Jak Korwin-Mikke nie zmasakrował Europarlamentu

Jak Korwin-Mikke nie zmasakrował Europarlamentu

Najwięksi prawicowi radykałowie nie chcą Korwina w koalicji, bo ma zbyt skrajne poglądy

Janusz Korwin-Mikke ma za sobą pierwsze przemówienie w europarlamencie. Najwyraźniej przyzwyczajony do burzy, jaką wywołuje w kraju każda jego wypowiedź, szef Nowej Prawicy przeliczył się i zawiódł swoich fanów, którzy gorąco wierzyli, że zniszczy Unię. Jako temat pierwszej wypowiedzi wybrał globalne ocieplenie – problem, który budzi największe kontrowersje i jest uznawany przez prawie cały świat naukowy. Jak na prawdziwego kabotyna przystało, chciał kwestionowaniem rzeczy udowodnionych naukowo i leżących na sercu wielu ludziom wzbudzić szok, niedowierzanie i oczywiście oburzenie. Chciał zacząć z rozmachem, ale nie wyszło.
Znudzony przewodniczący oddał mu głos, po czym poinformował, że należy poczekać na zielone światełko, czego Janusz Korwin-Mikke nie ma w zwyczaju robić, ale tym razem musiał się podporządkować, inaczej nikt by go nie usłyszał. Tutaj fani Korwin-Mikkego pewnie uznali, że to cisza przed burzą, że Europa jeszcze go nie zna. Jednak żadna burza nie nadeszła. Korwin w niczym nie przypominał znanego z telewizyjnych studiów agresora, który wręcz pożera swoje bezradne ofiary. Zdecydowanie bez rezonu zaczął czytać przemówienie z kartki, łamaną angielszczyzną, jakby nie mógł mówić po polsku, i tylko co jakiś czas wyduszanym z siebie krzykiem przypominał o swojej wielkości. Nie obyło się bez obrażania „pseudonaukowców”, lecz ziewanie innych europosłów chyba nie było reakcją, jakiej Korwin-Mikke by sobie życzył. Znudzone miny słuchaczy mówiły jednoznacznie, że nie jest on pierwszą osobą, z której ust słyszą podobne bzdury, oraz, co najważniejsze, że osoby takie nie są traktowane równie poważnie jak w Polsce. Nie pierwszy on i nie ostatni, co dodatkowo ubodło naszego przyzwyczajonego do poczucia wyjątkowości „krula” (do dzisiaj nie wiem, czy to przydomek nadany przez drwiących z niego przeciwników, czy zwolenników).
Przemówienie nie miało praktycznie żadnego znaczenia. Zawierało wytarte slogany, używane przez osoby, którym daleko do budzenia intelektualnego respektu. Gdyby Korwin-Mikke swoje niedorzeczne poglądy wygłaszał w sposób stonowany i rzeczowy (jeżeli niedorzeczności można przedstawiać w sposób rzeczowy), pies z kulawą nogą nie przyszedłby na jego spotkanie z wyborcami – bo niby po co ludzie mieliby przychodzić, jeśli nie usłyszeliby obietnicy wieszania polityków i papierosów po 4 zł – ani tym bardziej nie poszedł do urny. Janusz Korwin-Mikke, żeby wzbudzić kontrowersje, celowo mówi trudne do obalenia na szybko, w studiu, bzdury, które są tak zaskakujące, że dyskutantom odbiera mowę. Tak jak teza o braku dowodu na wiedzę Hitlera o Holokauście. Podobnie nie ma dowodu na to, że Korwin-Mikke nie został podmieniony przez kosmitów, a przecież uważamy, że tak nie jest, i pewnie mamy rację. Jednak jego taktyka najwyraźniej nie odniosła teraz zamierzonego skutku. W Europie poglądy Korwin-Mikkego nie budzą już kontrowersji, bo zostały dawno odrzucone, podobnie jak u nas nie budzą emocji tezy, że Ziemia jest płaska i że to Słońce krąży wokół niej.
Korwin-Mikke oczywiście zdaje sobie sprawę z treści debaty publicznej i dlatego nie wybrał tematu będącego w Unii całkowicie poza dyskusją (np. prawa kobiet do głosowania), lecz taki, wokół którego jakaś dyskusja mimo wszystko się toczy. Gdyby zakwestionował prawa kobiet, zostałby sam, jako ktoś, kto przekracza granice tolerancji, nawet te unijne. Nawet najwięksi prawicowi radykałowie w stylu Nigela Farage’a czy Marine Le Pen nie chcą go w koalicji, bo ma zbyt skrajne poglądy. To trochę tak, jakby kogoś nie przyjęto do AA, bo jest zbyt uzależniony od alkoholu.
W Brukseli każdy ma swoje poglądy i wie, że ma do nich prawo; kultura zachodnioeuropejska jest zdecydowanie bardziej zindywidualizowana, tam nie trzeba walczyć o kolektywne ustalenie, co jest prawdą, a co nie. Może dlatego ludzie są zdecydowanie spokojniejsi i – jak to się kolokwialnie mówi – wyluzowani. Nie boją się wyrażać własnego zdania, bo wiedzą, że nikt nie ma prawa siłą ani krzykiem go zmieniać.
Dlatego jestem przekonany, że Korwin-Mikke nie rozsadzi Unii Europejskiej, bo niby jak miałby to zrobić? Z trzema towarzyszami? Siłą swojej osobowości? W Brukseli dominuje osobowość demokratyczna, a nie autorytarna, i to, co u nas w pewnych kręgach jest uznawane za oznakę wybitnej osobowości, tam uważa się za zwykłe zaburzenie. A jak wiadomo, ludzi zaburzonych być może nie słuchamy szczególnie uważnie, ale też ich nie nienawidzimy. Chyba że mają jakąś władzę lub wpływ na społeczeństwo.

Autor jest socjologiem, publicystą magazynu „Liberté!”

Wydanie: 28/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy