Zdrada buduje

Zdrada buduje

Kaczyński wraca do polityki wojny z nowym przesłaniem

Kto dał się złapać na nowy wizerunek Jarosława Kaczyńskiego, ten z kampanii prezydenckiej, dziś ma prawo czuć się nabrany.
„Zła polityka, polityka napastowania konkurentów politycznych, odmawiania im godności i ich poniżania kończy się źle, kończy się tragicznie”, mówił prezes PiS podczas kampanii i apelował: „Musimy umieć się porozumieć, musimy zakończyć szkodliwą polsko-polską wojnę na slogany, epitety, miny i gesty, a przejść do odpowiedzialnej pracy dla kraju. Spierajmy się, ale w rzeczowej i spokojnej atmosferze”.
Ten budowany, wydawało się, pieczołowicie wizerunek runął jak domek z kart.

Stare wróciło

Już w wieczór wyborczy, kiedy ogłoszono wstępne sondażowe wyniki, Jarosław Kaczyński wyraźnie dał do zrozumienia, że czas miłości się skończył.
A potem wydarzenia zaczęły następować jedno po drugim.
W Sejmie PiS powołało zespół do spraw wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Na jego czele stanął Antoni Macierewicz. Więc już wiemy, co wyjaśni i jak wyjaśni.
Ruch 10 Kwietnia najpierw urządził manifestację przed Pałacem Prezydenckim, a następnie zażądał sprowadzenia szczątków rozbitego Tu-154 i powołania międzynarodowej komisji, która zbadałaby okoliczności katastrofy.
Wybuchła też wojna o krzyż stojący przed Pałacem Prezydenckim. Krzyż w apogeum żałoby ustawili harcerze, pewnie w swej naiwności nie przypuszczając, co czynią i jakie będą konsekwencje ich czynu.
Do prezydenta elekta list w obronie krzyża napisał eurodeputowany Zbigniew Ziobro. „Krzyż powstał w miejscu nieprzypadkowym i stał się miejscem spotkań tysięcy Polaków, którzy pod nim składają kwiaty i palą znicze. Proszę im go stamtąd nie zabierać”, pisał Ziobro, dodając, że to najwłaściwsze miejsce do upamiętnienia „narodowej tragedii”, która zdarzyła się pod Smoleńskiem. „Proszę więc nie wywoływać zupełnie niepotrzebnego i gorszącego konfliktu o krzyż. Nie ma powodu, by wstydzić się krzyża w miejscu publicznym, zwłaszcza tego krzyża i w tym miejscu”, apelował.
Równocześnie zawiązały się samorzutnie (?) straże pilnujące krzyża. Nie tylko za dnia, ale i w nocy.
Do tego nurtu energicznie włączył się sam Jarosław Kaczyński.
„Jeśli Komorowski usunie krzyż sprzed pałacu, będzie jasne, kim jest”, mówił na konferencji prasowej w Sejmie. I dodał, że dopiero gdy przed Pałacem Prezydenckim stanie pomnik ofiar, będzie można zmienić jego miejsce. A każdy, kto twierdzi coś innego, dopuszcza się ciężkiego moralnego nadużycia.
Wcześniej, w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” opowiadał, co powiedział ministrowi Sikorskiemu, gdy ten zatelefonował do niego, by poinformować go o katastrofie: „To jest wynik waszej zbrodniczej polityki – nie kupiliście nowych samolotów”. I zaatakował premiera Tuska za jego zachowanie w Smoleńsku. Że kolumna premiera wyprzedziła autobus z delegacją PiS: „To była zresztą jakaś kompletna paranoja. Bo jeśli premier polskiego rządu ścigał się ze mną, kto pierwszy dojedzie do miejsca katastrofy, to widocznie szczególnie zależało mu, by się tam pokazać. Państwo wybaczą, ale nie jestem w stanie nawet zrozumieć takiej mentalności”. Mówi też o odpowiedzialności „moralnej” i „politycznej” (możemy się domyślać czyjej) za smoleńską śmierć.
Prezesowi partii sekundował Joachim Brudziński. „Tusk ściskał się z Putinem, a ciało polskiego prezydenta leżało w deszczu w ruskiej trumnie – wołał.
– Dziś premier Tusk nie jest godny mojego szacunku. Pan premier powinien na stałe zniknąć z polskiego życia politycznego”.

Czy tylko chciał się wyżalić?

Jak to wszystko wytłumaczyć? Co takiego się stało z Kaczyńskim, że jednym ruchem zburzył wszystko, co tak uporczywie budował w czasie kampanii?
Jest kilka teorii tłumaczących tę kolejną przemianę.
Pierwsza ma charakter psychologiczny. Głosi, że Jarosław Kaczyński długo tłumił w sobie traumę katastrofy smoleńskiej i wreszcie teraz, kiedy polityczne boje zostały zakończone, wyrzucił z siebie wszystkie żale i pretensje. Wreszcie stał się sobą. Tak tłumaczą go niektórzy politolodzy, tak tłumaczy go jego admiratorka prof. Jadwiga Staniszkis.
„Jarosław Kaczyński był na środkach uspokajających, potem był w kampanii wyborczej, a teraz to do niego wróciło – mówiła w TVN 24. – Powinniśmy dać Kaczyńskiemu wyżalić się”.
Jakkolwiek by patrzeć, jest to teoria cząstkowa – bo obejmuje tylko samego szefa PiS, ale już żołnierzy tej partii nie dotyczy. Więc cóż im się stało, że tak nagle się zradykalizowali? No i nie pokazuje ona w dobrym świetle samego Jarosława Kaczyńskiego. Bo od lidera wielkiej partii, byłego premiera i niedoszłego prezydenta naród ma prawo wymagać, by trzymał emocje na wodzy, by nie targały nim jak nastolatkiem.
Druga teoria – przedstawiła ją „Rzeczpospolita” – tłumaczy wybuch w PiS walkami frakcyjnymi wewnątrz tej partii. Trwa tam walka między grupą „umiarkowanych”, kojarzonych z Joanną Kluzik-Rostkowską i Pawłem Poncyljuszem, a „talibanami”, czyli najostrzejszymi politykami PiS, Jackiem Kurskim, Joachimem Brudzińskim i Zbigniewem Ziobrą, którzy na czas kampanii zostali schowani. I teraz próbują odzyskać stracone pozycje, i podbijają bębenka, atakują Platformę, premiera, polaryzują scenę polityczną. Bo wiadomo – im jest ona bardziej spolaryzowana, im jest większa bijatyka, tym większe zapotrzebowanie na takich właśnie nieprzebierających w słowach wojowników.
Teoria ta ma również braki. Bo jak wytłumaczyć fakt, że w czasie kampanii Jarosław Kaczyński mógł spacyfikować partię, a po kampanii już nie?
Trzecie wytłumaczenie zwrotu Kaczyńskiego wywodzi się z politycznego PR. Otóż atakując Tuska, wzbudzając na nowo emocje wokół katastrofy smoleńskiej, prezes PiS zamierzał uprzedzić publikację kolejnych, na nowo odczytanych, stenogramów z czarnej skrzynki Tu-154. Jak podały media, wśród odczytanych rozmów jest fragment, w którym kapitan Tu-154, kpt. Arkadiusz Protasiuk, mówi: „Jak nie wyląduję, to mnie zabije”. Lub też w innej wersji: „Jak nie wyląduję, będę miał przechlapane”.
Oczywiście nie wiadomo, kto miałby kpt. Protasiuka „zabić”, ale kontekst wypowiedzi jest oczywisty – to pod wpływem obaw o karierę, naciskany przez dowódcę wojsk lotniczych gen. Błasika, a i pewnie przez prezydenta, pilot zdecydował się na ryzyko lądowania w zasadzie na ślepo. Winny jest tu wskazany.

Nasza prawda

Informacja o takim fragmencie na nowo odczytanym lub też o podobnej treści, przeniknęła do mediów jeszcze przed II turą wyborów prezydenckich. Pod koniec czerwca. Jeżeli tak, to informacja ta dotarła też do sztabu Jarosława Kaczyńskiego. I dlatego PiS rozpoczęło wielką ofensywę, by zneutralizować nowe zapisy stenogramów.
Rachuby dla autorów tej ofensywy są proste – jeżeli wywołamy awanturę, jeżeli spolaryzujemy Polaków, to nawet jeżeli „oni” przedstawią niewygodne dla nas materiały, to i tak „nasi” w to nie uwierzą lub uznają je za mało istotne. Bo będą wierzyć w „naszą” prawdę.
Te rachuby nie są bezpodstawne. Mimo że śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej trwa, Polacy już dawno podzielili się na dwa obozy, zupełnie inaczej tłumaczące przyczyny katastrofy.
Z jednej strony mamy więc tych, którzy uważają, że nie była to katastrofa, tylko „zamach zorganizowany przez Rosjan”. I na tę możliwość wskazuje aż 11% ankietowanych przez OBOP. 37% uważa z kolei, że katastrofa to efekt błędu obsługi lotniska w Smoleńsku. Natomiast 21% Polaków uważa, że katastrofa to efekt „presji ze strony prezydenta”. Takie dane przedstawia badanie OBOP, przeprowadzone na zamówienie posła PO Janusza Palikota i opublikowane na jego blogu.
Z tego wszystkiego wynika, że Polacy, jeśli chodzi o przyczyny smoleńskiej katastrofy, mają już ugruntowany pogląd. I już nie szukają nowych informacji, ale raczej tych, które potwierdziłyby tę wersję, którą przyjęli za swoją.
Te trzy teorie tłumaczące zmianę kursu Kaczyńskiego i jego partii łączy jedno – zakładają, że zmiana nastąpiła niejako niechcący, to efekt albo eksplodujących emocji, albo partyjnych przepychanek czy też wymogu politycznej taktyki.
A może jednak ta zmiana miała przyczyny głębsze?
Zwróćmy uwagę – to nie jest przecież jednorazowy, odosobniony wyskok. Nowym językiem mówi szef partii, mówią jego współpracownicy, jest wiele przedsięwzięć świadczących o tym, że zwrot w polityce PiS jest świadomie prowadzoną operacją.
Ale w takim razie jaki jest jej cel?
Na pierwszy rzut oka tego celu po prostu nie widać. Kaczyński złagodniał na czas kampanii, ogłosił nowe otwarcie i – fakty są oczywiste – niewiele brakowało, a wybory by wygrał. Uzyskał 47% głosów, a PiS z partii dwudziestoparoprocentowej wskoczyło na poziom 40%. Polityka „miłości i pokoju” przyniosła znakomity rezultat.
Dlaczegóż więc postanowiono z niej zrezygnować? Przecież to sygnał dla wszystkich, którzy uwierzyli w przemianę Kaczyńskiego i oddali na niego głos – że zostali oszukani. Więc teraz, gdy podobną operację PiS będzie chciało przeprowadzić przed wyborami parlamentarnymi, nikt w nią nie uwierzy.

Męczeństwo i święte miejsca

Dlaczego więc zrzucił kostium politycznego gołąbka?
Bo najwidoczniej gra o coś ważniejszego.
PiS na polskiej scenie politycznej jest partią młodą, powstało w roku 2001, na fali upadku AWS i popularności Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości. Klika elementów tę partię wyznaczało. Po pierwsze, przekonanie, że państwo powinno twardo walczyć z przestępczością i rozbijać lokalne układy. Po drugie, przekonanie o wyjątkowości polskiej historii, jej kart naznaczonych krwią. Trzecim elementem była wiara w nieustraszonego szeryfa, którego ucieleśniał Lech Kaczyński.
W kolejnych latach te elementy były uzupełnianie. Rozbudowano wątek postkomunistycznych służb specjalnych. Walka z pozostałościami komunizmu została zastąpiona hasłem walki z liberalizmem. Wśród wrogów PiS pojawiły się Platforma Obywatelska i „wykształciuchy”, a wśród przyjaciół – Radio Maryja.
Ale teraz katastrofa smoleńska w sposób naturalny zbudowała dla PiS nowy punkt odniesienia. Legendę. I Jarosław Kaczyński od pierwszych chwil ją buduje.
Wawel nie był tu przypadkiem.
Kaczyński nie przepuszcza więc żadnej okazji, by podkreślać, jakim to wielkim politykiem był jego brat. „Mężem stanu był Lech Kaczyński”, powtarza w wywiadach. I skromnie dodaje, że on był tylko jego pomocnikiem.
Kancelaria Prezydenta wydała książkę pod tytułem „Warto Być Polakiem – Idea i Myśli Lecha Kaczyńskiego”. Publikacja zawiera fragmenty wypowiedzi tragicznie zmarłego prezydenta na temat najważniejszych dla Polski spraw.
Legendę budują też inne publikacje, które rzucają się w oczy w każdej niemal księgarni.
Oprócz legendy Lecha Kaczyńskiego-męża stanu budowana jest legenda jego „męczeńskiej śmierci”. W języku PiS Kaczyński nie zginął – tylko poległ. I to „męczeńsko”.
To wszystko jest semantyczną manipulacją, gdyż w języku polskim polec można w boju, „na polu chwały”, a w katastrofie się ginie. Ale przecież właśnie chodzi tu o budowanie tego skojarzenia.
A jeżeli i samego męczeństwa trudno w tej tragicznej śmierci się dopatrzyć, to dojrzyjmy je po śmierci. Tak jak opowiadał to Joachim Brudziński – Tusk ściskał się z Putinem, a obok, w ruskiej trumnie, na czarnej folii, w deszczu, leżało ciało prezydenta. I oskarżał, że premier nie zabrał kompanii reprezentacyjnej, by oddała zmarłemu prezydentowi hołd. I nie pozwolono też, by zwłoki zabrał do Polski brat.
To, że deszcz tego dnia w Smoleńsku nie padał i nie było żadnych czarnych folii – nie ma znaczenia. Legenda nie musi dokładnie zgadzać się z faktami.
Legenda wymaga też „świętych miejsc”.
Takim miejscem jest na pewno Wawel. Ale jeszcze bardziej funkcjonalnym, z politycznego punktu widzenia, jest Pałac Prezydencki. I krzyż przed tym pałacem stojący.
Batalia o krzyż staje się więc batalią o wszystko. „Przenoszenie krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego to początek niszczenia mitu Lecha Kaczyńskiego, a w konsekwencji walki politycznej z tymi, którzy mienią się być dziedzicami tego, co robił Lech Kaczyński”, tłumaczył to Marek Migalski w Radiu Tok FM. „To świadoma próba odchodzenia od tragedii smoleńskiej i powrót do „normalności” sprzed 10 kwietnia, z której chyba nikt nie był zadowolony”.

Najwyższy kapłan i jego przesłanie

W ten sposób Jarosław Kaczyński buduje nową tożsamość swej partii. Nową religię.
Dotychczasowe punkty orientacyjne – „Solidarność”, walka z przestępczością, antykomunizm – to wszystko blaknie wobec Smoleńska.
PiS może oczywiście do tych dawnych symboli sięgać, może ich używać, ale one są już sprawą drugorzędną. Bo ucieleśnieniem nowego patriotyzmu, nowego spojrzenia na Polskę jest stosunek do katastrofy smoleńskiej.
Tu jest wszystko.
I patriotyzm – bo prezydent leciał pokłonić się ofiarom zbrodni katyńskiej, na obcą ziemię.
I „męczeństwo” – bo zginął.
I zagadka – bo do dziś nie wiemy, jak to się stało, że do katastrofy doszło.
I wróg – bo Tusk zgrzeszył wielokrotnie, godząc się na spotkanie trzy dni wcześniej z Putinem, pozwalając, by prezydent latał starym samolotem, potem zaś zachowując się niegodnie na miejscu katastrofy.
I walka o prawdę – bo walka musi być, ona cementuje jedność, pokazuje, gdzie wróg, a gdzie przyjaciel. Ta walka to prace zespołu Macierewicza, to wezwania o międzynarodową komisję, która zbada okoliczności katastrofy. A także walka o symbole upamiętniające katastrofę.
Siłą rzeczy głównym kapłanem obsługującym całą tę ceremonię jest Jarosław Kaczyński. A PiS staje się partią, której głównym zadaniem jest życie w cieniu tragedii. Kontynuowanie dzieła Lecha Kaczyńskiego.
W ten sposób PiS przestaje być „zwykłą” partią, mającą jakieś cele, jakiś program. Staje się czymś bardziej uduchowionym. Czymś kierowanym jedną wiarą.
Ta przebudowa dotyczy nie tylko samej partii, lecz także wyborców. Którzy również otrzymują klarowną informację – co jest dla nich najważniejsze.
Otrzymują też klarowną historię narodu, który wciąż był zdradzany, ale nigdy nie uległ.
„Być zwyciężonym i nie ulec – to zwycięstwo” – te słowa Józefa Piłsudskiego cytował Kaczyński w wyborczy wieczór.
Wątek zdrady, niezawinionej klęski, skrzywdzonego narodu, który nie ulega, jest zresztą główną osią narracji PiS.
Ona zaś sięga Katynia i powstania warszawskiego. Potem mamy zdradę sfałszowanych wyborów po wojnie i przejęcia władzy przez komunistów. Potem jest stan wojenny i ZOMO. Potem – zdrada Okrągłego Stołu. Następnie „nocna zmiana” i „obalenie” rządu Jana Olszewskiego, potem ów słynny „stolik brydżowy”, przy którym Polskę rozdrapują politycy, mafiosi, biznes i służby specjalne. Teraz mamy uwieńczenie tego wszystkiego, najważniejszą kartę polskiej historii – śmierć prezydenta, który leciał z misją, by pokłonić się prochom zamordowanych żołnierzy.
W ten sposób budowany jest mit „zdrady smoleńskiej”. Prezydent ginie, bo nie dostał samolotu, bo był zwalczany, wiadomo przez kogo, a jego szczątki poniewierano i bezczeszczono po jego śmierci.

Jak rządzić i panować?

Ta przebudowa PiS wygląda więc na w pełni świadome i konsekwentnie prowadzone przedsięwzięcie. Z punktu widzenia polityki, widzianej dalej niż najbliższe wybory, ma ona swoją logikę. Przede wszystkim, dzieląc Polaków na swoich i na wrogów, skuteczniej niż do tej pory, Kaczyński zachowuje jedność i zwartość PiS, i wielkiej części wyborców.
Daje im symbol, flagę, pod którą mogą się skupiać. A w Polsce to jest najważniejsze. Bo wyborców trwale łączą symbole, wspólnie przeżywane mity, a nie dywagacje o wysokości podatków.
A że kolejny zwrot może przynieść Kaczyńskiemu jakiś odpływ głosów? Rzecz w tym, że z jego punktu widzenia nie jest problemem, czy ma poparcie 40%, czy 33%. Bo i tak nie daje to władzy. Ważniejsze jest, czy jest to elektorat oddany, wierny i czy partia jest wierna i oddana. Bo wtedy można robić wszystko. Bo w polityce to zdeterminowana mniejszość narzuca zdanie biernej większości.
Jarosław Kaczyński zaczynał jako lider małej, kadrowej partii, Porozumienia Centrum. Andrzej Celiński określał ją mianem „spoconych facetów pchających się do władzy”. Lepszą wersja PC było PiS, dzięki któremu Kaczyńscy przejęli w roku 2005 władzę. Ale błędy w rządzeniu doprowadziły do erozji PiS. To także przyczyniło się do wyborczej porażki i oddania władzy PO. Teraz Kaczyński już nie zamierza popełniać podobnego błędu.
W wywiadach Jarosława Kaczyńskiego, z czasów gdy PiS rządziło Polską, przebija się charakterystyczna tęsknota – parokrotnie powtórzył: cóż z tego, że rządzimy, skoro nie panujemy. Za rządzenie uważał dyrygowanie aparatem państwa, panowanie rozumiał zaś znacznie szerzej – jako dominację w sferze mentalnej, jako społeczną legitymizację, powszechne uznanie, że jemu władza się należy i to on uosabia dążenia narodu. To dlatego tak zależało mu, żeby budować „własne” elity, „własne” media, kształcić „własnych” historyków, „własnych” bankowców.
Po nieudanym eksperymencie PC Kaczyński wie, że aby ci wszyscy ludzie nie rozpierzchli się przy pierwszym niepowodzeniu, trzeba spoić ich czymś trwalszym niż marzenie o posadach. Zbudować ich tożsamość.
Carl Schmitt, którego koncepcja polityki wydaje się Kaczyńskiemu bliska, tłumaczył, że polityczność definiowana jest przez dwie główne kategorie – przyjaciela i wroga. I że Art von Leben, zachowanie tożsamości podmiotu zbiorowego, odbywa się nie tylko przez zdefiniowanie wroga i walkę z nim, lecz także przez budowę wspólnych ideałów, prawd, wspólnej tradycji i wzniosłych celów.
I dopiero taką grupą, wewnętrznie spojoną, można efektywnie kierować. Typ leadership może być różny, choć gdy buduje się formację polityczną według idei schmittowskiej, siłą rzeczy wymusza to obecność charyzmatycznego wodza. Który lepiej wie i dalej widzi.
Prawie sto lat temu wielki niemiecki socjolog Max Weber o „panowaniu charyzmatycznym” pisał, że opiera się ono na „emocjonalnym oddaniu i zaufaniu” zwolenników. Na „wyznaniu wiary”. I dodawał: „Prawdziwie charyzmatyczne panowanie nie zna żadnych abstrakcyjnych zasad prawnych i regulaminów, żadnego „formalnego” stosowania prawa. Jego „obiektywnym” prawem jest konkretna emanacja wysoce osobistego doznania nadziemskiej łaski i podobnej bogom bohaterskiej siły”.
Dziś te słowa wyglądają na przesadzone, doświadczenia XX w. nauczyły nas wiele. Ale przecież ogólna zasada władzy i panowania nie zmieniła się.

————————————

Dlaczego PiS znowu wyciągnęło smoleńską kartę?

Andrzej Żuławski, reżyser
Odpowiedź jest oczywista. PiS jest PiS-em i będzie PiS-em. I zostanie zakałą. Głęboko mnie to brzydzi i nudzi, nie mam nic więcej do powiedzenia.

Łukasz Perzyna, publicysta, autor książki „Uwaga, idą wyborcy”
Bo nie ma już nic innego do grania czy wygrania. Ludzka twarz, którą pokazali w wyborach, nie przyniosła im zwycięstwa, a jedynie podniosła słupki popularności. Partia Kaczyńskiego nie ma innej możliwości, niż grać Smoleńskiem w sytuacji, gdy opuściła ją większość niezależnych i z własnym zdaniem polityków: Jurek, Zawisza, Markowski. PiS nie ma innych mitów założycielskich niż Smoleńsk. Wszystkie inne wyprzedali. Trudno przecież przedstawiać się jako partia prospołeczna, wówczas gdy za swoich rządów wprowadzili obniżenie podatku o 8% dla bogatych, a dla biednych o 1%. Zostają im jeszcze tylko jedne wybory i partia się rozleci, po tym jak jej wyborcy odpłyną do nowej formacji, wskazanej przez Rydzyka.

Prof. Wojciech Łukowski, politolog
Wydaje mi się, że jest jeden bardzo poważny powód. W kręgach PiS został wykreowany pewien mit związany z katastrofą smoleńską. Członkom tej partii nie wolno dopuścić, żeby ten mit upadł albo został nadszarpnięty. Ten mit jest po prostu w tej chwili jedynym czynnikiem, który spaja partię Jarosława Kaczyńskiego.

Prof. Wawrzyniec Konarski, politolog
Trudno powiedzieć, gdyż to polityczne samobójstwo. PiS nie wyzbyło się dawnych nawyków. Zauważalna jest reaktywacja politycznych fighterów na czele z Kurskim. Jednak z punktu widzenia interesu PiS jest to bardzo ryzykowne zagranie. Wokół tragedii jest wciąż wiele znaków zapytania i niejasności. Zbyt ryzykowne jest stawiać tak radykalne stwierdzenia, jak robi to PiS. Kaczyński przestał się słuchać doradców, którzy zapewnili mu tak wysokie poparcie w wyborach. Pierwiastek kłótliwości jest w nim na tyle silny, że nie utrzymał się w gorsecie stworzonym na potrzeby kampanii prezydenckiej. Prezes PiS uznał w złym momencie, że może pokazać swoje prawdziwe ja, nie patrząc na to, jak jest to dla niego szkodliwe i jak może to wpłynąć na jego partię. Zamknąć jej drogę do odrodzenia się. Zwyciężyły emocje nad zdrowym rozsądkiem.

Janusz A. Majcherek, filozof, socjolog, publicysta
W obecnym zachowaniu Jarosława Kaczyńskiego i członków jego partii dopatruję się, w sferze psychicznej, traumy po katastrofie smoleńskiej. Do tego dochodzi porażka w wyborach prezydenckich i wysoki już poziom frustracji wśród członków PiS. To, co w kampanii wyborczej było przykrywane, lukrowane nadzieją zwycięstwa, wypłynęło z tym większą siłą po jej przegraniu. Nie dopatruję się w tym żadnej kalkulacji, strategii, projektu politycznego. Jest to czysta ekspresja, na chwilę tylko przytłumiona, frustracja, kompleksy, z których Jarosław Kaczyński dał się poznać wielokrotnie wcześniej.

Notował Mateusz Martyn

Miejsce nie dla krzyża

Żenującego sporu o dalszą obecność krzyża przed Pałacem Prezydenckim nie mogę przemilczeć. Jako obywatel i jako prawnik, który pozwala sobie na kilka uwag w tej sprawie:
1) w państwie świeckim teren zajmowany przez każdą instytucję publiczną winien być wolny od jakichkolwiek emblematów religijnych – dotyczy to nie tylko siedziby prezydenta, lecz również Sejmu, szkół, szpitali itd.;
2) zapowiedź szefa Kancelarii Prezydenta, że w sprawie dalszych losów krzyża nawiąże kontakt z katolicką Kurią Metropolitalną Warszawską, jest bulwersująca – i dlatego, że krzyż nie stanowi majątku tej kurii (i bez niego nie jest uboga), i dlatego, że Kościół katolicki nie jest jedyną chrześcijańską wspólnotą religijną w Polsce; jeśli pan minister uważa za konieczne konsultowanie usunięcia tej konstrukcji ze środowiskami eklezjalnymi, powinien zwrócić się do wszystkich kilkuset chrześcijańskich Kościołów i związków wyznaniowych działających w Polsce, nie wyłączając tych, wedle których krzyż nie jest symbolem śmierci Chrystusa, gdyż tenże poniósł śmierć na palu;
3) krzyż przed pałacem stanowi samowolę budowlaną, wzniesiono go bowiem z naruszeniem przepisów prawa budowlanego, jego obecność w tym miejscu Krakowskiego Przedmieścia kłóci się ponadto z przepisami regulującymi ochronę zabytków;
4) jako znak krucjat, inkwizycji, Wehrmachtu, Luftwaffe, Kriegsmarine krzyż wykorzystywany był od stuleci do celów niemających nic wspólnego z ideałami miłosierdzia, które głosić miał Chrystus – odnoszę przykre wrażenie, że opętańcza histeria wzniecona przez Prawo (?) i Sprawiedliwość (?) wokół dwóch belek pozostających względem siebie pod kątem prostym jest wyrazem szczególnie zajadłej nienawiści wobec wszystkiego, co postępowe, racjonalne i świeckie, oraz wobec wszystkich tych, dla których żałoba narodowa zakończyła się z dniem 18 kwietnia br., do którego trwała na mocy rozporządzenia wydanego przez p.o. prezydenta;
5) co się tyczy owej żałoby, moje poważne zastrzeżenia budzi fakt, że jeszcze przez ponad dwa i pół miesiąca po jej zakończeniu flagi państwowe na Pałacu Prezydenckim i przed nim były nadal opuszczone, co w moim przekonaniu stanowi naruszenie przepisów regulujących kwestię symboli państwowych.
dr Maciej Kijowski, Rzeszów

Wydanie: 29/2010

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy