Zbiorowa niepamięć

Zbiorowa niepamięć

Kaczyńskim pojęcie narodu, służy głównie po to, żeby kogoś opluć i napiętnować, a w końcu wyrzucić ze wspólnoty

Jeszcze trochę, a zamiast ulicy Dąbroszczaków będziemy mieli w Warszawie ulicę Legionu Condor. Tak, tak, tego, który bombardował Guernicę. Bracia Kaczyńscy w swoim antykomunistycznym zapale przygotowują projekt ustawy, która – między innymi – pozbawia praw kombatanckich polskich członków Brygad Międzynarodowych i zaleca zmianę wszelkich związanych z nimi nazw. Skoro wedle PiS hiszpańska republika była aż tak zła, że należy wyprzeć się tych, którzy o nią walczyli, to widocznie zdaniem premiera i prezydenta po stronie wartości stanął gen. Franco pod rękę z Adolfem Hitlerem.
Gdyby Kaczyńscy byli konsekwentni, powinni sięgnąć głębiej w naszą przeszłość. „Za wolność waszą i naszą” walczył nie tylko gen. Walter-Świerczewski, który notabene od ładnych paru lat nie ma już w Warszawie swojej ulicy. W tym samym towarzystwie znaleźliby się i Kościuszko, Kazimierz Pułaski, gen. Bem, Jarosław Dąbrowski i wielu innych. Z drugiej strony, należałoby

rozprawić się z wichrzycielami,

którzy przez ostatnie 200 lat przyjeżdżali do Polski, żeby uczestniczyć w tutejszych rewolucjach. Z mapy Warszawy powinien więc zniknąć na przykład skwerek i pomnik Francesca Nulla, Włocha, który walczył i zginął w powstaniu styczniowym.
Dla speców od polityki historycznej historia to tylko i wyłącznie historia narodu. Brygady Międzynarodowe, Kościuszko, Bem, Dąbrowski i Nullo są jednak najlepszym dowodem na to, że nie wszyscy i nie zawsze rozumieli historię wedle takiego schematu. W polskim społeczeństwie, tak jak gdzie indziej, ludzie wybierali różne idee. Dla jednych od narodu ważniejsza była „wolność ludów”, dla drugich koniec niesprawiedliwości, głównie tej klasowej, dla jeszcze innych internacjonalizm robotników walczących o swoje prawa.
Polityka historyczna ma zdyskredytować wszystkie te sposoby rozumienia rzeczywistości, a co za tym idzie opowiadania historii. W Polsce Kaczyńskich liczy się tylko naród. Co to właściwie znaczy?
Patriotyzm IV RP ma tę dziwną cechę, że pojęcie narodu, które teoretycznie powinno oznaczać wspólnotę możliwie szeroką, służy głównie po to, żeby kogoś opluć i napiętnować, a w końcu ze wspólnoty wyrzucić. Dąbrowszczacy jako żywo byli Polakami i właśnie z Polski przyjechali do Hiszpanii walczyć o republikę, ale dla PiS nie ma dla nich miejsca w historii polskiego społeczeństwa. Trzeba ich postawić poza zbiorową pamięcią. Podobnie jest z każdym symbolem kojarzącym się z lewicą. Dlatego komunistów z początku wieku stawia się obok PRL-owskiej bezpieki, agentów obok Armii Ludowej i hiszpańskiej republiki, żeby potem wszystko wrzucić do jednego worka i ryczałtem skazać na absolutne potępienie.
W ten sposób Kaczyńscy opluwają, kogo się da. Nie tylko Dąbrowszczaków należy wymazać ze społecznej pamięci. To samo spotka żołnierzy Berlinga, partyzantów z GL albo Batalionów Chłopskich, przedwojennych komunistów i socjalistów. W PiS-owskim narodzie zabraknie też miejsca dla większości obywateli naszego kraju, którzy mają dzisiaj więcej niż 45 lat. W końcu dla PiS PRL to okres, kiedy do władzy doszła „hołota”. „Hołota”, czyli ci wszyscy, którzy po roku 1945 mogli liczyć na awans społeczny, uczyli się czytać albo kończyli technika i licea, zakładali elektryczność na wsiach, studiowali na uniwersytetach i politechnikach i organizowali powojenne życie. Słowem pracowali i żyli w PRL i do pewnego stopnia – mniej lub bardziej – uważali to państwo za swoje, bo dało im szansę zaistnieć inaczej niż w roli wyrobników. Każdy Czytelnik sam oceni, ilu jego

przyjaciół, krewnych i nauczycieli

znalazło się w ten sposób poza nawiasem społecznej pamięci. Może i on sam nie ma w IV RP czego szukać. Polityka historyczna ma sprawić, żeby wszyscy ci ludzie poczuli się w Polsce nieswojo. Nie u siebie. Widać, naród to tylko ta część mieszkańców naszego kraju, która utożsamia się z polityką braci Kaczyńskich.
W sporach o symbole chodzi najczęściej o teraźniejszość. PRL mało kogo dzisiaj obchodzi. Nikt nie marzy o wprowadzeniu cenzury ani o tym, żeby policja rozpędzała demonstrantów. Jeśli ludzie tęsknią za PRL, to dlatego, że mieli pracę, nie spotykali się z takimi nierównościami jak dzisiaj i czuli się bezpieczni. I to właśnie jest w obrazie PRL najgroźniejsze, podobnie zresztą jak we wszystkim, co kojarzy się z lewicą, czyli alternatywą dla systemu, w którym żyjemy. PiS wymyśla specjalne ustawy, żeby Polacy zapomnieli o Dąbrowszczakach, bo hiszpańska Republika oznaczała więź między ludźmi wyzyskiwanymi i pozbawionymi należnych im praw.
W PiS-owskim narodzie nie ma dla takich miejsca. Dlatego mnożą się pomniki Romana Dmowskiego, a pamięć o ludziach domagających się równości i znośnego życia ma zniknąć, o ile nie da się ich włożyć do szufladki „walka o niepodległość”. Nikt już dzisiaj nie wie, jakie były postulaty stoczniowców. Na akademiach upamiętniających robotnicze protesty z czasów PRL-u spotykają się politycy, którzy wolą nie pamiętać o żądaniach płacowych i dlatego mówią tak dużo o „walce z komunizmem” albo „tradycji niepodległościowej”.
W roku 1932 zginął Henryk Gradowski. Miał wtedy 23 lata, był członkiem KPP i prowadził tajną komunistyczną drukarnię. Po rewizji w nocy z 14 na 15 stycznia policjanci wyprowadzili go z domu na Dalekiej w Warszawie i zastrzelili „podczas próby ucieczki”. Na placu Zawiszy od strony Raszyńskiej stał niepozorny kamień z odnośnym napisem. Kiedy w ratuszu zasiadł Lech Kaczyński, kamień po cichu usunięto. Widać, w IV RP członkowie KPP nie mieszczą się już we wspólnej historii. Na miejscu pomnika od dłuższego czasu ktoś stawia znicze, czasami leży obok nich zafoliowana kartka z informacją i kwiaty. Ktoś inny rozrzuca znicze i zabiera kartki.
Wygląda na to, że polskie społeczeństwo jest podzielone. Klajstrowanie tego podziału polityką historyczną to nic innego jak tworzenie

złudzenia narodowej jedności

tam, gdzie zatyka się przeciwnikom usta i nie pozostawia dla nich żadnego miejsca. Warto pomyśleć, czy przypadkiem polskiego menedżera nie łączy więcej z menedżerem z dużego miasta na antypodach niż z robotnikiem rolnym z białostockiego. Fakt, że cała Polska kibicuje Małyszowi, to naprawdę za mało. Skoro trwa konflikt, lepiej o tym głośno mówić. Tylko w ten sposób będziemy mogli wszyscy czuć się w Polsce u siebie.
W Hiszpanii inaczej rozwiązano sprawę zbiorowej pamięci. Po upadku dyktatury nie było tam żadnych pomników poświęconych obrońcom republiki, za to – jak łatwo sobie wyobrazić -na każdym większym palcu i w każdym kościele wisi tablica ku czci żołnierzy Franco. Ta sytuacja nie zmieniała się wiele przez ostatnie 20 lat. Ostatnio, za rządów PSOE wydano ustawę o odzyskaniu pamięci historycznej. Mówi ona tylko tyle, że każdy pomnik dotyczący wojny domowej należy uzupełnić informacją o ofiarach z przeciwnej strony.

Autor jest redaktorem kwartalnika „Bez dogmatu”.

 

Wydanie: 12/2007

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy