Zagadki 11 września

Zagadki 11 września

Dlaczego CIA zlekceważyła raporty rosyjskiego i niemieckiego wywiadu o przygotowanych atakach terrorystów?

Nadchodzi rocznica dnia, który wstrząsnął światem. Stacje telewizyjne znów pokazują przerażające obrazy płonących wież World Trade Center, ludzi skaczących z wysokości na pewną zgubę, Nowy Jork zasnuty dymem, apokaliptyczne sceny cierpienia, zniszczeń i śmierci.
Politycy i publicyści zastanawiają się, w jaki sposób zbrodniczy zamach na Stany Zjednoczone zmienił układ sił strategicznych na całym globie. Zmiany te są zasadnicze, zapewne oznaczają narodziny „nowego amerykańskiego imperium”. Zadziwiające jest jednak, że o genezie zbrodniczego ataku na Nowy Jork i Waszyngton, który zapoczątkował te epokowe zmiany, wciąż wiadomo niewiele. Amerykańskie media głównego nurtu powodowane przypływem patriotyzmu omijają „niebezpieczne” tematy i nie stawiają wielu pytań. A jednak i tam znalazły się informacje czy raczej ich strzępy, które zmuszają do zastanowienia. Nic dziwnego, że w Internecie pojawiło się ponad 100 stron przedstawiających mniej lub bardziej absurdalne „teorie spiskowe”. Antyamerykaniści, muzułmanie oraz radykałowie zarówno z lewego, jak i prawego skrzydła oskarżają w nich administrację George’a W. Busha o złe zamiary.
Za głównego animatora ataku na Amerykę uważany jest Osama bin Laden. Wątpliwości w tej materii l przedstawił jednak w sierpniu prezydent Pakistanu, Pervez Musharraf, w wywiadzie dla magazynu „New Yorker”. „Bin Laden może był sponsorem, może inspiratorem, ale wykonawcy byli o wiele nowocześniejsi, znali Stany Zjednoczone i komunikację lotniczą. Nie mogę sobie wyobrazić, że Osama zorganizował zamach, siedząc wysoko w afgańskich górach”, mówił lider z Islamabadu.
Wciąż nie wiadomo, skąd Al Kaida, terrorystyczny syndykat Osamy, zdobyła pieniądze na przygotowanie zamachu. Czy z handlu afgańskim opium, jak przypuszcza izraelski wywiad? A może z „okupu” w wysokości 300 mln dol. zapłaconego jakoby Bazie przez Arabię Saudyjską, aby uniknąć zamachów, jak pisze londyński „Sunday Times”?

Nic nie wiedzieli?

Do dziś oficjalna wersja wydarzeń głosi, że zamachy z 11 września spadły na Stany Zjednoczone niczym grom z jasnego nieba. Nikt nie mógł sobie wyobrazić, że fanatyczni terroryści użyją uprowadzonych samolotów pasażerskich w charakterze gigantycznych paliwowych bomb. Tymczasem sygnałów ostrzegawczych, niekiedy dokładnych, nie brakowało. Jak informował dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, niemiecki wywiad BND poinformował w czerwcu tajne służby USA i Izraela, że terroryści z Bliskiego Wschodu „planują porwać pasażerski samolot, aby użyć go jako broni w celu zaatakowania ważnych symboli kultury amerykańskiej i żydowskiej”.
13 czerwca władze egipskie ostrzegły Waszyngton, że organizacja bin Ladena przygotowuje zamach na życie prezydenta USA i innych szefów państw podczas szczytu grupy G-8 w Genui. Jak stwierdził prezydent Egiptu, Hosni Mubarak, chodziło o „samolot wypełniony ładunkiem wybuchowym”. Włoski rząd potraktował ten sygnał tak poważnie, że nakazał rozmieścić baterie broni przeciwlotniczej wokół genueńskiego lotniska Krzysztofa Kolumba oraz oddziały komandosów płetwonurków w porcie.
Według prasy moskiewskiej, rosyjski wywiad latem ubiegłego roku zaalarmował CIA, iż 25 pilotów terrorystów zostało przeszkolonych do samobójczych zamachów. 15 września prezydent Władimir Putin powiedział, że w sierpniu polecił w „najpoważniejszych z możliwych słów” ostrzec Amerykanów o atakach terrorystycznych przygotowywanych na lotniska i obiekty rządowe. Brytyjski „Sunday Telegraph” stwierdził, że także Mossad powiadomił w sierpniu FBI i CIA, iż do Stanów Zjednoczonych przeniknęło 200 zwolenników bin Ladena, którzy planują wielki zamach na „cel o ogromnej skali”.
Czy amerykańskie służby specjalne, FBI, CIA, National Security Agency, Defense Intelligence Agency, Defense Signals Intercept Organization i inne, dysponujące łącznym budżetem 20 mld, a może nawet 30 mld dol. rocznie, nie spostrzegły nadciągającej burzy? Bin Laden był przecież wówczas wrogiem nr 1 USA, każdy jego krok śledziły tajne służby amerykańskie, egipskie, izraelskie i saudyjskie, każdą rozmowę rejestrowano. Wiadomo, że przez długi czas funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) popisywali się przed ważnymi gośćmi, demonstrując im nagrania rozmów telefonicznych bin Ladena z matką. Sytuacja zmieniła się ponoć w sierpniu 1998 r., kiedy islamscy terroryści dokonali zamachu na ambasady USA w Kenii i w Tanzanii, a w odpowiedzi prezydent Clinton nakazał zaatakować rakietami afgańskie obozy Al Kaidy. Bin Laden miał wówczas zrozumieć, że jest podsłuchiwany i porozumiewał się odtąd ze swymi ludźmi wyłącznie przez gońców.
Niemniej jednak wiele wskazuje na to, że Al Kaida nadal prowadziła rozmowy i były one rejestrowane. Już 11 września, kilka godzin po atakach, Orrin Hatch, senator z Utah, powiedział, że przechwycono dialog dwóch ludzi bin Ladena, cieszących się z „trafienia celu”. Zastanawiająca jest reakcja Białego Domu. Senator został zganiony za wyjawienie tajemnic wywiadowczych. Obecnie FBI ze zdumiewającą furią prowadzi dochodzenie wśród senatorów, aby wykryć, kto poinformował ich o rozmowach zarejestrowanych 10 września, podczas których padły słowa: „Mecz się zaczyna” i „Jutro jest godzina zero”. Przetłumaczono je z arabskiego na angielski dopiero 12 września. Są to sygnały raczej ogólne, dlaczego więc FBI usiłuje teraz za wszelką cenę znaleźć źródło przecieku? Czyżby dlatego, że ma zarejestrowane również inne rozmowy, precyzyjniej określające czas i miejsce ataku, i boi się, że ktoś ujawni ich treść?
Według dyrektora niemieckiego Federalnego Urzędu Kryminalnego, Klausa Ulricha Kerstena, narada terrorystów przed wielkim zamachem odbyła się w styczniu 2000 r. w Kuala Lumpur. Amerykanie wiedzieli o niej i poprosili agentów malezyjskiego wywiadu o poddanie zlotu islamskich fanatyków obserwacji. W naradzie wzięli udział co najmniej dwaj przyszli porywacze, Khalid al-Midhar i Nawaq Alhamzi (zginęli w samolocie, który uderzył w Pentagon). Kilka dni po spotkaniu w Malezji legalnie dostali się do USA przez Los Angeles i nikt ich nie zatrzymał.
Jak poinformowała niemiecka telewizja ARD, także przywódca terrorystów, Mohammed Atta, był przez szereg miesięcy przedmiotem zainteresowania tajnych służb amerykańskich, egipskich i niemieckich (dodajmy, także czeskich, które inwigilowały Attę, gdy był w Pradze). Agenci FBI śledzili przyszłego pilota kamikadze przez kilka miesięcy 2000 r., gdy ten jeździł między Frankfurtem a Hamburgiem, kupując znaczne ilości chemikaliów (surowców do produkcji bomb?). I takiemu człowiekowi pozwolono na kolejny wjazd do USA! Atta przekroczył granicę 10 stycznia 2001 r. w Miami. Miał tylko turystyczną wizę, przyznał, że zamierza brać kursy pilotażu, a mimo to został wpuszczony! Jeanne Butterfield, dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Amerykańskich Prawników Imigracyjnych, nie kryje zdumienia: „W dziewięciu przypadkach na dziesięć zostałby zawrócony w celu uzupełnienia dokumentów. Jeśli ktoś przyjeżdża jako turysta, nie może pójść do szkoły czy pracować”. 10 lipca 2001 r. funkcjonariusz FBI w Phoenix, Kenneth Williams, zwrócił uwagę na potencjalne niebezpieczeństwo ze strony islamskich ekstremistów pobierających lekcje pilotażu w Arizonie. W „memorandum z Phenix” wysłanym do kwatery głównej i dwóch biur regionalnych FBI wzywał, aby sprawdzić, czy Al Kaida jest aktywna w szkołach lotniczych na terenie całego kraju. Nie podjęto jednak żadnych działań, pisma Williamsa zagrzebano na dnie szuflad. 16 sierpnia w Minnesocie aresztowany został Zacarias Moussaoui, Marokańczyk z francuskim paszportem, który podczas kursów awiacji wzbudził podejrzenia instruktorów, ponieważ chciał nauczyć się sterować Boeingiem 747 w cztery lub pięć dni, przy czym nie interesowały go ani start, ani lądowanie. FBI nie przeszukała jednak mieszkania, nie sprawdziła też zawartości komputera podejrzanego, który dopiero po 11 września został oskarżony o udział w przygotowaniach do zamachu. Wydawałoby się, że po tylu sygnałach alarmowych nawet średnio inteligentni wywiadowcy powinni spostrzec, że szykuje się coś bardzo złego. I być może spostrzegli.

Kto chciał zarobić?

Magazyn „Newsweek” poinformował, że 10 września „grupa wysokiej rangi urzędników Pentagonu niespodziewanie zrezygnowała z planów podróży na następny ranek, przypuszczalnie ze względów bezpieczeństwa”. Czyżby przynajmniej niektórzy spośród elity władzy w Waszyngtonie znali dokładną datę ataku? Nie ostrzeżono jednak pasażerów ani nie zwiększono środków ostrożności na lotniskach. O nadchodzącej katastrofie z pewnością wiedział jeszcze ktoś. Przez dwa poprzedzające zamach tygodnie na nowojorskiej giełdzie dochodziło do niezwykłych spekulacji. Tajemniczy „inwestorzy” stawiali na spadek akcji linii lotniczych, zwłaszcza United Airlines i American Airlines, których samoloty zostały 11 września porwane, a także towarzystw ubezpieczeniowych, firm turystycznych i przedsiębiorstw mających siedziby w World Trade Center. Kupowano masowo pięcioletnie obligacje skarbowe uchodzące za najlepsze papiery wartościowe w czasie kryzysu. Jak pisał „Wall Street Journal”, jedna tylko transakcja opiewała na 5 mld dol.! Organizacja bin Ladena nie dysponuje aż taką fortuną. FBI ma tajny program komputerowy PROMIS, który automatycznie identyfikuje podejrzane transakcje na giełdzie. Dzięki niemu służby specjalne już 7 września powinny wiedzieć, że zagrożone są linie lotnicze. Nie przedsięwzięto wszakże żadnych kroków. Po katastrofie media (znamienne jednak, że nie wszystkie) podniosły larum – zbrodnicza korporacja bin Ladena chciała nabić sobie kabzę dzięki zamachowi. Amerykańska Komisja Giełdy i Papierów Wartościowych zapowiedziała śledztwo, a potem zapadła głucha cisza, która trwa do dziś. Pewne jest, że ktoś przynajmniej próbował zarobić, wykorzystując wiedzę o zbliżającym się dramacie. Jedni uważają, że był to bin Laden, inni – że ponadnarodowy lub amerykański Wielki Biznes.

Waszyngton i talibowie

Świat był przekonany, że dopiero po 11 września Ameryka postanowiła zbrojnie rozprawić się z talibami. Dziś wiadomo, że atak na Afganistan i tak by nastąpił. Odpowiednie przygotowania prowadziła już administracja Clintona, ostateczną decyzję 4 września, a więc na tydzień przed zamachem, podjął George Bush. Plan przewidywał obalenie Talibanu przy pomocy afgańskiego Sojuszu Północnego, bombardowań lotniczych, a także uderzeń wojsk lądowych, przy czym akcja miała rozpocząć się już w październiku, zanim śniegi zasypią górskie wąwozy Hindukuszu. 11 września tylko powiększył skalę amerykańskiej interwencji, która mogła zacząć się tak szybko, ponieważ drobiazgowe plany już istniały. Niemniej jednak Waszyngton przez długi czas usiłował wcześniej dobić targu z talibami, Stany Zjednoczone zamierzały bowiem poprzez Afganistan uzyskać dostęp do legendarnych pól naftowych Azji Środkowej i Morza Kaspijskiego, być może najbogatszych na świecie, i poprowadzić strategiczny rurociąg przez Afganistan do Karaczi. Dziwne, ale USA nie umieściły Afganistanu, goszczącego przecież bin Ladena, na liście państw popierających terroryzm.

Francuscy publicyści Jean-Charles Brisard (były agent służb specjalnych) oraz Guillaume Dasquie wydali w listopadzie ubiegłego roku książkę, „Bin Laden – zakazana prawda”, w której twierdzą, że rozmowy na temat przeprowadzenia rurociągu administracja Busha rozpoczęła z talibami w lutym 2001 r. W marcu wysokiej rangi delegacja Talibanu przybyła do Waszyngtonu, przywożąc ze sobą prezenty, w tym kosztowny dywan. Rozmowy jednak nie przebiegały dobrze, być może dlatego, że amerykańscy negocjatorzy domagali się dla USA prawa „wojskowego zabezpieczenia” instalacji naftowych. W pewnym momencie Amerykanie zagrozili: „Albo przyjmiecie naszą propozycję dywanu ze złota, albo pogrzebiemy was pod dywanem z bomb”. Poważny francuski dziennik „Le Figaro” podał sensacyjną wiadomość: oto w lipcu 2001 r. bin Laden spotkał się z dwoma oficerami CIA, gdy leczył się w amerykańskim szpitalu wojskowym w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jeśli to prawda, można przypuszczać, że Centralna Agencja Wywiadowcza prosiła brodatego szejka o pomoc w negocjacjach z Talibanem. Bin Laden miał przyjaciół w CIA jeszcze z czasów, gdy z pomocą Stanów Zjednoczonych walczył z Rosjanami w Afganistanie. W każdym razie dopóki istniała szansa porozumienia w sprawie rurociągu, Waszyngton nie prowadził intensywnych działań przeciw ekonomicznemu imperium Osamy, saudyjskiego milionera. Sfrustrowany wicedyrektor FBI, John O’Neill, z tego powodu podał się w lipcu do dymisji. Później żalił się, że największą przeszkodą w tropieniu islamskich terrorystów były „interesy amerykańskiego lobby naftowego”. Osobliwe zrządzenie losu (czy tylko losu?) sprawiło, że O’Neill został szefem służb bezpieczeństwa World Trade Center i 11 września zginął pod gruzami.
Rozmowy USA z dyplomatami Talibanu załamały się ostatecznie 2 sierpnia w Islamabadzie. Wtedy Waszyngton zażądał wydania bin Ladena, grożąc wojną w przypadku odmowy. Brytyjski dziennik „The Guardian” pisze: „Talibowie nie zgodzili się, ale powaga tego, co usłyszeli, zwiększa prawdopodobieństwo, że bin Laden – daleki od przeprowadzenia ataku na World Trade Center i Pentagon zaledwie przed 10 dniami – postanowił dokonać prewencyjnego uderzenia w odpowiedzi na to, co uznał za amerykańskie groźby”. Także wybitny amerykański pisarz i publicysta, Gore Vidal – od lat nieubłagany krytyk „imperializmu” Stanów Zjednoczonych – uważa, że terroryści, atakując USA, wszczęli akcję prewencyjną. W wywiadzie dla tygodnika „L.A. Weekly” Vidal wywodzi: „Planowaliśmy okupować Afganistan w październiku i Osama czy ktokolwiek inny, kto ugodził w nas we wrześniu, zadał prewencyjny cios. Wiedzieli, że nadchodzimy. To miało być ostrzeżenie, żebyśmy trzymali się z daleka”. Vidal zwraca uwagę, że pierwszą rzeczą, którą prezydent Bush uczynił po 11 września, była rozmowa z przywódcą demokratycznej większości w Senacie, Tomem Daschlem. Bush prosił Daschle’a, by nie powoływać specjalnej komisji dochodzeniowej w sprawie zamachu. A taką komisję powołałby przecież „każdy normalny kraj”.
Te wszystkie wątpliwości i znaki zapytania sprawiają, że zwolennicy teorii spiskowych i nieprzyjaciele Ameryki zrekonstruowali, zresztą w sposób logiczny i spójny, następujący przebieg wydarzeń. Administracja Busha pragnie za wszelką cenę uzyskać kontrolę nad roponośnymi polami Środkowej Azji. Gdy rozmowy z talibami kończą się fiaskiem, tajne służby USA przymykają oczy na poczynania Mohammeda Atty i jego bandy fanatyków. Zamach 11 września staje się znakomitym pretekstem do zbrojnej wyprawy przeciwko talibom, przygotowywanej już od dawna. W jej następstwie Stany Zjednoczone kontrolują Afganistan, mają żołnierzy w Uzbekistanie i Kirgistanie, prędzej czy później zainstalują kliencki reżim w Bagdadzie. Pakistan zmienia się w amerykański protektorat, zaś co bardziej bezpardonowi urzędnicy Białego Domu marzą już o obaleniu rządu irańskich mułłów. Przemysł zbrojeniowy USA zyskał miliardowe zamówienia, a koncerny naftowe gotują się do eksploatacji kaspijskich złóż. Pod pretekstem „wojny z terroryzmem” waszyngtońska administracja ogranicza wolności obywatelskie, natomiast główny sojusznik Stanów Zjednoczonych, Izrael, może bez przeszkód prowadzić wobec Palestyńczyków politykę pięści.
Nie sposób zaakceptować takiej wersji wydarzeń bez zastrzeżeń. Koncepcja, że prezydent czy inny wysoki urzędnik w USA zgodził się na śmierć 3 tys. niewinnych amerykańskich obywateli, jest absurdalna. Być może, niektóre elementy w służbach specjalnych Stanów Zjednoczonych pozwoliły terrorystom na dokonanie zamachu, nie zdając sobie sprawy, że będzie miał tak ogromny i niszczycielski zasięg. Równie prawdopodobna jest możliwość, że islamscy fanatycy mogli przeprowadzić swój atak, wykorzystując niewiarygodną wprost kombinację lekkomyślności, niedbalstwa, lenistwa, kłótni, biurokratycznego chaosu i zadufania amerykańskich wywiadowców. W każdym razie tragedia 11 września okazała się dla „imperialistycznych jastrzębi” w Waszyngtonie prawdziwą manną z nieba.


Gdzie jest Osama?
Jedną z największych zagadek „wojny z terroryzmem” jest los Osamy bin Ladena. Ostatni raz herszta Al Kaidy widziano w listopadzie lub grudniu ubiegłego roku w intensywnie bombardowanej górskiej twierdzy Tora Bora. Potem Osama zniknął bez śladu i poszukiwany jest w różnych częściach świata od Filipin po gruzińską dolinę Pankisi. W lipcu br. „spostrzeżono” go w samochodzie jadącym z Bonn do Frankfurtu. Niemiecka policja urządziła pościg, a w końcu 20 zamaskowanych funkcjonariuszy z jednostki antyterrorystycznej wdarło się do frankfurckiego meczetu, aresztując 13 osób. Okazało się jednak, że to niewinni ludzie. Być może, Osama już nie żyje. Pod koniec sierpnia dziennik „New York Times” napisał, że szef Al Kaidy i jego zastępca Ayman al-Zawahiri prawdopodobnie ukrywają się na pograniczu Pakistanu i Afganistanu, przemieszczając się konno i wyłącznie nocą. Zadziwiające, ale – jak zauważył komentator Agencji Reutera – bin Laden zniknął nie tylko z pola widzenia, ale i z oficjalnej propagandy Waszyngtonu. Przed rokiem prezydent Bush wzywał, aby dostarczyć Osamę, „żywego lub martwego”. Obecnie „złym facetem” jest wyłącznie iracki dyktator Saddam Husajn. Czy amerykańscy politycy niemalże przemilczają istnienie bin Ladena tylko z tej przyczyny, że nie rozwiązali zagadki jego losu? A może dlatego, że nie chcą go pojmać, aby nie stracić pretekstu do dalszej obecności w Afganistanie i „wojny z terroryzmem?”. „Wróg musi mieć twarz. Bez Osamy i Saddama walka z terroryzmem staje się metafizyczną abstrakcją, podobnie jak walka z ubóstwem”, mówi Keith Shimko, politolog z Purdue University w stanie Indiana.

Dziwne zbiegi okoliczności

Latem 2001 r. przywódca terrorystów, Mohammed Atta, otrzymał elektronicznym transferem 100 tys. dol. z konta w Pakistanie, rzekomo kontrolowanego przez jednego z ludzi bin Ladena, szejka Omara. Ciekawe, że FBI nie zainteresowało się tym przekazem. Według prasy indyjskiej, transfer umożliwił generał Mahmud Ahmed, szef pakistańskich służb specjalnych ISI, przez długi czas wspierających talibów. Ahmed został zdymisjonowany w październiku 2001 r., podobno po tym, jak wyszły na jaw jego związki z Omarem. Dziwnym zbiegiem okoliczności generał Ahmed był 11 września w Waszyngtonie na konsultacjach z amerykańskimi kolegami.

Wojskowy trop

W numerze specjalnym wydanym po 11 września magazyn „Newsweek”, powołując się na amerykańskie źródła militarne, napisał, że pięciu domniemanych zamachowców szkoliło się w latach 90. w bazach wojskowych na terenie USA. Trzech podało jako swój adres bazę lotnictwa morskiego w Pensacola na Florydzie. Byli to Said Alghamdi i Ahmed Alnami, porywacze boeinga, który runął na pole w Pensylwanii, oraz Ahmed Alghamdi. Ten ostatni zginął w samolocie, który uderzył w południową wieżę World Trade Center. Ani „Newsweek”, ani inne gazety nie poszły później tym tropem. Niewykluczone jednak, że terroryści ukradli dowody tożsamości Saudyjczykom, którzy rzeczywiście trenowali w bazach wojskowych USA.

 

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy