Zaszczytne ostatnie miejsce

Zaszczytne ostatnie miejsce

Partie, które dziś dominują – koalicyjne i opozycyjne – nie wyzwolą nowych impulsów dla modernizacji Polski

Po raz pierwszy w swoim życiu, przecież nie tak znów krótkim i nie zawsze w przyjaznych okolicznościach, jestem po prostu przygnębiony.
Pamiętam dobrze treść książeczki Jana Józefa Lipskiego, eseju „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”, niedawno zresztą przypomnianej w „Gazecie Wyborczej”. Pamiętam nadzieję w niej zawartą, przesłanie i smutek.
Pamiętam wypowiedź jednego z najwybitniejszych polskich polityków minionego ćwierćwiecza, na pewno ostatniej dekady, który zastanawiał się, czy aby ten niewyobrażalny dla poprzednich kilku pokoleń, dla mojej Mamy, dla mojego Ojca, epokowy sukces Polski nie jest oparty na fundamencie dwóch wielkich kłamstw.
Jednym z tych kłamstw miało być to, że w pamiętnym czasie 16 miesięcy pierwszej „Solidarności, w roku 1980 i następnym, udało się jej gremiom kierowniczym, ludziom takim jak Wałęsa, Bujak, Frasyniuk, Borusewicz, Lis, doradcom, intelektualistom, dziennikarzom – przekonać Europę i Świat, że Polska jest taka właśnie jak oni. Otwarta, solidarna, racjonalna, roztropna. Przepełniona patriotyzmem, ale nie nacjonalizmem. Dumna, ale umiarkowaniem oświecona. W nienormalnej sytuacji normalna. Pewna swoich racji, ale nie zapiekła zacietrzewieniem. Zdumiewająca.
Żywiłem więc nadzieję, że jakoś uporaliśmy się z tym w naszej kulturze, we wzorach naszego zbiorowego życia, w jego organizacji, w dominujących postawach wobec siebie wzajemnie i wobec państwa własnego, co spychało nas w kierunku „poleskich bagien”. Że pozytywne, czasem cudowne doświadczenia ostatniej ćwierci wieku XX: polityka praw człowieka, opozycja demokratyczna, wielki narodowy, ale i coraz bardziej otwierający się Kościół, „nasz” papież i wielkie katharsis przez nas przeżywane za Jego przyczyną, zwłaszcza w 1979 r., „Solidarność”, Okrągły Stół, demokracja, wolność, reformy – że to wszystko zmieniło Polskę, przeorało ją na tyle głęboko, by nie trzeba było niczego udawać przed światem naszych aspiracji. Że wreszcie wychodzimy na prostą. Że wystarczy tylko nie zamykać oczu na błędy, mieć wolę naprawy, panować nad lękiem przed zmianami, nie wstrzymywać procesów modernizacji, a będzie już dobrze. Trwale dobrze. Nie na sezon.
Nie będzie dobrze.

Nie wychodzimy na prostą.

Grzęźniemy. Można by pozostać przy złośliwościach. Ja tylko od nich zacznę.
Zamknijcie państwo, drodzy czytelnicy, na chwilkę oczy. I wywołajcie w sobie obraz pierwszego polskiego parlamentu, po Okrągłym Stole i po 4 czerwca. I wywołajcie też obraz pierwszego demokratycznego, w miarę, rządu.
Premierem był Tadeusz Mazowiecki. Ministrem spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. Marszałkiem Sejmu Mikołaj Kozakiewicz. A na sejmowych i senackich mównicach takie postacie jak profesorowie: Trzeciakowski, Regulski, Dietl, Ciemniewski, Geremek, Ziółkowski, Józefiak, Ganowicz, Kłoczowski, Duda, Stelmachowski. Byli tam: Jacek Kuroń, Adam Michnik, Jan Józef Lipski, Andrzej Szczypiorski, Andrzej Wajda, Andrzej Wielowieyski, Ryszard Reiff. W opozycji: Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Jacek Piechota, Waldemar Pawlak.
Otwórzcie na chwilę oczy i znów je zamknijcie. I wyobraźcie sobie współczesność.
Dzisiaj w parlamencie wytyczają Polakom naszą drogę ku przyszłości: Gosiewski, Giertych, Lepper, Begerowa, Wassermann, Filipek, Wierzejski, Mularczyk, małżeństwo Łyżwińskich. Premierem jest Jarosław Kaczyński, ministrem spraw zagranicznych pani Fotyga.
Oto IV RP. O ile, wizerunkowo przynajmniej, lepsza od Trzeciej! Prawda?
Na początku zmian na pewno popełnialiśmy mnóstwo błędów. Pewne było jednak, że o coś ważnego w tamtej polityce chodziło. Że była to polityka pełna kreacji, poszukiwań, debat o sprawach najważniejszych.
Dziś mamy politykę symboliczną, zastępczą wobec rzeczywistych potrzeb kraju.
Codzienność polskiej publicznej debaty to: historia, lustracja, służby specjalne, ubowcy i nadubowcy, księża, tajni współpracownicy, łże-elity, mędrcy z Trybunału Konstytucyjnego, opozycja sprzed ćwierćwiecza, weksle Samoobrony i innej jeszcze partii, podsłuchy.
Jakie miejsce zajmiemy w konkurencyjnym, błyskawicznie rozwijającym się świecie, jeśli nasze oczy wciąż zwrócone są do tyłu?
Dobre lata dla Polski, lata sukcesu, lata polityki (albo polityk), które mimo błędów i zaniechań prowadziły do dobrych efektów – minęły. Te partie, które dziś dominują, nowych impulsów dla modernizacji Polski nie wyzwolą. Dotyczy to zarówno partii koalicji rządzącej, z PiS, LPR i Samoobroną, jak i opozycyjnej Platformy Obywatelskiej czy SLD, SdPl bądź Partii Demokratycznej.
Okres przed wyborami, co prawda samorządowymi, ale jednak – ani cienia refleksji, programów, sporów merytorycznych. Partie zajęte bez reszty personaliami. A po co ta władza? Jak to po co – dla władzy.
Nie chodzi wyłącznie o pieniądze, aczkolwiek o nie z pewnością chodzi.
Chodzi także o to, że we współczesnych partiach dominuje przekonanie, że lepiej nie drażnić publiczności jakimiś pomysłami. One dzielą. Więc lepiej nie próbować niczego realnego zmieniać. Bezpieczniej przenieść politykę w sferę igrzysk, wielkich historycznych inscenizacji. A jeśli na nie nie stać, to chociażby jasełek.
Ostatnią kotwicą, która nie pozwala nam jeszcze dryfować w kierunku pełnej nieoznaczoności i nieobliczalności, w kierunku jakichś szaleństw pseudokonserwatywnych ideologii, woluntarystycznych koncepcji państwa i jego zadań, niczym nieuzasadnionej wiary w ozdrowieńcze skutki chaotycznego rygoryzmu wychowawczego i karnego, powszechnej podejrzliwości i totalnego braku zaufania ludzi do siebie i do instytucji życia publicznego, jest Unia Europejska. Czynnik na poły zewnętrzny. Smutne to.
Jeśli nie dokona się zasadnicza zmiana paradygmatów polskiej polityki, przestawienie jej zainteresowań, profesjonalizacja (i to niekoniecznie ograniczona do sfery politycznego marketingu) – zajmiemy w końcu zaszczytne ostatnie miejsce na dalekich

peryferiach zjednoczonej Europy.

Z Niemcami jako jej liderem, porozumiewającymi się ponad naszymi głowami z Rosją. I ze swoją frustracją, że nie jesteśmy rzecznikami interesu jej nowych, środkowoeuropejskich i bałtyckich uczestników. Bo, w rzeczy samej, nigdy nikt tego od nas nie oczekiwał ani o to nie prosił. Czesi, Słowacy, Estończycy, Węgrzy sami chcą rozmawiać w Brukseli. Tak jak i my chcemy sami to robić.
Zajęci lustracją, dekomunizacją, polityką historyczną (pisaną pod dyktando dokumentów SB przez ignorantów o mentalności aparatczyków dawnego ZMP), wywoływaniem wojen i konfliktów wewnętrznych, opryskliwi na zewnątrz, jątrzący, nieprzygotowani, śmieszni w swoich pozach wielkich rozgrywających, w rzeczywistości zaściankowi – nie formułujemy żadnej koncepcji Europy, milczymy we wszystkich nieznanych sobie językach na temat Iraku i innych autentycznych problemów współczesnego świata, a także na temat reformy finansów publicznych w Polsce, prywatyzacji, wsparcia dla innowacyjności w gospodarce, wyboru podstawowych kierunków rozwoju, zapanowania nad chaosem w gospodarce przestrzenią i zasobami naturalnymi, organizacji serwisów publicznych w dziedzinie edukacji, zdrowia i kultury.
Nie widzę środowisk politycznych, elit intelektualnych, autorytetów zdolnych wypracować w krótkim czasie nowe impulsy rozwoju.
Partie zajęte są bez reszty łupieniem kraju. I nie chodzi wyłącznie o korupcję. Chodzi o to, że stały się zorganizowanymi hordami ludzi obsadzającymi sobą mnożone funkcje płatne z pieniędzy publicznych.
Rząd Mazowieckiego szukał, poza swoim środowiskiem, najlepszych ludzi do wykonania stojących przed nim zadań. Rząd Kaczyńskiego bez żenady oddaje już nie tylko teki ministerialne i wiceministerialne, lecz także funkcje dyrektorów departamentów i niższe ludziom bez żadnych kwalifikacji. Nie widać skrępowania. Owszem, uznaje się za oczywiste, że po to bierze się władzę, by ci, którzy o nią walczyli, objęli wszystko, co jej podlega, a przynosi jakikolwiek dochód. Współkoalicjanci bez konfuzji opowiadają publicznie, że członkowie ich rodzin muszą przecież gdzieś pracować. Wyrocznia moralności, jedyny sprawiedliwy, budowniczy IV RP, Jarosław Kaczyński milczy.
Uczeni albo pozostają w medialnym niebycie, albo mieszają odległe wymogami role zależnego wyłącznie od swej wiedzy eksperta i spętanego interesem grupy polityka.
Kościół uległy wobec działań obcych jego misji, firmowanych jednak jego imieniem, uwikłany w rozmaite interesy, tracąc autorytet, staje się coraz bardziej twardą barierą dla modernizacji. Tracąc autorytet pośród liberalniej zorientowanych obywateli, staje się coraz bardziej anachroniczny w swoich bieżących politycznych uwikłaniach.
Media utopione w rynku i przez rynek, uzależnione od źródeł ich finansowania przestały być przestrzenią publicznej debaty.
A ona sama, błąkając się po peryferiach istotności, zdominowana została przez pozbawionych elementarnej wiedzy ekonomicznej i społecznej, nienawykłych do myślenia systemowego, a także nieciekawych wiedzy innej niż własna polityków. I orientujących się na nich dziennikarzy.
Kto sądzi, że przesadzam, niech zada sobie trud analizy porównawczej dziesięciu losowo wybranych numerów „Po prostu” z przełomu lat 1956-1957 czy „Polityki” z końcówki lat 70. i współczesnych tygodników opinii. Tych uznawanych za najlepsze.
Może z chlubnym, ale i niszowym wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego”.
Mimo że dziś żyjemy w wolności, a wówczas w zniewoleniu. Dziś bez cenzury, a wówczas, owszem, z dość aktywną cenzurą. I najważniejsze – mimo że tamte pisma bez wyjątku były państwowe, nadzór nad nimi sprawowało biuro prasy KC PZPR, a dziś one są prywatne.
Wolność jest warunkiem koniecznym rozwoju, ale jeśli przestrzeń wolności zaleje się szlamem,

wolność nie wystarczy,

aby się rozwijać. Nie ma z kim i nie ma gdzie mówić o kwestiach zasadniczych. O wartościach, celach, ich związkach i korelatach, a także o ich profesjonalnej instrumentalizacji w polityce. O reakcji polityki i demokracji na błyskawicznie postępującą liberalizację światowej gospodarki. A więc o równowadze pomiędzy pracą a kapitałem. Człowiekiem a korporacją.
O kapitale społecznym jako warunku sukcesu. O zadaniach i o instrumentach podnoszenia wartości tego kapitału, jakimi dysponuje państwo. Jedynego trwałego zresztą kapitału w historii narodu.
O specyfice kulturowej Europy. O przestrzeni specyficznych dla niej wartości. I o naszym stosunku do tej tożsamości.
O Europie i o Ameryce. O Europie i Ameryce wobec reszty świata. O ekskluzywności Europy jako warunku powodzenia w konkurencji z Azją. O granicach tej ekskluzywności.
Dziś debatę o Polsce prowadzą w telewizjach Filipek z Wierzejskim. Giertych z Gosiewskim. Lepper z Rokitą. W towarzystwie pani Gawryluk.
Do jakich dobrych celów nas to zaprowadzi?
Będzie gorzej. Bo wszystko, co dobre, i wszystko, co złe, najpierw jest w ludzkich głowach. Jeśli liderzy polityki, mocarni swą większością, zduszą resztki debaty, zajmować się będziemy zagadnieniami marginesu. I na marginesie się znajdziemy.
Młodzi – ci lepsi od starszych, nieuspółdzielczeni w politycznych partiach, ambitni, potrzebujący świeżego powietrza, wolności i klimatu normalności – albo zamkną się w swoich wyspecjalizowanych profesjonalnych rolach, aby zarobić pieniądze na niezależność od głupawej władzy, na niezależność od motłochu precyzyjnie sterowanego przez fachowców od politycznego marketingu i na polisę wyjazdową na wypadek jakiejś totalnej awarii, albo od razu pojadą tam, gdzie polityki jest o rząd wielkości mniej, a politycy są o rząd wielkości sensowniejsi.
Bo nie jest, niestety, prawdą, że wystarczy odmłodzić. Młodzieńcy z Młodzieży Wszechpolskiej w Sejmie i w rządzie polskim z pewnością są młodsi od Bartoszewskiego, Chrzanowskiego, Mazowieckiego czy Modzelewskiego.
I co z tego?

 

Wydanie: 46/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy