Zatrute relacje

Zatrute relacje

Dla matki własne dziecko zawsze jest najważniejsze, a już na pewno ważniejsze od „obcej” osoby, jaką jest jego partnerka

Prof. Anna Giza-Poleszczuk, psycholog społeczny z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego

– Dwie kobiety kochające jednego mężczyznę: synowa i teściowa. Czy to w naszych warunkach społecznych zawsze oznacza konflikt?
– Konfliktów między synową a teściową nie można rozpatrywać jedynie jako efektu „patriarchalnych” norm społecznych. Rzeczywiście, jeśli mężczyzna zajmuje w rodzinie wyróżnioną pozycję i jego dobro uznaje się za najważniejsze, to od partnerki oczekuje się daleko idących ustępstw, wyrzeczeń, podporządkowania własnych preferencji i pragnień. Teściowa – i nie tylko ona – będzie więc obserwować zachowanie synowej, tropiąc wszelkie oznaki braku dbałości, zaniedbywania obowiązków czy braku lojalności. Władza teściowej nad synową była w wielu kulturach – jak choćby w Chinach czy Japonii – usankcjonowana silnymi normami obyczajowymi.

– Bohaterki reportażu znalazły się w ekstremalnej sytuacji. Ale nie tylko wówczas między teściową a synową jest wręcz organiczna niechęć. Z czego ona wynika? Jakie wzorce społeczne je budowały?
– Można łatwo zauważyć, że dla matki własne dziecko zawsze jest najważniejsze, a już na pewno ważniejsze od „obcej” osoby, jaką jest jego partnerka. Szczególnie wtedy, gdy dziecko jest jedynakiem – skupiają się więc na nim wszystkie uczucia i nadzieje. Oznacza to, że w relacji między teściową a partnerem czy partnerką jej dziecka, zawsze uniwersalnie, kryje się potencjał konfliktu. Trudno przestać „faworyzować” własne dziecko, zająć obiektywną postawę wobec „tej drugiej”, a nawet powstrzymać się od ingerencji w związek – jeśli „dobro dziecka” wydaje się zagrożone. Łatwo też zauważyć, jak bardzo różnią się perspektywy matki i synowej. Dla jednej jest to syn – a więc tradycyjnie obiekt opieki, troski czy wręcz adoracji. Dla drugiej – partner, a więc osoba współodpowiedzialna za jakość wspólnego życia, solidarnie angażująca się we wspólne życie, od której oczekuje się wsparcia. Są to perspektywy potencjalnie sprzeczne – szczególnie kiedy matki mają tendencję do nadopiekuńczości w stosunku do swoich dzieci.
Partnerka jest też osobą, która – z perspektywy matki – jest potencjalną konkurentką do uczuć, uwagi i więzi łączącej ją z synem. Jeśli do tego dołącza się podejrzenie o świadome osłabianie relacji syna z matką, może się pojawić silne poczucie zagrożenia: matka podjąć może walkę, zmuszając syna do dokonywania wyborów, opowiadania się po czyjejś stronie. Warto też zwrócić uwagę, że lęk przed „utratą” syna w sposób naturalny może się nasilić, jeśli matka jest osobą samotną, o szczególnie silnych związkach z synem. A i dla syna znacznie trudniejsza psychologicznie jest sytuacja, kiedy wie, że był lub jest dla matki jedynym oparciem.

– Co jest podłożem takich zachowań?
– Mamy do czynienia z całym splotem czynników, które niejako z góry „ustawiają” teściową i synową w sytuacji potencjalnego konfliktu. Do tego dołączają się różne historyczne i cywilizacyjne uwarunkowania. Dawna rodzina „poszerzona”, kiedy dwie rodziny mieszkały razem – a więc teściowa i synowa dzieliły dach nad głową – musiała dopracować się jakichś rozwiązań łagodzących czy eliminujących konflikty; swoistego modus vivendi. Normy prawne czy obyczajowe narzucały strukturę władzy, rozdzielały role tak, żeby było oczywiste i naturalne, jak „powinno” się razem żyć. Nowoczesna rodzina rozwiązuje problem potencjalnych konfliktów w sposób prosty i radykalny: młodzi po prostu mieszkają osobno, często w odległym miejscu, a teściowa w dzisiejszych czasach (kiedy średnia życia kobiet dobiega w Europie osiemdziesiątki) ma własne życie absorbujące ją na tyle, że bez specjalnego żalu rezygnuje z „nadzoru” nad życiem syna. Zmienia się też sama struktura rodziny na rzecz stosunków partnerskich nie tylko między mężem i żoną, ale również rodzicami i dziećmi. W przeszłość odchodzi figura Domowej Matki. W USA sporo mówiło się kiedyś o „momizmie” – nadopiekuńczej, dominującej matce, która traktuje dziecko jako swoją własność. Mężczyźni zaś tracą status osoby, która w domu nie ma żadnych obowiązków. I ma być sprawnie oraz z uśmiechem obsługiwana. Ludzie w nowoczesnych szkołach i nowoczesnym życiu społecznym nabierają umiejętności radzenia sobie z konfliktami, asertywności, dochodzenia do porozumienia z innymi ludźmi; psychologia w coraz większym stopniu „schodzi pod strzechy”. Mimo więc że relacje teściowa-synowa zawsze kryją potencjał konfliktu, historycznie pojawiały się różne obyczajowe normy pozwalające na jego łagodzenie czy radzenie sobie z jego konsekwencjami.

– A jednak, gdy osoby się rozwodzą, często pada argument: gdyby nie jej/jego matka. Co tak naprawdę kryje się za tym stwierdzeniem?
– Myślę, że w Polsce mamy do czynienia z sytuacją szczególną. Matka nadal obarczana jest wyłączną niemal odpowiedzialnością za jakość życia rodzinnego, w tym za „opiekę” nad mężczyzną. To córki, a nie synów uczy się gotowania i wymaga pomocy w domu. Coraz też częściej – bo mamy mniej dzieci, na scenie pojawia się Jedyny Syn, niekoniecznie jedynak, bo może mieć siostrę, skupiający na sobie szczególne uczucia matki. Coraz częściej matka jest samotna – nie tylko z uwagi na wzrost odsetka samotnych matek. W Polsce mamy do czynienia z „feminizacją starości”, ponieważ mężczyźni umierają znacznie młodziej niż kobiety. Niska jest mobilność przestrzenna – większość z nas mieszka blisko swoich rodziców. Problem mieszkaniowy wciąż zmusza wiele młodych par do mieszkania z rodzicami. I do tego cechujemy się wyjątkowo niskimi umiejętnościami nie tylko radzenia sobie z konfliktami, ale nawet samego rozmawiania, uczciwego, otwartego – a jednak nie agresywnego stawiania problemu i rozwiązywania go.

– Czy bohaterka reportażu postępuje prawidłowo? Czy nie zostanie przez innych odsądzona od czci i wiary?
– Bohaterka reportażu stała się ofiarą wyjątkowego splotu nieszczęśliwych czynników: samotna matka syna jedynaka, wyjątkowo zaborcza w stosunku do niego, stosująca w walce z synową cały arsenał nieuczciwych zabiegów. Do tego mąż najwyraźniej pozbawiony wrażliwości – i w pewnym sensie również niedostrzegający problemów żony. Sama zaś bohaterka również nie potrafiła poradzić sobie z sytuacją. Postępuje jak większość z nas: cierpi w milczeniu, liczy, że ktoś się „sam domyśli”, co czuje, lęka się jasnego postawienia sprawy – żeby nie utracić miłości, rezygnuje z własnych pragnień „dla świętego spokoju”. Nie chodzi mi o konfrontację, bunt, walkę – jedynie o umiejętność otwartego, spokojnego, uczuciowego i konsekwentnego bronienia prawa do szacunku i własnych praw.
Postąpiła dobrze. Nie może pozostawać w cierpieniu i poczuciu krzywdy, dla własnego dobra. Zawsze jesteśmy częścią problemu. I trzeba umieć zrozumieć, jak do tego doszło i jaką rolę odegrało w tym nasze własne zachowanie.

– Dlaczego nigdy nie mówi się o tak złych relacjach pomiędzy teściem a zięciem?
– Nie ma w tej relacji tak wielu potencjalnych napięć: zięć nie jest ani pretendentem do władzy domowej, nie oczekuje się od niego zaangażowania w „obsługę” domową córki, nie jest też konkurentem do uczuć córki – bo figury Ojca i Męża są w istocie rzeczy bliskie sobie. A do tego dołącza się tradycyjne męskie braterstwo, generowane przez mecze, wspomnienia z wojska…

Wydanie: 22/2007

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy