Zarobki futbolistów bardziej frapujące niż gra

Zarobki futbolistów bardziej frapujące niż gra

Zarabiana kasa i sportowa klasa rzadko idą w parze

Pieniądze w piłkę nie grają, ale ich podliczanie w futbolowym światku jest często uprawianą dyscypliną. Dla niektórych nawet bardziej frapującą niż gra na boisku. Zwłaszcza że pod naszą szerokością geograficzną zarabiana kasa i sportowa klasa rzadko idą w parze. Właściciele i prezesi klubów nie mają jednak wyboru – uczestnicząc w wyścigu na międzynarodowym rynku, muszą płacić piłkarzom ze średniej półki europejskie stawki. W przeciwnym razie ci wybiorą korzystniejszy z finansowego punktu widzenia kierunek.

Klasa czy jej brak?

Na początku o klasie, a właściwie o tym, na czym polega jej brak. Trafnie wyjaśnił to znany trener Jerzy Jastrzębowski: „Wpływ na to ma kilka zasadniczych elementów. Najważniejszy to brak umiejętności gry jeden na jednego. Dotyczy to każdego zawodnika (i atakującego, i broniącego) oraz każdej strefy boiska. Nie mniej istotna jest niewystarczająca szybkość zawodnika – zarówno motoryczna, jak i przy podejmowaniu decyzji. Szwankuje także niezwykle ważna technika użytkowa. Najkrócej mówiąc, chodzi o tzw. czytanie gry, wybór najtrafniejszych zagrań, współpracę z partnerem, podstawowe umiejętności (podanie, przyjęcie, strzał). Warto zastanowić się nad sensem sprowadzania z zagranicy zawodników przeciętnych, którzy zabierają miejsce w składzie naszej młodzieży. Od tych średniaków zdolni chłopcy niczego się nie nauczą. No, może poza materialnym podejściem do sportu”.

Dlatego od lat zasadne jest pytanie, za co i komu płacimy. Z drugiej strony warto sobie uzmysłowić, że kluby piłkarskie są tak naprawdę przedsiębiorstwami, które można kupić, ale trzeba w nie ciągle inwestować. Nie można bowiem co roku wygrywać, zatrudniając tanich zawodników za małą płacę. Teoretycznie istnieją śmielsze kroki, np. systematyczna sprzedaż piłkarzy, ale najpierw trzeba by ich szkolić na odpowiednim poziomie, czego dopiero się uczymy. A do tego jeszcze promować najzdolniejszych w europejskich rozgrywkach, do których polskie kluby kwalifikują się bardzo rzadko. Prawda jest zatem taka, że jeśli chce się wygrywać nawet w kraju, trzeba wydawać więcej, niż klub jest w stanie zarobić. Gorzej, jeżeli po okresie prosperity kolejny sezon okazuje się klapą. Taki przebieg wydarzeń może doprowadzić do tego, że klub będzie osiągał coraz mniejsze przychody, jednak wydatki pozostaną takie same. Spotkało to kilka lat temu m.in. polskie drużyny z długą historią i utytułowane, takie jak ŁKS czy Polonia Warszawa, które przez problemy finansowe straciły licencję na grę w Ekstraklasie i zostały zdegradowane. A w ślad za tym straciły najlepszych piłkarzy i większość sponsorów, czyli możliwość zarobkowania. Na dobre od dna nie odbiły się do dziś. Łodzianie wprawdzie w zeszłym roku wrócili do PKO BP Ekstraklasy, ale zaledwie na sezon.

Aby pokazać, jak szybko powstaje finansowa wyrwa, nie trzeba się odwoływać do przypadków historycznych i w jakimś sensie patologicznych. Wspomniane procesy zachodzą bowiem tu i teraz, nawet w ekstraklasowej czołówce. Nie jest tajemnicą, że najlepiej klubom płaci UEFA. Za udział w fazie grupowej najbardziej prestiżowych rozgrywek – Ligi Mistrzów – 15,25 mln euro, czyli prawie 70 mln zł. Skok na ten pułap sportowy i finansowy nie był jednak – mimo że w tym roku po takie frukty sięgnął np. węgierski Ferencvárosi – nawet w zasięgu marzeń właściciela Legii Warszawa, Dariusza Mioduskiego. Plany, co znajdowało odzwierciedlenie w konstrukcji budżetu, ograniczały się do słabszego (i zapewniającego niższe nagrody pieniężne) z europejskich pucharów, czyli Ligi Europy. Do której mistrz kraju może trafić, jeśli z Ligi Mistrzów zostanie wyeliminowany w drugiej rundzie kwalifikacyjnej (i dwóch późniejszych). Do zgarnięcia jest nawet 12 mln euro, niemal 55 mln zł. Których już od czterech lat – w każdym sezonie – brakuje w Legii do spięcia przychodów z wydatkami. Deficyt najbogatszego polskiego klubu, który w poprzednim roku zbudował budżet na poziomie niemal 124 mln zł, sięgał zatem ok. 44%! Gdy przed dwoma laty potwierdzaliśmy u Mioduskiego, czy właśnie taka wyrwa powstała w budżecie Legii po zakończonych klęską kwalifikacjach pucharowych, odpowiedział po prostu: „Budżet jest spięty, ale trzeba było dołożyć. Nie chcę mówić o szczegółach, ale to jest mniej więcej ten rząd wielkości”.

Między bajki należy zatem włożyć opowieści o właścicielach zarabiających na futbolu krocie. Oni, jeżeli w ogóle, są bowiem ostatni na klubowej, całkiem długiej liście płac.

Pieniądze w piłkę nie grają

W całym poważnym piłkarskim świecie – od Europy, przez Amerykę Południową i Północną, po Azję – za optymalne rozwiązanie uważa się przeznaczanie na płace zawodników maksimum 60% klubowego budżetu. Ten próg, rekomendowany przez najtęższych na świecie futbolowych ekonomistów, w Polsce jest rzadko przestrzegany. Z raportu specjalizującego się w tematyce piłkarskiej audytora Deloitte za rok 2019 wynika, że tylko cztery z 16 klubów polskiej Ekstraklasy były w stanie do tego wskaźnika się dostosować bez uwzględniania zmiennego i bardzo niepewnego czynnika, jakim są przychody z transferów. Konkretnie: wspomniany i zdegradowany ŁKS (36%), Wisła Kraków (45%), Cracovia (57%) i Legia Warszawa (58%). Pozostali uczestnicy rozgrywek od odpowiedzialnego zarządzania finansami woleli ryzyko. W efekcie w aż sześciu przypadkach nie udało się uzupełnić stanu kasy wpływami ze sprzedaży graczy do poziomu, który dyktuje ekonomiczny rozsądek. A najmocniej „popłynęła” płocka Wisła, która na wynagrodzenia przeznaczyła 93% budżetu.

Mimo to Nafciarze z Płocka pod względem wydatków na piłkarskie płace uplasowali się na przedostatnim miejscu w lidze. Przychody klubu były po prostu niskie i mimo że Wisła jako jeden z pięciu zaledwie klubów nie wydała na kontrakty piłkarzy nawet 20 mln zł w całym sezonie, wskaźnik płacowy prezentuje się tak niekorzystnie. Życie ponad stan poskutkowało jednak lipcową dymisją prezesa, Jacka Kruszewskiego. A także rozwiązaniem umowy z dyrektorem sportowym, Markiem Jóźwiakiem, które nastąpiło 30 listopada, po rozliczeniu i ocenie ostatniego okienka transferowego. Finansowa jazda bez trzymanki była opłacalna o tyle, że płocczanie zajęli w rozgrywkach 12. miejsce – przedostatnie, które zapewniało pozostanie w najwyższej lidze w Polsce. Tyle że za rozrzutność przyjdzie (zapewne) płacić co najmniej zwiększoną dawką stresu jeszcze w obecnych rozgrywkach. Zespół prowadzony przez trenera Radosława Sobolewskiego wlecze się bowiem w tabeli Ekstraklasy niebezpiecznie blisko końca.

Najwięcej – grubo ponad 70 mln zł (przy ponad 123 mln przychodu) na płace przeznaczono w warszawskiej Legii, która sięgnęła po tytuł mistrza Polski. Ponad 30 mln zł zgarnęli piłkarze Lechii Gdańsk (czwarta pozycja w lidze, przychody 51,2 mln). Trzeci pod względem wpływów Lech Poznań na zarobki zawodników wydał natomiast prawie 10 mln zł mniej od klubu z Trójmiasta. W tabeli uplasował się jednak wyżej od rywala z Wybrzeża; tuż za plecami Legii. Co dowodzi słuszności stwierdzenia, które padło wyżej, że pieniądze w piłkę nie grają.

Pęczniały portfele nielicznych

Najlepiej przez lata opłacanym zawodnikiem Legii – i całej ligi – był reprezentacyjny obrońca Artur Jędrzejczyk. Korzystając z chwilowej hossy związanej z występem w Lidze Mistrzów (rok 2016), poprzedni prezes klubu zaoferował reprezentacyjnemu stoperowi gażę na poziomie 800 tys. euro. Półtora roku później okazało się, że stołecznego klubu nie stać na taki wydatek, więc czas spłaty dwuipółletniego kontraktu rozłożono na cztery lata. Zabieg ten zmniejszył miesięczną pensję urodzonego w 1987 r. obrońcy z ok. 285 do 200 tys. zł. A na tym poziomie w poprzednim sezonie zarabiał także najlepszy snajper Lecha Poznań – i całej ligi – Christian Gytkjær. Duńczyka nie ma już jednak w Poznaniu, jego obowiązki (a należy zakładać, że i pobory) przejął w Kolejorzu Szwed Mikael Ishak. Trzeba mu oddać, że również on wyróżnia się bardzo korzystnie na szarym tle PKO BP Ekstraklasy.

Niewiele mniej, wedle niepotwierdzonych informacji, ma inkasować w Cracovii (zdobywca Pucharu i Superpucharu Polski) sprowadzony w tym roku – podobnie jak Ishak z drugiej Bundesligi – napastnik Marcos Alvarez. Niemiec z hiszpańskim paszportem zarabia podobno pod Wawelem 30 tys. euro netto, podczas gdy w poprzednim klubie VfL Osnabrück miał pobierać dokładnie połowę tej kwoty. Wygląda na to, że w polskiej Ekstraklasie płaci się niektórym nie tylko za umiejętności, ale i za… brak prestiżu rozgrywek.

Szefom biedniejszych polskich klubów trzeba oddać, że potrafią konstruować motywacyjne umowy dla dobrych zawodników. Igor Angulo, najlepszy piłkarz i zarazem strzelec Górnika Zabrze, w minionych czterech latach miał taki kontrakt, że opłacało mu się zdobywać gole. Podstawowa pensja Baska wynosiła 10 tys. euro miesięcznie. Miał jednak w kontrakcie zapis o bonusach, które po sezonie umożliwiały podwyższenie gaży o dodatkowe 5 tys. euro w skali miesiąca. Czyli jego roczna premia sięgała aż 60 tys. euro, połowy zasadniczej płacy. Bartosz Sarnowski, poprzedni prezes Górnika, umieścił w umowie z zawodnikiem zapis, że dodatkowe pieniądze będą mu się należały na koniec sezonu tylko wtedy, gdy w klasyfikacji kanadyjskiej – obejmującej gole i asysty – uplasuje się w czołowej trójce ligi. W efekcie Angulo w 138 meczach rozegranych w barwach zabrzańskiego zespołu zdobył 80 bramek, był królem strzelców zarówno I ligi, jak i Ekstraklasy. I w trakcie zaledwie czterech lat awansował do czołowej dziesiątki najskuteczniejszych piłkarzy w historii KSG. A przy tym dostrzegał lepiej ustawionych kolegów, gdyż opłacało mu się nie tylko kończyć akcje, ale i notować kluczowe podania w sytuacjach bramkowych.

Pandemiczny spadek apetytów i stawek

Płacowe otrzeźwienie przyszło wraz z narzuconymi przez pandemię ograniczeniami w pozyskiwaniu środków finansowych. Obniżenie poborów – przynajmniej na czas lockdownu – negocjowali wszyscy prezesi klubów Ekstraklasy. A także wiceprezes Cracovii, trener Michał Probierz. W kwestii cięcia pensji dogadał się z każdym, oprócz kapitana zespołu Janusza Gola. Środkowy pomocnik, zasłużenie wybrany na Ligowca Roku 2019, mógł pod Wawelem – wedle niektórych źródeł – liczyć na uposażenie w wysokości 130 tys. zł miesięcznie. I zapewne biorąc pod uwagę swój niezaprzeczalny wkład w podniesienie jakości zespołu, nie był skłonny podzielić apanaży przez dwa. Efekt? Najpierw stracił kapitańską opaskę, stopniowo był marginalizowany, aż w końcu trafił do tzw. Klubu Kokosa. Czyli w ogóle przestał się pojawiać na boisku i nie dotrzymał podpisanej do 30 czerwca 2022 r. umowy, która ostatecznie została rozwiązana latem za porozumieniem stron. Dziś gra już dla Dinama Bukareszt. Z doniesień tamtejszych mediów wynika, że za równowartość niespełna 100 tys. zł.

Statystyczni Kowalski z Nowakiem mogą oczywiście przeżyć szok, patrząc na stawki obowiązujące nie tylko w polskim futbolu. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że jeszcze do maja np. w Kotwicy Kołobrzeg – występującej w III lidze (czwarty poziom rozgrywek) – piłkarze z przeszłością w Ekstraklasie zarabiali po 12 tys. zł. A nie byli wcale rekordzistami. Już w trakcie pandemii Sławomir Peszko, były reprezentant Polski, podpisał umowę z Wieczystą Kraków, klubem z małopolskiej klasy okręgowej (szósty poziom rozgrywkowy), wartą 40 tys. zł miesięcznie. Z drugiej strony kapitan i zarazem współwłaściciel Wisły Kraków, zresztą kolega Peszki z kadry narodowej, Jakub Błaszczykowski, gra w Ekstraklasie za 500 zł. I całą tę kwotę przekazuje na cele dobroczynne. Oczywiście po okresie występów w Bundeslidze (z krótką przerwą na Serie A) stać go na to. A nawet na pożyczkę w wysokości niemal 1,5 mln zł, której udzielił klubowi, gdy Biała Gwiazda była na ostrym zakręcie. Trzeba jednak przy tym zaznaczyć, że w porównaniu z najlepiej opłacanymi zawodnikami świata Kuba (w Dortmundzie inkasował 2 mln euro za sezon) jest niczym ubogi krewny (patrz: ramka).

Już prezes klubu Tęcza, Ryszard Ochódzki, w kultowym, nakręconym w 1980 r. przez Stanisława Bareję filmie „Miś” apelował proroczo: „Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy Pewexami!”. Najlepszy dowód, że trafnie przewidział piłkarską przyszłość, stanowi fakt, że kilka miesięcy temu specjalistyczny portal Transfermarkt.de wartość stu najwyżej wycenianych piłkarzy PKO BP Ekstraklasy szacował – w sumie – na niespełna 194 mln euro. Natomiast Brazylijczyk Neymar przeszedł w sierpniu 2017 r. z Barcelony do PSG za 222 mln euro.

Ludzie narzekają, że futboliści są przesadnie wynagradzani, ale na sukcesach, a w zasadzie to już na występach, piłkarzy zarabia cały świat: czasopisma, stacje telewizyjne, portale internetowe, bukmacherzy, producenci. I to nie tylko z reklam. Tak naprawdę świat zarabia na futbolu więcej niż sam futbol. A że polska piłka nożna nie jest pępkiem tego świata, to już kompletnie inna sprawa.

Fot. Andrzej Iwańczuk/Reporter

Wydanie: 52/2020

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy