Kto płaci rachunki w polskiej piłce

Kto płaci rachunki w polskiej piłce

Rolę największego mecenasa zawodowych piłkarzy przejęły miasta i państwowe spółki

W Polsce są obecnie trzy piłkarskie ligi zawodowe o zasięgu ogólnokrajowym, w których rozgrywki organizuje PZPN. W tym sezonie na poziomie centralnym mamy 53 drużyny. We wszystkich występują zawodnicy utrzymujący się z kopania piłki. Państwo z założenia nie angażuje się w finansowanie seniorów, dotacje przekazuje jedynie na szkolenie młodzieży. Zasadne jest zatem pytanie, kto w polskim futbolu klubowym płaci pensje i pozostałe rachunki. Odpowiedź wcale nie jest oczywista; otóż w większości… samorządy!

To nie pomyłka! O ile w PRL prym w krajowym futbolu wiodły kluby resortowe, „podwieszone” pod wojsko, milicję czy górnictwo, o tyle w czasach najnowszych rolę największego mecenasa zawodowych piłkarzy przejęły miasta. Nie tylko wybudowały z publicznych środków piękne, nowoczesne stadiony, ale też na co dzień utrzymują zawodników, trenerów, działaczy. Są większościowymi udziałowcami sportowych spółek akcyjnych lub ich głównymi partnerami. To powszechne, bardzo popularne rozwiązanie nawet w Ekstraklasie – od Wrocławia, Gliwic, Zabrza i Bielska-Białej po Szczecin. Jeśli do tego dodamy, że głównymi sponsorami najwyższej ligi są PKO BP i Lotto, KGHM zaś dokłada do utrzymania Zagłębia Lubin, PGE – Stali Mielec, Energa – Lechii Gdańsk, a Orlen – Wisły Płock, wyjdzie na to, że spółki z udziałem skarbu państwa to drugi w kolejności dobrodziej zawodowego futbolu. Prywatny kapitał w kraju, którego gospodarka jeszcze przed rokiem mogła się pochwalić 11. pozycją w Europie i plasowała się wśród 25 najbardziej rozwiniętych na świecie, znajduje się natomiast w głębokiej defensywie.

Właścicielem mógł być każdy

O pierwszych próbach i efektach przejmowania klubów piłkarskich przez prywatnych inwestorów można było przeczytać („Właścicielem może być każdy”) w PRZEGLĄDZIE przed ponad sześciu laty: „Właściciel klubu piłki nożnej to brzmi dumnie. W jeden dzień można się stać znaną osobą, wypowiadać w mediach (…), rozdawać zaproszenia różnym znanym osobom i brylować na salonach (…). Trenerzy i piłkarze przeżyli już wiele. Był właścicielem klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej – bydgoskiego Zawiszy – posiadacz parabanku, Janusz Paluch (Nedpol). Płacił dużo piłkarzom i trenerom, a pieniądze radził im umieszczać w swojej firmie, dając preferencyjne warunki. Dlatego wszyscy w klubie każdą zarobioną złotówkę lokowali na kontach we wskazanym banku i cieszyli się, że nawet jak śpią, to im rośnie. Aż pewnego dnia obudzili się i zorientowali, że właściciel klubu zniknął, bank okazał się niewypłacalny, a ci, którzy ulokowali w nim pieniądze, już ich więcej nie zobaczyli.

Znalazł się ktoś, kto przebił »bankiera«. Po prostu przejął warszawską Polonię, klub z czołówki Ekstraklasy, i nie wypłacił nikomu ani grosza przez cały sezon. Jakby tego było mało, ów właściciel zgarnął całe pieniądze, jakie klubowi się należały z kontraktu telewizyjnego, wyprowadził z kasy ostatnią złotówkę, sprzedał kilku zawodników i chociaż nie zniknął jak »bankier«, to doprowadził klub do bankructwa i wyjechał bogatszy o doświadczenia plus kilka milionów złotych. Mowa o Ireneuszu Królu”.

Przykłady biznesmenów (i hochsztaplerów), którzy w niesławie żegnali się z futbolem, można mnożyć. I nie trzeba ich szukać wyłącznie tuż po roku 1989. W roku 2016 Wisłę Kraków przejął – na szczęście tylko na chwilę – niejaki Jakub Meresiński, wówczas 30-latek. Nie miał prawie nic, ale chciał się lansować dzięki najpopularniejszej dyscyplinie sportu. Nawet przed rokiem niejaki Kamil Ż. w podobny sposób zabawił się z Bałtykiem Gdynia – dziś wprawdzie klubem trzecioligowym, ale z ekstraklasową przeszłością – doprowadzając go na skraj bankructwa. Przedstawiał się jako syn potentata z branży budowlanej, a podobnie jak wspomniany wyżej pseudobiznesmen okazał się specjalistą od milionowych wyłudzeń.

Szastanie milionami w pogoni za sukcesami

Owszem, były lata, gdy wśród właścicieli polskich klubów nie brakowało ludzi z dziesiątki najbogatszych w zestawieniu magazynu „Forbes”. Bogusław Cupiał z myślenickiej Tele-Foniki wpompował w Wisłę Kraków grubo ponad 200 mln zł, ale nie doczekawszy się awansu do Ligi Mistrzów, w 2016 r. spasował. Także z uwagi na kryzys w branży światłowodowej.

Zygmunt Solorz, właściciel m.in. telewizji Polsat i do dziś jeden z najbogatszych rodaków, przeżył czteroletni romans ze Śląskiem Wrocław. Mimo trzech miejsc na ligowym podium i tytułu mistrza kraju w roku 2012 wycofał się, pozostając później w sporze sądowym ze sportową spółką akcyjną.

Sukcesu sportowego nie odnieśli również byli właściciele TVN, Jan Wejchert i Mariusz Walter. Poprzez spółkę ITI zainwestowali w Legię Warszawa ponad 300 mln zł, ale do historii przeszli wyłącznie jako właściciele, którzy wydali wojnę stadionowej bandyterce. Do sportowego spełnienia na arenie międzynarodowej nie doszło.

Nigdy miłością do naszego futbolu nie zapałał natomiast nieżyjący już, największy bodaj rekin krajowego biznesu minionych dekad – dr Jan Kulczyk. Wkład, ale drobny, w Lecha Poznań miał jedynie jego syn, Sebastian. W początkach obecnego stulecia łożył pieniądze na… pensję ówczesnego lidera Kolejorza, Piotra Reissa. Około 35 tys. zł.

Najpewniejszy rodzinny interes

Dziś w naszym ligowym futbolu jest dwóch Polaków z tegorocznej listy najbogatszych tygodnika „Wprost”. Majątek prof. Janusza Filipiaka (wspólny z żoną), założyciela i właściciela firmy Comarch, jednego z liderów w branży informatycznej, szacuje się na prawie 750 mln zł, co dało mu 52. pozycję. W Cracovię Filipiak inwestuje od 17 lat, ale dopiero latem tego roku doczekał się pierwszego sukcesu piłkarzy, którzy sięgnęli po Puchar i Superpuchar Polski. Wcześniej mistrzostwo kraju wywalczyli hokeiści Pasów, których profesor również finansuje. Tak naprawdę inwestor czekał jednak na trofeum futbolistów. Długo i cierpliwie, wraz z jeszcze bardziej wytrwałymi kibicami, bo poprzednie tytuły Cracovia wywalczyła 72 lata temu.

Znacznie wyżej w rankingu najbogatszych sklasyfikowana została rodzina Juroszków (11. pozycja z majątkiem 4 mld zł), ale tylko ułamek tej fortuny trafia do futbolu poprzez prowadzone przez Mateusza – syna Zbigniewa zarządzającego Atal Textil – zakłady bukmacherskie STS. Tyle że to bardzo znana marka w światku piłkarskiego sponsoringu, firma zarządzana przez Juroszka juniora finansuje bowiem reprezentacje Polski (także w kategorii U-21 i kobiet) oraz Lecha Poznań, Górnika Zabrze, Pogoń Szczecin, Zagłębie Lubin, Jagiellonię Białystok i Cracovię.

A skoro już o rodzinnych związkach z futbolem mowa, to warto wspomnieć o familii Rutkowskich, która uczyła się go na Amice Wronki, a po fuzji klubów z roku 2006 ma większościowy pakiet akcji Lecha Poznań. Senior rodu, Jacek, kieruje fabryką, natomiast stery w klubie przekazał synowi Piotrowi. Ten „gra” z Kolejorzem z umiarkowanym i zmiennym powodzeniem, choć akurat w tym roku świętował – po pięciu latach posuchy – awans do fazy grupowej Ligi Europy.

Promotor „Jagi” i Zenka Martyniuka

Na pierwszy plan wśród prywatnych piłkarskich inwestorów wysunął się jednak właściciel Legii, Dariusz Mioduski. Z kilku powodów. Po pierwsze – choć nie jest notowany na liście 100 najbogatszych Polaków, podobno spokojnie mógłby na niej być. Tyle że unika rozgłosu, jeśli chodzi o majątek. Ten absolwent Uniwersytetu Harvarda (gdzie grał w koszykówkę z Barackiem Obamą) dorobił się u boku Kulczyka. Jak wynika z szacunków, z prywatnych środków – łącznie z wykupem za prawie 40 mln zł od mniejszościowych udziałowców, którzy próbowali dokonać wrogiego przejęcia – zainwestował dotąd w Legię niemal 100 mln zł.

Po drugie, ze zdaniem Mioduskiego liczą się na europejskim rynku futbolowym, nieprzerwanie od kilku lat prezes Legii jest wiceprezydentem ECA (Europejskiego Stowarzyszenia Klubów Zawodowych). Wcześniej pomagał zarządzającemu organizacją szefowi Bayernu Monachium, Karlowi-Heinzowi Rummenigge. A teraz wspiera Andreę Agnellego z Juventusu Turyn, który przejął stery od słynnego Niemca. To Mioduski – jako szef Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA – negocjował rekordowe kontrakty telewizyjne dla ligi. I to on miał decydujące zdanie przy podziale tych środków między poszczególne kluby. To wreszcie on był pomysłodawcą stworzenia trzeciego europejskiego pucharu – Europa Conference League (wystartuje od sezonu 2021-2022), w którym będą mogły zarabiać także polskie kluby. Zapewne usilnie lobbował za tym rozwiązaniem również dlatego, że odkąd spłacił Leśnodorskiego i Wandzla, Legii nie udało się przebić nie tylko do Ligi Mistrzów, ale nawet do Ligi Europy.

Pisząc o najważniejszych prywatnych inwestorach w polskim futbolu, nie wolno pominąć Cezarego Kuleszy z Jagiellonii. Co prawda, nie jest on większościowym udziałowcem sportowej spółki z Białegostoku (nawet wraz z synem, na którego musiał przepisać część akcji, po tym jak został wiceprezesem PZPN), ale nikt nie ma wątpliwości, że to Kulesza od wielu lat rozdaje karty w klubie z Podlasia. I stoi za największymi sukcesami – zdobyciem Pucharu Polski i wicemistrzostwa kraju. Do wielkich pieniędzy doszedł w branży disco polo. Do dziś zresztą prowadzi karierę Zenka Martyniuka i większości innych gwiazd tego nurtu. W zasadzie zmiótł konkurencję, choć w latach 90. apetyt na jego kluby taneczne miały mafie z Wołomina i Pruszkowa. Podobno nawet szef jednej z tych mafii wydał zlecenie na jego głowę. Kulesza był jednak na tyle silny, że się obronił. Teraz nabrał ochoty na fotel prezesa PZPN, a wtajemniczeni twierdzą, że w przyszłorocznych wyborach ma największe szanse.

Wizjonerem, z konkretnym pomysłem na piłkarski biznes i niewidzianą wcześniej w naszym futbolu filozofią, jest właściciel e-sklepu, znanego jako X-kom, mogącego pochwalić się miliardowym przychodem – Michał Świerczewski. Ten 42-letni biznesmen urodził się i wychował w Częstochowie, informatykę skończył na miejscowej politechnice, nic dziwnego więc, że zainwestował w Raków. Kiedy zatrudniał trenera Marka Papszuna – z wykształcenia historyka – mieli błyskawicznie awansować z II ligi do I,

a późniejszy plan trzyletni zakładał atak na Ekstraklasę. Znajdujemy się właśnie w ostatnim roku tego okresu i Raków już jest liderem PKO BP Ekstraklasy! Dzięki niestandardowej taktyce z trzema stoperami, pracoholizmowi Papszuna i kilkudziesięciu dopracowanym do perfekcji wariantom stałych fragmentów. A przede wszystkim – zdrowym zasadom finansowania i zarządzania klubem.

Na osobną wzmiankę zasługują ratownicy Wisły Kraków. Nie tylko dlatego, że w trójce muszkieterów, którzy wywołali pospolite ruszenie wśród kibiców i za pomocą platform crowdfundingowych uzbierali wielomilionowe kwoty – dzięki czemu cofnęli Białą Gwiazdę znad skraju przepaści – jest Jakub Błaszczykowski, wciąż (?) reprezentant Polski. A w każdym razie czynny zawodnik, z dumą nakładający opaskę kapitana drużyny w Wiśle, kiedy tylko zdrowie pozwala.

Początek zakręcania kurka

Prawda jest taka, że tylko nieliczne kluby na świecie przynoszą dochody, i to po wielu latach profesjonalnych starań. Klub jako marka, którą warto mieć w portfolio lub odskocznia od prowadzonych biznesów – jak najbardziej. Jako metoda szybkiego powiększenia majątku – już nie bardzo, choć w polskiej piłce i takie cuda się zdarzały. Zwłaszcza w Warszawie, gdzie jako pierwszy wielkie pieniądze na naszym futbolu zarobił Janusz Romanowski. Niegdyś właściciel Kodaka i Canal+ na Polskę… Większość tego rodzaju prób kończyła się głośnymi aferami, dochodzeniami prokuratorskimi i wyrokami sądów. Słowem – klubowym futbolem znad Wisły już niejeden się udławił.

Zapewne także dlatego najzamożniejsi Polacy stronią od futbolu. Bo to biznes niepewny, obarczony wielkim ryzykiem inwestycyjnym. A poza tym bardzo specyficzny, wymykający się zasadom obowiązującym w innych branżach. Również z uwagi na trudne do wytłumaczenia wpływy – za którymi kryją się szemrane interesy prowadzone nie tylko na trybunach – szalikowców w poszczególnych klubach. I wciąż obarczony skojarzeniami z aferą korupcyjną, której ostatni akt miał co prawda miejsce na boiskach w 2006 r., ale sprawy – głównie ze względów politycznych, a nie tylko z uwagi na niewydolność sądów – ciągną się do dziś. Co z pewnością odstrasza, a nie przyciąga, ludzi z czołówek rankingów najbogatszych Polaków. Wielki prywatny biznes nie tylko nie utrzymuje krajowego futbolu, ale też nie reklamuje się przy okazji piłkarskich rozgrywek. Zapewne wychodząc z założenia, że przy krajowej piłce szybciej można zszargać sobie reputację, niż ocieplić wizerunek.

Pojawienie się pandemii koronawirusa w dużym stopniu wywróciło także futbolowy świat do góry nogami. Pierwszy, wiosenny atak spowodował zawieszenie wszelkiego rodzaju rozgrywek. Następnie stopniowo je wznawiano, ale wprowadzając nowe procedury. W zdecydowanej większości krajów mecze odbywały się bez udziału publiczności (w Polsce w pewnym momencie na trybunach obowiązywał limit widzów; teraz mecze odbywają się bez kibiców). A to niezwykle mocno uderzyło w klubowe finanse, bo przychody z dnia meczowego – ze sprzedaży biletów i gadżetów – w poważnych ligach stanowią nawet jedną trzecią wszystkich wpływów. W polskich realiach należy dodatkowo liczyć się ze zmniejszeniem, być może nawet znacznym, środków zarówno z budżetów samorządowych, jak i ze spółek skarbu państwa. I nie można wykluczyć, że będzie to dopiero początek zakręcania kurka.

O zainteresowaniu futbolem w kraju, kontraktach telewizyjnych i reklamowych oraz frekwencji – na stadionach, przed telewizorami, monitorami i wyświetlaczami – w następnym odcinku.

Fot. Jakub Porzycki/Agencja Gazeta

Wydanie: 47/2020

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy