkiem albo samochodzikiem. Sprzyjała temu przyjazna architektura – na ulicach nie było wysokich krawężników czy progów. Takich miejsc jak Karlsruhe u nas się nie spotyka.

Ważny jest też dostęp do kultury – dofinansowanie teatru, kina czy nawet kawiarni. Te miejsca sprzyjają kontaktom i wymianie myśli. Pozytywnym przykładem jest warszawski Żoliborz, gdzie dzięki pomocy gminy każdy senior może wypić w kawiarni kawę za złotówkę. Starsi ludzie mogliby mieć karty seniora uprawniające do korzystania z kultury, czyli specjalne wejściówki do teatru albo kina, dofinansowane przez państwo.

Innym pomysłem są spotkania międzypokoleniowe. Warto udostępniać miejsca na relacje ludzi z różnych pokoleń. Wyobrażam sobie, że dzieliliby się oni swoimi umiejętnościami – np. młodzi uczyliby seniorów nowych technologii (choćby obsługi komputera czy komórki), a starsi zdradzaliby przepis na pyszne domowe pierogi.

Kolejnym pomysłem jest szukanie ciekawych opowieści, które snują seniorzy. To zbieranie historii od najstarszych może być przecież pasjonujące – ile oni różnych ciekawych rzeczy przeżyli, o których nie śniło się młodym. Mogłoby się to odbywać w jakiejś wspólnie zorganizowanej przestrzeni albo na lekcjach wychowania obywatelskiego w szkole. Tego typu projekty naprawdę mogłyby otworzyć jednych ludzi na drugich.

Inna podstawowa rzecz to zmiana obyczajów – chodzi o uważność i otwartość na drugiego człowieka. Abyśmy przestali bać się rozmawiać ze sobą, choćby na przystankach autobusowych.

I jeszcze jedna sprawa – dotycząca staruszków potrzebujących opieki. Należy zmienić funkcjonowanie ośrodków pomocy społecznej, które po pierwsze nie mają pieniędzy, a po drugie świadczą standardowe usługi, natomiast ludzie są różni i mają rozmaite potrzeby. Może warto wprowadzić taki bon seniora na określoną kwotę, który każdy mógłby wykorzystać po swojemu. Jednemu wystarczyłaby pomoc w sprzątaniu i robieniu zakupów, a drugi musiałby prosić o pomoc w higienie ciała czy wyjściu na zakupy. Bony seniora uprawniałyby do korzystania z wybranych agencji opiekuńczych i różnych form usług. Bo dzisiaj to ośrodek pomocy społecznej decyduje za seniora, co mu potrzebne. Ważna jest także zmiana nastawienia lekarzy do ludzi starych – aby ich zauważali, a nie lekceważyli ich dolegliwości. I aby szanowali ich jako ludzi.

Wszyscy zapomnieliśmy o seniorach, a oni też zaczęli myśleć, że nic im się nie należy. Kilka lat temu robiono w Polsce badania poziomu życia ludzi starych. Były różne pytania, jedno dotyczyło sytuacji życiowej. I prawie wszyscy ocenili ją jako dobrą. Natomiast na pytanie, co byś zrobił, gdybyś dostał więcej pieniędzy, te same osoby odpowiedziały: „Kupiłbym sobie jabłka”.

Dr Janina Puziewicz,
geriatra, prowadzi prywatny gabinet we Wrocławiu

Po pierwsze, osoby starsze nie mogą być samotne, bo to je załamuje. W mojej praktyce lekarskiej spotkałam seniorów, którzy wymyślali choroby, aby móc z kimś pogadać, bo na co dzień nie mają do kogo się odezwać. Potem tacy ludzie w ogóle nie mówią, zapominają, jak to się robi, i jeszcze szybciej się starzeją. Trzeba więc przede wszystkim sprawić, aby nie byli samotni. Zorganizować im jakieś spotkania, aby mogli wypić kawę z kimkolwiek. A najlepiej byłoby wymyślić dla nich jakieś wspólne zajęcia.

Zmobilizować młodych? Sądzę, że młodzi są sympatyczni i sami z siebie chętnie dotrzymywaliby towarzystwa dziadkom czy pradziadkom. Winni tego stanu ignorowania seniorów są rodzice, którzy uczą obojętności w stosunku do własnej matki czy ojca. Dlaczego? Bo śpieszą się, aby zarobić pieniądze, a bliscy, rodzice, są tylko przeszkodą w osiąganiu własnych egoistycznych celów. Odwiedzam czasem takie babcie, pozostawione same sobie w najmniejszym pokoiku, kompletnie odizolowane od reszty rodziny i zastraszone, bojące się wyjść poza swój pokoik, aby tylko nie przeszkadzać.

Uprzejmy starszy człowiek siada przed telewizorem i umiera. A nieuprzejmy – żyje. Tyle. Taki mamy stosunek do starych ludzi i, szczerze mówiąc, czasami czuję się bezradna jako lekarz, bo tak niewiele mogę zrobić, zwłaszcza gdy widzę takie obrazki. Przecież moja przemowa do dzieci tych ludzi niewiele da.

Uważam, że lekiem na samotność jest też zwierzak. Warto wziąć sobie do domu psa lub kota, jeśli oczywiście ktoś jest sprawny i może się zajmować czworonogiem.

Druga sprawa to finanse. Starsze osoby są traktowane skandalicznie, jak tu żyć za te niskie emerytury? Dać komuś 2 zł dodatku do emerytury to przecież nieporozumienie. Należałoby wspomóc finansowo seniorów, aby byli możliwie niezależni od egoistycznie nastawionych potomków.

Pewną receptą na udaną starość jest rozwijanie zainteresowań, bycie aktywnym i otaczanie się ludźmi, by mieć zawsze grono przyjaciół wokół siebie. Poznałam kiedyś takie 80-latki, które grupą wyjeżdżały za granicę, chyba do Skandynawii, i tam zarabiały, robiąc piękne hafty na obrusach i serwetkach. Wracały do Polski i miały na kawę i kino. Tak, bycie potrzebnym czyni nas szczęśliwymi, i to niezależnie od wieku.

Filip Jedynak,
psycholog społeczny z Warszawy

Wydaje mi się, że w Polsce sporo się robi dla ludzi starszych, jest wiele pożytecznych akcji. Są różne ośrodki seniora, gdzie mogą oni pośpiewać, namalować jakiś obraz, pójść na tańce albo pojechać na wycieczkę. Zdecydowanie więcej robi się dla ludzi starych niż np. dla niepełnosprawnych.

Natomiast nie ma chyba takiej świadomości społecznej, że starsze osoby nadal chcą być aktywne, są witalne i mogą robić dużo fajnych rzeczy. Podstawową sprawą jest więc poszerzanie świadomości społecznej, że człowiek stary nie znaczy bierny i może być tak samo twórczy jak młody.

Mniej jest za to takich inicjatyw społecznych, które mobilizowałyby ludzi do wychodzenia z ośrodków seniora. Bo to byłby krok naprzód. Ale ostatnio słyszałem, że seniorzy w jakimś miasteczku utworzyli straż obywatelską, która pomagała straży miejskiej, a polegało to na tym, że wskazywali, gdzie gromadzą się chuligani lub gdzie stoi popsuta ławka, jest wybita szyba na przystanku. Tego typu inicjatyw, sprawiających, że starsi czuliby się potrzebni i wartościowi, właśnie nam brakuje. Jest to rola wszelkich fundacji, organizacji pozarządowych, gmin.

Dobrym przykładem zagospodarowania czasu seniorom był w tym roku piknik na placu Bankowym, zorganizowany przez jakąś fundację, gdzie seniorzy dostali informacje o sanatoriach, z zakresu samoobrony, pierwszej pomocy. Najtrudniejsze jest dotarcie do seniorów z wiadomością, że coś się dla nich organizuje. Dlatego warto o tym pisać w gazetach i mówić w telewizji.


Niepoliczalni stulatkowie
Wydawałoby się, że ustalenie liczby stulatków w sytuacji, gdy istnieje baza PESEL, ZUS, KRUS i resortowe organy emerytalne wypłacają stulatkom specjalne świadczenia, a swoją dokumentację ma też NFZ, jest łatwe. Nic z tego. W 2014 r. w Centralnym Wykazie Ubezpieczonych NFZ było zarejestrowanych aż 10 374 stulatków, w tym 860 superstulatków, którzy mieli już za sobą 110. urodziny. GUS w tym samym okresie podawał liczbę dwukrotnie mniejszą – 4242 osoby. Jeszcze inne dane wynikały z bazy PESEL, według której stulatków było 4456. Główną przyczyną tych rozbieżności jest brak aktualizacji baz danych.

Jeszcze większe rozbieżności dotyczą prognoz. Według ZUS w 2035 r. stulatków będzie już 9,7 tys., natomiast GUS prognozuje, że aż 14,7 tys. osób osiągnie wiek 100 lat lub więcej.


Geografia długowieczności
Z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (na podstawie rejestru PESEL) wynika, że w połowie 2015 r. w Polsce żyło 4,2 tys. stulatków. Trzy czwarte z nich to kobiety.

Najwięcej osób mających 100 lat i więcej zameldowanych jest w województwie mazowieckim (724 osoby), wielkopolskim (417), małopolskim (378) i śląskim (376).

Na świecie żyje ok. 455 tys. stulatków, a do 2050 r. ich liczba może nawet przekroczyć milion. Krajem z największą liczbą osób, które przekroczyły 100. rok życia, są Stany Zjednoczone, gdzie żyje ponad 53 tys. stulatków. Tak duża ich liczba wynika z bardzo dużej ogólnej populacji USA. Na drugim miejscu znajduje się Japonia z ponad 51 tys. osób powyżej stu lat.

Zagadką dla naukowców jest region Sardynii zwany Barbagią, który słynie z długowiecznych mężczyzn. To ewenement, bo w krajach rozwiniętych stuletnich kobiet jest zazwyczaj cztery razy więcej niż mężczyzn. Za jedną z przyczyn długowieczności specjaliści uważają styl życia mieszkańców. Wędrując po górzystym terenie, pasterz spala nawet 490 kcal w ciągu godziny. Długiemu życiu sprzyja też zapewne dieta i wino o bardzo wysokiej zawartości dobroczynnych flawonoidów.


Dużo, coraz więcej
Według Światowej Organizacji Zdrowia odsetek stulatków ciągle się zwiększa. O ile w 1990 r. na 10 tys. osób w wieku od 65. roku życia przypadało 2,9% stulatków, o tyle w 2015 już 7%. W roku 2050 stulatkowie mają stanowić 23,6% wszystkich emerytów.


Honorowy dodatek
Osoba świętująca setne urodziny ma dodatkowy powód do zadowolenia. Od tego dnia co miesiąc będzie otrzymywała specjalny dodatek do emerytury. Jego kwota jest niezmienna i zależy od wysokości przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w poprzednim roku kalendarzowym. W tym roku wynosi on 3408,62 zł brutto. Dodatek, ustanowiony w 1972 r., przysługuje wszystkim stulatkom, niezależnie od tego, czy mają prawo do emerytury lub renty, czy nie. Wypłacają go ZUS, KRUS oraz resortowe organy emerytalne MON, MSW i Ministerstwa Sprawiedliwości.


Dlaczego nie 120?
Zdaniem naukowców, maksymalna długość ludzkiego życia to 120 lat. Ale to tylko możliwość, którą dają nam geny. Jak ją wykorzystamy, zależy od stylu życia. Odpowiednia dieta, ruch, unikanie zanieczyszczeń, dobry kontakt z innymi ludźmi zwiększają szansę na długie życie.

Oczekiwana długość życia dla dzieci urodzonych w latach 2000-2015
Japonia 83,7
Szwajcaria 83,4
Singapur 83,1
Francja 82,4
Niemcy 81,0
USA 79,3
Czechy 78,8
Polska 77,5
Chiny 76,1
Brazylia 75
Egipt 70,9
Rosja 70,5
Angola 52,4
Sierra Leone 50,1

Światowa średnia długość życia to obecnie 70 lat.

Wydanie: 45/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. kamilka
    kamilka 20 stycznia, 2017, 19:57

    Rewelaca ! 200 lat !!!!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy