Zagłuszana historia powstania

Głód, brak wody i lekarstw. Obłęd uwięzionych w zbombardowanych piwnicach. O tym nie usłyszymy w rocznicę powstańczego zrywu

Tych głosów nie usłyszymy podczas obchodów wybuchu powstania warszawskiego. Głosów osób, które powstanie widziały z bardzo bliska. Zostaną zagłuszone frazesami o moralnym zwycięstwie, zdradzie Stalina i heroizmie mieszkańców stolicy, o tym, jak garstka młodzieży postawiła się niemieckiemu okupantowi i zatrzymała pochód Armii Czerwonej. Bo gdyby wsłuchać się w wypowiedzi tych, którzy byli najbliżej, obraz wydarzeń sprzed 70 lat nie byłby już tak jednoznaczny.

Przed wybuchem powstania

„Jestem pewien, że nasi ludzie dogadali się z Rosjanami”, powiedział jeden z polskich spadochroniarzy, którzy wylądowali na przedmieściach Warszawy dzień przed wybuchem powstania. „A jeśli nie, to co wtedy?”, spytał kolega. Nie otrzymał odpowiedzi.
Nawet gdyby to pytanie padło w kwaterze głównej Armii Krajowej, nikt nie umiałby na nie odpowiedzieć. Adam Bień, pierwszy zastępca Delegata Rządu na Kraj, a więc najwyższego przedstawiciela rządu londyńskiego w Polsce, przyznawał, że decyzja o rozpoczęciu walk została podjęta „w atmosferze pośpiechu, bez konsultacji z oficerami sztabu AK, którzy najpełniej orientowali się w sytuacji wojskowej, w ruchach wojsk niemieckich i rosyjskich w rejonie Warszawy, przez co sceptycznie zapatrywali się na szybki termin rozpoczęcia powstania, bez porozumienia z pozostałymi ministrami Delegatury”.
Według relacji gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, rozstrzygająca decyzja zapadła w ostatnim tygodniu lipca 1944 r. Jeszcze tydzień wcześniej depeszował on do Londynu, że powstanie zbrojne wiązałoby się ze zbyt wielkim ryzykiem dla stolicy i jej mieszkańców. Jednak kilka dni później te obiekcje zniknęły, w czym niemałą rolę odegrała argumentacja gen. Leopolda Okulickiego. Jego zdaniem, nadchodził ostatni moment, kiedy Warszawa mogła zostać wyzwolona polskimi rękami. Do stolicy zbliżała się bowiem Armia Czerwona, dowództwo AK spodziewało się jej w każdej chwili. Tym samym wszelkie wątpliwości natury militarnej i moralnej zostały odsunięte na dalszy plan.
Tymczasem władze emigracyjne i generalicja żyły w błogiej nieświadomości. Wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski ostrzegał przed rozpoczynaniem walk w tak niekorzystnej dla Polski sytuacji międzynarodowej. W tym samym duchu wypowiadali się politycy znający nastawienie zachodnich mocarstw. Już w 1943 r. usłyszeli od Winstona Churchilla, że w razie wybuchu powstania nie będzie można liczyć na wsparcie ze strony aliantów. Jak się okazało, nie były to czcze pogróżki, lecz realna ocena możliwości Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Gdy polska stolica pogrążała się w walkach, prezydent Roosevelt ani myślał naciskać Stalina, aby ten wspomógł Polaków. Jeszcze dalej szła amerykańska prasa, określająca powstanie jako „przedwczesne” i „lekkomyślne”. Ale czy można się dziwić zagranicznym publicystom, skoro gen. Władysław Anders nazwał je „wyraźną głupotą i największym nieszczęściem Polski”?

Krótkotrwała radość…

Z tego wszystkiego nie zdawano sobie sprawy na ulicach Warszawy. Wybuch powstania zaskoczył mieszkańców, lecz jednocześnie wzbudził w nich radość i nadzieję. W końcu cały naród czekał na zemstę już pięć lat. Jeśli zdaniem dowództwa nastał ten czas, najwyraźniej były ku temu powody. Danuta Baj-Trylowska wspominała z rozrzewnieniem: „Wyjrzałam oknem. Widzę, jak idzie porucznik z opaską biało-czerwoną, a za nim sześciu 12-letnich chłopców z butelkami. To było nasze wojsko”. „Był szalony entuzjazm, ludzie powybiegali z mieszkań, były dyskusje: »Ile będzie trwało? Trzy dni będzie trwało«”, zapamiętała Bożena Biel.
Mieczysław Balcerowicz, 14-latek mieszkający w internacie prowadzonym przez zakonnice, tak pamiętał 1 sierpnia: „Trochę żeśmy [mówili], jak to chłopcy: »Chyba pójdziemy«. Taka gwara chłopięca, ale zakonnice nas trzymały krótko, mimo że same najprawdopodobniej były za powstaniem, bo były Polkami. Przecież niemożliwe było, żeby to było inaczej. One, jak nas szczątków historii uczyły, to właśnie w duchu miłości do Polski, mimo że nas ćwiczyły jak psy”.
Większość mieszkańców natychmiast przyłączyła się do powstania. „Powstanie wybuchło o piątej, to wszyscy z naszych bloków poszli na ulicę Wolską i się zgrupowali, i zaczęła się działalność – relacjonowała Aniela Brzozowska, rocznik 1922. – Barykady stawiali na Młynarskiej przy Wolskiej i tam zaczęła się walka. To było bez przerwy, bo byli nie tylko z naszego domu, ale i z innych domów. Zmieniali się, jedni przychodzili, jak blisko domu, a jak dalej, to też przychodzili, bo to była dzielnica naszej Woli”.
Radosne nastroje udzieliły się samym powstańcom. „Entuzjazm i duch bojowy powstańców był prawie bez porównania”, opowiadał o pierwszych godzinach Andrzej Borowiec „Zych”, wówczas 16-latek. W początkowej fazie walk nic nie mąciło wiary w zwycięstwo. Nawet braki w wyszkoleniu i uzbrojeniu. „Już podczas powstania zastanawialiśmy się, jak to się stało, że doszło do jego wybuchu – notował Jan M. Ciechanowski, rocznik 1930. – Poszliśmy w bój bez broni. Gdy 1 sierpnia moja kompania nacierała na gmach Sejmu, na 170 ludzi mieliśmy trzy karabiny, siedem pistoletów, jeden pistolet maszynowy strzelający tylko ogniem pojedynczym i 40 granatów. Jak zobaczyliśmy, że właściwie nie mamy broni, to pytaliśmy dowódcę: z czym do gości? Ale byliśmy zdyscyplinowanymi żołnierzami – na rozkaz stanęliśmy do walki i na rozkaz ją zakończyliśmy”.

…i rosnące zniechęcenie

Nadzieje związane z rozpoczęciem walki przerodziły się w rozczarowanie już wieczorem 1 sierpnia. „Nastroje były podłe – pisał Maciej Bernhardt z batalionu „Żubr” – ale przeważała raczej złość na nieudolność organizacyjną niż zwątpienie w powodzenie powstania”. Optymizmem nie napawała też informacja o dogorywaniu walk na Pradze, gdzie osamotnieni powstańcy zostali zmuszeni do ewakuacji. Zofia Radwanek „Nieznana” wspominała: „Podwórka, gdzie jeszcze kilka godzin temu słychać było śmiech bawiących się dzieci, zamieniały się w nekropolie”.
Wywołując powstanie, polskie dowództwo przeceniło swoje siły, nie doceniając jednocześnie niemieckiej woli walki. Gen. Okulicki liczył na powtórkę z 1918 r., kiedy cesarscy żołnierze stacjonujący w Warszawie sami się rozbrajali i oddawali w ręce Polaków. Chociaż w sierpniu 1944 r. było niemal pewne, że wojna jest dla III Rzeszy przegrana, wojska hitlerowskie tym bardziej nie miały nic do stracenia. Stąd swoista rywalizacja oddziałów okupacyjnych w brutalności, za której symbol można uznać czołgi pułapki wybuchające w tłumie ludzi.
Danuta Mancewicz „Danusia”, biorąca udział w powstaniu jako łączniczka i sanitariuszka w szpitalu Pod Krzywą Latarnią na Podwalu, miała do czynienia z najciężej rannymi. „Żaden opis nie odda prawdy o tym, co działo się na ulicy Kilińskiego po tym perfidnie obmyślonym przez Niemców akcie zbrodni – pisała. – Nie da się zapomnieć widoku pięknego ciała 18-letniej dziewczyny na barze restauracyjnym, pełniącym rolę stołu operacyjnego. To, że było ono naszpikowane niezliczoną ilością odłamków – to nic w porównaniu do dziwnego, powikłanego złamania otwartego kości goleniowej. Po parosekundowej obserwacji dr »Bohdan« postawił diagnozę – to jest kość innego człowieka wbita siłą wybuchu w goleń rannej”.
W szeregi powstańców wkradało się zwątpienie. Dalej bili się dzielnie, jednak każda kolejna śmierć towarzysza broni rodziła pytania o szanse powodzenia. „Wszyscy marzymy o końcu. Nie możemy się doczekać. Wszyscy oklapli”, zanotował Janusz Guderman z batalionu „Gustaw-Harnaś” w kalendarzu pod datą 26 sierpnia. Cztery dni później niemiecki konfident raportował, że „nastroje wśród powstańców były tak złe, że część z nich uciekła, część chętnie by skapitulowała, gdyby im zapewniono bezpieczeństwo”.
„Większość ludzi jest zniechęcona do walki – przyznawał jeden z powstańców pod koniec sierpnia. – Na początku obiecano nam, że powstanie zakończy się po czterech, pięciu dniach. Ucieczka pojedynczych powstańców nie jest możliwa, bo jeden pilnuje drugiego”.
Coraz częściej też powstańcy spotykali się z niechęcią ludności cywilnej. „Ich przychylność dla nas malała z czasem aż do manifestacji wściekłości pod koniec sierpnia, czego doświadczaliśmy, korzystając niekiedy z przejść podziemnych – opisywał w książce Stanisław Likiernik, 22-latek ze zgrupowania „Radosław”. – Leżałem obok rannego mężczyzny w bardzo ciężkim stanie. Bronił on swego domu i bomba zapalająca ciężko go poparzyła. Obok płakała jego żona i dzieci. Uciekłem wtedy z tej piwnicy tak szybko, jak mogłem”.

Zabijać według uznania

W tym samym czasie ludność cywilna przeżywała gehennę. W miarę jak walki przedłużały się o kolejne dni i tygodnie, coraz bardziej doskwierał brak wody i żywności. Krzysztof Zanussi wspominał, że najpopularniejszą zupą w okresie powstania był rosół z gołębi, co nierzadko kończyło się poważnymi zatruciami pokarmowymi.
Stłoczone po piwnicach, bez jedzenia i picia, setki tysięcy osób musiały dodatkowo mierzyć się z bestialstwem pacyfikujących stolicę oddziałów. O ile bowiem powstańcy mogli liczyć, że w wypadku pojmania będą traktowani jako jeńcy wojenni, o tyle ludność cywilna rzadko doświadczała łaski okupanta. Na wieść o wybuchu powstania Himmler zezwolił swoim żołnierzom zabijać, kogo zechcą, według własnego uznania.
„Po powrocie z Warszawy żołnierze brygady przywieźli bardzo dużo różnych rzeczy i kosztowności, a także samochodów osobowych i ciężarowych, rowerów, fur, które zagrabili mieszkańcom – zeznała po wojnie krewna jednego z członków rosyjskiej dywizji SS RONA. – Niektórzy żołnierze opowiadali, że podczas walk w Warszawie rozstrzeliwali wszystkich, kto tylko wychodził na ulicę, a także rozstrzeliwali ludzi w mieszkaniach, skąd zabierali kosztowności i lepsze rzeczy”.
„Tłumienie powstania w Warszawie było prowadzone okrutnymi metodami – potwierdzał dowódca pułku brygady RONA mjr Iwan Frołow. – Żołnierzom zbiorczego pułku zezwolono na zupełnie bezkarne grabienie ludności cywilnej”. Jeden z jego podkomendnych przyznawał wprost: „Żołnierze pułku zbiorczego brygady Kamińskiego wdzierali się do domów mieszkalnych, grabili oraz mordowali dziko i bezsensownie kobiety, dzieci i starców. Masowe egzekucje obywateli polskich bez żadnego śledztwa były zwyczajnym zjawiskiem”.
Terenem działań żołnierzy RONA była przede wszystkim Ochota. Jeden z jej mieszkańców przywoływał taką scenę: „Zapadł wieczór i noc, rozświetlona przez pożary domów w pobliżu Zieleniaka. Było czerwono i krwawo. Zaczęła się piekielna noc. Pijane grupy rozwydrzonych mołojców deptały po ludziach, szukając młodych kobiet i dziewczyn. Potem wlekli je pod mur i tam w nieludzkim wrzasku, śmiechu i wyciu gwałcono je (nawet po 11 na jedną dziewczynę). Po tym, półnagie leżały, nieraz z nogami opartymi o mur, zastrzelone przeważnie strzałem w brzuch lub piersi”.
Bestialstwo oddziałów RONA przeraziło nawet ich niemieckich przełożonych. Decyzją gen. Ericha von dem Bacha, gdy powstanie już dogorywało, Kamińskiego rozstrzelano. W obawie przed buntem jego żołnierzy sfingowano jego śmierć w wypadku samochodowym. Zaledwie kilka tygodni wcześniej generał „nie dostrzegł nic zdrożnego, wszystko było w porządku”.
Obarczanie ludzi Kamińskiego wyłączną odpowiedzialnością za zbrodnie daje jednak fałszywy obraz udziału żołnierzy niemieckich. Jak wykazał historyk Zenon Rudny, „RONA partycypowała w tym ponurym procederze w 1% przy udziale w siłach tłumiących powstanie w 7%”. Pewne światło na zachowanie niemieckich oddziałów rzuca sprawozdanie z działań Grupy Bojowej „Reck” z 6 września, dotyczące rozstrzeliwania chorych i rannych. Czytamy w nim: „W wypadku (…) 10 osób rozstrzelanych, chodziło o powstańców (sic!) pozostałych w piwnicach na tutejszym odcinku bojowym, którzy wskutek ran nie mogli odejść z głównymi siłami i ukryli się w odległych zakamarkach. Broni u nich nie znaleziono. Po krótkim przesłuchaniu, w czasie którego nie udało się wyjaśnić sprawy, zostali na miejscu rozstrzelani i spaleni z pozostałymi zwłokami”.
Najkrwawszym epizodem powstania była rzeź Woli z 5-7 sierpnia, która pochłonęła ponad 50 tys. istnień ludzkich. Jan Grabowski, mieszkający przy ul. Wolskiej 124, wspominał: „Na placu przed kuźnią padł rozkaz, by wszyscy położyli się na ziemi. Z naszego domu grupa wynosiła ok. 500 osób. (…) Gdy już leżałem, zobaczyłem, iż jest ustawiony na podstawie karabin maszynowy… w odległości ok. 5-10 m. Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi… Po jakimś czasie strzelanina ustała, zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę ludzi… Strzelanina trwała z przerwami na dobijanie co najmniej sześć godzin… Po mnie żandarm trzy razy przeszedł butami, sam ranny nie byłem, ale żona i dzieci zostały zamordowane”.

Nie do opisania historie

Piwnice stały się ratunkiem i pułapką zarazem. „W tym czasie życie przeniosło się do piwnic, które stawały się coraz bardziej zatłoczone – legowiska wypełniały korytarze i trzeba było poruszać się w nich bardzo ostrożnie, żeby kogoś nie podeptać”, relacjonował Krzysztof Jaworski, który miał wówczas 11 lat.
Tragiczne wspomnienia z życia w piwnicach miała Emilia Banasik-Bacia, rocznik 1930: „Niemcy zaczęli wrzucać granaty do piwnicy, chociaż moja matka płakała, błagała ich, mówiła, że tam są dzieci. A te dzieci nie chciały wyjść, po prostu nie chciały! Niemcy już zrezygnowali z nich. Nas ustawili pod ścianą i zaczęli strzelać z automatów nad naszymi głowami, tak że tynk się obsypywał nam na twarz, na oczy i po podwórku, po asfalcie… Te odłamki aż kaleczyły nam nogi. Ale nie strzelali w nas. Oszołomili! Oni nas tak oszołomili. Ja nawet stojąc przy tej ścianie – po jednej stronie była moja mamusia, a po drugiej stronie była Mirka Pawlina, starsza ode mnie koleżanka, mieszkaliśmy na jednej klatce schodowej – zastanawiałam się, czy pierwsza padnie Mirka czy mamusia”.
Kolejne dni i noce spędzone w ciemnych piwnicach doprowadzały mieszkańców do obłędu. „Temperatura w dzień – 30 stopni. W nocy bardzo zimno. Kropli wody, o jedzeniu się już nie mówiło”, opowiadała Henryka Denys, wówczas 13-latka. Szczególnie trudno było po zmroku: „Najczęściej w nocy uciekali, bo przecież w nocy przechodzili żołnierze między ludźmi i wyciągali młode kobiety. A jak wyciągnęli, to ona już nie wróciła. Ludzie z głodu… Widziałam, jak mieszkaniec naszej kamienicy z głodu, ale już był w obłędzie, własnego psa zamordował. Krzyczeli, wariowali. To są nie do opisania historie. Głupstwa opowiadali. I nie było wpływu na to”.
Największym zagrożeniem były jednak nieustanne naloty. Mimo strat poniesionych na obu frontach Luftwaffe niepodzielnie panowała nad stołecznym niebem. Celem było całe miasto. „Wszystko się wali, palący pył wdziera się do płuc, przez nos i otwarte usta, pali oczy – wspominała bombardowanie Barbara Bobrownicka-Fice, sanitariuszka. – Przerażenie przerasta istotę człowieka. Szalona chęć ucieczki. Dokąd? Ciemno jak w nocy. Ach, jak ciężko. Obezwładnienie, bezsilność. Jęki rannych sanitariuszek. Raptem szum wody. Pękają rury wodociągu. Woda z góry zalewa piwnicę. Bezprzytomne przerażenie. Coraz ciemniej. Nic już nie wiem. Uciekać – tylko to, już nic więcej. Prawie nie słyszę chrapliwych głosów tonących”.
Próby ewakuacji część cywilów podjęła już w pierwszych tygodniach powstania. Uciekać chcieli przede wszystkim ci, którzy nie mieli już nic do stracenia. „Istniał wyraźny rozdźwięk – pisała historyczka Joanna K.M. Hanson – pomiędzy postawą stałych mieszkańców a postawą pogorzelców i bezdomnych. Ci ostatni byli uważani za element chwiejny, krytycznie i radykalnie nastawiony do polityki przywódców powstania”. Jednak w miarę przedłużania się walk wśród ogółu ludności cywilnej rosło przekonanie, że ewakuacja jest jedyną szansą na przeżycie.
Kolejne próby zorganizowanego opuszczenia stolicy napotykały opór dowódców. „Gdy zabraknie mieszkańców – odpowiadał gen. Okulicki – możemy oczekiwać, że poczuje się żołnierz osamotniony i nie potrafi się zdobyć na obronę tej kupy gruzów, jaką dzisiaj przedstawia Warszawa”.
Nastroje warszawiaków dobrze wyczuwali Niemcy, którzy wraz z objęciem dowództwa przez gen. Ericha von dem Bacha rozpoczęli akcję propagandową skierowaną do cywilów. Za pośrednictwem ulotek i megafonów wzywano mieszkańców stolicy do poddania się. Tym, którzy to zrobią, gwarantowano przeżycie. 18 sierpnia von dem Bach zwrócił się pisemnie do „dowódcy polskiego powstania”, aby „zaprzestać zbędnego przelewu krwi, w szczególności kobiet i dzieci”. W razie kapitulacji niemiecki generał zapewniał „wszystkim oficerom i mężczyznom traktowanie jako jeńców wojennych, zgodnie z ustaleniami Konwencji Genewskiej”. Mimo to podejmowane przez Niemców próby kończyły się niepowodzeniem. Z jednej strony, na zaprzestanie walk i ewakuację cywilów nie godziło się polskie dowództwo, z drugiej, wśród samych mieszkańców pokutowała wciąż obawa przed niemieckim bestialstwem. Ostatecznie 8 tys. cywilów zdołało opuścić miasto w czasie zawieszenia broni 8-9 września, natomiast większość musiała czekać do początku października, a więc do ostatnich dni walk.
Ewakuacja ludności, a następnie sama kapitulacja powstania nie zakończyła cierpień warszawiaków. „W ogrodach leżeli żołnierze i strzelali biegnącym w nogi – zeznała przed Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Warszawie Stanisława Grabowska, urodzona w 1895 r. – Po drodze podbiegali Ukraińcy, łapali młode kobiety i zabierali ze sobą. Jakaś matka, która błagała o zostawienie córki, została pobita kolbami i skopana”. Henryka Denys zapamiętała słowa niemieckiego oficera: „Zachciało wam się Stalina. To zobaczcie, jak wasz Stalin wygląda. Zobaczcie! Wszystkie wasze domy się palą, a wy już żywi stąd nie wyjdziecie. Wszystkich was tu rozstrzelamy”. Mieszkańcy trafili do obozów przejściowych, skąd zostali wywiezieni do obozów pracy i obozów koncentracyjnych.

Prawda o powstaniu

Podczas jednej z ostatnich narad, 27 września 1944 r., dowództwo powstania debatowało nad kapitulacją. Zapytany o ocenę sytuacji wicepremier Jan Jankowski stwierdził, że poddanie się to jedyne rozwiązanie, gdyż „powstanie upadło dlatego, że nikt mu nie pomógł, a spodziewaliśmy się, że pomoże”. Już po latach jego ministerialny kolega Adam Bień skwitował te słowa następująco: „Nie wolno się było niczego spodziewać, skoro nikt tego nie obiecał i z nikim terminu powstania nie uzgodniono”.
Jakie zatem było powstanie warszawskie? Czy był to czas przygody i patriotycznych uniesień, jak przedstawia Muzeum Powstania Warszawskiego? Na pewno odcisnęło piętno na wszystkich, którzy brali w nim udział. 11-latek Krzysztof Jaworski wspominał po latach: „Z mego punktu widzenia czas powstania to były w gruncie rzeczy nudy w ciemnej piwnicy, a najbardziej podniecające było głośne czytanie książek. Wybuchy, pożary dookoła, ranni i zabici – wszystko to było normalne i zrozumiałe samo przez się. Jak dalece przyjmowałem tę »normalność«, przekonałem się dopiero później: raz w Gorzkowicach, gdzie poraziła mnie panująca tam cisza. Drugi raz poraził mnie w Piotrkowie widok ciągniętego przez dwa konie pięknego karawanu i smutny kondukt kilkudziesięciu osób za krzyżem i księdzem – tyle ceremonii o jednego, zwykłego nieboszczyka!”.
Powstanie warszawskie zakończyło się klęską. Nie zdołano osiągnąć żadnego ze stawianych celów militarnych i politycznych. „Już samo to wystarcza – podsumowywał Adam Bień – by z całą pewnością powiedzieć, że było ono pomyłką. Żołnierze i mieszkańcy Warszawy, choć dokonali cudów męstwa i ofiarności, zostali pokonani, a ci, którzy na gruzach Warszawy nie polegli – skapitulowali i poszli do niewoli. Walka ich, jak we wrześniu 1939 r., była daremna i daremne stały się wszystkie poniesione ofiary”.

Moralne zwycięstwo

Pewnie dlatego apologeci powstania niestrudzenie przekuwają porażkę w sukces, wymyślając coraz to nowe „moralne zwycięstwa”. Niewiele mają one wspólnego z faktami historycznymi i logiką. Za przykład niech posłużą słowa prawicowego publicysty Stanisława Żaryna (rocznik 1984). W jednym z tekstów przekonywał całkiem serio, że „powstanie w stolicy zatrzymało, niczym polskie wojsko w 1920 r., czerwoną, brutalną falę na linii Wisły. Gdyby nie powstańcy, Europa zostałaby zalana przez Armię Czerwoną”. Z każdym rokiem wzrasta liczba celów, o które bili się powstańcy. Celów – podkreślmy – o których wśród walczących w sierpniu 1944 r. dziewcząt i chłopców nikt nawet nie myślał.
Może Żarynowi trudniej byłoby pleść podobne androny, gdyby uważniej wsłuchał się w głos uczestników powstania i tych, którzy jego tragedię obserwowali z bliska. Pięć lat temu podczas promocji swojej książki prof. Jan M. Ciechanowski stwierdził jednoznacznie: „Powstanie zakończyło się straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym. 200 tys. ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią”. Ciechanowski jako 14-latek bił się dzielnie o Warszawę aż do ostatniego dnia.
Podobną ocenę wyraził Aleksander Małachowski, żołnierz Armii Krajowej, który w sierpniu 1944 r. nie zdążył do stolicy. Prawica będzie miała jednak problem z nazwaniem go tchórzem. Przesiedział swoje w hitlerowskich i stalinowskich więzieniach. Miał więc pełne prawo pytać: „Jak mianowicie wyglądałaby Polska, gdyby żyła ta wspaniała część naszej wojennej młodzieży, ze zbrodniczą bezmyślnością rzucona na straceńczy szaniec powstania i tam poległa. (…) Ta przerażająca liczba ofiar bywa na ogół przemilczana. Dobrze… przyjmijmy, w co nie wierzę, że były jakieś dobre skutki powstańczej tragedii. Czy jednak warto, a raczej czy wolno było za nie zapłacić tak straszną cenę – 200 tys. zabitych i zburzenie do fundamentów dużego europejskiego miasta?”.
Mimo 25 lat „wolnej” Polski wielu brakuje odwagi, by uczciwie odpowiedzieć na to pytanie.

Przy opracowywaniu tekstu korzystałem z książek: M. Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego; J.M. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego; N. Davies, Powstanie ‘44; E. Duraczyński, Rząd polski na uchodźstwie 1939-1945; B.W. Folsom, A. Folsom, FDR Goes to War; J.K.M. Hanson, Nadludzkiej poddani próbie; A. Małachowski, Zapiski z Domu pod Ptakami; W.D. Miscamble, From Roosevelt to Truman; Powstanie Warszawskie 1944 w dokumentach z archiwów służb specjalnych; J.S. Pula, Polish Americans. An Ethnic Community; L. Ujazdowska, Zagłada Ochoty; Wywiady z Adamem Bieniem. Wykorzystałem również relacje uczestników powstania zamieszczone na stronie internetowej Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego: www.sppw1944.org oraz Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego: www.ahm.1944.pl.

Wydanie: 31/2014

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. mnbv
    mnbv 6 września, 2016, 08:45

    Powstanie to była zbrodnia, za którą nikt z decydujących o jego wybuchu nigdy nie poniósł odpowiedzialności. Gloryfikacja to zbrodnia na ofiarach popełniona ponownie. Dzisiaj patrioci założą sobie koszulkę z orłem, kotwica i opaską. Koszulkę z śladem po kuli w sercu. Bohaterzy. Koszulek z gwałtami, rozprutymi flakami, spalonymi, rozerwanymi granatem, pływającymi w w gównianym kanale – nie ma.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „mnbvAnuluj pisanie odpowiedzi