Niemoc nie tylko pandemiczna

Niemoc nie tylko pandemiczna

Rok biało-czerwonych do zapomnienia

Piłkarska reprezentacja Polski zakończyła tegoroczny sezon. Biało-czerwoni (18. miejsce w rankingu FIFA) zwyciężyli w połowie rozegranych spotkań, ale umieli pokonać wyłącznie niżej notowanych przeciwników. Szczęśliwie 23. Ukrainę, bardziej przekonująco 51. Bośnię i Hercegowinę (dwa razy) oraz 55. Finlandię. Z wyżej klasyfikowanymi rywalami, Włochami i Holandią, udało się w czterech spotkaniach Ligi Narodów zaledwie raz zremisować. I zdobyć tylko jednego gola.

Wymowna pauza

Reprezentacja Polski kierowana przez Jerzego Brzęczka nie umie podjąć walki z lepszymi od siebie czy choćby zdominować sąsiadów w światowym rankingu. W dwóch spotkaniach z Holandią udało się co prawda zdobyć jedną bramkę, ale żadnego punktu. Z Włochami skończyło się na punkcie, za to bez gola. W Amsterdamie i w Reggio Emilia biało-czerwoni byli bezradni jak juniorzy. W Holandii oddali przez 90 minut dwa strzały – jeden celny i jeden niecelny. We Włoszech – tylko dwa niecelne.

Zapytany po meczu z Włochami, jak wyglądał plan taktyczny na mecz w Reggio Emilia, Robert Lewandowski uciekł się do jakże wymownej pauzy, która trwała osiem sekund. Przez ten czas kapitan reprezentacji walczył z własną mimiką, żeby nie roześmiać się ironicznie do kamery, i w tej walce okazał się skuteczniejszy niż na boisku. Tyle że mowa milczenia poszła w świat, a następnie sportowiec skrytykował przygotowania do meczu. „Trudno powiedzieć, że czegoś nam zabrakło, bo zabrakło bardzo wielu rzeczy”. Zachowanie kapitana Jerzy Brzęczek określił jako niefortunne. Do sprawy odniósł się także prezes PZPN Zbigniew Boniek (WP SportoweFakty): „Nie jest tak, że jeśli Robert Lewandowski coś powie, to ma zawsze rację. Jest najlepszym napastnikiem na świecie, ale reprezentacja nie składa się z niego i 10 koszulek. Gdyby tak było, nie wygrałaby nawet z Gibraltarem. Powtarzam: nawet jeśli Robert ma rację, to niech ją mądrze sprzedaje, bo tylko pogorszy sytuację i na końcu do niego kibice też będą mieli pretensje. Nie boję się zresztą powiedzieć, że w ostatnich meczach grał przeciętnie. Mówię o meczach reprezentacji Polski, bo te Bayernu niezbyt mnie interesują”.

Nowi wykonawcy pilnie poszukiwani

Oczywiście winny zaistniałej sytuacji jest tylko po części Brzęczek. Adam Nawałka miał do dyspozycji prawą flankę obsadzoną przez duet Borussii Dortmund Łukasz Piszczek-Kuba Błaszczykowski, w szczytowym okresie uznawany za jeden z najlepszych w europejskiej piłce klubowej. Dziś obu nie ma już w kadrze. Grzegorz Krychowiak w barwach Sewilli wygrywał Ligę Europy i ostro dawał się we znaki nawet takim tuzom jak Cristiano Ronaldo i Leo Messi w rozgrywkach hiszpańskiej La Ligi. „Krycha” nadal jest wśród kadrowiczów, ale obecnie jako gracz moskiewskiego Lokomotiwu raczej człapie, niż nawiązuje do najlepszych sewilskich czasów. Kamil Glik z AS Monaco niegdyś awansował do półfinału Ligi Mistrzów, podczas gdy obecnie gra w prowincjonalnym włoskim Benevento. Arkadiusz Milik robił furorę w silnym holenderskim Ajaksie Amsterdam, a nie siedział na trybunach w jeszcze bogatszym SSC Napoli.

O ile poprzednik Brzęczka miał do dyspozycji co najmniej ośmiu (z bramkarzami Łukaszem Fabiańskim i Wojtkiem Szczęsnym) zawodników na międzynarodowym poziomie, o tyle teraz ostało się czterech i pół. Tym czwartym, po Lewym i duecie golkiperów, jest Mateusz Klich, który niesamowicie się rozwinął w angielskim Leeds United pod kierunkiem charyzmatycznego argentyńskiego szkoleniowca Marcela Bielsy. Natomiast pół stanowi Piotr Zieliński, który w SSC Napoli potrafi rozgrywać znakomite mecze, natomiast w kadrze wciąż jest wielką, ale niespełnioną nadzieją mimo 26 lat na karku. W każdym razie Brzęczek publicznie zakomunikował, że jeśli pewnego dnia Piotr się obudzi i coś przestawi mu się w głowie, to będą go zazdrościć polskiej drużynie wszyscy rywale. Zatem – wciąż czekamy.

W tym kontekście warta odnotowania jest wypowiedź byłego znakomitego napastnika, Grzegorza Laty (WP SportoweFakty): „Gdyby trenerzy grali i decydowali o wszystkim, mistrzem świata byłaby Arabia Saudyjska. Kupiłaby sobie najlepszego szkoleniowca, zapłaciła mu worek pieniędzy i miałaby zagwarantowany sukces. Tak to niestety nie działa, potrzeba jeszcze wykonawców. Epidemia sprawiła, że ci, którzy mają szerokie kadry i duży wybór wśród dobrych piłkarzy, radzą sobie lepiej. My takiego komfortu nie mamy. Są też jednak inne problemy. Coś w zespole szwankuje. Gdy oglądałem mecz z Włochami, miałem wrażenie, że każdy gra pod siebie. Było widać wzajemne pretensje, a jeszcze słyszałem, że w reprezentacji tworzą się grupy. Podziały psują, drużyna musi być jednością”.

Jako uzupełnienie rozpowszechniany w sieci żarcik pana Grzegorza po fatalnym meczu przeciw Włochom:

„– Czy reprezentacja, w której pan występował, miałaby duże szanse w spotkaniu z dzisiejszą?

– Sądzę, że wygralibyśmy 1:0.

– Dlaczego tylko 1:0?

– Nie więcej, przecież w większości jesteśmy po już po siedemdziesiątce”.

Prezes Boniek zaniedbał

Jeśli jednak chcemy wskazać wszystkich odpowiedzialnych za stan reprezentacji, to trudno pominąć winowajcę największego. Czyli prezesa PZPN, który przez dwa i pół roku nie zadbał o profesjonalne zaplecze dla selekcjonera. I właśnie sztab od początku obecnej kadencji jest najsłabszym elementem w układance – młodego i wciąż uczącego się – szkoleniowca. O ile bowiem nominacja dla Brzęczka – charyzmatycznego kapitana srebrnej drużyny olimpijskiej z igrzysk w Barcelonie w 1992 r., a później także kapitana pierwszej reprezentacji – przez Zbigniewa Bońka wydawała się krokiem tyleż odważnym, co logicznym, o tyle pozostawienie zbyt skromnego liczebnie, niedostatecznie wyedukowanego i za mało doświadczonego grona współpracowników było bardzo nierozważne. I do dziś odbija się biało-czerwonym czkawką.

W porównaniu z kadencją Adama Nawałki właśnie pod tym względem nastąpił największy regres. Co prawda, poprzednik Brzęczka zaczynał z Bogdanem Zającem i Jarosławem Tkoczem, ale miał też pod ręką Tomasza Iwana (w roli dyrektora kadry), który tajniki zawodowego futbolu zna co najmniej równie dobrze jak Radosław Gilewicz (członek obecnego sztabu). A przecież w miarę upływu czasu Nawałka poszerzał grupę współpracowników o ludzi z dyplomami AWF i najwyższymi licencjami trenerskimi (tzw. UEFA Pro). Od lutego 2015 r. do marca 2016 r. – czyli w okresie poprzedzającym imprezę docelową, którą były ME we Francji – do sztabu kadry dołączyło trzech świetnie wyedukowanych szkoleniowców. I dysponując takim potencjałem, liczebnym i intelektualnym, Nawałka miał odpowiednie siły, żeby we właściwy sposób zarówno obserwować kandydatów do reprezentacji Polski, jak i szpiegować rywali. A sam mógł poświęcać gros czasu na pracę nad schematami technicznymi – i w defensywie, i w ofensywie. Oraz nad ich wdrażaniem. Co zresztą czynił z dobrym skutkiem niemal do końca 2017 r.

Na tym tle zaplecze Brzęczka prezentuje się mizernie. Wspomniany Gilewicz przystąpił do kursu dla byłych profesjonalnych piłkarzy na licencję UEFA B+A w końcu września… 2018 r., czyli już jako asystent selekcjonera. W momencie powołania sztabu przez obecnego selekcjonera nie miał żadnych szkoleniowych kompetencji! Z kolei Tomasz Mazurkiewicz (posiadacz licencji UEFA A, obecnie uczestnik kursu UEFA Pro) samodzielnie prowadził… Rolnika Racot, Lechitę Kłecko czy Sokoła Kleczew. Nie liznął zatem w tych zespołach nawet przyzwoitego ligowego poziomu. Zresztą było to dość dawno temu, a później – od połowy listopada 2014 r. – był już wyłącznie asystentem Brzęczka (kolejno: w Gdańsku, w Katowicach, w Płocku i obecnie w kadrze).

Jedynym współpracownikiem selekcjonera w pionie czysto futbolowym, któremu w dniu nominacji nie sposób było zarzucić braku właściwych kwalifikacji, jest Andrzej Woźniak, jeden z trzech najbardziej cenionych w Polsce specjalistów od trenowania bramkarzy. Tyle że i „Woźny” – naznaczony w aferze korupcyjnej w polskim futbolu – zapewne nie błyszczy krytycznymi analizami nawet niedopracowanych pomysłów przełożonego, tylko siedzi cicho, ciesząc się, że dostał od Brzęczka drugie zawodowe życie.

Aby nie było wątpliwości – selekcjoner miał pełne prawo otoczyć się zaufanymi ludźmi. Natomiast prezes Boniek miał obowiązek zażądać, aby do grona amatorów dołączyli zawodowcy! Tym bardziej że w polskim futbolu nie brakuje ludzi świetnie wykształconych i wszechstronnie przygotowanych do pracy na najwyższym poziomie. Dość powiedzieć, że Czesław Michniewicz – kierując reprezentacją U-21 – na mistrzostwa Europy w kategorii młodzieżowej zabrał jako współpracowników m.in. Miłosza Stępińskiego (posiadacz uniwersyteckiego tytułu profesora) i Krzysztofa Paluszka (dyplom doktora AWF). Pierwszy odpowiadał za obserwację Belgów, drugi – Włochów i oba te spotkania Orlęta wygrały, choć były znacznie niżej notowane od rywali.

Końca budowy nie widać

Budowa zespołu gotowego do występów w mistrzostwach Europy jest w najlepszym razie niedokończona, a jej końca nie widać. Co prawda, w kadrze pojawiła się świeża krew i to 22-letni Kamil Jóźwiak strzelił gola Holendrom, zresztą po przepięknym rajdzie, ale liczby nie bronią Brzęczka. Dość powiedzieć, że mając w składzie Piłkarza Roku 2020 w plebiscycie UEFA i jednocześnie króla strzelców poprzedniej, zakończonej w sierpniu, edycji Champions League, nie wywindował kadry nie tylko tak wysoko jak Adam Nawałka (w szczytowym momencie piąte miejsce na świecie). Wciąż jest bowiem gorszy także od Pawła Janasa (najlepsze miejsce w rankingu FIFA to 17.) i Leo Beenhakkera (16.), mimo że obaj ci selekcjonerzy dysponowali o wiele słabszym potencjałem kadrowym.

A to niejedyna obiektywna przewaga trzech wspomnianych szkoleniowców drużyny narodowej nad obecnym. Janas potrafił ograć Włochów (późniejszych mistrzów świata), Beenhakker – Portugalczyków (świeżo upieczonych półfinalistów mundialu). Nawałka pokonał Niemców w Warszawie (wtedy aktualnych mistrzów świata; w rewanżu przegrał we Frankfurcie, a na neutralnym gruncie we Francji podczas ME zremisował). Tymczasem aktualny trener drużyny narodowej twierdzi, że nie potrzebuje takiego meczu założycielskiego. I to w sytuacji, gdy nawet laik dostrzegłby, że regularne ogrywanie niżej notowanych rywali nie rozwija naszego zespołu. Bo nawet w konfrontacjach ze słabeuszami wygrywamy obecnie głównie dlatego, że mamy lepszych piłkarzy. A nie lepszą drużynę.

Selekcjonerowi trzeba oddać, że na listopadowe zgrupowanie wśród 28 powołanych zaprosił aż 10 zawodników najwyżej 23-letnich. Brzęczek w sposób zauważalny prowadzi poszukiwania w najmłodszym pokoleniu i wymienia poszczególne ogniwa w reprezentacji. Tyle że przebudowa trwa zbyt długo, już w listopadzie był spóźniony o co najmniej pięć miesięcy (w zestawieniu z pierwotnym terminem Euro 2020). A dodatkowo musi niepokoić brak wspólnego języka z Lewandowskim, który u Brzęczka zatracił skuteczność. I nie można się dziwić kapitanowi drużyny narodowej, że jest sfrustrowany taktyczną bezradnością Brzęczka. Robert to przecież rekordzista wszech czasów w liczbie zdobytych dla reprezentacji Polski goli – ma ich na koncie 63. W eliminacjach Euro 2016 zdobył 13 bramek, natomiast w kwalifikacjach MŚ 2018 – 16.

Bez przesady można zatem stwierdzić, że u Nawałki strzelał jak z automatu. Przez dwa i pół roku współpracy z Brzęczkiem wpisał się na listę strzelców zaledwie osiem razy. I de facto przestał być „maszyną do bicia rekordów”. Został zdegradowany do roli przeciętnego – w skali europejskiej – egzekutora, mimo że na formę strzelecką w Bayernie Monachium w tym okresie nie narzekał. Przeciwnie, w drodze po tytuł Piłkarza Roku UEFA zdobył 34 bramki w Bundeslidze, sześć w Pucharze Niemiec i 15 w Lidze Mistrzów. We wszystkich wymienionych rozgrywkach sięgał po tytuł króla strzelców.

Michał Probierz trzyma kciuki

Po ostatnich meczach piłkarskiej jesieni na selekcjonera znów spadła lawina krytyki. Ma przeciwko sobie znaczną część mediów oraz ekspertów i jeszcze większą kibiców. „U nas szydera to podstawa. Najfajniej komuś przywalić. Wszyscy obrażają Jurka Brzęczka, a co on miał zrobić więcej? Awansował na mistrzostwa Europy, buduje zespół, wprowadza młodych zawodników. A i tak wszyscy się do niego przywalają – bronił kolegi po fachu znany ligowy szkoleniowiec Michał Probierz (Cracovia) w programie „Liga+ Extra” stacji Canal+. – W Polsce nikt nigdy nie stanie po stronie trenera. U nas zawsze najważniejszy jest piłkarz, który nie gra. A między krytyką a chamstwem i hejtem jest różnica. Jurek i tak to w miarę wytrzymuje, bo niektóre sytuacje są mega trudne… Nam się wydaje, że jesteśmy pępkiem świata. A ja trzymam kciuki za Jurka, żeby mu się udało”.

Słowa i postawa trenera Probierza pokazują drugą stronę medalu, ale niezależnie od tego manifestu zawodowej solidarności rok 2020 piłkarskiej reprezentacji Polski jesteśmy zmuszeni w zasadzie spisać na straty. Mecze (w listopadzie) rozgrywano ponownie bez udziału publiczności, ale rozgoryczenie i rozczarowanie wcale nie są z tego powodu mniejsze. Możemy jedynie podsumować: dobrze się stało, że przynajmniej niektórzy z państwa tego nie widzieli. Bo po prostu nie ma czego żałować.

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 49/2020

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy