Zawał serca lewicy

Zawał serca lewicy

Po trzeciej klęsce wyborczej socjaldemokratów Martin Schulz planuje wielką ofensywę. Czy to wystarczy?

Korespondencja z Berlina

Kiedy w powyborczy poniedziałek ustępująca premier Nadrenii Północnej-Westfalii, Hannelore Kraft, wystąpiła przed partyjnymi kolegami w stołecznej centrali SPD, sprawiała wrażenie, jakby przyszła na swój pogrzeb. – Niestety, przegraliśmy, biorę na siebie całą odpowiedzialność – mówiła wyraźnie wstrząśnięta Kraft, która zrezygnowała ze wszystkich stanowisk. Kandydat na kanclerza tej partii, Martin Schulz, silił się na odrobinę nadziei. – Hannelore prowadziła znakomitą kampanię, walczyła jak lwica. Ale przed nami nowe wyzwania – pocieszał szef SPD.

Echo nocy sylwestrowej

Rok wyborczy 2017 rozpoczął się dla partii Schulza potrójną klęską. Po wyborach w Kraju Saary i Szlezwiku-Holsztynie również w Nadrenii Północnej-Westfalii wygrała CDU, przy czym porażka w landzie uchodzącym za serce socjaldemokracji jest szczególnie dotkliwa. SPD rządziła w Düsseldorfie niemal nieprzerwanie od 1966 r., koalicje z jej dominującym udziałem były w tym najludniejszym kraju związkowym Niemiec czymś naturalnym. Nie bez kozery pochodzący stamtąd Schulz nazwał wybory w Nadrenii Północnej-Westfalii najpoważniejszym egzaminem przed jesiennym finałem – wyborami do Bundestagu. „Partia Schulza znalazła się tam, gdzie była już w okresie przewodnictwa Sigmara Gabriela: na gruzach”, pisze dziennik „FAZ”.

Wizerunek rządu Kraft nigdy nie był tak kiepski jak w ostatnich miesiącach. Jej zastępczyni i minister szkolnictwa, Sylvia Löhrmann z partii Zielonych, wzbudziła niechęć wyborców zamykaniem szkół specjalnych, likwidowaniem stanowisk nauczycielskich i rozwlekłymi dyskusjami o ośmioletnim gimnazjum. To – według komentatorów – przełożyło się na wynik wyborczy. Upadek SPD nad Renem i Ruhrą jest także echem sylwestrowej nocy w 2015 r. Napaści seksualne imigrantów z Afryki Północnej na Niemki w Kolonii zachwiały poczuciem bezpieczeństwa, które odtąd stało się kluczowym postulatem także znaczącej części elektoratu SPD. Tymczasem premier Kraft nie umiała znaleźć odpowiednich słów współczucia dla ofiar napaści, a burmistrz Kolonii Henriette Reker, która uchodzi za osobę przyjazną wobec imigrantów (w październiku 2015 r. na stoisku wyborczym dźgnął ją nożem niemiecki radykalista), powiedziała nawet, że niektóre Niemki same były sobie winne. Z kolei minister spraw wewnętrznych landu Ralf Jäger uchylał się od wzięcia odpowiedzialności za bierną postawę policji podczas sylwestrowych wydarzeń.

Przegrane wybory w Nadrenii Północnej-Westfalii są także klęską nowego szefa SPD, który na początku roku wprawdzie ożywił nadzieje lewicowych wyborców, ale popełniał te same błędy co Kraft, zbyt długo lekceważąc temat bezpieczeństwa. W każdym razie „efekt Schulza”, mającego zmienić niemiecką politykę, należy już do przeszłości. Merkel znów prowadzi w sondażach. Co takiego się wydarzyło w ciągu czterech miesięcy, że aureola, z którą przedstawiał Schulza na okładce tygodnik „Spiegel”, zniknęła? I czy wytrawny bokser polityczny z Würselen jest w stanie się podnieść, aby stoczyć kolejną rundę?

Sierpowy w wątrobę

Niemieckie media nazwały wynik wyborów w Nadrenii Północnej-Westfalii „zawałem serca lewicy”. Sam Schulz, który od czasu do czasu chętnie sięga po siermiężną retorykę, mówi o „sierpowym w wątrobę” (Leberhaken). Szef socjaldemokratów uderzył w ostrzegawcze tony i szybko się pozbierał. Kraft wzięła całą odpowiedzialność na siebie i zapewniła, że Schulz nie miał nic wspólnego z jej niepowodzeniem. SPD straciła co prawda jedną z wyrazistszych liderek i wiceszefową partii, ale Schulz może teraz przejść do ofensywy. Przynajmniej tego pragnąłby trzon SPD. – Wiem, jak się przegrywa bitwy, ale wiem również, jak się powstaje. Mam w tym doświadczenie – przekonywał Schulz, który w młodym wieku wygrał walkę z alkoholem i będąc człowiekiem bez matury, stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych europosłów. Kandydat SPD już niejednokrotnie dowiódł, że jest samcem alfa. – Raz dostajesz w ucho, a raz wygrywasz – ciągnął. Tyle że niemieccy socjaldemokraci ostatnio dostali w ucho trzy razy. Dlatego wątpliwości, czy Schulz rzeczywiście w ciągu czterech miesięcy przechyli szalę zwycięstwa na rzecz SPD, są uzasadnione.

Angela Merkel, która dotąd wygrywała z każdym oponentem wywodzącym się z SPD, nie jest łatwym przeciwnikiem. Dzień po wyborach w landzie Schulz wystąpił na obu kanałach telewizji publicznej, przez lożę szyderców z AfD uporczywie nazywanej „Merkel-TV”. O najlepszej porze oglądalności kandydat na kanclerza wymieniał mocne punkty swojego programu, mówił o sprawiedliwości społecznej, inwestycjach w oświatę, bezpłatnych przedszkolach i uniwersytetach. A co robiła w tym czasie Merkel? Występowała przed kamerami ze świeżo upieczonym prezydentem Francji, aby przedstawić dziennikarzom wspólną wizję Unii Europejskiej. – Na tle światowego polityka, jakim jest Merkel, włóczący się po wiejskich wiecach Schulz wypada dość blado – uważa Tina Hassel, szefowa stołecznego studia ARD. To istotnie zaskakujące, że tak doświadczony europoseł i wieloletni szef europarlamentu nie potrafi wykorzystać swojego europejskiego potencjału. A to niejedyny błąd lidera SPD.

Mega-Schulz

Kiedy w styczniu Schulz oświadczył, że będzie się ubiegał o fotel kanclerski, zastępując tym samym na stanowisku szefa SPD niepopularnego Sigmara Gabriela, słupki sondażowe wystrzeliły w górę. Były europoseł sam był nieco zaskoczony tą euforią, a transparenty z napisem „Mega-Schulz” zbywał ironicznym uśmiechem politycznego zawodowca. Nie chciał jednak zbytnio studzić emocji, które przecież sprawiły, że po raz pierwszy od wielu lat SPD wyprzedziła w sondażach CDU. Ale – jak wiadomo – to niemieckie media decydują, kto jest ulubieńcem narodu, a komu przypadnie rola wyszydzanego na różne sposoby szwarccharakteru. Trzeźwiejsi publicyści już na początku podpowiadali czytelnikom, że medialny efekt odświeżenia lidera partii kiedyś minie. W SPD niemal wszyscy ulegli przeświadczeniu, że Merkel się wypaliła i trzeba raczej tonować emocje związane z Schulzem. Ten zaś zniknął na pewien czas z mediów, odwiedzając niemieckie miasteczka. Tymczasem Merkel dalej pojawiała się codziennie w głównym wydaniu wiadomości telewizji ARD, najczęściej obok postaci dużego kalibru i w zwycięskich pozach kobiety, która potrafi walczyć z kryzysami.

Kampania wyborcza Schulza przebiega pod hasłem: „Czas na więcej sprawiedliwości”, a biografia człowieka, który sam z mozołem wspiął się na szczyty kariery, pasowała do tego jak ulał. Samiec alfa z nadreńskim temperamentem był przez parę tygodni przyjemnym dla oka przeciwieństwem zmęczonej swoim urzędem Merkel. Wyborcy SPD oczekiwali jednak, że po marketingowym preludium nastąpi merytoryczna ofensywa. W istocie Schulz rychło zapowiedział, że w razie zwycięstwa zmieni niektóre punkty Schröderowskiej Agendy 2010, która od prawie dekady pozostaje obiektem zgodnej krytyki ekspertów ds. rynku pracy. Lecz po tej szumnej zapowiedzi już żadne wielkie idee z ust kandydata nie padły, oczywiście oprócz powtarzanej na wiecach mantry o bezpłatnych studiach, tańszej służbie zdrowia i wprowadzeniu nowych zasiłków rodzinnych. To niezwykle ciekawe pomysły, ale Schulz tylko mgliście wyjaśnia, jak chciałby je sfinansować. – Szczegółowe plany zostaną przedstawione na konwencji programowej w końcu czerwca – tłumaczy. – A czy pani kanclerz zaproponowała lepsze projekty? – pyta wiceprzewodniczący SPD Ralf Stegner. Prawdopodobnie nie, tyle że wielu wyborców nie interesują niuanse. Merkel rządzi od 12 lat, emanuje doświadczeniem i spokojem, podczas gdy o Schulzu Niemcy nadal wiedzą niewiele.

Powyborcze konstelacje

Na drodze do Urzędu Kanclerskiego są jeszcze inne przeszkody. Przed wrześniowym finałem Schulz najchętniej nie komentowałby już żadnych sugestii na temat powyborczych konstelacji koalicyjnych. Wśród przegranych w Nadrenii jest bowiem nie tylko SPD (31,2%), lecz także jej dotychczasowy koalicjant Die Grünen, który zjechał z 11,3% na 6,4%, ledwo przekraczając próg wyborczy. Dlatego Schulz w następnych miesiącach przypuszczalnie będzie mało mówił o Zielonych, a jeszcze mniej o Lewicy, która nie dostała się do landtagu (4,9%). Wbrew medialnym dywagacjom o czerwono-czerwono-zielonym sojuszu nie każdy wyborca SPD sobie go życzy. W Kraju Saary liderzy Die Linke, Oskar Lafontaine i jego żona Sahra Wagenknecht, zasugerowali z kampanijnym rozmachem, że taka koalicja jest na wyciągnięcie ręki. Socjaldemokraci i Zieloni natomiast czekali, jakby chcieli zobaczyć, jakie możliwości da powyborcza układanka w Saarbrücken. Dziś wiemy, że ta kampania się nie opłaciła i zaszkodziła SPD. Scenariusz rot-rot-grün mobilizuje wyborców chadeków.

Pytań dotyczących przyszłej koalicji rządzącej Schulz jednak nie uniknie. Niektórzy socjaldemokraci próbują przywołać czerwono-żółte czasy Willy’ego Brandta, który bez FDP nie zostałby kanclerzem. Obok CDU (33%) liberałowie należą w Nadrenii Północnej-Westfalii do wielkich wygranych (12,6%) i można przypuszczać, że po latach parlamentarnej absencji wrócą także jesienią do Bundestagu. Jednak FDP to już nie partia Hansa-Dietricha Genschera. Jej młody przewodniczący Christian Lindner arogancko odwraca się od niemieckiej lewicy, stawiając na czarno-żółty sojusz z CDU, który w samej Nadrenii jest już zresztą niemal przesądzony.

Taniec na linie

Nowym premierem Nadrenii Północnej-Westfalii będzie Armin Laschet, wiceszef CDU i bliski współpracownik Angeli Merkel. W czasie dynamicznej kampanii trudno o wiarygodną prognozę, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że po trzykrotnej klęsce SPD Merkel znów chwyciła wiatr w żagle i ma szansę na czwartą kadencję. Jeszcze pod koniec zeszłego roku wszystko wyglądało inaczej. „Efekt Schulza” popychał liderów CDU do panicznych reakcji. Merkel była skłócona z siostrzaną CSU, a szef tej partii Horst Seehofer bezwzględnie krytykował politykę migracyjną niemieckiego rządu. A dzisiaj? Kryzys w rodzinie zażegnany, premier Bawarii zaś, który niedawno nie przepuszczał żadnej okazji upokorzenia szefowej niemieckiego rządu, stwierdził na ostatnim kongresie CSU, że Merkel w obecnej sytuacji globalnej jest „najlepszą opcją, jaką możemy sobie wymarzyć”. A ponieważ głównym atutem Merkel jest daleko posunięta wstrzemięźliwość, po wyborach w Nadrenii tonowała zwycięskie nastroje: – Ostatnie trzy kampanie zakończyły się dla nas pomyślnie, ale dziś skończyły się definitywnie. Następne miesiące będą wymagały znacznie większych wysiłków.

Sama Merkel nie zdobędzie się na spektakularne wolty, pozostanie po prostu sobą. Będzie rządzić, co dla niej stanowi najlepszą reklamę. Szczyt G7 na Sycylii, spotkanie państw NATO bądź szczyt G20 w Hamburgu zapewnią jej obecność w mediach, którą Schulz musi sobie dopiero wypracować. Za parę tygodni szef Urzędu Kanclerskiego Peter Altmaier ma przedstawić program „Deutschland 2025”. – W walce politycznej nie mogę liczyć jedynie na charyzmę – żartowała Merkel przed wyborami w Kilonii. Był to przytyk pod adresem Schulza, a zarazem upomnienie własnej partii. Sondażowa hossa CDU może bowiem szybko się odwrócić, jeśli przewodniczący SPD weźmie się do roboty. – Mogłem bardziej się zaangażować w kampanię, mam wiele pomysłów – przyznał Schulz, zapytany o błędy partii w Nadrenii Północnej-Westfalii. To, co dotąd zaoferował, nie wystarczy wprawdzie, żeby wygrać z Merkel, ale pozwoli zostać w grze. A przed nami jeszcze debaty, w których kandydat SPD zwykle rozwija skrzydła.

W każdym razie teraz zaczął częściej się odnosić do tematu bezpieczeństwa. – Imigranci kryminaliści powinni niezwłocznie opuścić Niemcy – zażądał, gdy okazało się, że w przypadku zamachowca z Berlina niemiecka policja dopuściła się skrajnych zaniechań. Musi jednak bardzo uważać, by nie popaść w zbytnią antyimigranckość. Co prawda, niektórzy wyborcy SPD powędrowali do AfD, ale dla Schulza ten temat może się okazać tańcem na linie.

Wydanie: 21/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy