Lobbing – piąta władza

Lobbing – piąta władza

Lobbing niesłusznie ograniczono tylko do działań w parlamencie

Gdyby choć część demaskatorskiego zapału, jaki media głównego nurtu wykazały w sprawie zegarka Sławomira Nowaka, została teraz przeniesiona na szukanie przyczyn nieopublikowania w wymaganym terminie ustawy mającej przeciwdziałać ucieczce do rajów podatkowych pieniędzy należnych polskiemu fiskusowi, może bylibyśmy bliżej prawdy o skandalicznym zaniechaniu w Ministerstwie Finansów i Rządowym Centrum Legislacji. Czy sejmowe zabiegi wokół nowelizacji tej ustawy przyniosą – poza zapowiadanym przez ministra Mateusza Szczurka doraźnym skróceniem vacatio legis – niezbędne zmiany systemowe? Oto pytanie warte wielkich pieniędzy. NIK oraz zapewne prokuratura zajmują się „rutynowo” sprawą. Pewnie skończy się stwierdzeniem „gapiostwa” jakiegoś urzędnika i „braku właściwej komunikacji”. Pozwalam sobie zapytać, czy podstawowa przyczyna nie wynika z lobbingu uprawianego w interesie cwaniaków, którzy także w ten sposób „maksymalizują zyski”?
O lobbingu raczej nie poczyta  się w głównym medialnym nurcie. Tymczasem mamy do czynienia z realną piątą władzą. Jej działanie przejawia się w przekonywaniu członków ciał przedstawicielskich i urzędników państwowych do określonych rozwiązań prawnych i administracyjnych. Tak brzmi najogólniejsza definicja. Chociaż przekonywanie należałoby chyba zastąpić twardszym słowem nacisk i dostrzec tu nawet sąsiedztwo korupcji i szantażu. Oczywiście prawdziwi demokraci skojarzenie takie odrzucą jako wredną insynuację. Mamy przecież specjalną ustawę z lipca 2005 r., gdy jeszcze trwał rząd Marka Belki, a bracia Kaczyńscy pod sztandarami antyukładowymi parli do władzy.
Faktycznie jest taka „lobbingowa” ustawa. Prof. Anna Kubiak z Uniwersytetu Łódzkiego w opublikowanym w 2013 r. w „Annales. Etyka w Życiu Gospodarczym” (t. 16) studium „Lobbing w polskim prawie i praktyce” stwierdziła, że posłowie zawęzili jej zakres do legislacji na szczeblu centralnym. Z analizy autorki wynika, że to był błąd. Niewłaściwe było również określenie lobbingu – który w naszych mediach programowo jest zastępowany mniej drastycznym pojęciem public relations albo marketing – jako „działania na rzecz osób trzecich w celu uwzględnienia interesów osób trzecich”. Działanie uprawiającego lobbing na własną korzyść pominięto. Lobbyści w myśl ustawy powinni się wpisać do specjalnego rejestru. Prowadzony jest on przy Sejmie oraz w Ministerstwie Administracji. Ogółem rejestry te obejmują 317 podmiotów (ostatni wpis z 25 września 2014 r.). Właściwie poza Lewiatanem oraz kilkoma związkami pracodawców poszczególnych branż i regionów większość zarejestrowanych lobbystów kryje się pod powszechnie nieznanymi nazwiskami oraz nazwami różnych kancelarii doradczych, adwokackich, konsultingowych. Piąta władza w odróżnieniu od trzech konstytucyjnych i czwartej (czyli mediów), za którymi widzimy konkretne nazwiska, pozostaje anonimowa. Co więcej, jak stwierdza autorka, poza zarejestrowanymi lobbystami działa nieokreślona liczba podmiotów formalnie do „przekonywania” nieuprawnionych. Są to tzw. eksperci, „znakomici fachowcy” czy też po prostu „goście” zapraszani na obrady komisji i innych gremiów sejmowo-senackich. Wśród nich, a jakże, kościelni.
Anna Kubiak pisze: „Przepisy ustawy łatwo obejść. Dzieje się tak m.in. za sprawą wąskiej definicji zapisanej w ustawie – legalną działalność lobbingową można prowadzić tylko na rzecz osób trzecich. W praktyce oznacza to, że osoby działające na rzecz własnej organizacji, korporacji, stowarzyszenia nie są lobbystami w rozumieniu ustawy… Część działalności lobbingowej mogła zejść do podziemia. Wąskie zdefiniowanie lobbingu to również jego ograniczenie do procesu stanowienia prawa, a więc działań i procedur prowadzonych w parlamencie. Tymczasem bardzo wiele działań lobbingowych ma miejsce w innych instytucjach, m.in. w ministerstwach, których procedur i działań ustawa nie obejmuje…”.
I jeszcze jedno zasługujące na uwagę stwierdzenie: „Również bardzo ważna procedura wprowadzona mocą ustawy, jaką jest wysłuchanie publiczne, dające szanse na przedstawienie swoich racji wszystkim zainteresowanym stronom, w tym – co bardzo istotne – organizacjom i grupom obywateli często słabszych (także finansowo), jest bardzo rzadko i z dużymi trudnościami stosowana”.
I to mogłaby być puenta. Mogłaby, gdyby aktualne ratowanie dla budżetu wielomiliardowych sum nie przypominało cerowania dziury na pięcie skarpetki, gdy tymczasem z przodu wystają palce. I dodajmy, że nie wiemy, ile z gigantycznej szacunkowej sumy 32 bln dol. ukrytych w rajach podatkowych jest wynikającą z zaniedbań i zaniechania polską cząsteczką.

Wydanie: 43/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy