Jak zreformować Gombrowicza

Jak zreformować Gombrowicza

Bożena Umińska polemizuje z Anną Tatarkiewicz

Gombrowicz to mój ulubiony pisarz. Pisarz-niepisarz – bo Gombrowicz jest nie tylko pisarzem, jest też kimś, kto przez swoje pisarstwo jest bezpośrednio obecny. Nie ma na to nazwy, lecz pisarze – opowiadacze historii niekoniecznie własnych i ci najbardziej osobiści, sięgający tylko do własnych treści, nazywają się tak samo. Ale to różne kategorie pisarzy. Uwielbiam Gombrowicza.

Dzieci są smutne i złe

Pani Anna Tatarkiewicz („Przegląd” 1.08.2004) uważa, że Gombrowicz za daleko się posunął, generalizując swoje doświadczenie z matką. Cóż, matka Gombrowicza, według świadectwa pisarza, nie była w stanie zobaczyć siebie taką, jaką była. Za rzeczywistość brała ideał, akurat przeciwny wobec jej realnych cech. „Jestem Papkin, lew północy”… Ogólnie to częsta przypadłość, choć może u matki Gombrowicza występowała w skrajniejszej postaci. Ale jednak gdy ktoś nie ma realnego obrazu własnej osoby, nie będzie też miał realnego obrazu innych ludzi. Cały świat musi pozostać życzeniowym wizerunkiem. Dzieci nie są wielbicielami prawdy jako takiej ani nie prowadzą misjonarskiej kampanii przeciwko nieprawdziwemu obrazowi własnej osoby. Ale jest to bardzo złe dla dziecka, jeśli rodzic nie jest w stanie go zobaczyć lub jeśli je ignoruje. Dzieci wpadają wtedy w otchłań samotności i zapomnienia. Są złe. Gdy wszystko wykoślawione, wykrzywione. Gdy królują mity, gdy nie ma prawdy.

Mit matki i narodu

Pisarz wyznaje, że prawdopodobnie z powodu relacji z matką nie czuje się zdolny do miłości. (Kochać potrafił, ale dopóki nie był pewny, nikogo swoją nieumiejętnością nie gnębił). Pani Tatarkiewicz na podstawie wyznania wydaje wyrok: „Kto nie jest zdolny do miłości, ten jest nieautentyczny”. Zatem Gombrowicz jest nieautentyczny. Jednak sądzę, że ludzi rzeczywiście zdolnych do miłości jest niewielu. A naprawdę „nieautentyczni” są raczej ci, którzy nie wiedzą, że ich uczucia szwankują. Nie wiedzą, że nie potrafią kochać, że to, co dają jako miłość, to na przykład forma tyranii lub zależność. Za to często prawią kazania o miłości i oceniają uczucia innych. Dalej pani Tatarkiewicz wytyka Gombrowiczowi jego zainteresowanie Sienkiewiczem; czy pisarz nie mógłby się skupić na Kochanowskim, Fredrze czy Prusie, pisarzach zdolnych do miłości i rozsądnie patriotycznych? A ten się przyssał do Sienkiewicza! Pani Tatarkiewicz nie bierze pod uwagę, że Gombrowicza interesował Sienkiewicz jako mitotwórca, a nie reprezentatywny pisarz i dlatego, że dawał narodowi mity, tak mniej więcej pasujące do rzeczywistości narodu jak do kapryśnej i chimerycznej matki Gombrowicza pasował jej ulubiony obraz samej siebie jako spartańsko-katolickiej matrony.
Tak, należy zreformować Gombrowicza. Mógłby przecież być historykiem literatury, napisać rozprawkę o Prusie. Po co komu taki pisarz przegięty, nieumiarkowany, bez stosownej wiedzy o Mickiewiczu i Fredrze? Nieprawdaż?

Bóg i konieczność, czyli mit mitów

Ach, cóż, wszystko wskazuje na to, że ponieważ mamy taki renesans ducha II RP, to i ducha Gombrowicza czeka renesans, nie rocznicowy, lecz z potrzeby. Mity są coraz powszechniejsze, coraz bardziej wmuszane. Coraz więcej słyszy się wokół o Dzielnym i Dumnym Narodzie Polskim, pysznej na całe zło karze śmierci i wiele o konieczności historii. Anachroniczny, wschodnio-konserwatywny zestaw. Oglądałam obchody z okazji rocznicy powstania warszawskiego. Czy to powstanie tak się zmitologizuje, że już nic pisnąć nie będzie można? Angielski mąż stanu wygłosił garść komunałów, amerykański mąż stanu wygłosił garść komunałów. Polski też. Mity publiczne, które zaczęły się od prywatnych mitów rodzicielskich. Wtedy jeszcze dzieci były smutne i złe. Teraz już są dorosłe, stare, przystosowane.
Znajomy mówi: „Cóż, musiało to powstanie wybuchnąć”. Dlaczego „musiało”? Czy jakiś heglowski duch czasu, który koniecznie musi się wcielać w czyny ludzi, tam się objawił? Nie wierzę w heglowskie konieczności. Myślę o faktach – nie o tendencjach – historycznych jako o wielowymiarowych splotach przypadków. Zdarzyło się, zdarzyło się tamto, a owo nie. I w sumie wyszło to i to. A mogło nie wyjść.
Im więcej Boga w życiu i w historii, tym mniej przypadków. Tendencja polsko-katolicka jest taka, żeby ich w ogóle nie było. Same konieczności. Życie poczęte, konieczne w planie boskim od pierwszej chwili. Konieczność historyczna. Naród Dumny i Wielki (jak rzekł premier Miller). Wszystko nasączone Bogiem i koniecznością, jak woda sodą w wodzie sodowej.
Gdy zaciśnie się pętla polskich mitów, wtedy zdziwimy się, że Gombrowicz to już przeszłość. Gdyż jest on znów pisarzem na przyszłość.

Autorka jest filozofką, poetką i pisarką (pisze pod pseudonimem Bożena Keff), wykłada na tzw. Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim (Badania nad Społeczną i Kulturową Tożsamością Płci).

Wydanie: 34/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy