Zapuszczamy korzenie – rozmowa z dr Michałem Garapichem

Zapuszczamy korzenie – rozmowa z dr Michałem Garapichem

Awans społeczny Polaków wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa

Dr Michał Garapich – antropolog społeczny z University of Roehampton. Zajmuje się szczególnie polską migracją na Wyspach
Jak wygląda krajobraz polskiej imigracji na Wyspach?
– Nierzadko imigranci zapuścili tu już korzenie. Wielu się zadomowiło. Jednak nie oznacza to jeszcze, że mamy do czynienia z imigracją stricte osiedleńczą. W dzisiejszych czasach plany zmieniają się bardzo szybko i na pewno ludzie będą je nieraz rewidować. Pamiętajmy też, że brytyjski rynek jest bardzo elastyczny, w dużym stopniu oparty na umowach śmieciowych. To dlatego jest podatny na bodźce zewnętrzne. Możemy więc się spodziewać ciągłych przepływów z Polski i do Polski.
Klasa, status, pieniądze
A jednak wielu imigrantów ciągle pracuje poniżej formalnych kwalifikacji. Nie mają z tym problemów?
– Trzeba uważać, by pojęcia statusu społecznego nie traktować w kategoriach czysto ekonomicznych. Teoretycznie można powiedzieć, że ludzie ci często muszą się zmierzyć z deklasacją – ich status się obniża, a oni zaczynają niejako od początku. Musimy jednak pamiętać, że awans i status społeczny nie są mierzone tylko liczbą zer na koncie. Liczy się też kapitał społeczny, samozadowolenie i to, jak ja sam postrzegam swoje osiągnięcia. Wielu ekonomistów nie bierze tego wszystkiego pod uwagę, moim zdaniem niesłusznie. To są bowiem dość miękkie czynniki. Nie widzę np. powodu, by sytuacji, w której ktoś zarabia na Wyspach, a wydaje w kraju, nie traktować jako awansu społecznego. Awansem może być nawet praca poniżej formalnego wykształcenia. Ludzie, z którymi rozmawiam, często nie widzą niczego złego w tym, że ktoś z dyplomem uczelni pracuje tu za barem. To dlatego, że imigranci zupełnie inaczej postrzegają to, czym jest status, sukces życiowy albo po prostu codzienne szczęście. Tymczasem my niejednokrotnie robimy jeszcze błąd, traktując ścieżkę kariery, jaką ludzie powinni podążać, jako wyraźnie wytyczoną. A przecież szczególnie dziś awans społeczny to kwestia o wiele bardziej płynna, umowna.
Jakie są więc jego wyznaczniki?
– Chodzi przede wszystkim o wolność wyboru, możliwości większej konsumpcji, pojechania na wakacje. W Polsce często to wszystko nie byłoby możliwe. Awans jest tu również związany z poczuciem egzystencjalnego bezpieczeństwa. Nie obawiamy się, że do naszych drzwi zapuka komornik bądź przyczepi się do nas urząd skarbowy. Znikają zmartwienia, że nie wystarczy nam do pierwszego.
A czy ci ludzie mają o coś żal do Polski?
– Z badań wyziera głęboki dystans do państwa polskiego. Ludzie ciepło myślą o społeczności lokalnej czy rodzinie. Natomiast szerszą wspólnotę dość silnie się kontestuje. Dlaczego? W poczuciu tych osób w Polsce trudno było awansować. Ponadto bardzo często pojawia się kategoria tzw. normalności, nad Wisłą trudnej do osiągnięcia. Nawet jeśli imigranci pracują poniżej kwalifikacji, określają swoje życie jako „normalne”. Mają po prostu mniej zmartwień… I bez znaczenia jest, kto rządzi. Podobnie było zarówno za czasów SLD, PiS, jak i PO.
Kiedy na Wyspach wybuchł kryzys, wielu komentatorów spodziewało się fali powrotów nad Wisłę. W skali makro nic takiego nie miało miejsca. Te błędne prognozy znowu wynikały z redukcjonistycznego poglądu na człowieka, mówiącego, że reagujemy tylko na bodźce finansowe, jesteśmy pionkami w wielkiej grze globalnej ekonomii. To nieprawda. Nie samym chlebem człowiek żyje.
Przebić szklany sufit
Czy rodacy napotykają szklany sufit?
– Jakieś szklane sufity tu istnieją, jak wszędzie. Ale nie dotyczą bezpośrednio pochodzenia, raczej języka albo płci. Na ile się orientuję, barier instytucjonalnych nie ma. Tam, gdzie Polacy mogą awansować, ścieżka kariery jest jasna dla wszystkich. To, z jakiego kraju pochodzisz, nie ma znaczenia. Widać to zwłaszcza w sektorach bankowym, finansowym, ale także w przemyśle kreatywnym, np. w reklamie, architekturze, muzyce, we wzornictwie, na rynku wydawniczym czy oprogramowania. Te sfery szczególnie korzystają na zróżnicowaniu kulturowym i narodowościowym. Warto też pamiętać, że wielu z nas przyjeżdża na Wyspy z dobrymi kwalifikacjami. Nawet jeśli takie osoby zaczynają z niskiego pułapu, cały czas szukają nowych warunków i możliwości.
Podam panu przykład. Spotkałem kiedyś dziewczynę z małej miejscowości pod Krakowem. W Polsce pracowała w urzędzie gminy. Wiązało się to z pewnym prestiżem, w dodatku praca była stała i gwarantowała bezpieczeństwo. Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii dziewczyna sprzątała mieszkania. Nie było to coś, o czym marzyła, ale nie mogła znaleźć niczego innego. W pewnym momencie zorientowała się jednak, że jeśli przestanie pracować dla agencji i bezpośrednio dogada się z klientami, wyjdzie na tym lepiej. De facto oznaczało to, że założyła własny interes. Stworzyła biznesplan, zaczęła zatrudniać ludzi. Kiedy po jakimś czasie z nią rozmawiałem, odczuwała sporą satysfakcję – w końcu doszła do tego wszystkiego sama.
Dużo jest tu historii od pucybuta do milionera?
– Jeśli spojrzymy choćby na sektor budowlany, odkryjemy, że powstało tu parę polskich fortun. Ale to chyba nie są klasyczne historie od pucybuta do milionera. To raczej historie ludzi, którzy przyjechali do jednego z czterech centrów finansowych świata, dostali tu niezbędne narzędzia i potrafili je wykorzystać.
Wydanie: 1/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy