Zaskakująca górska śmierć

Zaskakująca górska śmierć

Andrzej Marciniak cudem przeżył w Himalajach, szczęście opuściło go w słowackich Tatrach

Górska śmierć zwykle jest zaskakująca, ale w przypadku Andrzeja Marciniaka jest zaskoczeniem szczególnie tragicznym. Znakomity himalaista, znawca gór, zdobywca dwóch ośmiotysięczników – Everestu (8850 m), niezwykle trudną drogą, oraz Annapurny (8091 m), ośmiotysięcznika „niskiego”, ale bardzo groźnego, pochłaniającego wiele ofiar – ginie 7 sierpnia na nietrudnej drodze w słowackich Tatrach, podczas wspinaczki na Pośrednią Grań (2441 m) w rejonie Małego Lodowego Szczytu.
Stało się to 20 lat po największej tragedii w dziejach polskiego himalaizmu. W maju 1989 r. polska wyprawa odnosi ogromny sukces – zdobywa Everest, wspinając się przez zachodnią grań, bez korzystania z tlenu. Na szczycie stają Andrzej Marciniak i Eugeniusz Chrobak.

Triumf i tragedia

Marciniak ma wtedy 30 lat. Urodził się na Pomorzu w Kolbudach i, jak wielu ludzi z Kaszub (po nim np. Kinga Baranowska i Marcin Miotk), dał się zafascynować górom. W 1989 r. był himalajskim nowicjuszem, na wyprawę, złożoną z wybitnych alpinistów, trafił trochę przypadkiem, bo kilku bardziej znanym kolegom nie pasował ten termin. Choć najmłodszy, jest silny i bardzo wytrzymały (co już kilka dni później uratuje mu życie). Pierwotnie nie miał być uczestnikiem ataku szczytowego, ale okazało się, że zachował więcej sił od innych uczestników wyprawy i znalazł się w dwójce atakującej wierzchołek Everestu.
Gdy 25 maja sześciu wspinaczy schodzi ze zboczy najwyższej góry świata, pogoda się psuje. Czy to zmęczenie, czy chęć znalezienia się jak najszybciej w bezpiecznym terenie sprawiają, że cała szóstka przypina się do jednej liny poręczowej. Akurat w tym momencie – nie kilka minut później ani wcześniej! – z przełęczy spada niewielka lawina. Lina pęka, cała szóstka leci kilkaset metrów w dół. Lawina niesie tak mało śniegu, że nawet nie przysypuje wspinaczy. Czterech z nich – Mirosław Gardzielewski, Wacław Otręba, Zygmunt Heinrich, Mirosław Falco Dąsal – umiera w wyniku ran i obrażeń wewnętrznych, przy życiu pozostają tylko dwaj zdobywcy Everestu. Spędzają upiorną noc pod przełęczą. Następnego dnia umiera Eugeniusz Chrobak.
Andrzej Marciniak, potłuczony i obolały, cierpiąc na ślepotę śnieżną (podczas upadku gubi okulary), cudem dociera do namiotu obozu I. Tam czeka na pomoc, choć właściwie nie ma szans, by ktokolwiek mógł uratować mu życie. Zdarza się jednak drugi cud – radiotelefon w obozie I jeszcze działa, wieść o tragedii dociera najpierw do bazy pod Everestem, potem do stolicy Nepalu. W Katmandu jest zaś akurat himalaista Artur Hajzer, który organizuje akcję ratowniczą. Tworzy się łańcuch pomocy, wreszcie w Himalaje rusza wyprawa. I oto trzeci cud – 1 czerwca 1989 r. do obozu I, gdzie leży Marciniak, dociera Hajzer wraz z dwoma dzielnymi Nowozelandczykami, Garym Ballem i Robem Hallem (w następnych latach obaj zginą w górach). Niedługo potem jedyny z sześciu naszych wspinaczy, który przeżył, jest już w Polsce.

Darowane życie

Andrzej Marciniak nie chce darowanego życia rzucać na górski los. Przestaje się wspinać, na kilka lat wyjeżdża z żoną do USA, po powrocie zakłada w Gdańsku firmę budowlaną. Pomału zaczyna jednak wracać w góry. W 1996 r. bierze udział w wyprawie gdańskich wspinaczy na Annapurnę – i znów staje na wierzchołku ośmiotysięcznika. Potem jednak chodzi w góry już raczej rekreacyjnie.
Gdy idzie z towarzyszem na Pośrednią Grań, pęka blok skalny i – jak 20 lat wcześniej w Himalajach – lina zostaje przerwana. Andrzej Marciniak spada tylko kilkanaście metrów, nie kilkaset. Odnosi jednak tak poważne obrażenia, że umiera podczas akcji ratowniczej. Miał 50 lat.
Janusz Kurczak, himalaista i organizator wypraw w góry wysokie, zna tę drogę: – Jest nietrudna, ale bardzo krucha, kamienie wysuwają się spod rąk i nóg, może dojść do przypadkowego wypadku.
Artur Hajzer, wybitny himalaista, który 20 lat temu ratował Andrzeja Marciniaka, twierdzi, że czasem nie można uniknąć nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. – Ta droga nie jest trudna, ale takie zdarzenie jak odpęknięcie bloku skalnego zawsze może się zdarzyć. I wtedy nic już nie można zrobić.
Po tej akcji ratunkowej pod Everestem Andrzej wspinał się raczej rzadko. Przez ostatnie 20 lat widzieliśmy się raptem parę razy.

Górskie fatum

Dziś pewnie mało kto pamięta, że podobna górska tragedia zdarzyła się już kilkadziesiąt lat temu. W 1957 r. znakomity polski wspinacz, 50-letni Stanisław Groński, wraz z dwoma jugosłowiańskimi towarzyszami zostaje porwany przez lawinę na zboczach Mont Blanc. Groński też miał darowane życie. W 1933 r. zaatakował zimą wraz z Wincentym Birkenmajerem trudną tatrzańską ścianę Ganku. Nastąpiło załamanie pogody, po dwóch zimowych biwakach Birkenmajer zmarł z wyczerpania. Młodszy i silniejszy Groński przeżył i zdołał się wycofać. Jeszcze później, porwany przez lawinę ocalał, wydawało się, że nic nie może mu się stać.
W 1957 r. żaden z trzech alpinistów nie przeżył.
Tragedia pod Mont Blanc miała jeszcze jeden fatalny wymiar. Z pomocą Grońskiemu i jego towarzyszom wyruszył Wawrzyniec Żuławski, świetny kompozytor, pisarz i alpinista. On również zginął wtedy w Alpach.

To tylko błysk,
To tylko szmer,
To tylko ćwierć sekundy!
A już krzyk
I haka dźwięk
Koniec ostatniej rundy.
Myśl? Na nic
Myśl? Po co?
Za późno.
Szkoda, że 
Promień zgasł.
A potem już ciemność…
Może blask…
Czy tak?

Jan Długosz (1929-1962),
wybitny alpinista, pisarz, poeta.
Zginął w Tatrach.

Wydanie: 33/2009

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 9 stycznia, 2018, 18:16

    Janusz Kurczak 😀

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy